Reklama

Reklama

Andrzej Grabowski: Juror spoliczkowany

Kiedy zadzwoniła do mnie Nina Terentiew, proponując mi udział w "Tańcu z gwiazdami", byłem tak zaskoczony, że powiedziałem tylko: "Nina, rany boskie, co ja miałbym tam robić? Lwem parkietu, pomimo szczerych chęci, nie jestem, a mój jedyny kontakt z tańcem miał miejsce w przedstawieniu Janosik, kiedy musiałem przeskakiwać przez ciupagę!" - wspomina Andrzej Grabowski w książce "Jestem jak motyl". Prawie siedem lat później aktor nominowany jest w plebiscycie Telekamery w kategorii Juror - właśnie za program "Dancing with the Stars. Taniec z Gwiazdami". Zagłosuj, jeśli uważasz, że powinien wygrać!

W książce "Jestem jak motyl", którą wydał wraz z Pawłem Łęczukiem i Jakubem Jabłonką, Andrzej Grabowski opowiada o początkach i kulisach znanego telewizyjnego show. Przeczytaj jej fragment:

Na szczęście po chwili okazało się, że razem z Beatą Tyszkiewicz mamy jedynie oceniać tak zwany ogólny wyraz artystyczny tańczących par - cokolwiek to znaczy. Od oceny merytorycznej są uznani trenerzy tańca - Iwona Pavlović i Michał Malitowski. Odetchnąłem. Po krótkim wahaniu zgodziłem się i wkrótce zaczęliśmy regularne spotkania z ekipą.

Reklama

Początkowy okres pracy na planie show mogę porównać do stąpania po cienkim lodzie. Posadzono mnie po lewej stronie stołu jurorskiego, w konsekwencji czego to ja miałem pierwszy zabierać głos i przyznawać punkty. Byłem jednak kompletnie zielony, jeżeli chodzi o znajomość zagadnień tanecznych, zupełnie nie wiedziałem, co komentować i jak oceniać, musiałem dopiero znaleźć na siebie pomysł. Wymyśliłem więc mówienie krótkich rymowanych wierszyków. Tworzyłem je na poczekaniu i w ten sposób komentowałem występy tańczących gwiazd. Zaczęło się od żartobliwego: Joanno Moro, nie będziesz moją zmorą". To się od razu spodobało publiczności i producentom, więc kontynuowałem moją karierę samozwańczego poety grafomana w kolejnych odcinkach.

Sprawa skomplikowała się po jednym z występów Ewy Kasprzyk i Jana Klimenta. Przerobiłem tekst słynnej "Lokomotywy" Juliana Tuwima i wyrecytowałem go, akcentując charakterystyczny rytm lokomotywy. Publiczność była zachwycona, ale mina Ewy, z którą od lat się lubimy, świadczyła o tym, że nie trafiłem w jej poczucie humoru. Fakt, była wyczerpana po tańcu, w który przed sekundą totalnie się zaangażowała. Niemniej mojego żartu nie podchwyciła w ogóle. Po powrocie do domu spojrzałem na komentarze internautów na temat tego zajścia i znalazłem stek wyzwisk pod swoim adresem. Ktoś napisał nawet, że za ów złośliwy wierszyk "ten stary cap i oblech powinien dostać od Ewy po mordzie!".

W następnym odcinku po tańcu Ewy i Jana uroczyście wyznałem: "Pani Ewo, pani pozwoli, że wstanę. Po ostatnim pani tańcu odczytałem wiersz, który niektórzy uznali za obraźliwy dla pani. Mówili, że powinienem dostać od pani w pysk. Jeżeli i pani tak uważa, to ja podchodzę i służę". Ewa zachowała się wtedy jak stuprocentowa profesjonalistka estradowa! Dostałem w ryja, aż poczerwieniałem! Chwilę później Ewa serdecznie mnie uściskała. Trochę się z tego tłumaczyła, mówiąc, że nie lubi policzkować mężczyzn, ale ja ją sprowokowałem itd. Mniejsza o to, media plotkarskie zrobiły sobie z tego pożywkę, oglądalność programu wzrosła, a ja wciąż pozostaję jedynym jurorem, którego spoliczkowała uczestniczka programu.

Jakie były najbardziej wzruszające momenty w programie - czytaj na następnej stronie >>>

Andrzej Grabowski nominowany jest w plebiscycie Telekamery 2021 w kategorii "Juror". Głosuj online  Głosowanie trwa do 11 lutego.


"Taniec z gwiazdami" to dla mnie cotygodniowa dawka emocji - nigdy nie wiem, co się stanie. Lubię tak pracować. To również wielka lekcja pokory. Na przykład za sprawą Iwony Cichosz, przeuroczej dziewczyny, która od urodzenia nie słyszy. Mało tego, cała jej rodzina jest niesłysząca. Na szczęście dzięki swojej mądrej babci od drugiego roku życia Iwona jest pod opieką logopedy i wciąż uczy się mówić. Ta bardzo silna i pogodna dziewczyna została miss świata głuchych w 2016 roku i między innymi dzięki temu trafiła do programu. To z jednej strony pozwoliło jej zrealizować marzenia, a z drugiej - udowodniła, że nie trzeba słyszeć muzyki, żeby tańczyć. Niesamowite były jej opowieści o tym, jak odbiera muzykę całym swoim ciałem, wychwytując rytm z fal dźwiękowych.

Razem z tancerzem Stefano Terrazzino dotarli aż do finału. Wszyscy byliśmy nimi zachwyceni, podobnie jak kilka lat później Joanną Mazur, niewidomą lekkoatletką, wielokrotną mistrzynią Europy, świata i medalistką igrzysk paraolimpijskich. Byłem pod wrażeniem jej występów w programie, ale jeszcze bardziej jej historii, bo zaczęła tracić wzrok, gdy była dzieckiem. Podkreślałem to w moich wypowiedziach w trakcie programu. Nawet koledzy z produkcji zwrócili mi uwagę, że powiedziałem o tym już kilka razy i się powtarzam. Mnie jednak wydawało się to bardzo ważne, więc mówiłem znów: "Drodzy państwo, zdajecie sobie sprawę, że Joanna zatańczyła tak wspaniale, nigdy nie widząc, jak wygląda taniec? Ona nigdy nie widziała cza-czy, nigdy nie widziała rumby, walca ani samby. Mogła tylko słuchać Janka Klimenta, który jej opisał, jak to wygląda, i pokierował ruchem. Wielkie brawa dla nich!".

W jednym z pierwszych odcinków tamtej edycji producenci programu postanowili, że wszyscy uczestnicy pokażą tanecznym partnerom swoje rodzinne strony. Joasia wraz z Jankiem pojechała najpierw do domu swoich rodziców w Szczucinie, przedstawiła go bliskim, pokazała mu ścianę z medalami, które zdobyła, i oprowadziła po okolicy, w której się wychowała. Po chwili ja i cała Polska przed telewizorami zobaczyliśmy coś, co mnie wprawiło w osłupienie i okropne poczucie wstydu. Były to zdjęcia z internatu dla niewidomych w Krakowie, w którym Joanna mieszka od czternastego roku życia do dziś. Zobaczyliśmy mały skromny pokój z jednoosobowym łóżkiem, szafką, minilodówką, zlewozmywakiem, na blat kuchenny nie było już tam miejsca. Kiedy jej programowy partner zwrócił uwagę na brak łazienki i toalety w pokoju, skrępowanej Joasi pociekły łzy. Nagle cały ten kolorowy show prysł. Kopciuszek wrócił do domu.

Zbulwersowany, zasmucony nie wytrzymałem i powiedziałem: "Jestem wzruszony, ale czuję się również zażenowany i zawstydzony. Oto reprezentantka Polski. Osoba, dzięki której wielokrotnie grano Mazurka Dąbrowskiego przed oczami świata! I ta nasza chluba narodowa żyje w takich warunkach. Gdzie są instytucje państwa odpowiedzialne za to, by taką osobę docenić? Tu stoi mistrzyni świata! Wstyd mi, a z ciebie, Joasiu, jestem dumny". Jednak Joanna obdarzona wyjątkową wrażliwością zupełnie niepotrzebnie przeprosiła za ten film.

Minął tydzień. Emocje opadły. Po ocenie oraz omówieniu tańca Joasi i Tomka Krzysztof Ibisz wywołał nagle z widowni polskiego przedsiębiorcę, który zgłosił się do producentów kilka minut przed programem. Na parkiet wszedł Zbigniew Jakubas z wielkim bukietem kwiatów i jakimś kluczem wyciętym z kartonu. W zachowaniu biznesmana z Krakowa dostrzegłem silne zmieszanie. Nie wyglądał jak gwiazda telewizyjna z przyklejonym na twarzy uśmiechem. Myślę, że sam bardzo przeżywał to, co za chwilę się stanie. Powiedział, że o historii Joasi dowiedział się równo tydzień temu, kiedy przyszła do niego jego zapłakana córka, również Joanna. Dodał, że ma szczęście, bo buduje właśnie w Krakowie nowe osiedle i może sobie pozwolić, żeby wręczyć Joasi symboliczny klucz do jej nowego mieszkania. Publiczność w studiu wybuchła aplauzem z zachwytu, wszyscy wstaliśmy i z uznaniem oklaskiwaliśmy pana Zbigniewa i rozpłakaną Joannę. Zresztą tych łez wzruszenia nikt w studiu nie krył. Tak jak nikt się nie spodziewał błyskawicznej reakcji na wydarzenia sprzed tygodnia.

Przyznam szczerze, że przed objęciem funkcji jurora nie miałem w ogóle zdania na temat tego programu, bo zwyczajnie go nie oglądałem. Teraz, po sześciu latach mojej tanecznej przygody, zdaję sobie sprawę, jak piekielnie ciężką pracę wykonują uczestnicy programu. To nie są celebryckie pogaduchy, z których niewiele wynika, tylko kilkutygodniowe treningi, których efekt zostaje zaprezentowany telewidzom na żywo. Bez względu na miejsce, do którego dotrą uczestnicy, ile błędów popełnią, ile potu i łez przeleją, wszystkim należy się uznanie i podziw.

Fragment książki "Jestem jak motyl" - Andrzej Grabowski, Paweł Łęczuk, Jakub Jabłonka. Wydawnictwo Agora.

Andrzej Grabowski nominowany jest w plebiscycie Telekamery 2021 w kategorii "Juror". Głosuj online  Głosowanie trwa do 11 lutego.

***

Zobacz również:

Fragment książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy