Reklama

Reklama

Wojciech Malajkat: Uczę się od życia

Zbyszek Zamachowski jest niski i charakterystyczny, Piotr Polk jest przystojny, a ja jestem mądry. Ten podział bardzo dawno wykonałem i na szczęście dla nas jakoś się sprawdza - mówi Wojciech Malajkat opowiadając o kulisach zawodu aktora.

Przeczytaj fragment książki Katarzyny Suchcickiej "O gust walczę" - wywiadu-rzeki z Wojciechem Malajkatem:

Katarzyna Suchcicka: W szkole pan siedział w ławce ze swoją przyszłą żoną i ją rozśmieszał, a ona wylatywała z klasy zamiast pana.

Wojciech Malajkat: - To było tak: ona ma mniejsze zdolności, jeśli chodzi o podział uwagi, a mi z kolei lepiej idzie w tej sprawie, i wiedziałem, co się dzieje w trakcie wykładu, a druga część mnie załatwiała różne rzeczy w czasie lekcji. A to się nauczyliśmy alfabetu Morse’a i wysyłaliśmy sobie listy, a to jakieś głupoty opowiadałem i ona chichotała, a zapytana o to, o co chodzi na lekcji, nie umiała odpowiedzieć i cierpiała z tego powodu. Z tym wyrzucaniem z klasy to już jest przesada, może z raz się zdarzyło...

Reklama

Ale tak zwanych kawałów pan nie opowiadał?

- Nie, one najmniej mnie śmieszą, w ogóle nie lubię opowiadać dowcipów. To jakby proteza. Kiedy ludziom brakuje tematu do rozmowy, sięgają po dowcipy, żeby sztucznie napędzić wesołość.

- Anegdota to co innego, ale dowcipy takie: kawał-kawał - to obca mi rzecz, mnie nigdy nie brały. Jak się natomiast spotykamy z kolegami, na przykład w garderobie, to wolę milczeć. Naprawdę sobie świetnie radzę, jak się nikt nie odzywa, niektórzy natomiast wyczuwają w tej ciszy pewien rodzaj presji i zaczynają sztucznie tę atmosferę...

...podgrzewać...

- ...podgrzewać, zupełnie nie wiem po co. Takie żarty mnie zupełnie nie śmieszą.

W szkole był pan twórcą dowcipów?

- Tak, uważam, że warto żyć również z tego powodu, że można stwarzać rzeczywistość anegdotyczną.

A recytować pan lubił?

- Do dzisiaj nie lubię.

Ani uczyć się na pamięć?

- Tak, to jest moja wielka bolączka, pięta Achillesa, nienawidzę tej części mojego zawodu - uczenia się na pamięć. Nienawidzę. I to z roku na rok przybiera coraz większe rozmiary, ta nienawiść, jest z tym coraz gorzej. To jest dla mnie żmudna, ciężka, uporczywa, nudna jak piekło praca. Tak że podziwiam i zazdroszczę ludziom, którzy umieją ten etap przejść szybko. Patrzą, czytają pięć razy i już umieją.

Ale nadchodzi rok 1982 i pan musi się nauczyć na pamięć.

- Właśnie o to chodzi, że się nie douczyłem. Już wtedy byłem zły w tej robocie, bo przyjechałem na egzamin wstępny niedouczony. A jeszcze nerwy doszły. Właściwie nie mówiłem z pamięci. Tym sobie też zjednałem świętej pamięci Bogusława Sochnackiego, wspaniałego aktora, który siedział w komisji. Oczywiście udawałem, że umiem, ale szybko się zorientowali, i to właściwie był powód, żeby komuś takiemu podziękować, skreślić go, bo to jest rodzaj niekompetencji i takiego braku...

...odpowiedzialności.

- Tak. Orientacji w tym, co to ma być za zawód. I pamiętam, że kiedy docierałem do miejsca, gdzie nie wiedziałem, co jest dalej, znacząco unosiłem brwi w jego kierunku, bo on miał przed sobą te moje teksty, i wtedy łaskawie mi podpowiadał. Właściwie zdaliśmy ten egzamin we dwóch. To było straszne. Po tym incydencie wziąłem torbę, poszedłem i powiedziałem, że już nie zdaję dalej. Tylko Ania pobiegła za mną i siłą mnie powstrzymała, a potem - też świętej pamięci Jan Machulski - zobaczył mnie z tą torbą i spytał: a ty gdzie się wybierasz? Powiedziałem, że wiem, jak zdaję, to znaczy niekompetentnie i źle, i że wyjeżdżam. On na to: zostać masz, bo nam się podobasz.

Czyli wielka ulga.

- Tak, ale do dziś pamiętam, że to było jakieś dramatyczne zdawanie. Teraz to wygląda jak w anegdocie: stałem, popatrywałem na tego Sochnackiego, on mi podpowiadał, a wszyscy się śmiali. No, śmiali się, a ja stałem jak zdrętwiały.

- Ale ja przecież przyjechałem z małego miasta, jak ich zobaczyłem, to zobaczyłem wreszcie moich bogów, tych, których znałem z telewizji. Ugięły się pode mną kolana. Może trochę umiałem, może nie, ale zapomniałem z wrażenia. To było dla mnie coś niezwykłego. Przeżycie takiego chłopaka w okularach, w butach traperskich - bo jeszcze nie miałem czasu się przebrać, pociąg się spóźnił, wszedłem na salę egzaminacyjną w jakimś golfie powyciąganym i w takich butach turystycznych.

Może dobrze.

- Teraz mnie pytają, jakie są recepty, żeby zdać do szkoły. Trzeba być sobą, to jest jedyna moja odpowiedź. Wtedy wszedłem, taki prawdziwek z Mazur, i powiedziałem to, co umiałem i czego nie umiałem. Na egzaminach wstępnych można być tylko sobą. I trzeba.

I jak by pan ocenił, ze swojej obecnej pozycji profesora, siebie tamtego na egzaminach? Co było źle? Dykcja?

- A cholera wie. Bo ja mało pamiętam z tego, z tych nerwów. Poza tym egzamin wstępny to nie jest egzamin z wiedzy, tylko z pewnych umiejętności. Egzamin do szkoły teatralnej, jak to dzisiaj traktuję, przyjmując z kolei przyszłych studentów, ma być egzaminem z osobowości. Szkoła jest od tego, żeby nauczyć dykcji, sprawności, warsztatu, czyli umiejętności przebywania na scenie, ale nie nauczymy talentu, osobowości, nie ma w ogóle takiej możliwości. Tego się nie da nauczyć, to trzeba mieć. Zdałem więc egzamin z bycia sobą.

- Gdybym siebie miał dzisiaj przyjąć do szkoły, to nie wiem, chyba bym nie przyjął. Oczywiście, nie można mieć wrodzonej wady wymowy i jednej ręki nie mieć. Ale jak się mówi mało sprawnie, to się da wykształtować w czasie studiów. Takiego przyjmuje się właśnie, nie takiego, który ma idealną dykcję, jest piękny jak Adonis czy jak piękna Helena trojańska, a nic w sobie nie ma, jest pusty jak bęben. Przyjmiemy takiego, który mówi mało wyraźnie, ale jest żywym srebrem, przebija innych temperamentem i poczuciem humoru, wrażliwością.(...)

Czytaj więcej na następnej stronie >>

Czy Hamlet zagrany za młodu dał panu jakąś wskazówkę na życie?

- Nie, mojego credo życiowego nie kształtują role. Raczej to, czego uczyłem się jako człowiek od życia, od rodziców, od nauczycieli, a teraz uczę swoje dzieci, uczę inne dzieci.

A czego konkretnie uczył pana na studiach Jan Machulski?

- On miał taki przedmiot: problemy gry aktorskiej, na pierwszym roku, potem role prozą, sceny prozą. To, czego ja teraz uczę. Czyli takiego podstawowego obchodzenia się z tym zawodem, co jest ważne, na co trzeba zwrócić uwagę, czego nie robić, czego szukać, jak szukać, żeby uniknąć banału i oczywistości. Podstawowy błąd, jaki często popełniamy, to czytanie w sposób oczywisty, wprost i jednoznacznie.

- Od razu trzeba myśleć o komplikacji, jaką powinna mieć rola. Żeby była pełnowymiarowa, wielopłaszczyznowa, bo taka się nie znudzi publiczności. Jeśli widzowie dostaną w roli, którą zagram, to, co mogliby sami przeczytać, to po prostu powiedzą: ja tego nie chcę, ja chcę zobaczyć kogoś, kto umie mi w tej roli powiedzieć jeszcze coś, czego ja sam nie wiem.

Jakie nazwiska pośród profesorów w łódzkiej Filmówce były dla pana ważne?

- Bogusław Sochnacki, Jan Machulski, Michał Pawlicki, Ewa Mirowska, Zofia Petry, Barbara Wałkówna, Bronisław Wrocławski, po prostu ludzie, których ja... O Barbarze Wałkównie mówię dlatego, że ona była wszystkimi srokami w telewizyjnych bajkach dla dzieci. Wcześniej znałem tylko jej głos! Dla chłopaka znikąd, który nie miał w ogóle kontaktu z tym środowiskiem, to był świat, który... nie chcę, aby to zabrzmiało banalnie, ale to było zderzenie z czymś niezwykłym, że ich widzę, tak z bliska. Myślę, że teraz telewizja nie jest już takim medium, może się mylę, ale dla mnie to było, jakbym wszedł na Olimp.(...)

Był taki moment na studiach, że pan poczuł: "już jestem aktorem"?

- To był taki szalony, mało świadomy okres w moim życiu, szczególnie dwa pierwsze lata studiów. Potem trochę to się zaczęło organizować w mojej głowie. I po dyplomie miało się już poczucie, że jednak zagrało się trzy role, że one zostały obejrzane, ocenione, zagraliśmy je na festiwalu. Napisałem pracę magisterską, czyli złożyłem daninę, której szkoła wymagała. Ale tak naprawdę wszystkiego najwartościowszego nauczyłem się w teatrze, już zawodowym.

Ciekawi mnie, czy relacje z mentorami, profesorami, którzy dla pana byli objawieniem, mogły być rzeczywiście partnerskie? Jakich mogli wówczas używać instrumentów pedagogicznych?

- Był mistrz i czeladnik w przypadku Machulskiego, ale już z Wrocławskim było inaczej. On wymagał, a myśmy się jego zajęć bali. Kiedy nie przygotowaliśmy się do zajęć jak należy, to szydził z nas otwarcie i bezlitośnie, czego na przykład nie robił Machulski, on nas w cieplarnianych warunkach hodował, jak komuś coś nie wyszło, to raczej pocieszał. Ja jestem zwolennikiem raczej tego, że trzeba wymagać i uświadamiać ludziom braki - przecież się uczą - i tamta metoda wyszydzania, oczywiście, czasem bardziej, czasem mniej złośliwego, przynosiła rezultaty. Żeby nie być ośmieszonym, człowiek harował, dochodził do jakichś efektów.

Ale były rany? Trudno było się wyleczyć? Czuł pan, że nie wytrzyma?

- To jest zawód dla ludzi o grubej skórze. Nie można się przejmować oczywiście. Musimy być wrażliwcami w środku kruchymi, ale trzeba mieć pancerz na sobie. To nie jest zawód dla ludzi słabych, my jesteśmy stale poddawani ocenom. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy jest Internet, kiedy można wszystko napisać, opluć, obrzucić błotem. Nie wszyscy to znoszą. Są rany i one muszą być, wystawiamy się przecież sami, nikt nam nie każe tego robić, trzeba mieć tego świadomość, i były rany, ale trzeba było je w sobie umieć leczyć.

Czyli poczucie wartości musi być tak silne, że choć mówią: "źle", ja i tak swoje wiem.

- Jak się studiuje, to się nie wie, czy jest dobrze, czy źle. Jest natomiast poczucie, że dam radę pokonać tę słabość czy nieumiejętność, i jak ją pokonuję, przekonuję się, że umiem to zrobić. Wtedy rośnie pewność, że jestem coś wart.

- Najgorsi są wykładowcy, którzy leczą swoje kompleksy, a trafiają się tacy - robią krzywdę, potrafią kogoś złamać, i to dotkliwie, nawet ostatecznie. Kiedy przychodzi na zajęcia nauczyciel, który chce coś wyleczyć w sobie, wejście do szkoły powinno być mu zabronione. Bywa, że celowo mówi, że nie, że źle, że nie umiesz, nie nauczysz się. Ktoś słabszy potrafi w to uwierzyć. A zdarzają się nieudacznicy - jak w każdym zawodzie - którzy zadekują się w szkole i bardzo krzywdzą, niszczą, mącą w głowie. Są szkodnikami.

Czy musi pan czasem, jako pedagog, leczyć studentów pokonanych przez takich wykładowców?

- Czasem wypytuję, czy nikt ich nie krzywdzi. Nie są skorzy do tego, żeby się z tym ujawniać. Albo się boją, albo myślą, że ten ktoś będzie chciał im krzywdę zrobić, będzie się na nich mścił. Tak więc nie, raczej nie leczę, bo oni z tymi ranami się do mnie nie zgłaszają. Załatwiają to sami.

- Ja sam na sobie doświadczyłem próby czegoś takiego i natychmiast to uciąłem. To znaczy nie chodziłem na zajęcia do tego człowieka. To była wielka odwaga z mojej strony, nie wiem, jak to się stało, nie miałem bardzo silnego ego i poczucia, że jestem już coś wart. Ale instynktownie wyczułem próbę wtargnięcia w moją intymną, osobistą wrażliwość, aż automatycznie się od tego odciąłem. Pracowałem, postanowiłem sam się uczyć i, na końcu, wybroniłem się na egzaminie.

Mam wyrzuty, że panu w duszy grzebię, ale czy pan powiedziałby, o co konkretnie chodziło?

- On chciał przekroczyć granicę intymności, która jest we mnie jakoś już ustalona. To jest oczywiście zawód, który polega na otwieraniu siebie nawzajem, otwieraniu się przed kimś innym i wymianie wyobraźni, fantazji, emocji, ale on proponował mojej wyobraźni coś, na co ta wyobraźnia nie chciała się zgodzić. Żebym, mówiąc tekst, wyobrażał sobie coś, co było poza moją wyobraźnią. Moja wyobraźnia mogła tam sięgać i pracować w tym kręgu, ale nie chciała.

- To jest wszystko enigmatyczne, krótko mówiąc, ten profesor zaproponował mi - do dzisiaj nie rozumiem dlaczego i nigdy nie zrozumiem i nigdy nie ośmielę się czegoś takiego komu innemu zaproponować - żeby zupełnie racjonalną rzecz przełożyć na erotykę. W wyobraźni. Nie było żadnego powodu do tego, myślę, że to polegało na jakiejś potrzebie, nie wiem, zresztą nie będę się w tym babrał. Nie znaleźliśmy wspólnego języka. Nasze wyobraźnie rozeszły się. On mi mówił o czymś, co mnie peszyło, co też budziło mój sprzeciw, protest, bo ja po prostu nie znajdowałem powodu, dla którego miałbym to, co mam powiedzieć, porównywać z taką dziedziną. Wydawało mi się, że to jest jakieś chore i nie było we mnie na to zgody.

Może to normalny sposób nauczania, żeby rozjątrzyć psychikę? Nie robi się tak?

- Może się robi, ale na pewno nie tak. Ja, owszem, lubię prowokować swoich studentów do tego, żeby okazali emocje, ale nie poruszam się tam w taki sposób i w ogóle nie w tych kategoriach. To nie jest sfera, którą trzeba koniecznie eksplorować... Nie, dopóki nie będę mówił o szczegółach, to będzie strasznie zawiłe.

Właśnie.

- Powiem wprost. Mówiłem wiersz Jesienina o tym, że są piękne krajobrazy, do których człowiek, który je opuści, tęskni jak do czegoś... Są przejmujące, zna pani wiersze Jesienina.

Tak, są "duszoszczipatielnyje".

- Właśnie. O tym, że tam są te wierzby, i wszystko skowycze w środku, a on mi kazał, kiedy mówię o tych wierzbach, wyobrażać sobie wilgotny srom kobiecy.

Tak myślałam, że to nie chodziło o duszę.

- Byłem po prostu zdumiony i zaskoczony, nie rozumiałem też tego odniesienia. I w tym wszystkim nie chodzi o to, że to było niesmaczne, po prostu nie było we mnie zgody na to, żebym jego dopuścił do tego, co moja wyobraźnia ma na ten temat do powiedzenia. To tyle.(...)

Czytaj więcej na następnej stronie >>

Lata osiemdziesiąte w Polsce to etos intelektualisty z zapadniętą klatką piersiową. A tutaj "cyrkówką" nazywano szkołę filmową w Łodzi. Fechtunek, jazda na nartach, jazda konna...

- Ja się bardzo cieszę z tej części studiów, bardzo. Teraz obserwuję ludzi i, chyba to nie jest takie egzotyczne, wszyscy chodzą na siłownię. A wtedy to nie było powszechne.

To skąd się to wzięło w PRL-owskiej szkole filmowej?

- Włodzimierz Brudz, prodziekan Wydziału Aktorskiego, który był tylko od szkolenia sportowego - to był jego konik, pasja wielka - spowodował, że był wyjątkowy nacisk na sprawność fizyczną jak na PRL. On już wiedział, że to jest zawód, który wymaga kondycji, ale i wszechstronności. Na Zachodzie i w Ameryce trzeba było umieć jeździć na nartach, pływać - nie wiemy, kiedy będziemy grali taternika, kiedy ratownika. Łatwiej się tak ubrać, żeby nie było bicepsów widać i zagrać bibliotekarza, niż nie umieć pojechać na nartach wodnych. To był świetny trop.

Ale jak się z tym czuł mól książkowy?

- Na to znajdowałem czas wieczorem. Nie mogę zasnąć bez książki, nawet bez paru linijek. A w szkole wielkie obrabianie pola się odbywało, nawet nie wiedziałem, że trzeba je uprawiać: przerabiać całą dramaturgię polską, światową. W czasie studiów głównie to czytałem. I dlatego że trzeba było, i dlatego że chciałem. Ale znalazłem czas i na książki różne. W szkole była świetna biblioteka, na to miałem czas, musiałem, chciałem go znaleźć i znalazłem.

Ale na życie towarzyskie też?

- Myśmy nie mieli znajomych z innych wydziałów albo uczelni. Ja nie miałem. Zabawa odbywała się w czasie zajęć, prób i w czasie wolnym, kiedy mieszkaliśmy w akademiku. Bo studiowanie było jednocześnie zabawą. Z moimi przyjaciółmi, których mam do dzisiaj, z Piotrem Polkiem, z którym mieszkałem w jednym pokoju, a przez ścianę, z drugim, Zbyszkiem Zamachowskim, niskiego wzrostu aktorem, stykaliśmy się stale. I albo się wygłupialiśmy w tramwaju, jadąc na zajęcia, albo na korytarzu w akademiku.

Pan dodał: "niskiego wzrostu aktorem". Czy to sformułowanie definiuje też panów poczucie humoru na studiach?

- Tak było, i do dzisiaj tak jest. Ten podział przebiega bardzo wyraziście. Zbyszek Zamachowski jest niski i charakterystyczny, Piotr Polk jest przystojny, a ja jestem mądry. I oni to z wrodzonym poczuciem humoru i pokorą przyjmują. Ten podział bardzo dawno wykonałem i na szczęście dla nas jakoś się sprawdza.

A jak ktoś zechce wyjść poza swoje emploi? Pan na przykład zechce być niski?

- To dzielimy się. Jak ktoś dzwoni i pyta, czy jestem niski, to daję telefon Zbyszka. Jak do niego jest prośba, żeby był mądry, to on dzwoni do mnie.

I to go nie obraża?

- Tak było do dziś.

A jeśli chodzi o żarty typowo studenckie?

- Na przykład urządziliśmy z Piotrkiem Polkiem pokaz. To były niezwykle siermiężne czasy, wycięliśmy z gazety akt kobiecy, na tyle, na ile on był jeszcze możliwy, bo to były czasy, kiedy cenzurowano wszystko, to też. Powiesiliśmy go za obrazem w akademiku i zbieraliśmy chętnych do tego, żeby obejrzeli niespodziankę. I koledzy kapitalnie się w to wpisali, bo przychodzili, opłacali tę wizytę, myśmy odsuwali obrazek i oni z pełną powagą kontemplowali nasze wysiłki. Nazbieraliśmy tyle, że urządziliśmy wieczorne piwne spotkanie. Taka zrzuta banalna.

Czyli były jakieś imprezki, rytuały.

- Rozmawialiśmy o sztuce cały czas. Ale wódkę piło się pewnie tak, jak na przykład na politechnice. Czy piwo. Zdobywało się ją inaczej niż teraz, bo to były czasy melin i nielicznych w Łodzi sklepów nocnych, godzinami więc oczekiwało się na tego, kogo się tam posłało, żeby wrócił.

- Raz Zbyszek poszedł, miał kupić dwie flaszki, to jedną po drodze wypił, a drugą stłukł na schodach. Myśleliśmy, że go zabijemy wtedy.

Czyli musiał żyć w dużym napięciu.

- W napięciu na początku na pewno, ale napił się, przewrócił i potłukł. To co to było za napięcie, jak na aktora? Beznadzieja.

A czy czuliście przymus picia?

- Nie, nie. Bo to nie było rozluźnianie, to nie była ucieczka. To był styl życia na studiach. Ale żeby dobrze zabrzmieć, to nie było uchlewanie się i codzienne picie. Myśmy na to nie mieli czasu. Raz na jakiś czas się zdarzało, że nie musimy uczyć się na pamięć albo iść na próbę, i wtedy się skrzykiwaliśmy. Ale to nie było morze wódki, wanna. To były dwie flaszki i rozmowy, anegdoty, opowiadanie sobie. Ale o sztuce. I to nie takiej przez wielkie "S" ani też przez małe, takie nasze na tamte czasy wyobrażenia o czymś. Ale tak, wódka służyła... To był styl. Tak trzeba było, na imprezie studenckiej musiała być wódka albo piwo. Bo jak, przy czym mielibyśmy się bawić? Ale były też gitary.

Nie lubi pan śpiewać, coś się doczytałam.

- Z Piotrem Polkiem czasem gdzieś coś śpiewaliśmy, ale...

Okudżawę? Piosenkę francuską?

- Tak, tak, ale to nie miało takiego wymiaru, że siadaliśmy z gitarą i zanurzaliśmy się w romansach rosyjskich. Raczej był to upust energii. A francuską piosenkę śpiewałem już po studiach. Ja po polsku, Piotr po francusku.

Jaki był bardzo młody Zbigniew Zamachowski?

- Był i jest wrażliwym, dobrym człowiekiem. Myśli podobnie jak ja, mamy podobny gust, to nas zbliżało. I poczucie humoru!

A Piotr Polk?

- Jego pamiętam jako faceta, z którym porozumiewałem się bez słów. On urodził się na Śląsku, ja na Mazurach, a mimo to od pierwszego momentu, jakeśmy razem zamieszkali, polubiliśmy się. Od pierwszej chwili było wiadomo, że czy ja na niego spojrzę w jakiejś sprawie, czy on na mnie, to wszystko jest jasne między nami.

Gazety w 1986 roku pisały: "Warszawę podbił chłopak z Mrągowa"!

- Nie jest bez znaczenia, skąd człowiek pochodzi, jak się wychował, w jakich warunkach. To przecież buduje moją wyobraźnię, wrażliwość, fantazję. Ktoś mi wytyczył, co jest dobre, co złe, co czarne, co białe. Te korzenie są niezwykle istotne. Ale czy to one zdecydowały o tym, że mi i im się akurat udało? Może też, w jakiś sposób.

Czy czuje pan, że pan się wyrwał?

- To, co zrobiłem, nie miało być wyrwaniem się stamtąd za wszelką cenę: rzucić to małe miasto! Nie, kocham nadal to miasto, lubię tam być.(...)

Wyszedł pan z ciepłego, miłego Mrągowa, ale nie ominęły pana zwykłe trudności życiowe w stanie wojennym, na przykład te okrutne kartki żywnościowe.

- Ale to były uroki raczej! Studia, jak sama pani wie, to jest czas, kiedy człowiek zamienia się z kaczęcia w łabędzia i takie źrebię rozbrykane, szukające wszędzie pozytywnych rzeczy. W związku z tym - już zaczynam chrypieć - nawet jeśli były uciążliwości w postaci kartek, i oddawania ich części w stołówce - wycinała je pani kucharka - myśmy raczej z tego konali ze śmiechu, niż się martwili, że nam zabraknie na coś kartek. To była trudność przekrzywiona przez życie studenta, która nam dawała tak dużo radości, że myśmy to przetrwali bezboleśnie.

Gdzie były dziewczyny? Czy one czasem gotowały?

- To był męski akademik.

Odwiedzały?

- Odwiedzały, oczywiście, przez tę właściwość akademika. To jest jakiś dziewiętnastowieczny wymysł, żeby stworzyć takie akademiki, jak męski i żeński. Paranoja wiktoriańska, zupełnie nie wiadomo, czemu w środku Łodzi? Przecież wiadomo, że byliśmy dorośli i życie wymagało od nas różnych ekstrawagancji, tak bym powiedział.

- Były oczywiście tajemnicze i skryte podchody, żeby przemycić kobiety po dwudziestej drugiej do akademika i tak dalej. Ale to było męskie towarzystwo i w takim się jednak na co dzień obracaliśmy.

- Kobiety oczywiście poza tym były od gotowania raczej, przychodziły czasem, czy myśmy je odwiedzali w akademiku na Piotrkowskiej - bo ten był na Ciesielskiej, na Bałutach - po to, żeby coś zjeść, a nie porozmawiać o sztuce i o medytacji wschodniej.

Czy mi się wydaje, czy pan ironizuje? Czyżby kobiety nie nadawały się do istotnych rozmów?

- Nie, oczywiście, nadawały się, ale w męskim akademiku byliśmy na siebie skazani w pewnym sensie i chyba to wymusiło na nas, że nie było istotnych rozmów o sztuce z dziewczynami, które pewnie wiodły takie samo życie u siebie w akademiku i tam nicowały te ważne tematy między sobą.

Ale nie było rozmów o wspólnych zajęciach, o rolach?

- Jeżeli wynikała głębsza dyskusja, czy Lady Makbet jest psychopatką, czy patologiczną seryjną morderczynią - oczywiście to upraszczam - wtedy dyskutowaliśmy o tym w szkole, ale tak, żeby usiąść przy winie i gadać o tym, to może przez to, że nas tak rozdzielili administracyjnie, nie zdarzało nam się z dziewczynami.

Á propos "ekstrawagancji", spytam o historie romansowe. Pan przekonująco kreował kochanka wojskowego w "Pięknej nieznajomej" według Dostojewskiego, a w "V.I.P-ie" młodego artystę, który zakochał się w starszej dziewczynie. Obu uległych i pełnych pasji. A ten zawód, jak powiedziała mi Zofia Kucówna, stwarza wiele pokus.

- To jest zawód, który uprawia się, mając na wierzchu wszystkie nerwy. To jest naprawdę intymny zawód. Mówimy o rzeczach, które poruszają naszą wyobraźnią w różnych kierunkach, na różnych płaszczyznach. Dzielenie się tymi emocjami, a bez takiego dzielenia się nie powstanie sztuka, powoduje, że ludzie się sobą zachwycają, działają na siebie emocjonalnie. I tak ma być. Tak to już u nas jest. Pewnie to miała na myśli pani Zofia. Czy były gorące romanse? Z pewnością rodzą się z tego małżeństwa i związki, które kończą się nie tylko przed urzędnikami.

A pan nie zostawił serca w Mrągowie, u koleżanki szkolnej, która potem została pańską żoną?

- Ja właśnie... Ze mną było tak, że... nie uległem ekstrawagancjom.

Fragment książki "O gust walczę" - wywiadu-rzeki z Wojciechem Malajkatem. To zapis niezwykłej, miejscami intymnej, niemal w każdym momencie pasjonującej rozmowy dziennikarki Katarzyny Suchcickiej z jednym z najsłynniejszych polskich aktorów filmowych i teatralnych, profesorem w warszawskiej szkole teatralnej, dyrektorem stołecznego Teatru Syrena. O życiu i teatrze.

Skróty pochodzą od redakcji.


Styl.pl/materiały prasowe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL