Reklama

Reklama

Danuta Stenka: Nie taka znowu grzeczna

Pora na rozstanie z wizerunkiem „skrzywdzonej, poczciwej i dobrodusznej”. Bo w takich rolach najczęściej obsadzają ją jak dotąd reżyserzy. „A we mnie jest dużo kolorów, których jeszcze nie pokazałam”, mówi Danuta Stenka. W rozmowie z „Twoim STYLEM” opowiada, kiedy bywa czarnym charakterem i nieobliczalnym dla samej siebie „zwierzem”, dlaczego ma ochotę zagrać psychopatkę i jakie chodzą jej po głowie scenariusze alternatywne.

Twój STYL: Wkrótce ukaże się książka o pani. Pada w niej zdanie, że chciałaby się pani wcielić się w jakiś czarny charakter. Zagrałaby pani psychopatkę?

Danuta Stenka: - Z przyjemnością. (śmiech) Jak dotąd większość reżyserów widzi mnie w roli "skrzywdzonej i poniżonej", "poczciwej i dobrodusznej" albo "wyniosłej i złamanej". A ja chciałabym się dobrać do swojej ciemniejszej strony. Między innymi do niej.

Reklama

Dlaczego?

- Od dawna kręcę się wśród klimatów i postaci, które już znam, a mam wielką ochotę na nowe. Chciałabym w sobie dotrzeć do obszarów dotąd niedotykanych i czuję, że są tam spore pokłady "nieobliczalnego". Czekam więc na odważnego reżysera...

Bywa pani szwarccharakterem w życiu?

- Pewnie tak... Zdarzają się sytuacje, gdy mnie ponosi i nagle odzywa się głos, którego nie znam na co dzień. Pewne osoby w trudny do wytłumaczenia sposób naciskają jakiś guzik, który powoduje, że wyłazi ze mnie zwierz.

Ten zwierz panią niepokoi?

- Nie lubię go, ale zwierz intryguje, bo wiem, że jest częścią mnie.

Jak on wygląda?

- Nie wiem, pojawia się wtedy, kiedy tracę panowanie nad sobą, więc nie potrafię go na zimno poobserwować. Może dlatego tak pociąga mnie rola szwarccharakteru, bo mogłabym bezpiecznie wywołać tego zwierza z ciemności i przyjrzeć mu się w "warunkach laboratoryjnych".

Krążą legendy, jak to "zwierz" wyszedł z pani na planie "Chopina" podczas kłótni z Jadwigą Barańską.

- Nie było kłótni, był kolejny spór, który zadziałał jak zapalnik. Eksplodowałam. Tak gwałtownie, że gdy ochłonęłam, nie pamiętałam, co mówiłam, nie wiedziałam, co się ze mną stało.

Podobno poszło o koturnowe dialogi, których nie chciała pani wygłaszać. Taka rzecz potrafi panią doprowadzić do pasji?

- Dialogi często nie są mocną stroną naszych scenariuszy, do tego przywykłam. Nie chcę wypowiadać tekstu, w który nie wierzę, ale zawsze jestem otwarta na rozmowę. Jednak do pasji potrafi mnie doprowadzić sytuacja, kiedy ktoś nie chce usłyszeć moich wątpliwości i traktuje mnie z góry jak sabotażystkę. Tak jak wtedy. To był pierwszy dzień zdjęciowy na Majorce z hiszpańską ekipą. No i... wyszło na to, że Stence woda sodowa uderzyła do głowy.

A uderzyła?

- To był krzyk bezsilności. Woda sodowa nie ma u mnie szans, jestem dla siebie zbyt surowa. Choć pewnie bywały momenty, kiedy można mnie było podejrzewać o "sodówkę". Sama się raz przyłapałam. Kilkanaście lat temu. Propozycje przychodziły stadami, no po prostu lało się i to z każdej strony. Gdy moja agentka zadzwoniła z kolejnym, nowym projektem, usłyszałam w swoim głosie tonację, która mnie zaniepokoiła, jakieś rozkapryszenie. Zrozumiałam, że reaguję tak, jakbym przestała szanować to, co do mnie przychodzi. Na szczęście alarm się włączył w odpowiednim momencie. W każdym razie woda sodowa w moim przypadku nie jest problemem.

A co nim jest?

- Raczej coś z przeciwległego bieguna - brak wiary w siebie. Nie potrafię o sobie pomyśleć, że jestem w czymś świetna. Że zrobiłam coś naprawdę dobrze.

Po tylu rolach, sukcesach, nagrodach?

- To nie jest tak, że nie widzę tego, czego się nauczyłam, nie cenię tego, co robię. Bo widzę, i to, co uważam za cenne, cenię. Ale ilekroć zaczynam nową pracę, nachodzą mnie myśli, że ci, którzy mi ją zaproponowali, nie mają pojęcia, jakie ryzyko podjęli. Pewnie spodziewają się po mnie cudów, a to, co przychodzi mi do głowy, jest banalne. Myślę, że ktoś inny na moim miejscu zrobiłby to lepiej, że mogłam zrobić to lepiej itp. Do ideału zawsze daleko. Nie potrafię też siebie sprzedać. Nie umiałabym pójść do jakiegoś reżysera i poprosić go o rolę albo do dyrektora teatru i powiedzieć: "Panie dyrektorze, jestem dobrą aktorką. Mam na koncie takie i takie role, te z nich uważam za świetne, więc jestem pewna, że pan mnie potrzebuje".

Wiarygodnie to pani teraz wygłosiła.

- Bo teraz to zagrałam, ale gdybym się znalazła w takiej sytuacji, powiedziałabym pewnie: "Panie dyrektorze, jestem aktorką... To znaczy, mam nadzieję, że nią jestem". Bywam bardziej krytyczna wobec siebie niż wszyscy krytycy.

Jakieś podejrzenie, skąd się to wzięło?

- Z genów, z wychowania... W moim rodzinnym domu panował pogląd, że eksponowanie swojej osoby nie jest w dobrym tonie, że nie wypada się chwalić, opowiadać o swoich dokonaniach. No po prostu nie wypada! I choć dziś myślę, że przechwalać się i cenić siebie to dwie różne rzeczy, działa jakiś świetnie naoliwiony mechanizm, który cały czas podważa wartość tego, co robię, szuka dziury w całym. Ale staram się to zmienić. Pracuję nad tym.

Sama czy z czyimś wsparciem?

- Spotkałam niedawno osobę, która stała się dla mnie ważnym przewodnikiem. Poza tym, że jest psychoterapeutką, lekarzem, jest też mistrzynią zen. Mądry człowiek.


Coś wniosła w pani życie?

- Poczucie bezpieczeństwa. I nadzieję, że może mnie poprowadzić drogą, którą chcę w życiu zmierzać, o wiele dalej, niż potrafiłabym to zrobić sama. Od lat myślałam o tym, żeby medytować, ale czułam, że jest mi potrzebny mistrz. I oto któregoś dnia moja przewodniczka, proponując mi, żebym wyjechała na urlop, koniecznie sama, powiedziała: "Nauczę panią medytować". I wreszcie się zaczęło. Praktykuję teraz codziennie. Raczkuję, potykam się, jestem na początku tej drogi, ale wiem, że to właściwa droga. Jak daleko dojdę? Sama jestem ciekawa.

W książce o pani znalazłam zdanie, które mnie zaintrygowało: "Za dużo jest teraz porządku w moim życiu, za mało szaleństwa". Gdzie jest za dużo porządku?

- Kiedyś ciągle coś zmieniałam: teatry, miasta, mieszkania, ludzi wokół siebie. Więcej też było wypadów, spotkań towarzyskich. Bywa, że brakuje mi tego ruchu, jakichś małych rewolucji. To ciekawe, bo jednocześnie coraz częściej szukam spokoju i coraz bardziej go sobie cenię. Ale od czasu do czasu potrzebne mi jest szarpnięcie, żeby ruszyć do przodu, szukać nowego, rozwijać się. Zawód na szczęście nadal funduje mi niespodzianki.

A w życiu ma pani ochotę na jakieś szarpnięcie?

- Mam mnóstwo planów na nowe wyzwania, problem tylko w ich zrealizowaniu. Moje wielkie marzenie to flamenco.

Kurs tańca nie kojarzy mi się z "szarpnięciem", czytaj: życiową rewolucją.

- A mnie owszem. Ale też z dyscypliną, ciężką pracą, nie mówiąc już o endorfinach, jakie mogłabym sobie zafundować. Zaproszono mnie kiedyś jako gościa na jubileuszową edycję Tańca z gwiazdami. Mój partner i szef, Stefano Terrazzino, wymyślił układ, w którym były elementy rumby, paso doble, tanga i nie pamiętam, czego tam jeszcze. Przygotować w ciągu miesiąca jeden taniec, nie dłuższy niż dwie minuty - cóż to za wyzwanie?! Tymczasem dla mnie, kompletnego laika, był to czas ciężkiej harówy, poranionych stóp, hektolitrów wylanych łez i... nieprawdopodobnego szczęścia. Przeczuwam, że flamenco byłoby dla mnie szczytem wszystkiego.

To jedyny pani niezrealizowany "scenariusz alternatywny"?

- Kolejnym są języki obce. Ooo, tym mogłabym wypełnić całe życie, gdyby mi dano jeszcze jedno. Grałam w obcojęzycznych filmach i wielokrotnie okazywało się, że mam do tego smykałkę. Trochę mi żal, że jak w przypowieści ewangelicznej mówi jeden ze sług: "Zakopałam ten talent do ziemi". Jednak wzięłam się do angielskiego, mam nadzieję, że któregoś dnia odkurzę mój francuski i rosyjski, a może i zabiorę się wreszcie do hiszpańskiego. Chciałabym też grać na pianinie, tak dla siebie. Kiedyś o mały włos spełniłabym to marzenie. Pracowałam wtedy w Poznaniu, kupiłam sobie pianino i zaczęłam się uczyć. Od podstaw. Spotykałam się z nauczycielką regularnie przed próbami. Wstawałam o szóstej rano, żeby zdążyć na lekcje, mimo że pracę kończyłam zazwyczaj koło dwudziestej drugiej. Piękna przygoda, ale trwała krótko. Po trzech miesiącach dostałam propozycję angażu w Warszawie. Przeniosłam się do stolicy, pianino zostało w Poznaniu. Dziś mam w domu instrument, bo jedna z córek gra, ale ja już do tego nie wróciłam. Bywa i tak, że pragnienie zmieniam w słomiany zapał...

Wytyka sobie pani słomiany zapał, ale w pani życiorysie są też dowody na żelazną konsekwencję. Jak choćby skuteczna walka z nadwagą. W książce wyznaje pani, że kiedyś ważyła 70 kg, a od wielu już lat nie przekracza 55. Co panią tak odchudziło?

- Życie. A właściwie praca. Z każdą kolejną premierą ubywało mi wagi. Zwłaszcza w Warszawie, gdzie urodziłam dzieci, gdzie nagle wszystko przyspieszyło, a intensywność doświadczeń, nowe wyzwania, presja, stres spalały moje kilogramy. Natomiast teraz dyscyplinują mnie kostiumy teatralne. Gram w spektaklach, które są na afiszu przez kilka lat i to mnie trzyma w ryzach. Jeżeli przytyję dwa kilogramy, w dopasowanym kostiumie robi się ciasno. Trzy - to już duży problem, bo trzeba kostium poszerzyć. Więc ilekroć wymknę się wadze, a na horyzoncie pojawia się spektakl, który grałam jako szczuplejsza, dopasowuję do kostiumu siebie. (śmiech)

Przez te lata od początków kariery co się w pani najbardziej zmieniło?

- Prawie nie czytuję recenzji. A kiedyś czytałam wszystko i strasznie się przejmowałam każdym zdaniem. Dziś, nawet jeśli się na jakąś natknę mimochodem albo ktoś mi zrelacjonuje, to myślę: "Aha, ta pani dała mi tróję na szynach, ten pan dwóję. No trudno, idę dalej". Dwadzieścia lat temu miałam też mnóstwo energii, którą szastałam. Biegłam na każde spotkanie, które zamajaczyło na horyzoncie. Rzucałam się, czasem na oślep, w rzeczy mniej czy bardziej rokujące. A teraz wiem, że moja energia jest bezcenna, więc staram się jej nie trwonić. Selekcjonuję sprawy, w jakie się angażuję. No i pojawia się spokój, którego kiedyś mi brakowało.

Jak pani świętowała ostatnie urodziny?

- Wyruszyłam do pracy z samego rana, a wróciłam po 22. Tak zmęczona, że tylko chwilę posiedziałam z bliskimi i poszliśmy spać. Najtrudniejsze było to, że oni czekali na mnie z jakimś torcikiem, winem, a ja, potworny łasuch, nic z tego nie mogłam tknąć! Postanowiłam pochylić się nad swoim zdrowiem, zmienić sposób odżywiania i zafundowałam sobie niedawno dietę oczyszczającą. Pierwszy raz w życiu. Cały program ma 15 tygodni. I w dniu urodzin dotarło do mnie, że dieta obejmie też Boże Narodzenie, sylwestra i Nowy Rok! (śmiech) 


Wytrwa pani?

- Wytrwam na pewno. Jak już się na coś zdecyduję, to trwam do końca. Nie lubię wysiadać z pociągu przed stacją docelową. To ciekawe, bo również jako widz. Jeśli nie podoba mi się jakiś spektakl czy film, siedzę do końca. Jeżeli daję komuś słowo, to też za wszelką cenę staram się go dotrzymać. Nie trzeba się przede mną zabezpieczać na piśmie.

Podobno przed laty nie przyjęła pani bardzo atrakcyjnej propozycji w jednym z teatrów w stolicy, bo jego dyrektor namawiał panią na zerwanie umowy ze szczecińskim teatrem, z którym była pani wówczas związana.

- Tak było. Kiedy powiedziałam temu panu, że nie mogę przyjść do niego "od zaraz", bo podpisałam już w tamtym teatrze umowę na kolejny sezon, wziął do ręki kartkę i powiedział: "Nie wie pani, jak to się robi?", po czym ją przedarł. Od razu wiedziałam, że to nie jest moje miejsce, że wolę zostać w Szczecinie. Lojalność wpoiła we mnie moja mama: nie ma się nad czym zastanawiać, umów się dotrzymuje i już. W pracy jest podobnie - jeżeli już się czegoś podejmę, nie wysiadam po drodze. Nawet gdy czuję, że brniemy do katastrofy, nie opuszczam tonącego statku, gram do końca.

Słowa, których pani nadużywa?

- "Niesamowite", "niezwykłe"...

A substancje?

- Do niedawna kawa, ale teraz jestem na diecie, więc jak mówi osioł ze Shreka, "skończyło się rumakowanie!".

Pierwszą wódkę pani pamięta?

- Nie, ale pamiętam pierwsze poważne wino. Oj, pamiętam! (śmiech) Po maturze pisemnej z matmy. Rosario - czerwone, słodkie, teraz bym takiego do ust nie wzięła, choć wtedy pewnie było przesmaczne, bo przypominało kompot. Tego dnia zjadłam jedną kanapkę podczas egzaminu, więc gdy poszliśmy pod wieczór świętować, dość szybko straciłam ostrość widzenia i władzę w nogach. Koleżanki musiały mnie doprowadzić do internatu. A jeśli chodzi o inne używki, to mam na sumieniu tylko papierosy. W mojej tytoniowej historii najzabawniejsze jest to, że rzuciłam palenie bez rzucania.

O! Takiej techniki jeszcze nikt nie nagłośnił.

- Otóż ona istnieje, czego jestem dowodem. Tytoniowa inicjacja pod przywództwem mojego starszego o dwa lata brata miała miejsce za babcinym kurnikiem. Byłam w przedszkolu albo w pierwszej klasie podstawówki. Brat gwizdnął tacie jednego klubowego i ze swoim kolegą zabrali mnie za ten kurnik. Pewnie wciągnęli w konspirację, żebym przypadkiem nie naskarżyła. W każdym razie debiut miałam wczesny. Potem, w dorosłym życiu paliłam, rzucałam, wracałam, aż któregoś dnia poczułam, że jakoś wcale nie muszę zapalić. I następnego dnia było podobnie, i następnego. I tak już zostało. Bez żadnego planu, postanowień. Nawet nie pamiętam, ile już lat upłynęło od tego czasu. Wiem, że to wbrew regułom prawdopodobieństwa, bo przecież ludzie walczą z nałogiem heroicznie i czasem bez skutku. Ale u mnie to właśnie tak się odbyło. Teraz muszę czasem zapalić papierosa na użytek pracy, na scenie czy przed kamerą. Zdarza mi się też raz na tysiąc lat z wyborowym towarzystwem wyjść na fajkę, ale mimo to nie wracam do nałogu. Może nałogi mnie się nie imają? Chociaż nie! Nałogowo odwiedzam sklepy ze skorupami. Mój dom jest pełen szkła i ceramiki we wszelkiej możliwej postaci.

To jakieś szczególne obiekty?

- Niektóre. Na przykład szklany samowar przywieziony z Paryża. Zobaczyłam go podczas jednego z teatralnych wyjazdów, ale nie zdecydowałam się na kupno. Wołał do mnie przez kilka miesięcy i wreszcie wróciłam po niego. Szczytem był chyba zakup kieliszków. Hurtowy. Dwa lata temu organizowaliśmy w domu sylwestra. Chciałam ujednolicić cienkie szkło. Wybrałam serię i postanowiłam, że wszystko - od szklanek po wszelkie możliwe kieliszki będzie "do kompletu". W jednym sklepie nie było kieliszków do szampana? Znajdowałam gdzie indziej. Moje polowanie sfinalizowałam przez telefon w dwóch innych miastach, skąd znajomi znajomych przywozili mi te brakujące egzemplarze. Na koniec się okazało, że mam kilka potężnych toreb zapełnionych szkłem "na zapas". Ze wstydu schowałam je na strychu. Niestety, kiedy jakieś skorupy "krzyczą" do mnie w sklepie, nadal nie potrafię się oprzeć.

Coś jeszcze do pani "krzyczy"?

- Czasem jakaś sukienka z wystawy albo buty. Po sklepach z ciuchami nie lubię chodzić, ale gdy coś tak z wystawy woła, to prędzej czy później muszę wejść. I w takiej sytuacji, jeżeli to nie przekracza wyraźnie moich możliwości, cena nie ma znaczenia. Pamiętam, jak przed laty pojechaliśmy do Rzymu z "Quo Vadis". Chodziłam sobie po uliczkach, nie miałam w planie poważnych zakupów, kiedy nagle z wystawy jakiegoś butiku zakrzyczały do mnie buty. Piękne czarne "trumniaki". Poszłam dalej zwiedzać Rzym i jakimś dziwnym trafem znowu znalazłam się przy tym sklepie. Weszłam, obejrzałam, wyszłam. Ale wrzeszczały do mnie i wiedziałam, że się od nich nie odczepię. Następnego dnia, tuż przed wyjazdem na lotnisko, wróciłam, przymierzyłam i kupiłam. Dopiero kiedy już było po wszystkim, dotarło do mnie, że nie miałam w planach kupowania butów Prady! Minęło z dziesięć lat, a moja młodsza córka, która lubi "zwiedzać" moje buty i torebki i ma w nich większą orientację niż ja, mówi któregoś dnia: "Mamo, masz takie piękne buty, dlaczego ich nie nosisz?!". (śmiech)

To prawda, że nic pani nie wyrzuca?

- Zgadza się, jestem chomikiem. Nie wyrzucę żadnego listu, kartki pocztowej, bilecików, ważnych karteczek zostawianych w drzwiach, za wycieraczką samochodu czy na toaletce w teatrze, nawet świstków papieru, na których któraś z córek coś tam do mnie napisała. Nie wiem, po co to zbieram, ale nie jestem w stanie tak się po prostu tego pozbyć. Wydaje mi się, jakbym miała te sytuacje i związane z nimi myśli, uczucia wyrzucić do kosza. Ostatnio znalazłam taki karteluszek napisany przez Paulinę: "Tatku, możesz mi zostawić pieniądze na obóz rowerowy?". Od razu stanęła mi przed oczami sytuacja, z którą ten liścik był związany i... do pudełka. Gromadzę też różne oldskulowe sprzęty: walkman- -kaseciak, stare komórki. Usprawiedliwiam się przed sobą, że magazynuję takie graty, bo może ktoś będzie kiedyś szukał rekwizytów do filmu o latach 90. i ja wtedy powiem: "Mam w domu!".

A ul w ogrodzie pani ma? Książka o pani zaczyna się od opisu rodzinnej pasieki w Gowidlinie na Kaszubach. Od sceny, w której wybiera pani miód z ula.

- Nie mam ula, niestety, ale marzę o nim. Był taki artysta na Kaszubach, w Brusach- Jaglie, pan Józef Chełmowski, który malował na szkle i rzeźbił w drewnie, między innymi piękne ule. Chciałabym mieć pszczoły w moim ogrodzie i taki ul. To byłby jakiś mały kawałek moich Kaszub w Warszawie. Na razie przywożę stamtąd tylko kamienie. Ale żeby sprowadzić pszczoły, musiałabym zasięgać rad u mamy, która do dziś prowadzi pasiekę, bo miód umiałabym wybrać, ale opiekowanie się pszczołami to złożona sprawa. I tego musiałabym się nauczyć.

A kurę umiałaby pani jeszcze oskubać?

- Tak. I oskubać, i wypatroszyć.

- Wydoić krowę?

- Musiałabym trochę popracować z pamięcią, żeby to zrobić fachowo. Doiłam krowy, ale nie codziennie, zaledwie kilka razy. Babcia mi pokazywała, jak się to robi, i koleżanka. Gdyby jednak nagle wybuchła wojna i zostałabym w domu z krową - jedyną żywicielką, tobym ją wydoiła.

To jakim cudem pani, dziewczyna z gospodarstwa, nie umie gotować?

- Bo od razu po podstawówce wylądowałam w internacie. Nie było czasu, żeby się nauczyć porządnie gotować, a potem już nigdy na dobre do domu nie wróciłam. W akademiku było, wiadomo, byle jakie pichcenie. Potem wyszłam za mąż i przez dwa, trzy lata gotowaliśmy z mężem na zmianę. Uczyliśmy się, eksperymentowaliśmy, każde z nas miało swoją specjalność, ale kiedy urodziła nam się pierwsza córka, zamieszkała z nami teściowa, która gotuje świetnie i lubi to robić. Została szefową rodzinnej kuchni, ja zadowoliłam się rolą dochodzącej podkuchennej i nie próbowałam się wtrącać. I tak jest do dziś, z tym, że do kuchni wkroczyły już moje córki. À propos nowych wyzwań, to kiedyś pewnie pojawią się wnuki i, jakże by tak, babcia, do której nie można wpaść na jakieś pyszności? Muszę wziąć się do roboty.

Jak wyglądałaby pani Wigilia marzeń?

- Byłaby na pewno powrotem do dzieciństwa. Prawdziwa choinka, prezenty, które pojawiłyby się pod nią w tajemniczy sposób i gwiazdka - jak nazywa się na Kaszubach przebierańców chodzących od domu do domu. A przed północą poszlibyśmy całą rodziną na pasterkę. Pieszo, jak w Gowidlinie, bo dziś jeździmy samochodem, a to nie to samo. Szlibyśmy tak po drodze zasypanej śniegiem i dom po domu dołączaliby do nas sąsiedzi. Z nieba powoli opadałyby na nas takie wielkie płatki śniegu...

Rozmarzyła się pani. Myśli pani czasem, jak by to było, gdyby pani z tego swojego kaszubskiego Gowidlina nie wyjechała?

- Myślę, że też bym tam miała dobre życie, choć zupełnie inne. Pewnie uczyłabym w tej samej szkole, co mama. Może jakiś teatrzyk bym prowadziła dla dzieci. I pewnie nawet w najśmielszych marzeniach nie pojawiłaby się taka myśl, że mogłabym grać w teatrze, z aktorami, których znałabym tylko z telewizji.

Gdzie widzi pani siebie za 20 lat?

- Nie wiem gdzie, ale wiem, jaką chciałabym siebie zobaczyć. Spotkałam kiedyś w kolejce podmiejskiej w Gdańsku pewną panią. Miałam ze 20 lat, ona była pewnie w moim obecnym wieku, po pięćdziesiątce, więc wydawała mi się już starszą osobą. Zafascynowała mnie jej twarz, wygląd, ubiór - wszystko było w absolutnej harmonii. Bił od niej jakiś spokój, czuło się jej wewnętrzną siłę i godność. W jej spokoju był też taki mądry, wewnętrzny uśmiech, który emanował akceptacją siebie i świata. Była tak zjawiskowa, że pamiętam ją do dziś. To tak, jakby ktoś posadził ją w tej kolejce naprzeciw mnie jako drogowskaz. Pracuję nad tym, żeby kiedyś siebie taką zobaczyć. Żeby do takiej siebie dotrzeć.

Rozmawiała Anna Jasińska

TWÓJ STYL 12/2013

Twój Styl
Dowiedz się więcej na temat: Danuta Stenka

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje