Reklama

Reklama

Wyspa, drzewo, zamek

Szkoci się martwią, że ich lato trwa dwa dni i łatwo je przegapić. Jeśli już przegapimy, radzą: zaczekaj 20 minut i wyjdzie słońce. Pogoda w kratkę to specjalność archipelagu Hebrydów i zachodniego wybrzeża Szkocji. Kto widział zamek Duart po burzy albo tęcze nad mistyczną wyspą Iona, wie, że dla tego widoku warto moknąć choćby tydzień.

- Witamy na wyspie Arran! Zapatrzyła się pani na Firth of Clyde? Piękna zatoka, piękny ranek - Angus Lambie, wulkanizator, ekscytuje się pogodą i rozmiarem dziury w mojej oponie - mam tu piąte wezwanie: Niemcy, Francuzi, Amerykanie. "Caught a flat tyre while watching Kintire" - rymuje, diagnozując: wypadnięcie z asfaltu spowodowane zachwytem nad krajobrazem.

- Mamy tu Szkocję w miniaturze - pan Lambie chce zatrzeć wrażenie, jakie mogłyby zostawić wąskie drogi. - Najlepsza whisky, najpiękniejsze wrzosowiska, ciepły klimat i palmy. Jest gdzie się wspinać. Była pani na Goatfell? Ze szczytu widać Irlandię. Aa, śniadanie proszę zjeść w Sannox, jest tam parę funtów taniej niż w Brodick. I porcje większe - dodaje z troską, inkasując 80 funtów. Tradycyjne śniadanie składa się z tłustej kiełbaski, smażonych grzybów i haggis. Niełatwo zacząć dzień od podrobów gotowanych z krwią i owsianką w owczym żołądku.

Reklama

Dłubię widelcem w brunatnym brykiecie, ale jak nie skosztować potrawy, na której cześć wieszcz napisał odę. Address to a Haggis (Do kaszanki) Roberta Burnsa to pięć strof o wyższości haggis nad europejskimi specjałami, wliczając francuskie ragoût. Uwierzcie poecie. O, kaszanko!

Dama z wysokiego zamku

Ceglany dom otoczony hortensjami nie wyróżnia się i niewielu wie, że mieszka w nim najszlachetniej urodzona dama na wyspie. 93-letnia Lady Jean Fforde, potomkini króla Jakuba II Stuarta, jest ostatnią lokatorką górującego nad Arran zamku Brodick.

- Moja matka, Lady Hamilton, była jego właścicielką, do dziadka należała cała wyspa - wspomina Lady Jean z nostalgią - ale rodzice nie mieli ręki do interesów. Przez złych doradców po kolei wymykały im się posiadłości. Matka nad życie towarzyskie wyżej ceniła pracę w ogrodzie. Sponsorowała wyprawy ogrodników przywożących z Chin i Birmy sadzonki azalii i rosiczek. Udało się nam utrzymać krzewy, które nie przyjmowały się nigdzie indziej w Wielkiej Brytanii. Mieliśmy największy w Szkocji tropikalny ogród. Do dziś zamek otacza ściana zieleni. Dwa metry deszczu rocznie sprawiły, że wokół wyrosła dżungla. Są afrykańskie sagowce, tasmańskie eukaliptusy i brazylijska Gunnera manicata o metrowych liściach, pomiędzy którymi dzieci bawią się w chowanego. - Mama powtarzała, że nigdzie człowiek nie jest tak blisko Boga, jak w ogrodzie. Niestety, nie mogła zamku utrzymać i zapisała go narodowi - mówi z tęsknotą Lady Jean. - Dzięki temu wszyscy mogą go zwiedzać.

- Chce pani posłuchać, jak nam się mieszkało? - starsza pani wręcza mi audiobook ze wspomnieniami "Zamki i katastrofy".

Paź Królowej

W przeciwieństwie do Hamiltonów z Arran Campbellowie z Inveraray, najpotężniejszy szkocki klan, ma pełną kontrolę nad rodowymi włościami. Oblegana przez turystów posiadłość jest domem rodzinnym szefa klanu. - Gospodarz czeka - oznajmia menedżerka zamku.

Czy będzie gburem o dzikim spojrzeniu? Rudym brzydalem? - wypatruję wskazówek na portretach przodków. Tymczasem Jego Ekscelencja książę Torquhil Ian Campbell, trzynasty diuk Argyll, posiadacz trzydziestu tytułów i połowy hrabstwa, jest przystojnym brunetem w koszulce polo.

- Czy turyści w domu nie wadzą, sir? - pytam.
- Trochę, ale nie znam innego życia. Jesteśmy żywym muzeum, moje dzieci biegają po zamku między turystami, a czasem ktoś zagadnie, czy nie jestem tym gościem z obrazu w sali jadalnej.
- Co robi szef klanu? - pytam.
- Dziś zamiast wojen prowadzimy interesy - uśmiecha się diuk znad tomu indyjskiego prawa handlowego. - Poza tym ktoś musi dbać o tradycję, organizować Highland Games, szkockie igrzyska. Wie pani, że w zeszłym roku rzut palem wygrał Polak? Nasz przewodnik pokaże wam zdjęcia.

James, prócz fotosu naszego rodaka z drągiem, pokazuje zdjęcie Torquhila Campbella jako nastoletniego pazia królowej Elżbiety II.
- Wie pani, jaka jest tajemnica sukcesu tej rodziny? Zawsze żyli w dobrych stosunkach z panującymi.
- Inne sekrety? - dopytuję.
- Nigdy niczego nie wyrzucają.

Krewetki z dżemem

Turysta z plecakiem podróżujący na Hebrydy prędzej czy później trafi pod 21 przy Airds Crescent w centrum portowego Oban: albo kiedy ucieknie mu ostatni prom na wyspy lub skusi najtańsze schronisko w Szkocji i historie o jego legendarnym gospodarzu. Sędziwy Jeremy Inglis lubi towarzystwo obieżyświatów. Jeszcze do niedawna dzielił kuchnię z gośćmi, serwując na śniadanie tosty z dżemem własnej roboty. Podłoga i ściany kuchni lepią się po jego jam session, ale inaczej zmarnowałyby się owoce z sadu, czego on, Szkot, nie mógłby przeżyć. Jeremy uwielbia opowiadać. Czasem wyciągnie butelkę wina, na adapterze nastawi szkockie ballady i przyrządzi sagan krewetek.

- Opowiadałem już o Lady Rock? - Jeremy zapada się w wytarty fotel. - Będziecie mijać tę skałę, płynąc na Mull. - A więc Lachlan Cattanach z zamku Duart, zniecierpliwiony brakiem potomka... postanawia sprzątnąć żonę - Jeremy łączy oksfordzką angielszczyznę z gangsterskim slangiem. - Musi być dyskretny, żona jest siostrą potężnego Johna Campbella z Inveraray. Cattanach wysadza żonę na wystającym z morza głazie, by "niechcący" zmył ją przypływ. Pech! Płacz kobiety słyszą przypadkowi rybacy. Odwożą kobietę do Inveraray. Tymczasem Cattanach wyprawia pogrzeb i rusza do szwagra. Nieźle musiał się zdziwić, kiedy drzwi otworzyła mu "nieżyjąca" żona. Campbell nie omieszkał pozbawić go potem głowy, ale to już inna historia. Skoczę po kraby - mówi Jeremy i po chwili rozbija je młotkiem na stole w salonie.

Możliwości wyspy

Na wyspie Mull jest więcej owiec niż ludzi. Wyspiarze, Szkoci, zostali stąd przegnani 200 lat temu podczas wysiedleńczej akcji Highland Clearances. Anglicy chcieli w ten sposób osłabić klanową strukturę Szkocji i gaelicką kulturę. Cameronowie i MacAlpinowie z kamiennych pasterskich chatek trafili na pokłady statków płynących do Ameryki, dając początek kanadyjskiej Nowej Szkocji. Dziś na wyspie próbują osiedlać się ekopionierzy. Otwierają pensjonaty, kempingi na wybrzeżu Loch na Keal, restauracje rybne czy jak Bob Ryan - warsztat tkacki Ardalanish Weavers.

Drogę do Bunessan, niegdyś pasterskiej osady, okupują owce i zaczynam wątpić, że wiedzie dokądkolwiek. W końcu jest drogowskaz do ekofarmy. W szopie huczą antyczne krosna obsługiwane przez dziewczyny w ochraniaczach na uszy. Lisa i Martha okazują się... studentkami Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych ze Sztokholmu.

- Tkanie z organicznej przędzy na tak muzealnych maszynach to forma sztuki - tłumaczy Lisa. Poza tym nikt nie ma takich owiec. Ryan, założyciel Ardalanish Weavers, jest Szkotem z krwi i kości. Jego przedsięwzięcie to coś więcej niż ekstrawagancja znudzonego czterdziestolatka. Bob jest pozytywistą.

- Chcę udowodnić, że na Mull da się żyć, wracając do korzeni. W Bunessan mieszkało 600 osób, teraz jestem tylko ja, ale to się zmieni. Miejscowi zaglądają, dziwią się, dopytują... I tylko skromność nie pozwala mu dodać, że tkaniny z logo Ardalanish Weavers sprzedają się w najlepszych butikach Londynu.

Katedra Morza

"Ta stworzona przez naturę konstrukcja przewyższa Bazylikę Świętego Piotra w Rzymie", napisał w 1772 roku o wyspie Staffa pierwszy Brytyjczyk, który postawił na niej stopę. Powstała wskutek erupcji wulkanu 55 milionów lat temu, wyspa przypomina pęk omszałych bazaltowych zapałek. Anglicy nazwali ją ósmym cudem świata, a w jej stronę ruszyły pielgrzymki artystów. Walter Scott, William Turner, Juliusz Verne - każdy upamiętnił wycieczkę stosownym dziełem. Największy rozgłos zyskała uwertura Hebrydy Feliksa Mendelssohna, którego oczarowały odgłosy fal w akustycznej grocie Fingal’s Cave u stóp wyspy. I ten właśnie utwór ma w zwyczaju serwować przez megafon swojego stateczku Colin Morrison, armator Turus Mary, jedynego "połączenia" z wyspą.

Na szczęście dla Staffy nie jest to prom nastawiony na masowe zwiedzanie, ale rodzinny biznes ojca i syna, dwóch radosnych wyspiarzy, strażników rezerwatu. Na pokładzie mamy zarówno niemieckiego ornitologa z zestawem do podglądania maskonurów, jak i wytatuowaną rodzinkę z robotniczego Sheffi eld. Wolno nam spędzić na wyspie godzinę. Akurat tyle, by nie zaszkodzić ptactwu i wydrom. Morze jest wyjątkowo spokojne i Colin robi niespodziankę. Zabiera nas na otwarty ocean. Wyłącza motor. Łódka podskakuje na falach. Nie wiemy, co się wynurzy. Milkną wszyscy, nawet hałaśliwa angielska rodzinka. Wreszcie JEST! W odległości kilku metrów od łódki wynurza się spory płetwal. - Piękna sztuka, napiszę o tym na blogu! Nie zamieniłbym swojej pracy na żadną inną - dodaje kapitan Colin Morrison, filolog.

Siedem kroków długa

Fionnphort, wioska na zachodnim cyplu Mull, składa się z kilku domów, tawerny i parkingu. Prom na wyspę Ionę nie zabiera aut. Jej 175 mieszkańców obywa się bez nich. Od brzegu do brzegu można przejść w godzinę. Według legend Iona jest "odpryskiem" Atlantydy. O jej boskich mocach przekonani byli zarówno druidzi grzebiący tu wodzów, jak i Święty Kolumba, pierwszy misjonarz Wysp Brytyjskich. Wojowniczy mnich przybył tu z Irlandii w trzcinowej łodzi w Zielone Świątki 563 roku. Opactwo, które założył, stoi do dziś.

Kolumba przetrwał w opowieściach jako cudotwórca. I dziwak. Nie tolerował na wyspie krów i kobiet. Gdzie krowa, tam kobieta, a gdzie kobieta - tam złe uczynki, twierdził święty. Za nieczyste uważał także żaby i ślimaki. Kobiety po raz pierwszy zamieszkały na wyspie dopiero 600 lat później, kiedy król Reginald założył tu pierwszy zakon żeński. Zrujnowane w czasach reformacji opactwo zostało odbudowane siedemdziesiąt lat temu przez ekumeniczne stowarzyszenie Iona Community. Praktyki? Wycieczki po wyspie i lektura Biblii. Medytacjom sprzyja osobliwa cisza i śródziemnomorska uroda krajobrazu.

Kiedy wsiadam na ostatni prom, z Iony rozlega się dźwięk dud. Grajka nie widać, jego instrument ma za to moc orkiestry. Dźwięk piszczałek wypełnia zatokę. - "Oh ro soon shall I see them", nuci pod nosem gaelicką pieśń siedzący obok mnie Szkot. - "Oh soon shall I see them, the mist covered mountains of home" (Wnet znów ujrzę je, ojczyzny szczyty we mgle).

Więcej informacji o Szkocji na: www.visitbritain.pl i www.visitscotland.com

Grażyna Saniuk-Woźniak

Twój Styl 06/2011


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje