Reklama

Reklama

SHOW - magazyn o gwiazdach

Nie wszystko na sprzedaż

​W sieci celebryci z detalami pokazują swoje życie. Na szczęście są też tacy, którzy wyżej cenią sobie prywatność.

Lubimy i zawsze lubiliśmy pokazywać swój status, chwalić się nim, a nawet pysznić. Jak to się ma do potrzeby prywatności? Dla niewielu to pierwszorzędna sprawa. Gwiazdy zaczynają to coraz bardziej rozumieć i już nie sprzedają szczegółów ze swego życia rodzinnego na lewo i prawo. Oczywiście, nie wszystkie. To raczej chlubne wyjątki niż ogólny trend.

Czy pójdą za nimi zwykli ludzie, obecnie zafascynowani tym, że na przykład dzięki rozgłosowi w sieci mogą nie tylko zaimponować znajomym, ale i sami stać się mikrocelebrytami?

"Cicho o tym ślubie"

Wiadomo, przykład zawsze idzie z góry. Ostatnio pojawiły się pierwsze jaskółki normalności: jak Ed Sheeran (28), który nie leci z każdą nowiną ze swego życia do mediów. To, że się ożenił, wyszło zupełnie przypadkowo. Ślub z wieloletnią partnerką Cherry Seaborn (27) miał skromną oprawę - byli tylko rodzina i przyjaciele. Ed nie chciał, żeby na weselu pojawili się celebryci oraz ludzie z wytwórni.

Reklama

W tajemnicy przed mediami wziął też ślub Piotr Adamczyk (47). Jego wybranką jest o 19 lat młodsza Karolina Szymczak, która jest dość aktywna w mediach społecznościowych, ale wyjątkowo powstrzymała się od trąbienia o zamążpójściu.

Może dlatego, że Piotr miał naprawdę złe wspomnienia z pierwszego małżeństwa. Ślub z Kate Rozz (39), sprzedał na okładkę jednego z magazynów. Drugi, cywilny, był w tajemnicy. Może to małżeństwo okaże się szczęśliwsze.

Z kolei Magda Lamparska (31) wyszła za mąż za ojca swej córki za granicą, by tam cieszyć się prywatnością i godnie przeżyć ten radosny dzień. Można? Można!

Hamulce puściły

Skoro jednak zwyczajni ludzie widzą na przykład zdjęcia półnagich prezenterek albo aktorek w basenie, aktorów prężących mięśnie na siłowni, a ich przyrodzenie ledwo przykrywa niewielki ręczniczek albo czytają lub widzą wulgarne, rasistowskie lub homofobiczne uwagi jakiegoś człowieka, który zyskał sławę dzięki żenującemu reality show... mają przyzwolenie na to, by robić dokładnie tak samo!

A przecież takie zdjęcia i uwagi są po postu poniżej wszelkiej krytyki. Co wypada robić i mówić w normalnym życiu i co publikować w sieci? Doktor Irena Kamińska-Radomska, znana doskonale specjalistka od etykiety i mentorka w programie "Projekt Lady", mówi, że zawsze granicą, której naprawdę nie warto przekraczać, są prawda, dobro i piękno.

No bo cóż z tego, że nawet jeśli zdjęcia z naszego życia są piękne, jeśli nie są prawdziwe. Dobro też jest ważnym wyznacznikiem.

Sprzedawaniem swojej prywatności możemy skrzywdzić najbliższych. "Nie można patrzeć jedynie przez pryzmat własnej osoby i chwili. Trzeba myśleć perspektywicznie, bo udostępniamy coś na całe życie. Ci, którzy pokazują zdjęcia własnego półnagiego ciała uważają, że muszą być bez przerwy w mediach społecznościowych. Owszem, to jest ich przynęta na fanów, bez takich zdjęć spadają im zasięgi. Ale gdy przekroczą jakąś barierę, łatwiej jest przekroczyć kolejne. Tak właśnie traci się poczucie rzeczywistości. Celebryci idą w pokazywaniu wszystkiego za daleko", uważa specjalistka od savoir-vivre’u.

Zbyt łatwo naśladujemy idoli. "Nasze społeczeństwo się zmienia, jest bardziej indywidualistyczne, by nie rzec egocentryczne. Ludzie chcą się pokazać za wszelką cenę. Pokazują zdjęcia dzieci, bez ich zgody i to też zakłóca tę wartość dobra".


Oglądając kobietę z brodą

Faktycznie, granice przesuwają się coraz bardziej. Jak to ładnie ujęła blogerka internetowa Nishka: "Zaczęło się od 'teraz piję kawę', a skończy się na 'teraz rodzę'?". Kiedyś nie do pomyślenia było, żeby gwiazda z własnej woli pokazała USG ciąży. Teraz to prawie norma. Pewnie niebawem objawi się aspirująca celebrytka, która opublikuje wideo z porodu.

Następnym etapem zapewne będzie szczegółowa relacja z procesu zapłodnienia. Jak to mówią, "The Sky is the Limit", czyli niebo jest granicą.

Inna sprawa, że w internecie, nawet pokazując jakąś prywatność, i tak... nie pokazujemy prawdy. Portale społecznościowe dały nam niesamowitą możliwość stworzenia sobie awatara - takiego jak chcemy. Piękniejszego, mądrzejszego, szczęśliwszego.

Nawet zdjęcia wyglądające na spontaniczne wcale takie nie muszą być. W wirtualnym wymiarze puszczają hamulce, które w rzeczywistości trzymają nas w ryzach. Przecież nie chwalimy się każdemu napotkanemu na ulicy człowiekowi, że na śniadanie zrobiliśmy idealne jajko po benedyktyńsku z sosem holenderskim, a tak właśnie robimy, wrzucając zdjęcie do sieci.

Nie chodzimy po supermarkecie, wygłaszając głośno poglądy na każdy temat, a takie wpisy zamieszczamy w mediach społecznościowych. Skąd u ludzi taka potrzeba ekshibicjonizmu? Internauci, w poszukiwaniu poklasku są gotowi naprawdę na wiele, o ile nie na wszystko. To też zależy od celu, jaki sobie stawiają.

Kim Kardashian i Paris Hilton zdobyły wielką popularność w internecie dzięki sekstaśmom. Zebrały początkowy kapitał obserwujących i teraz go tylko pomnażają, już nie odwołując się do najniższych instynktów odbiorców. Ale w sieci pojawiają się coraz bardziej drastyczne materiały, np. patostreamerów - z piciem, biciem, przeklinaniem, molestowaniem i hejtowaniem.

Im bardziej kontrowersyjnie, tym lepiej. "Ludzie to sobie pokazują, a ci którzy pokazują takie rzeczy, mają świadomość, że ich odbiorcy się z nich śmieją. Tak łatwo zebrać publikę robiąc z siebie pajaca. Ludzie przecież zawsze lubili oglądać w cyrku dziwolągi, kobiety z brodą albo syjamskie bliźnięta", podrzuca dosadny przykład psycholog społeczny Tomasz Łysakowski.

Tzw. "normalsi" popadają w niezdrowy ekshibicjonizm nie tylko po to, by zarobić w sieci niczym internetowi influencerzy pełną gębą, którzy za konkretne wpisy zgarniają nawet po 20-50 tys. zł (to stawka polska).

Większość po prostu chce pokazać swój status i tak to robi. Pokazują, że są szczęśliwi. "Nie chcą na tym zarobić, tylko robią to po to, by sąsiadowi oko zbielało. W nowe dla siebie medium każdy z początku się wkręca. Ludzie wstawiają zdjęcia coraz śmielsze, bo inni nagradzają ich za to. To typowe działanie kompulsywne.

Nasz układ dopaminy działa w ten sposób, że chce natychmiastowych nagród w postaci lajków", diagnozuje psycholog.

Golizna jest tymczasowa

Ale można powiedzieć, że osoba zdrowa nigdy nie jest w pełni zadowolona z tego, co ma. Chęć posiadania i chwalenia się tym, że ma więcej niż inni, napędza do dalszego działania. Czy warto więc sprzedawać swoją osobę sięgając nawet do najbardziej żenujących sposobów?

Otóż, nie, jeśli liczymy na sukces długofalowy i mamy naprawdę dobry pomysł na siebie. "Doświadczenia tych ludzi, którzy dzięki social mediom odnieśli długofalowy sukces, są inne. Jest wiele osób gotowych na wszystko. Natomiast ci, którzy mają coś wartościowego do powiedzenia w internecie, na przykład nasze trenerki, przetrwają dłużej. Mamy też kanały naukowe, językowe, które udowadniają, że można zbudować pozycję, nie rozbierając się i kompromitując. I prawdopodobnie ta pozycja będzie bardziej stabilna. No bo przecież uroda w końcu przemija. A jeśli mamy coś sensownego do powiedzenia, to liczba obserwujących będzie i tak rosła. Zatem, taka działalność się bardziej opłaci", podkreśla Łysakowski.

Mało kto przecież chce być reklamowany przez osobę, która tylko się rozbiera, albo prowokuje inaczej, i tylko z tym się kojarzy ogółowi.

Katarzyna Jaraczewska


Show

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje