Reklama

Reklama

Mieczysław Fogg. Jego piosenki znają wszyscy

Jeszcze za jego życia krążył dowcip: archeolodzy znajdują egipską mumię, która budzi się i pyta: "Czy Fogg wciąż jeszcze śpiewa?". Dzisiaj mumia musiałaby się zdziwić, bo popularni młodzi muzycy wciąż śpiewają jego utwory. O Mieczysławie Foggu z jego prawnukiem Michałem Foggiem na łamach magazynu PANI rozmawiała Iga Nyc.

PANI: Słyszał pan pradziadka śpiewającego?

Michał Fogg: Tylko podczas koncertów. Miał żelazną zasadę, że w domu nie śpiewał nawet kolęd na Wigilię. Ojciec opowiadał mi, że kiedyś poszedł z nim na pogrzeb, a organista był przekonany, że skoro w kościele pojawił się Mieczysław Fogg, to na pewno wystąpi. 

- Pradziadek zrobił wielkie oczy ze zdumienia, po czym odwrócił się i wyszedł. Śpiew traktował jako pracę, był zarezerwo - wany na scenę. Jedyne, co można było usłyszeć w domu, to wprawki śpiewacze, które przypominają odgłosy wydawane przez maltretowane zwierzę. Jeśli pradziadek chciał przećwiczyć jakąś piosenkę, robił to w samochodzie. Zamykał szyby i śpiewał.  

Reklama

Słynna była jego fascynacja motoryzacją... 

Już przed wojną był zapalonym automobilistą i brał udział w amatorskich rajdach po ulicach Warszawy. Nie wiem, ile miał aut, na razie doliczyłem się dziesięciu. W tamtych czasach to było na - prawdę sporo! 

Słyszałam, że kiedy na targach poznańskich Niemcy pokazali nowy model opla, zwrócił się z prośbą do premiera Cyrankiewicza o umożliwienie odkupienia samochodu. Dowodził, że to egzemplarz z wystawy, dla wszystkich będzie opłacalne, żeby nie wracał do fabryki. Cyrankiewicz sam był miłośnikiem samochodów, więc się zgodził. 

-Ford i Opel były jego ulubionymi markami. To właśnie pradziadek uczył mnie prowadzenia samochodu. Sadzał mnie na kolanach i dawał kręcić kierownicą, a kiedy zacząłem sięgać do gałki biegów, pokazał mi, jak je zmieniać. W wieku 13 lat byłem już całkiem sprawnym kierowcą! (śmiech).

Ktoś policzył, że Mieczysław Fogg zagrał 16 tys. koncertów, nagrał 2 tys. piosenek i sprzedał 25 milionów płyt. Zawsze marzył o śpiewaniu, ale ojciec wymyślił dla niego inną drogę zawodową. 

Prapradziadek Antoni chciał, żeby jego syn został inżynierem. Sam był maszynistą, prowadził przed wojną luksusowy ekspres ze stacji Warszawa Gdańska do Petersburga, więc miał wysoką pozycję wśród kolejarzy. Wymyślił sobie, że jego Miecio skończy politechnikę i zacznie projektować nowe drogi szynowe, po których on będzie jeździł. 

- Pradziadek przygotowywał się nawet do egzaminów i wylądował w kasie Polskich Kolei Państwowych, która mieściła się na rogu ul. Miodowej i Koziej, niedaleko jego domu. Był odpowiedzialny za wysyłanie transportów z różnymi towarami. To tam poznał prababcię Irenkę i wkrótce się z nią ożenił. Na kolei pracował długo, bo nawet kiedy był już uznanym śpiewakiem, to zarabiał w ten sposób na utrzymanie rodziny. 

Czemu zgodnie z planem nie poszedł na politechnikę? To wybuch wojny polsko-bolszewickiej w 1919 r. stanął mu na drodze? 

Może się zbuntował? Nie wiem. Faktem jest, że zaciągnął się wtedy do armii jako ochotnik. Miał 19 lat. Najpierw walczył na froncie, brał udział w bitwach w obronie Wilna i Mińska, ale został ranny i mianowano go instruktorem w oddziale samochodowym. Ale nie sądzę, że to wojna była powodem, dla którego ostatecznie nie zdawał na politechnikę. 

- Od najmłodszych lat robił wszystko, żeby śpiewać. Jego ulubionym szlagierem była piosenka "Góralu, czy ci nie żal?", którą potrafił wykonywać kilka razy z kolei, mimo że nikt już dawno go nie słuchał. Funkcjonuje nawet taka anegdota, jak to na ulice Warszawy wyjechał pierwszy elektryczny tramwaj, a Miecio Fogiel (tak brzmiało nazwisko Mieczysława Fogga, zanim zmienił je urzędowo - red.) tak się zakochał w nowym wynalazku, że aby jeździć za darmo, zamienił się ubraniami z kolegą, synem gazeciarki, i krążył po wagonach, sprzedając prasę. Kiedy ojciec dowiedział się o wyczynach syna, zabronił mu występu przed rodzinnym audytorium w czasie Wielkanocy. Bardziej dotkliwej kary być nie mogło!

Jego droga do zawodowstwa zaczęła się od śpiewania w chórach kościelnych. W św. Annie usłyszał go Ludwik Sempoliński, aktor związany z teatrami rewiowymi i operetką. 

Przed wojną to była popularna forma edukacji, jeśli chodzi o śpiew, bo jedyna darmowa. Sempoliński, przyjaciel kierownika chóru, został poproszony o zastępstwo, ponieważ jeden z członków zespołu się rozchorował. Traf chciał, że stanął obok pradziadka. Kiedy usłyszał, jak śpiewa, dał mu namiary na swojego profesora i zasugerował, że powinien się dalej szkolić.

Na te lekcje Mieczysław Fogg wydawał jedną trzecią pensji. Potem więcej, bo zmieniał nauczycieli na lepszych. W końcu miał 500 zł długu, a pensja kolejarza wynosiła wtedy 180 zł miesięcznie. 

Lekcje nie były tanie, więc zaczął chałturzyć na weselach i pogrzebach. Szkolił się bardzo długo, przez ponad 20 lat. Na początku chciał zostać śpiewakiem operowym i taki wykonywał repertuar. Wtedy jeszcze pod nazwiskiem Fogiel. A potem pochłonęła go rozrywka i został Foggiem. 

Jak na te wydatki patrzyła jego żona Irena? W końcu Foggowie byli młodym małżeństwem z malutkim dzieckiem, synem Andrzejem.


Prababcia zawsze go wspierała. Do samego końca. Ona zajmowała się domem i wychowywała syna, a Mieczysław dzięki temu mógł skupić się na karierze. Ja miałem to szczęście, że jako dzieciak załapałem się na emeryturę pradziadka. Co prawda trwała tylko cztery lata, ale spędziliśmy wtedy razem trochę czasu. Z kolei mój ojciec zawsze mówił, że dziadka miał "zaocznego". Mieczysław ciągle był w trasie, nagrywał kolejne piosenki, udzielał wywiadów. W domu był gościem. 

Sławę przyniosły Foggowi występy w modnym przed wojną teatrzyku Qui Pro Quo z Chórem Dana, zespołem rewelersów, który dzisiaj można by porównać do boysbandu.

Szefem zespołu, akompaniatorem i kompozytorem był Władysław Daniłowski i to on wywalczył dla amatorskiego chóru występ w Qui Pro Quo. Formacja pojawiła się na scenie przebrana za Latynosów jako Coro Argentino V. Dano i śpiewała po hiszpańsku, chociaż nikt nie rozumiał słów. Musieli wypaść wiarygodnie, bo dyrektora teatru chwalono potem w gazetach, że sprowadził do Polski prawdziwy argentyński zespół. (śmiech) Po trzecim występie dostali angaż i występowali już jako polski Chór Dana. 

Danowcy zdobyli popularność nie tylko w Polsce. Chór występował m.in. przed włoską rodziną królewską, za co król Wiktor Emanuel III dał artystom w prezencie złote spinki z brylantami. Następnego dnia w hotelu zjawił się sekretarz dworu z torbami z krokodylej skóry dla żon. 

Niektórzy twierdzą, że Chór Dana był popularniejszy w Rosji niż w Polsce. U nas muzycy byli ulubieńcami m.in. prezydentowej Mościckiej i marszałka Józefa Piłsudskiego. Marszałek zapraszał ich bardzo często do siebie do domu i kazał śpiewać swoje ulubione rosyjskie romanse. Jeszcze w roku 1933, już bardzo chory, przesłał pradziadkowi swój portret z dedykacją pisaną chwiejną ręką. Oraz czerwoną różę. Prababcia ją zasuszyła, włożyła w ramę obrazu i kwiat jest tam do dziś. 

Publiczność uwielbiała Chór Dana, a jednak kiedy zespół przeniósł się do teatrzyku Banda - gdzie występowały takie gwiazdy jak Zula Pogorzelska, Stefcia Górska czy Adolf Dymsza - i pana pradziadek chciał zaśpiewać solówkę, to aktorzy zaprotestowali. Dla nich Fogg wciąż był kolejarzem, a nie równym im artystą. Poszli z tym nawet do ZASP-u. Kiedy zaczęli traktować go poważnie?

Uznani artyści często obawiają się młodych zdolnych, którzy mogą ich wygryźć. Ale ta niechęć zespołu do pradziadka szybko przerodziła się w sympatię. Do końca życia przyjaźnił się z Dymszą i Ordonówną, łączyło go koleżeństwo z Górską i Pogorzelską. W tej ostatniej na zabój kochał się jego malutki syn. O sile tego uczucia przekonała się na własnej skórze Ordonka, która za kulisami zaaranżowała scenkę, że szarpie się z Pogorzelską. Dziadek podbiegł do niej i ugryzł ją w nogę tak mocno, że aż polała się krew.

Zula Pogorzelska mówiła: "Miecio to był chłopak z klasą. Dobrze wychowany, elegancki, czarujący. Kiedy jeszcze przed wojną jeździliśmy na koncerty, pękałam z zazdrości, bo do Mietka pchały się tłumy kobiet, a mnie zauważali tylko starsi panowie. Jak to jest? On żonaty i tyle bab wokół niego, ja panna, jeszcze nie stara i... żadnego chłopa. Może o tę klasę chodziło? Że on ją miał, a ja nie bardzo".

Do pradziadka można było przyjść o ósmej rano niezapowiedzianym i otwierał drzwi w nienagannie uprasowanej koszuli, pod krawatem i w spodniach w kancik. Jeszcze bez marynarki, ale w eleganckiej bonżurce. On miał tę klasę we krwi. Ale też uważał, że pozycja społeczna obliguje go do tego, by wyglądać dobrze.  

Kiedy zimą jeździł po Polsce i występował w nieogrzewanych remizach - bo starał się być wszędzie tam, gdzie go zapraszali - zespołowi pozwalał wychodzić na scenę w ciepłych płaszczach, ale sam nigdy tego nie zrobił. Nawet podczas siarczystego mrozu był ubrany we frak, pod muchą i w lakierkach. 

Czuł taki obowiązek wobec widzów, w ten sposób okazywał im szacunek.

Ta sama Zula mówiła, że "seksiarz z niego żaden", sugerując, że Fogg nie nadaje się do romansów. 


Tej opinii się trzymajmy. (śmiech)

Jaka była jego żona Irena Fogg?

Cicha i spokojna, ale stanowcza. Tak jak pradziadek była dobrze ułożona i kulturalna, pod tym względem pasowali do siebie. Pamiętam ją zawsze nienagannie ubraną, stosownie do sytuacji. Elegancko, ale nigdy nie ekstrawagancko. Pełniła rolę kronikarza twórczości swojego męża. Założyła album z pamiątkami już po jego pierwszym występie i zbierała je aż do lat 60. Wklejała tam każdy wycinek prasowy, każde zdjęcie. 

W 1935 r. Mieczysław Fogg nagrał szlagier "Ta ostatnia niedziela", który rozszedł się w stutysięcznym nakładzie. Wdzięczny dyrektor wytwórni Syrena dał mu złote spinki do mankietów - znowu z brylantami. Cztery lata później wybuchła wojna. Czy tak jak inni pana pradziadek do końca nie wierzył, że tak się stanie?

Dużo podróżował po świecie i widział, jakie panują nastroje. Występował z Chórem Dana w Operze Berlińskiej, kiedy Hitler był już u władzy, więc chyba zdawał sobie sprawę z zagrożenia. 

1 września zadzwoniła do niego Ordonówna, kazała znaleźć akordeonistę i spotkać się na Dworcu Wschodnim, żeby grać i śpiewać dla żołnierzy jadących na front. Tak zrobił. Poza tym w teatrze Ali Baba grał program dwa razy dziennie jeszcze przez pierwsze trzy dni września. Czwartego dnia bomba zrujnowała teatr i Mieczysław Fogg nie miał już gdzie śpiewać. Co zrobił?

Poprosił władze Polskiego Państwa Podziemnego o możliwość występowania w kawiarniach - tych, których nie opanowali jeszcze hitlerowcy. I zgodę dostał. Śpiewał m.in. w Europejskim, Bristolu, u Aktorek. 

Kiedy wykonywał utwór "Ukochana, ja wrócę" - uznany potem za najpiękniejszą pieśń okupacyjną - ludzie płakali. W ten sposób Mieczysław Fogg zwrócił na siebie uwagę gestapo, zarzucano mu szerzenie propagandy polskiej.

Dwa razy wzywano go do siedziby Gestapo przy al. Szucha i dostał od Niemców zakaz występowania. Ale oczywiście nic sobie z tego nie robił. Raz ledwo uszedł z życiem. To, że ocalał, zawdzięcza pewnej folksdojczce. Kobieta była w towarzystwie mocno wstawionego gestapowca, kiedy ten usłyszał dziadka śpiewającego w kawiarni. Wyciągnął broń i chciał strzelać, ale ona go powstrzymała. Była fanką pradziadka jeszcze sprzed wojny.


Mieczysław Fogg należał do podziemia? 

Był członkiem Armii Krajowej w randze strzelca, pseudonim Ptaszek. Wiedział, że wybuchnie powstanie, i w dniu, kiedy to się stało, zgłosił się do swojej jednostki Odwet. Dostał kombinezon, opaskę na rękę, karabin, pięć nabojów i miał stanąć na warcie przed gmachem wydziału architektury Politechniki Warszawskiej. Przez swoją dużą wadę wzroku nie nadawał się już na strzelca. Szybko zrozumiał jednak, że powinien robić to, co potrafi najlepiej - śpiewać. 

- Głos był jego najskuteczniejszą bronią. Hitlerowców zalewała krew, kiedy po drugiej stronie barykady słyszeli patriotyczne pieśni, bo przecież Polacy mieli umierać ze strachu, a nie śpiewać. Potem pradziadek dostał medal za działania na pierwszej linii frontu. Bo on śpiewał wszędzie - w okopach i na barykadach, w kanałach, gdzie ukrywali się ludzie, w szpitalach polowych i zrujnowanych kamienicach. Występował w różnych nietypowych miejscach, bo ludzie zaczepiali go i prosili o zaśpiewanie kilku piosenek - w ten sposób odbywały się spontaniczne koncerty. 

- Dwukrotnie został ranny, jednak to go nie zniechęciło. Niektórzy mnie pytają, czy to był patriotyzm, czy brak odpowiedzialności za żonę i syna, bo pradziadek wystawiał samego siebie na niebezpieczeństwo, chociaż nie musiał. Mógł spokojnie stać na straży sto metrów od domu. Moim zdaniem czuł moralny obowiązek wobec ludzi, wobec kraju. W ciągu 60 dni powstania dał 104 koncerty.

W 1989 roku Instytut Yad Vashem przyznał Mieczysławowi Foggowi odznaczenie Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Ale o tym, jak ratował Żydów, wiadomo niewiele. 


Nie zdążył osobiście odebrać medalu. W 1991, rok po śmierci pradziadka, zrobiłem to ja z ojcem i dziadkiem. Ojciec pojechał potem do Jerozolimy zasadzić drzewko na terenie Instytutu Yad Vashem. A dlaczego wiadomo niewiele? Pradziadek o takich rzeczach nie mówił, bo nie robił tego dla poklasku. 

- On po prostu ratował swoich przyjaciół. Niektórym pomógł wyjść z getta i udzielał schronienia, innym pomagał wyjechać na Zachód. Ukrywał m.in. rodzinę Ignacego Singera, bo tak brzmiało prawdziwe nazwisko Iwa Wesby’ego, dyrygenta orkiestry Qui Pro Quo. Jednego człowieka, pracownika wytwórni płytowej, nie udało mu się ocalić. Pradziadek pomógł mu uciec z getta, ale mężczyzna zostawił tam rodzinę, więc wrócił. I zginął. 

Tuż po wojnie, w marcu 1945, pana pradziadek uruchomił pierwszą kawiarnię w Warszawie przy Marszałkowskiej 119, w budynku na wpół spalonej kamienicy - Café Fogg. Jak mu się to udało? 

Czuł przymus, żeby śpiewać, a nie było gdzie. Postanowił więc sam otworzyć lokal, w którym będzie mógł występować. Do Warszawy wrócił już w styczniu 1945 r., ale miasto było wymarłe. Nie było wody, prądu, nawet ludzi. Same ruiny. Nie było dla kogo śpiewać... Wtedy pojechał do Lublina, gdzie tworzyła się polska państwowość. Tam spotkał swoich przyjaciół, Jerzego Jurandota (poeta, satyryk i autor piosenek - red.) i jego żonę Stefanię Grodzieńską (pisarka - red.), którzy budowali od zera rozgłośnię Polskiego Radia. 

- Został mu też przedstawiony Albert Harris (kompozytor i autor tekstów, to on podarował Foggowi "Piosenkę o mojej Warszawie" - red.), który grał dla żołnierzy i ludzi powracających ze Wschodu. Zaczęli występować razem, a publiczność dziękowała im różnymi wiktuałami, głównie wojskowymi puszkami z jedzeniem. 

- W Warszawie tego nie było, więc kiedy pradziadek wrócił do swojego miasta, zaczął sprzedawać prowiant i za zarobione pieniądze kupił meble i zastawę z demobilu, żeby jakoś urządzić lokal przy Marszałkowskiej. Z mieszkania na Koszykowej przetransportował pianino - jedyną rzecz, której nie ukradli szabrownicy, bo była za ciężka. Niestety, nigdzie nie zachowały się zdjęcia Café Fogg. 

Kto pomagał Mieczysławowi Foggowi w prowadzeniu kawiarni? 

Rodzina. Jego mama, żona i siostra zajęły się kuchnią, przygotowywały skromne potrawy, brat Wacek, złota rączka, stał się odpowiedzialny za stronę techniczną. A pradziadek codziennie występował, dawał trzy koncerty. W archiwach Polskiego Radia jest piękne wspomnienie pierwszej żony Jerzego Petersburskiego (pianista i kompozytor - red.), w którym opowiada o ich przeprawie z Mokotowa do Café Fogg. 

- Opis, jak przez pół dnia przedzierali się przez górę gruzu i spalone miasto, żeby posłuchać polskich piosenek, jest poruszający. Ta kawiarnia miała dawać ludziom rozrywkę, przynosić ulgę, ale nie tylko. Pełniła również rolę "biura ludzi odnalezionych". Część mieszkańców przychodziła tam, żeby się dowiedzieć, co stało się z ich bliskimi. 

- Wymieniano się informacjami, kto przeżył, a kto wyjechał. Zostawiano karteczki z adresami, gdyby ktoś szukał, pytał. To miejsce stało się ważnym punktem na mapie powojennej Warszawy. 

Czemu po roku pradziadek zamknął kawiarnię? 

Przyczyny są dwie. Z emigracji wrócił spadkobierca właściciela kamienicy przy Marszałkowskiej, który planował otworzyć w tym miejscu inną działalność. Poza tym w lokalu panował wieczny przeciąg, w powietrzu unosił się silny dym papierosowy i acetylen z lamp karbidowych, którymi oświetlano pomieszczenie, i pradziadkowi głos zaczął odmawiać posłuszeństwa. Lekarz powiedział mu wprost: jeśli będzie dalej śpiewał w Café Fogg, może pożegnać się z karierą. Wybór był oczywisty. 

Otworzył za to wytwórnię płytową Fogg Record. 

Skoro nie mógł śpiewać w kawiarni, to musiał znaleźć nowy projekt. A żadna z przedwojennych wytwórni, ani Syrena, ani Odeon, nie wróciły do wydawania płyt. Poza tym w kawiarni bywali tylko warszawiacy, podróże po zrujnowanym kraju raczej nie wchodziły w grę, a zaczynało nadawać ogólnopolskie radio, więc trzeba było nagrywać nowe piosenki. Ale pradziadek nie chciał promować wyłącznie siebie, tylko pomóc branży muzycznej w podniesieniu się z kolan. 

- Poza swoimi płytami wydawał innych muzyków i zespoły ludowe. Od strony technicznej wytwórnię prowadził jego syn, mój dziadek Andrzej, który z wykształcenia jest inżynierem. Jednak w pewnym momencie prywatna inicjatywa w PRL-u musiała zniknąć, przyszedł list z nakazem zamknięcia Fogg Record.

Jak to się stało, że nowa władza, która chciała się odciąć od przeszłości, zaakceptowała pieśniarza przedwojennej Warszawy? 

- Ta władza z jednej strony robiła wszystko, żeby zatrzeć pamięć po "burżuazyjnej Polsce międzywojnia", a z drugiej - dziadek dostał pokaźną kolekcję listów gratulacyjnych od jej wierchuszki, pierwszych sekretarzy i ministrów. Był nawet ulubieńcem generała Jaruzelskiego, dostał kilka PRL-owskich medali.

- Być może dlatego, że był jedynym artystą przedwojennym, który przeżył, nie wyemigrował i nadal śpiewał. A jaki stosunek on sam miał do tego wszystkiego? Nie przeszkodziły mu w śpiewaniu wola ojca, wojna ani powstanie, więc nie przeszkodził też system komunistyczny.

Był wszędzie, nie tylko w Stanach i Europie, ale też w Australii i Nowej Zelandii, na Tasmanii, Alasce, w Brazylii, Indiach i Palestynie. Tylko w NRD nie chciał grać. Do Polonii jeździł zawsze, kiedy było można. Nie kusiło go, żeby nie wracać do szarej komuny? 

Mam w domu mapę świata - sporą, bo 120 x 80 cm - na której pradziadek czerwonym długopisem zaznaczał swoje podróże. Cała jest pomazana. Sam zresztą powtarzał, że śpiewał wszędzie, od Grenlandii po Grenadę. A jeśli chodzi o emigrację, to wielokrotnie był namawiany przez swoich przyjaciół, głównie ze Stanów, żeby tam zostać. Ale on nie chciał, nie wyobrażał sobie życia gdzie indziej. On myślał i śpiewał po polsku.

W pewnym momencie jego żona zaczęła zmagać się z pogłębiającą się chorobą psychiczną. Jak Mieczysław Fogg sobie z tym radził? 

Miał szczęście, że na tym samym podwórku przy alei Wyzwolenia mieszkał jego syn z żoną oraz jej mama. Była też gosposia, która pomagała we wszystkich trzech domach. Dlatego kiedy on grał koncerty, to prababcia była zaopiekowana. Poza tym to były już lata 80., jego kariera zwolniła, więc wyjazdy nie były zbyt częste. 

Irena Fogg trafiła do zakładu zamkniętego, kiedy przestała jeść i mówić. Tam zmarła w 1983 r. Pradziadek mocno przeżył jej śmierć? 

-Tego nie pamiętam, bo miałem wtedy osiem lat. 

W biograficznym "Poletku pana Fogga" Dariusz Michalski pisze, że Mieczysław Fogg jeszcze w latach 60. związał się z Zofią Szynagiel, swoją menedżerką, ale nigdy nie rozwiódł się z pierwszą żoną. Prowadził życie na dwa domy i z Zofią ożenił się dopiero po śmierci Ireny. W książce druga żona żali się, że nawet po ślubie rodzina męża wciąż traktowała ją jak persona non grata. 

Nie podpisuję się pod tym, co pisze pan Michalski, nikt z rodziny tego nie autoryzował. Ja utrzymywałem kontakt z panią Zofią nawet po śmierci pradziadka, ale to nie były relacje towarzyskie. Chodziło o sprawy związane z kultywowaniem pamięci Mieczysława Fogga. 

Tylko mój dziadek do końca nie wybaczył ojcu, że związał się z inną kobietą i ożenił powtórnie. Był jedynakiem wychowanym przez matkę, bardzo z nią zżytym. 

- Z kolei jego syn, czyli mój ojciec, podchodził do tego na luzie. Zależało mu na kontakcie ze swoim dziadkiem, więc nawet kiedy zamieszkał już z panią Zosią na Grochowie, odwiedzaliśmy go co tydzień. Był już wtedy starszy, po osiemdziesiątce, to była jedyna możliwość, żeby go zobaczyć.

Ostatni koncert Mieczysław Fogg zagrał w 1987 r. w sali kina Elektronik z okazji rocznicy Powstania Warszawskiego, trzy lata przed śmiercią. 

On nie umiał żyć bez muzyki. A ludzie chcieli go słuchać, więc czuł się potrzebny. Nic nie było w stanie go skłonić, żeby zszedł ze sceny. Śpiewał do 86. roku życia. 

Moda na muzykę retro i piosenki Mieczysława Fogga wróciła. Pan zajmuje się propagowaniem twórczości pradziadka. Nad czym teraz pan pracuje?

We wrześniu odbędzie się Ogólnopolski Festiwal Piosenki Retro im. Mieczysława Fogga, który współtworzę od kilkunastu lat. Chciałbym, żeby dzięki tej imprezie taka muzyka docierała do szerokiego kręgu odbiorców, a nie tylko do garstki pasjonatów. 

- Z kolei w Tarczynie pod Warszawą odbywa się festiwal Jesienne Róże - tuż obok, pięć km dalej, znajduje się wieś Prace Duże, gdzie pradziadek zbudował domek letniskowy i rodzina przetrwała powstanie. Takich wydarzeń jest sporo, ale najważniejsze z nich to duża retrospektywna wystawa poświęcona Mieczysławowi Foggowi, która odbędzie się w Muzeum Piosenki Polskiej w Opolu jeszcze w tym roku. Dzieje się, dużo się dzieje. 

Zobacz także: 

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje