Reklama

Reklama

Co jest za tą górą?

Piotr Cyrwus nie chce być Ryśkiem z Klanu

Kiedy w swoim liceum w Nowym Targu powiedział, że „idzie na aktora”, kumple śmiali się: „Po co? Przecież drugiego Janosika nie nakręcą”. Do innych ról Piotr Cyrwus, góral z małej wsi Waksmund, raczej się nie nadawał. A jednak się zawziął i grał: u Kutza, Wojtyszki, Zanussiego. A potem zrobił coś, co niemal skończyło się zawodowym samobójstwem. Na 15 lat został Ryśkiem z "Klanu". Poczciwym i... nudnym. Odszedł, choć nie miał planu B, bo chciał uwolnić się od „gęby” Lubicza. Jak to jest zaczynać prawie od zera, gdy ma się 50 lat?

No i zrobił się skandal! W mediach głośno, że szokujesz w Teatrze Polskim w Bolesławie Śmiałym. Sztuce, która kipi seksem.

Piotr Cyrwus: - Tak się nad tym zastanawiam... Bo przecież ostatnio w teatrze, który nazywa siebie nowoczesnym, są dużo większe prowokacje. A wystarczy, że w trochę skostniałym w opinii niektórych Polskim, gdzie wystawia się głównie Szekspira czy Moliera, pokaże się kawałek piersi - i zaraz sensacja. Ostatnio napisano, że zrezygnowałem z serialu, żeby się sprzedać dla taniej pornografii.

Reklama

Dramat Wyspiańskiego rozpoczyna pikantna scena króla z Krasawicą.

- Jej erotyzm jest zasadny, bo Krasawica według Wyspiańskiego była przecież jedyną prawdziwą miłością Bolesława Śmiałego. Łączyła ich ogromna namiętność. I cieszę się, że tę namiętność udało nam się pokazać. Ale dla aktora rozbieranie się jest taką samą rzeczą, jak idealnie skrojony kostium czy dobrze wyuczony tekst.

Nie wierzę, że taki spektakl nic cię nie kosztuje.

- Kiedyś po każdej premierze szedłem z kumplami na wódkę, żeby odreagować. Na szczęście jestem typem polskiego pijaka, który jeśli pije, to do spodu, a potem ma takiego kaca, że robi sobie długą przerwę. To zresztą chyba uchroniło mnie przed alkoholizmem. Kiedyś prof. Kazimierz Korus z Uniwersytetu Jagiellońskiego, znawca kultury starożytnej, mówił, że greccy aktorzy, przygotowując się do sztuki, pili wino pół na pół rozcieńczone z wodą, a dopiero po premierze mogli się napić naprawdę. Ja przed Bolesławem Śmiałym zrobiłem trzymiesięczny post i w ogóle odstawiłem alkohol.

No i zmieniłeś się fizycznie.

- Schudłem sześć kilogramów. Żona zaaplikowała mi specjalną dietę, która polegała na tym, że nie dopuszczała mnie do lodówki. I zapuściłem włosy. Zawsze chciałem mieć dłuższe, ale Paweł Karpiński, producent "Klanu", uważał, że Ryszard Lubicz powinien być starannie ogolony i elegancko ostrzyżony. I miał rację. Mogę więc powiedzieć, że zrezygnowałem z "Klanu", żeby zapuścić włosy.

Po 15 latach miałeś prawo mieć dość tego serialu.

- Myśląc poważnie o zawodzie, nie mogłem być dłużej Ryszardem. Wszyscy mnie z nim utożsamiali. Kiedyś prezydent Aleksander Kwaśniewski zwrócił się do mnie: "panie Ryśku". Oczywiście, podziwiam go za to, że oglądał "Klan" i znał imię mojego bohatera, ale zrobiło mi się przykro. Nawet rodzina zaczęła utożsamiać życie Lubicza z moim prawdziwym. Kiedyś ciocia Marysia z ciocią Zosią - obie góralki - stały przed kościołem. W serialu adoptowałem właśnie Maciusia. I Marysia mówi do Zosi: "A po co temu Piotrusiowi jesce jakiś bidok, psecie ma swoje dzieci". Długo ciocia Zosia musiała przekonywać siostrę, że to tylko w telewizji. "A co ty mi godos? Tak jak w telewizji, tak i w zyciu" - odpowiedziała nieprzekonana.

Dużo trzeba mieć siły, żeby wreszcie powiedzieć: "to koniec"?

- Przez czternaście lat wciąż odchodziłem, ale wciąż coś mnie zatrzymywało. Dlatego jestem wdzięczny Pawłowi Karpińskiemu, że kiedy przyszedłem do niego ostatni raz, już nie próbował mnie przekonać. Pamiętam, jak po tej rozmowie szedłem w deszczu ulicą i dziękowałem Bogu i Pawłowi, że pozwolili mi podjąć decyzję, która nie była łatwa.

Nie zadawałeś sobie pytania: "Z czego teraz będę żył?". Bo przecież nie przygotowałeś sobie planu B.

- Nie bałem się. Myślałem: "Najwyżej wyreżyseruję spektakl, będę z nim jeździł po małych miastach. Mogę też śpiewać, grać na akordeonie - nieźle mi to wychodzi - i jakoś zarobię".

Właściwie w czym Rysiek Lubicz ci przeszkadzał?

- No właśnie - przeszkadzał. Niedawno odmówiłem wzięcia udziału w "Tańcu z gwiazdami" dlatego, że gram Bolesława Śmiałego. Panie z "Tańca", które zaprosiły mnie na rozmowę, nie mogły wyjść ze zdumienia. "Ale dlaczego? Przecież jeszcze nie rozmawialiśmy o pieniądzach" - nie ustępowały. A pieniądze nie mają znaczenia. Nie mogę tańczyć, śpiewać czy jeździć na lodzie, skoro gram poważną rolę. Nie wypada.

Chyba sobie przeczysz, bo kiedy wygrałeś zdjęcia próbne do "Klanu", byłeś aktorem Starego Teatru. I to nie był obciach?

- Może dlatego, że jestem aktorem w pierwszym pokoleniu, nie uważałem, że rola w serialu jest obciachem. Ale koledzy trochę dokuczali. Czasem przy wódce mówili, że marnuję talent.

Dziwisz się? Grałeś u Wojtyszki, Zanussiego, Wajdy, Kutza...

- Za rolę Walusia w telewizyjnym spektaklu "Do piachu" w reżyserii Kutza dostałem nagrodę dla najlepszego aktora teatralnego. A później przez dwa lata nie miałem propozycji. Zarzucono mi, że grając postać Ryśka, zniszczyłem sobie karierę. Ja tak tego nie odczuwam. Gdybym wówczas miał inne wielkie propozycje, a wybrałbym rolę taksówkarza w serialu, można by powiedzieć, że poleciałem na kasę i tanią popularność. Ale tak nie było. W tym czasie grałem w teatrze, więc nie czułem, że z każdym odcinkiem Ryszard coraz bardziej przyprawia mi "gębę".

Nie boisz się, że przylgnęła na zawsze?

- Kiedyś się bałem. Zacząłem nawet wykonywać rozpaczliwe ruchy, żeby się jej pozbyć. Kiedy zadzwonił producent Szymon Majewski Show z propozycją współpracy, długo się nie zastanawiałem. Przed laty Janusz Gajos vel Janek Kos zaczął występować w kabarecie. Pomyślałem: "Jemu się udało wyjść z szufladki, to może mnie też się uda?".

Pamiętam, jak u Szymona byłeś "wodzianką", czyli osobą, która nalewa gościom wodę.

- Oj, dostałem za to po głowie. Przede wszystkim od żony. Na ten pomysł wpadliśmy w ostatniej chwili, szybko się zgodziłem, wskoczyłem w legginsy i podkoszulek. Pomyślałem, że po piętnastu latach bycia Ryszardem pokażę się z innej strony. Przebrałem się też za Tadeusza Rydzyka i Annę Grodzką. Ale szybko doszedłem do wniosku, że tylko większe role mogą mi pomóc inaczej zaistnieć zawodowo.

Miałeś szczęście, bo Andrzej Seweryn, dyrektor Teatru Polskiego, nie przejmował się twoim serialowym wizerunkiem.

- Pamiętam, kiedy do mnie zadzwonił. Akurat jechałem tramwajem. "Seweryn z Paryża" - usłyszałem. Już miałem na końcu języka "De Niro z Nowego Jorku", bo myślałem, że koledzy robią mi żart. Ale on powiedział: "Mam dla pana rolę w Żeglarzu". Myślę, że pomogło moje spotkanie z dyrektorem artystycznym tego teatru. Wpadłem na niego przypadkowo, a znamy się od lat. Chyba spodobałem się Sewerynowi, bo zaproponował kolejną rolę w "Wieczorze Trzech Króli". I w końcu etat.

Wróciłeś do teatru, w którym debiutowałeś po studiach.

- Jeszcze Kazimierz Dejmek mnie zatrudniał. Mnie i Maję (Barełkowską, też aktorkę - przyp. red.). Ale wkrótce okazało się, że żona jest w ciąży i pan Dejmek zwolnił ją z pracy. Ja zaś wyleciałem za to, że zagrałem w Teatrze Telewizji w "Ferdydurke" u Macieja Wojtyszki. To był policzek. Ale nie chodziło o to, że dziecko w drodze, a my oboje bez pracy. Płakałem w garderobie wielkimi łzami, że Dejmek mnie nie docenił.

Żona pewnie potrafiła cię zrozumieć. Przeczytałam, że poznaliście się na egzaminach do krakowskiej szkoły teatralnej. Pamiętasz, w co była wtedy ubrana?

- Wyglądała jak hipiska - miała kolorową spódnicę i okulary lenonki. A ja zawsze chciałem być hipisem. Potem zobaczyłem jej nazwisko na pierwszym miejscu listy przyjętych. Zaimponowała mi. Ale jej imponowali koledzy ze starszych lat. Mogłem być co najwyżej przyjacielem. Wciąż opowiadała mi o kolejnych miłosnych zauroczeniach i rozczarowaniach. A jednak na życie wybrała mnie. Bo nie mam wątpliwości - to ona postanowiła, że będziemy parą. Maja podejmuje decyzje i od razu je realizuje. Nie miałem nic do powiedzenia.

- Pamiętam, jak jechaliśmy do Waksmunda, mojej rodzinnej wioski, żeby powiedzieć o naszych planach rodzicom. Przyjechali też rodzicie Majki. Ojcowie, jak już popili, zaczęli dzielić majątki, co kto dzieciom da na nową drogę. Złożyli się na 50-metrowe mieszkanie. Po dziewięciu miesiącach wzięliśmy ślub. 

Od 28 lat jesteście małżeństwem. Dużo zaliczyliście kryzysów?

Czytaj dalej na następnej stronie.

Od 28 lat jesteście małżeństwem. Dużo zaliczyliście kryzysów?

- Nie było idealnie. Ostatnio przyjaciel z Teatru Stu przytoczył rozmowę z żoną: "Trzydzieści lat jestem na scenie, miałem sukcesy i porażki. Ale niesamowite jest to, że jednak coś ocalało - nasze małżeństwo". Bo w życiu przeżywamy zwątpienia, zawody, fascynacje, zakochania...

Chciałeś kiedyś odejść?

- Oboje z żoną mieliśmy chwile, kiedy chcieliśmy wszystko rzucić. Nieraz zastanawiałem się, czy dla wigilijnego karpia, którego tak miło zjeść w rodzinnym gronie, warto męczyć się ze sobą cały rok. Jednak warto. Tak uważam. Mimo że miłość się zmienia i po wielkiej fascynacji przychodzi rutyna i przyzwyczajenie. Też to przerabiałem. Wtedy wydaje się, że inne kobiety są ładniejsze, lepsze, bardziej nas rozumieją. Z doświadczenia wiem, że przyjdzie taki czas, że te inne też przestają rozumieć.

Trudno jest być wiernym?

- Bardzo. Trzeba o to walczyć.

To co z pokusami?

- Chodzą ulicami. Ksiądz profesor Tischner powtarzał: "Kiedy idzie piękna dziewczyna przez wieś i jej się nie zauważy, to jest to grzech przeciwko Panu Bogu. Bo piękno zawsze trzeba zauważyć". Ale wiem, że wszystko ma swoją cenę. Tata, mój wielki autorytet, mawiał: "Zastanów się, czy życie na manowcach za bardzo nie skopie twojej dupy". A im człowiek bardziej się starzeje, tym bardziej powinien mądrzeć.

Dla własnych dzieci też jesteś autorytetem?

- Mam nadzieję, choć są już dorosłe. Mateusz ma 30 lat i pracuje przy produkcji filmów animowanych. Hugo dostał nawet Oscara! Łukasz ma 27 lat i kończy zarządzanie, ale chciałby być dziennikarzem sportowym. 24-letnia Anna Maria skończyła szkołę teatralną, jednak na razie zajmuje się dziećmi - Heniem i Zosią, która dwa tygodnie temu przyszła na świat. Z dziećmi jesteśmy blisko.

- Zupełnie inne relacje miałem ze swoim ojcem. On w Waksmundzie był bardzo szanowany, a we mnie budził respekt. Pamiętam, że robiłem wszystko, żeby zasłużyć na jego pochwałę. A chwalił rzadko. My, górale, mamy problemy z okazywaniem uczuć, nie mówimy wprost. Ale czułem jego miłość, czułość. Dawał duże poczucie bezpieczeństwa, także materialnego. Ojciec, oprócz tego, że miał ziemię, był kuśnierzem. Do Waksmunda przyjeżdżali klienci z Polski, żeby uszył im kożuch. Gdy byłem starszy, pomagałem mu w zakładzie, szyłem rękawiczki.

W tamtych czasach to były rzeczy luksusowe. Czy dzięki temu, że ojciec zarabiał, żyliście inaczej niż ludzie z waszej wsi?

- Na ich tle pewnie byliśmy bogaci. Mieliśmy murowany, piękny dom, ojca stać było na spełnianie naszych marzeń - narty, łyżwy, a gdy skończyłem podstawówkę, kupił mi jawkę. Ale nie mieliśmy samochodu. Tata uważał, że to zbytek. Dopiero gdy dorosłem i zrobiłem prawo jazdy, kupił dużego fiata. Nowiutkiego! Nigdy na przykład nie jeździliśmy na wakacje, bo musieliśmy pracować. Ja od siódmego roku życia. Wstawałem o czwartej, kiedy jeszcze była rosa, bo łąki najlepiej kosi się z rosą. Czasem nawet nie szedłem do szkoły, tyle było roboty.

- Pamiętam, jak z dziadkiem Frankiem pasaliśmy owce i barany. Ojciec miał ich setkę. Leżeliśmy na pryczy w bacówce, paliło się ognisko, a dziadek opowiadał o wojnie, partyzantce, o naszej rodzinie... A gdy zobaczyłem, że owce idą w szkodę, biegłem szybko, żeby je zawrócić. Czasem miałem dość, chciałem się zbuntować, ale robiłem. Dziś wiem, że wieś mnie zahartowała. Nauczyła pokory i tego, że zawsze dam sobie radę. No i rodzinności. Bo czy żniwa, omłoty, czy wykopki, cała rodzina bliższa i dalsza w tym uczestniczy. Wciąż pamiętam smak kawy zbożowej z mlekiem i bryndzy, które babcia przynosiła na pole.

A mama? Przytulała i czekała na dzieci z gorącym obiadem? Czy była surową góralską mamą?

- Przytulała, ale nigdy nie byłem głównym gościem przy tym stole. Zwykle w ogóle nie było dla mnie miejsca. Ojciec w zakładzie zatrudniał sporo ludzi i to oni musieli najpierw się najeść. Zajmowali cały stół, więc jadłem wciśnięty w kąt, na stojąco. Ale obiad niedzielny zawsze musiał być wspólny.

Tata nie był zawiedziony, że nie chciałeś robić tego co on?

- Szanował mój wybór. I choć nigdy nie powiedział: "podziwiam cię synu", cieszył się z tego, że zostałem aktorem. A mama przyjeżdżała na wszystkie premiery. Wywoływała furorę, bo zawsze była ubrana w góralski strój.

Też miałeś taki strój?

- Skąd! W czasach, kiedy dorastałem, góralszczyzna była niemodna. Nie miałem kierpców ani spodni. A w liceum w Nowym Targu tępiono moją gwarę. Gdy powiedziałem kolegom, że idę "na aktora", śmiali się: "Przecież Janosika drugi raz nie będą kręcić, to co tam będziesz robił?".

W szkole teatralnej musiałeś mieć trudniej niż inni. W twojej wsi nie było pewnie nawet kina!

- Mylisz się. Latem, w każdy czwartek, do Waksmunda przyjeżdżał pan ze "szmatą". Wejście kosztowało pięć złotych. Z daleka już widzieliśmy jego wóz ciągnięty przez konia. Biegliśmy wtedy boso do remizy na pokaz, krzycząc: "Kino, jedzie kino". Tam po raz pierwszy z wypiekami zobaczyłem "Dzieje grzechu". Później zacząłem jeździć do kina do Nowego Targu, potem do DKF-u...

- Zawsze chciałem wyrwać się z Waksmunda. Zobaczyć, co jest za tą górą, która przysłaniała mi świat. Bo świat poza wsią wydawał się ciekawszy, życie aktorów takie kolorowe... Dziś myślę, że to właśnie tam było kolorowo i pięknie. Czuło się pory roku i wszystko przeżywało mocniej.

Potrafisz jeszcze rozmawiać po góralsku?

- Czasem z rodzeństwem się zapomnę. Gwarę długo z siebie wyrzucałem. W szkole teatralnej musiałem się nauczyć mówić po polsku. Bo nawet składnię miałem z gór. Ale widzisz, dzięki górom i opowieściom dziadka Franciszka łatwiej było mi zagrać Bolesława Śmiałego. Przez to lepiej rozumiem Wyspiańskiego i jego język. Choć długo martwiłem się, że będę dostawał tylko role chłopków. Zresztą po szkole zagrałem chyba wszystkich parobków w literaturze polskiej.

Teraz przyszedł czas na króla. On bez przerwy rozmawia z sobą i z Bogiem. Dla ciebie Bóg jest ważny?

- Bardzo.

Kiedyś powiedziałeś, że na bezludną wyspę zabrałbyś Biblię.

- Czytam ją codziennie. Dostaję na maila fragment na każdy dzień. Ważne są też dla mnie rozważania księdza profesora Tischnera.

Wspominasz go już drugi raz. Znałeś go?

- Pochodził z moich stron, z Łopusznej, która jest dwie wioski dalej. Ale poznałem go po skończeniu szkoły teatralnej. Bywał w naszym domu w Krakowie, ja odwiedzałem go w jego bacówce. Starałem się nie nadużywać uprzejmości księdza. Widziałem, ile ma zajęć, jak wielu ludzi przychodzi do niego po radę. I miałem wyrzuty sumienia, że zabieram mu czas. Dziś myślę, że może za mało go nachodziłem. Bo te spotkania były niezwykłe. Do końca życia będę pamiętał atmosferę, jaką tworzył swoją obecnością. Emanował spokojem, ciepłem i mądrością. Człowiek czuł się bezpiecznie, bo ksiądz nie miał maniery nawracania.

- Czasem się spieraliśmy. Wkurzało mnie na przykład, że idealizował górali. Uważałem, że to zakapiory. A on tłumaczył: "Piotruś, ja wiem, że są tacy. Ale ja mogę im pokazać, jacy oni mogą być". Często mi powtarzał, że nie jestem pępkiem świata, i że trzeba kochać ludzi, nawet gdy cię krzywdzą. Dzięki niemu odkryłem Tetmajera i jego "Na skalnym Podhalu". To profesor wskazał mnie jako odtwórcę Pitagorasa, kiedy przystąpiono do realizacji filmu na podstawie Tischnerowskiej "Historii filozofii po góralsku". Naprawdę dużo mu zawdzięczam...

Zastanawiam się, co czujesz, kiedy dziś przyjeżdżasz do swojego Waksmunda?

- Trudno mi tam wracać. Najpierw po ciężkiej chorobie odeszła mama, a potem szybko poszedł za nią ojciec. Ta nieobecność wciąż boli, a wszystko mi ich tam przypomina. Ale często, tuż przed snem, widzę wielką górę od strony kościoła, patrzę na "wiersycki" w stronę Gorców. Z tym widokiem zasypiam.

Rozmawiała: Beata Biały

TWÓJ STYL 4/2014


Twój Styl
Dowiedz się więcej na temat: Piotr Cyrwus | wywiady

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje