Reklama

Reklama

Anna Dymna: Siłę zawsze dają mi ludzie

- Mogłabym poświęcić cały swój czas na to, by być szczuplejszą i ładniejszą, zająć się wyłącznie sobą. Wtedy na pewno wiele osób powiedziałoby, że pięknie wyglądam - przyznaje Anna Dymna. - Myślę jednak, że byłabym wtedy naprawdę nieszczęśliwa, bo musiałabym zrezygnować z tego, co tak naprawdę kocham, bo przecież to pochłonęłoby moje życie. Zdecydowanie wolę teraz dbać o inne piękno - dodaje aktorka.


Anna Dymna jest jedną z najwybitniejszych polskich aktorek. Popularność zdobyła dzięki filmom, jednak, jak twierdzi, to teatr zawsze był jej największą miłością.

Prywatnie jest szczęśliwą żoną i dumną matką. Czuje się, jak twierdzi, bardzo spełnioną kobietą.

Na tę niezwykłą rozmowę z panią Anną umówiłyśmy się 28 lutego, na długo przed atakiem koronawirusa w Polsce, kiedy nasza rzeczywistość wyglądała jeszcze zupełnie inaczej i wypicie wspólnej kawy nie wywoływało w nikim... lęku.

Reklama

Od początku swojej kariery aktorka angażowała się w działalność społeczną. W 2003 roku założyła w Krakowie Fundację Anny Dymnej "Mimo Wszystko", obejmując społecznie funkcję prezesa tej instytucji. Pierwotnym celem fundacji było zorganizowanie Warsztatów Terapii Artystycznej i opieka nad ich podopiecznymi, niepełnosprawnymi intelektualnie mieszkańcami schroniska w podkrakowskich Radwanowicach. Stopniowo fundacja przekształcała się jednak w dużą instytucję charytatywną, pomagającą osobom chorym i niepełnosprawnym w całej Polsce.

Magdalena Tyrała: Skąd pani czerpie siły, by pomagać innym w ich tak trudnych życiowo sytuacjach, by działać społecznie?

Anna Dymna: - Jestem wolontariuszką i nie wykonuję tej pracy dla pieniędzy. Dla nich nie umiałabym pomagać. Dla wdzięczności ludzkiej również nie. Tym, czego naprawdę potrzebuję w tej całej mojej działalności jest radość. Z kolei tym, co jest w niej najtrudniejsze, to rzeczywistość, która za wszelką cenę chce zniechęcić do podejmowania jakiegokolwiek działania, do robienia dobra. Żyjemy w czasach, w których dobro jest skopane i piszczy w kącie. Zaufanie do drugiego człowieka również. Ludzie kłócą się ze sobą do tego stopnia, że w pewnym momencie zapominają, co jest przedmiotem kłótni. Dlatego mi najbardziej potrzebna jest radość z tego co robię, to że widzę światełko i wierzę temu, komu pomagam.

- Najbardziej pomagają mi moi podopieczni. Są niepełnosprawni intelektualnie, nie rozumieją tego świata, często się go wręcz boją. Ale niezwykle cieszą się faktem, że jesteś, że trzymasz ich za rękę, bo oni świat rozumieją sercem. Właśnie dzięki takim ludziom mam cały czas radość w sercu. Ich się nie oszuka - albo z nimi jesteś, kochasz ich i oni to czują, co odwzajemnią uśmiechem, albo nie zaufają ci wcale. Właśnie ich uśmiech w tej pracy daje mi największą siłę.

- Mam takiego podopiecznego Kazia, który niedawno miał imieniny. Dostał od nas samochodzik, o którym marzył - czerwonego wartburga. Jest dorosłym mężczyzną, ale tak pięknej i czystej radości dawno nie widziałam. Nie uwierzyłabyś, jak on się z niego cieszył. Nie umiałabym tego nawet powtórzyć. Kiedy ostatnio miałam próby z moimi podopiecznymi, bo angażuję ich w różne projekty artystyczne, nie mogłam się na nich napatrzeć. Oni są po prostu piękni.

Straciła pani ukochanego mężczyznę w momencie rozkwitu waszej miłości, miała pani kilka wypadków samochodowych i nie tylko, spaliło się pani mieszkanie. Kto jest pani wsparciem w takich momentach?

- Nie przeżyłabym tego wszystkiego, gdyby nie ludzie. I nie mówię tu o wsparciu rodziny, bo oczywiście, mama i tata kochali mnie i chcieli wspierać. Pamiętam jednak moment, gdy ich miłość i to, jak bardzo chcą mi pomóc, zwyczajnie mnie osłabiało. Wiedziałam, że muszę się podnieść i wziąć w garść, ale wiedziałam też, że nie zrobię tego z ich pomocą. Niestety.

- W tamtym czasie najbardziej pomogli mi koledzy i koleżanki z teatru. Może nawet nie mają tego świadomości. Dawali mi odczuć, że jestem im potrzebna. Najważniejsze jednak było to, że byli ze mną, dla mnie. Nie rozczulali się nade mną, po prostu byli. Siedzieliśmy w SPATiF-ie (klub aktora w Krakowie - red.) do pierwszej czy drugiej w nocy, a oni udawali, że wcale nie muszą iść do swoich domów. Potem odprowadzali mnie do domu, dbali o to, bym była sama przez jak najkrótszy czas. Robili to w cudowny sposób. Uratowali mi życie. Siłę zawsze dają mi ludzie.

Najgorsza jest chyba samotność.

- Też tak uważam. Matka Teresa mawiała, że największym cierpieniem jest właśnie ona. Poczucie bycia niepotrzebnym zabija najskuteczniej. Nikt nie powinien być sam. Weźmy chociażby przykład Janusza Świtaja, który jakiś czas temu wywołał w przestrzeni publicznej dyskusję o eutanazji. Mężczyzna jest po wypadku motocyklowym, od 26 lat jest sparaliżowany do tego stopnia, że nawet sam nie oddycha. W pewnym momencie poczuł się niepotrzebnym balastem dla swoich rodziców. Dlatego postanowił walczyć o prawo do zaprzestania uporczywej terapii i eutanazję. Obecnie jest jednak królem życia - skończył studia, jest pracownikiem w mojej fundacji. Jego przykład pokazuje, że jak ktoś jest potrzebny, to zmartwychwstaje i żyje dalej.

< Na kolejnej możecie dowiedzieć się między innymi tego czy Annę Dymną cieszy popularność i co myśli o młodych ludziach i swoim zawodzie >

Cieszy panią popularność?

- Uprawiam zawód aktora już bardzo długo i przez ten czas zawsze moja popularność była jedną wielką sinusoidą: raz było lepiej, a raz gorzej. Obserwuję ludzi, którzy pojawiają się na tych różnych etapach - którzy są, gdy jesteś na górce, którzy jak jesteś w dołku, a którzy są zawsze. Oczywiście ci ostatni okazują się być najlepszymi przyjaciółmi. Pozostałych staram się nie oceniać. Jednak popularność nigdy nie uderzyła mi do głowy, bo ona przychodzi zwykle zupełnie nieoczekiwanie. To zdumiewające, że czasami grasz rolę, nad którą bardzo się namęczysz i strasznie dużo na niej nauczysz, a ona przechodzi w opinii publicznej bez echa, a czasami jesteś obsadzony w roli, nad którą się wcale nie napracujesz, po prostu w nią wchodzisz i pojawiają się zachwyty i duży szum, pojawiasz się na okładkach wszystkich liczących się tytułów.

- Gdy popatrzysz na swoje życie będąc aktorem, musisz mieć do tego wszystkiego duży dystans. Tym bardziej teraz, kiedy żyjemy w takiej rzeczywistości, że możesz się znaleźć na okładkach, stać się celebrytą bez większego powodu, nie robiąc w ogóle nic istotnego. Upadek musi wtedy bardzo boleć. Przestaję trochę rozumieć to, co się dzieje w show-biznesie, dlatego mnie on nie zajmuje. Uwielbiam swoją pracę, daję w niej z siebie wszystko i dla mnie to jest najważniejsze, to jest mój sukces. Innych nie potrzebuję.

- A sława? Bardzo miłym uczuciem jest dostawać nagrodę za swoją pracę, bo to oznacza, że się komuś spodobała, komuś była potrzebna. Teraz najbardziej się jednak cieszę z nagród za działania społeczne. Praca w fundacji jest bardzo ciężka, pracuje ze mną ponad 60 osób, a mimo to często czuję się jak Syzyf, bo co jakiś czas zmieniają się władze, nastroje społeczne, a ja jestem jak ten czołg, co bez względu na wszystko musi pojechać dalej. Przecież ciągle mam tych samych podopiecznych, nie zamknę ich do zamrażarki, bo jest niesprzyjający czas. Muszę ich utrzymać, mam ich los w swoich rękach. Dlatego tak cieszę się, że czasami to, co wspólnie zrobimy, jest nagradzane. Jest to dla mnie komunikat, że to co robię jest potrzebne i to mi pozwala skuteczniej działać. Jestem przede wszystkim pracowita i uczciwa, nigdy nikogo nie okłamałam i dbam o to, by nie sprawić nikomu przykrości. Te moje cechy budują moją wartość i popychają mnie do przodu.

Co panią najbardziej niepokoi w tym świecie?

- Obecnie najbardziej sytuacja, w jakiej znaleźli się młodzi ludzie. Oni mają bardzo trudne zadanie, mianowicie odnaleźć i zbudować siebie w tym dziwnym świecie, w którym dominują bardzo dziwne wzorce. Wystarczy spojrzeć na media, te wszystkie brukowce i tematy, jakie się w nich promuje: gwałty, przemoc, zdrady. Młodzi ludzie są cudowni, ale boją się uczuć, boją się ufać drugiemu człowiekowi. A przecież ludzie jak tlenu potrzebują dzisiaj spokoju, przyjaciela, rozmowy.

- W związku z tym, że nagrywam programy, dużo jeżdżę po różnych częściach Polski i naprawdę dużo rozmawiam z ludźmi, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji. Z młodzieżą także. Z tych rozmów wynika przede wszystkim to, że każdy z tych ludzi pragnie, by ktoś zauważył, że mają w środku na dnie jeszcze coś dobrego. Od początku gram w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy i zauważyłam, że Orkiestra uruchomiła dobre odruchy w ludziach, od których nikt się tego dobra nie spodziewał. Jurkowi Owsiakowi udało się uruchomić dobro w ludziach - przynajmniej na ten jeden dzień w roku - których społeczeństwo spisało na straty. To przepiękne. Przykre jest jednak to, że tę piękną inicjatywę Owsiaka próbuje się teraz upolitycznić.

- Powiem szczerze, że gdybym miała teraz uczyć się świata, szukać swojego miejsca na Ziemi, kształtować swój światopogląd, byłoby mi cholernie trudno. Gdybym do tego jeszcze nie miała swojego przewodnika w postaci rodziców, którzy ukierunkowaliby mnie w jakiś sposób, byłoby to nie zadanie, ale wyzwanie. Niestety, coraz częściej rodzice są zabiegani, nie mają czasu, przestają być autorytetami. Ja z moim synem przyjaźniłam się od jego urodzenia. I nie traktowałam go jak głupie dziecko, tylko jako swojego partnera do wszystkiego. Ile ja się z nim nabawiłam! Dzięki temu nie musiałam rozmawiać tylko o sztuce, pojawiały się o wiele ważniejsze tematy. Mogłam budować światy z klocków, pisać wiersze, wygłupiać się, a on mi pokazywał to, o czym ja już dawno zapomniałam - dziecięcą radość. Za swój ogromny sukces wychowawczy uważam przekonanie, które w nim zbudowałam, że najważniejsze to jest mieć pasje w życiu. Z roku na rok obserwowałam, jak ważna dla niego jest muzyka. I poszedł w to. Być może nie będzie mieć pieniędzy ze swojej pracy, ale z pewnością jest szczęśliwy. (śmiech)

< O tym, jakie wydarzenie najbardziej zmieniło Annę Dymną czytaj na kolejnej stronie >

Pod jakim względem zmieniło panią macierzyństwo?

- Zawsze staram się bardzo ostrożnie mówić o macierzyństwie, bo gdy się formułuje, czym ono jest, kobiety, które nie mogą mieć dzieci mogą poczuć się strasznie. Znam kobiety, które nie mają dzieci, ale są wspaniałymi matkami, cudownymi kobietami i zupełnie nic im nie brakuje. Dla aktorki macierzyństwo jest bardzo ważne. My jednak strasznie gnamy w tym naszym życiu, bardzo skupiamy uwagę na sobie, musimy walczyć o siebie i myślimy bardzo egoistycznie. Miałam to szczęście, że byłam uczona przez stare aktorki, które powtarzały mi: "Ania, musisz mieć jakąś miłość poza zawodem, bo ten zawód w każdej chwili może cię kopnąć i powiedzieć: ‘Spadaj, jesteś niepotrzebna!’. Gdy nie masz dzieci pozostaje ci tylko samotność, alkoholizm i ponura starość w najlepszym wypadku". - Zosia Jaroszewska powtarzała mi: "Patrz, ja nie mam dziecka. Czy to się liczy, że zagrałam jedną czy dwie role więcej? Wcale nie, liczy się to, że teraz nie ma mi kto zrealizować kartek na mięso". (śmiech)

- Wtedy przecież były jeszcze kartki, a ja robiłam jej za córkę i je dla niej realizowałam. Już wtedy zaufałam jej i wiedziałam, że ma rację. W naszym zawodzie faktycznie jest tak, że jesteś potrzebna, a chwilę później - nie wiadomo skąd - zupełnie niepotrzebna i nie wiesz, co zrobić z resztą swojego życia. Gdy masz dziecko, wszystko ci się porządkuje, masz priorytety, wszystko wygląda normalniej. Przez nasz zawód czasem naprawdę można zwariować, bo albo się ścigasz z kimś, albo sam ze sobą. Wszystko oddajesz swojej kolejnej roli i jesteś jak pusty dzban. A przecież tak nie można żyć. Trzeba mieć miłość poza zawodem. Dziecko jest twoje. W kobiecie, która ma dziecko uruchamia się cała biologia.

Najważniejsze kobiety w pani życiu?

- Najważniejsza zawsze była mama. To od niej nauczyłam się najwięcej i do dziś jest moim niedościgłym wzorem. Odkąd umarła, zaczęłam sobie zdawać sprawę, że nie była zwykłą kobietą, tylko aniołem. Tak zawsze lubię sobie o niej myśleć. Jaka była? Cicha i dobra. To była jedna z tych osób, przy których chciałaś posiedzieć chociaż chwilę, by się ogrzać tym ich dobrem. Pamiętam rozmowę z lekarzem, gdy była w szpitalu. Powiedział mi, że to dość niezwykłe, ale gdy mama leżała na OIOM-ie, wszyscy leżący z nią zdecydowanie lepiej się poczuli. Gdy ją zabrali na operację, wszystkim samopoczucie się mocno pogorszyło. Po operacji znowu wróciła na oddział i znów było ludziom lepiej. Mama na pewno emanowała czymś niezwykłym.

- Poza nią zawsze miałam ogromne szczęście do bliskich kobiet, fantastycznych przyjaciółek. Moim pierwszym reżyserem była kobieta - Lidia Zamkow. Zawsze się śmiała, że była moją akuszerką. U niej debiutowałam, ale pracowałam z wieloma innymi wspaniałymi reżyserkami. Miałam też przyjemność znać takie fantastyczne kobiety, jak Wisława Szymborska czy reżyserka Basia Sass, która akurat była bardzo dziwną osobą. Jednak doskonale się z nimi obiema rozumiałam, prawie bez słów. Bardzo ważną rolę w moim życiu odgrywa moja przyjaciółka, która nie jest aktorką i jest ze mną na dobre i na złe, od zawsze. Jednak, przede wszystkim, ważne kobiety dla mnie są w teatrze: Anna Polony, Teresa Budzisz-Krzyżanowska, Ela Karkoszka. Są mi niezwykle bliskie, to one wprowadzały mnie w zawód, wszystkiego uczyły. Teraz ważne relacje mam z Anią Radwan, Ewą Kaim i z tymi młodszymi również.

A ważni mężczyźni?

- Tata był ciekawą postacią. To był ścisły umysł. Zapewne po nim mam zdolności manualne i wylądowałam w liceum w klasie o profilu mat-fiz. Był jednak mocno nietolerancyjny, miał klapki na oczach. Pod tym względem był zupełnie inny niż moja mama, która każdego rozumiała, każdemu pomagała i zawsze dawała drugą szansę. Ojciec nigdy. Był antykomunistą, ale okropnie dostał od życia, więc pewnie przez to miał swoje twarde poglądy i zasady. Z kolei zawsze był bardzo uczciwy i pracowity, cenił spartańskie wychowanie, mycie codziennie rano w zimnej wodzie, ale dzięki temu nauczył nas wszystkiego. Zawsze powtarzał, że jak coś chce się mieć, to trzeba to zrobić własnymi rękami. Co sobotę zabierał nas nad rzekę na ryby. Potem przy ognisku piekliśmy to, co złowiliśmy w ciągu dnia. Zabierał nas na wspaniałe wakacje. Tak go zawsze wspominam.

Jest pani w wieloletnim związku małżeńskim. Ma pani patent na mężczyzn?

- A Boże broń! Każda kobieta potrzebuje czegoś innego, każdy mężczyzna jest inny. Jedno wiem na pewno - to, co we wspólnym życiu jest najważniejsze, to zaufanie i nie zniewalanie się. Nie wolno być z kimś też tylko dlatego, bo coś się chce od tej osoby uzyskać. Uważam, że nie należy też zbyt dużo od siebie oczekiwać, a wystarczy akceptować siebie nawzajem. W związkach najgorsze jest to, że napotykając mały problem, zbyt szybko się zniechęcamy. Uważam, że gdy jesteśmy w kryzysie, warto go przeczekać. Kryzysy w związkach powodują, że relacja między dwiema osobami wchodzi na wyższy etap, jest lepsza. Jest jedna zasada: trzeba je przezwyciężyć. Nie poddawać się na pierwszym zakręcie.

Zobacz również:

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy