Reklama

Reklama

Elżbieta Dzikowska: Boję się chamstwa i turbulencji

Elżbieta Dzikowska: "Nie lubię wanilii, wolę zdecydowane smaki", fot. Kamil Piklikiewicz/DDTVN /East News

Leżeć cały dzień pod zakurzoną palmą to nie dla mnie - mówi dziennikarka, podróżniczka i historyk sztuki Elżbieta Dzikowska, która przez lata pokazywała świat Polakom wraz ze swoim mężem Tonym Halikiem w telewizyjnym cyklu "Pieprz i wanilia", a teraz w książkach przedstawia im Polskę. - Staram się życie spędzić jak najsensowniej. Żeby nie było byle jakie. A jeżeli nie byle jakie, to znaczy, że twórcze, pracowite, dobre.

Agnieszka Łopatowska, STYL.PL: Niedawno ukazała się książka "Dzikowska. Pierwsza biografia legendarnej podróżniczki" Romana Warszewskiego. Jak to jest przeczytać swoją biografię, wcześniej biografię męża, Tony’ego Halika, i spojrzeć na swoje życie cudzymi oczami?

Elżbieta Dzikowska: - Po pierwsze, nie jestem legendarna, jak się czasem o mnie mówi, bo jestem tu i teraz. Żyję. Po drugie legenda to coś, czego nie było, albo było, ale dawno, dawno temu... Nie chciałam się zgodzić na biografię, odmówiłam już paru wywiadów rzek. Romana Warszewskiego poznałam, kiedy miał 16 lat i napisał list do redakcji "Kontynentów", że chce rozszyfrować pismo rongorongo z Wyspy Wielkanocnej. Prowadziłam wówczas dział Ameryki Łacińskiej, list mi się spodobał i zrobiłam wywiad z jego autorem. A kiedy zaproponował mi biografię, obiecał, że zorganizuje nam podróż do Vilcabamby, ostatniej stolicy Inków, gdzie byłam z Tonym 41 lat wcześniej. Uważaliśmy wówczas, że odkrywamy ją z peruwiańskim historykiem Edmundo Guillénem, aliści okazało się, że był tam wcześniej Gene Savoy, o czym nie wiedzieliśmy. Tak czy inaczej, odkryliśmy Vilkabambę dla Polski.

Reklama

- A książkowa wyprawa była świetna! Zobaczyłam, jak jest tam teraz. Kiedyś, żeby zrobić zdjęcie, trzeba było wycinać drzewa, teraz jest to ogołocona z zieleni przestrzeń, pracują tam archeolodzy. Dawniej, żeby tam dotrzeć, trzeba było jechać tydzień na koniu, a teraz dwa dni jeepem, wygodnie, z kucharzem. Mieliśmy też znacznie lepsze warunki do spania na miejscu. Byłam zadowolona i wdzięczna Romkowi za podróż, w którą wplecione jest moje życie.

Udostępniła mu pani również wiele ciekawych pamiątek.

- Są tu na przykład listy Tony'ego. Ale i mojego pierwszego męża, Andrzeja Dzikowskiego, listy dałam, żeby nie był taki znacznie gorszy. (śmiech)

- Zgodziłam się odkryć nasze życie dla widzów i czytelników. W jakimś sensie im się to należy, bo spotykam się z ich ogromną życzliwością - podczas spotkań autorskich, kiedy idę ulicą, kiedy spotykają mnie w Wenecji czy Paryżu. Niedawno byłam w Goroka w Papui Nowej Gwinei, gdzie pojechałam na Sing Sing, czyli doroczny festiwal, na którym zbiera się sto plemion, pokazują swoją biżuterię, tańce i zwyczaje. Pewna para z Polski zaczepiła mnie i powiedzieli mi, że to ja ich zainspirowałam do wyjazdu. To takie miłe!

Przecież to państwo otworzyli nam okna na świat, a serca na innych ludzi.

- Ten świat był dla Polaków zamknięty, a my go im przedstawialiśmy z naszej piwnicy. Zmieniała się tylko scenografia.

W książce są też kartki od widzów, które wcale nie mają miłej treści. Jakaś pani pisze, że niekorzystnie wygląda pani w nowej fryzurze...

- ...albo jak mogłam takiego paskudę pokochać! (śmiech)

- A był uroczy, miał poczucie humoru - co jest dla mnie bardzo ważne u partnera. Miał zainteresowania podobne do moich. Dobrze nam było razem. Uzupełnialiśmy się. Miał barwę, charyzmę. A ja miałam wiedzę.

Był sercem, a pani mózgiem?

- Nie chciałabym tak powiedzieć. Razem uzgadnialiśmy nasze wyprawy, wspólne projekty. On był znakomitym operatorem, więc zapewniał najlepszy obraz, ja potem tworzyłam komentarz i realizowałam te filmy.

Kiedy autor książki sugeruje, że jest pani wanilią, a pani mąż był pieprzem - pani się z tym stanowczo nie zgadza.

- Bo ja nie lubię wanilii! Lubię zdecydowane smaki: pieprz, imbir, czosnek. Uważam, że jak się je doda do potrawy, na pewno będzie smaczna.

Która część Polski jest najpiękniejsza dla Elżbiety Dzikowskiej i co stracimy wraz ze światem, który odejdzie - czytaj na następnej stronie >>>


Kiedy zaczynała pani pracować w zawodzie, dziennikarstwo było raczej męską domeną - miała pani wrażenie, że kobietom jest trudniej?

- Nigdy nie byłam gorzej traktowana z powodu swojej płci. Nie zetknęłam się z dyskryminacją, aczkolwiek zdaję sobie sprawę z tego, że istnieje. Kobietom jest znacznie trudniej, niżeli mężczyznom. Ale to nie mój przypadek. Pewność siebie zyskałam, choć może jeszcze nie do końca, dzięki pracy. Dzięki temu, że musiałam pokonywać różne przeszkody i rozwiązywać różne problemy. Udało mi się doprowadzić do wzniesienia pomnika im. Ernesta Malinowskiego, twórcy kolei trasandyjskiej, do niedawna położonej najwyżej na świecie. Z moją przyjaciółką, Wiesławą Wierzchowską, udało mi się doprowadzić do zorganizowania wystawy "Jesteśmy" - pierwszej wystawy sztuki emigracyjnej w Polsce, a potem w Muzeum Narodowym wystawy "Ars Erotica". Przekonały mnie własne poczynania, że jak się chce, to można. Tylko trzeba dążyć do postawionego sobie celu i nie rezygnować. Nie poddawać się.

Jest pani dla mnie symbolem człowieka, który był o dwa kroki szybszy - mogła pani pracować dla gazety, ale czuła pani, że przyszłością jest telewizja, że trzeba być multimedialnym.

- Dla mnie przyszłością są książki, na nich się skoncentrowałam. Telewizja przeminie, a książka ma wartość trwałą.

A jak pani traktuje internet?

- Bez internetu nie wyobrażam sobie już teraz pracy. Ileż to niegdyś trzeba było włożyć wysiłku, żeby zdobyć informację. A teraz pisząc książki, kiedy chcę sprawdzić datę czy jakąś nazwę, klikam i natychmiast mi się ujawniają. Poza tym internet łączy mnie szybko z odpowiednimi osobami, które mogą mi pomóc.

Nad czym pani teraz pracuje?

- Kiedyś był "Pieprz i wanilia", wcześniej książki o Ameryce Łacińskiej, a kiedy Tony odszedł do innego świata, zajęłam się Polską. Napisałam "Groch i kapustę" - cztery opasłe tomy, teraz jestem w szóstym tomie "Polski znanej i mniej znanej". Odkrywam rodakom nie tylko świat, bo mogą jeździć gdzie chcą, jeśli mają zdrowie, czas i pieniądze. Ale przede wszystkim odkrywam Polskę, którą nieco zaniedbali. A to ciekawy kraj.

Pani ma wrażenie, że ją kiedyś zaniedbała?

- Co prawda najpierw studiowałam coś, co mogłoby sugerować moje odległe od Polski zainteresowania, czyli sinologię. Ale później skończyłam też historię sztuki i na wakacje zawsze jeździliśmy na tak zwane objazdy, trasami mniej znanych zabytków. To mnie zainspirowało. Najpierw z Andrzejem przeszliśmy wszystkie góry, przepłynęliśmy wszystkie rzeki kajakiem i nie tylko. Z Tonym wędrowaliśmy mniej po Polsce, a jeśli już, to pływaliśmy łódką, bo był zapalonym żeglarzem. Ale czasem dawaliśmy sobie wolność i wtedy on mógł wypłynąć w morze, a ja wyjeżdżałam w Bieszczady. Nie ma dla mnie piękniejszych gór. Namawiam na wyjazdy tam jesienią, bo wtedy jest tam najpiękniej, tak kolorowo! Złocą się jawory, czerwienią buki - to trzeba zobaczyć. Poza tym jest tam mnóstwo cerkiewek i kościółków, więc jest co oglądać.

Czemu ma być poświęcony album "Świat, który odchodzi"?

- Wydałam do tej pory kilka albumów ze zdjęciami. W "Uśmiechu świata" promuję uśmiech, bo moi rodacy częściej narzekają, niż się uśmiechają. Potem była "Biżuteria świata", "Drzwi i okna świata", nad którym pracowałam wiele lat, prawie gotowe są "Dzieci świata" i "Fryzury i nakrycia głowy". A w zamyśle mam "Świat, który odchodzi" - o plemionach, które oglądałam kiedy jeszcze nie były tak akulturowane, a teraz się globalizują, zmieniają. Chciałabym je pokazać jeszcze w tym tradycyjnym stanie.

Co stracimy wraz ze światem, który odejdzie?

- Tradycyjne wartości. Niegdyś byłam u Lakandonów na pograniczu Meksyku i Gwatemali. Dotarliśmy do nich z Tonym awionetką wiązaną sznurkami. Oni czekali w strojach z kory drzewnej, osiedlili nas w domu z modrzewia, kapłan pokazał nam ich świątynię. Widzieliśmy jak wyrabiają swoje naczynia ceramiczne, jak uprawiają pole kijami koa, opowiadali legendy, mówili o swoich bogach. Wspaniała tradycja. Kilka lat później pojechałam do nich kolejny raz. Okazało się, że mieli już zbudowaną drogę do wioski, to akurat dobrze, ale zasłaniali samochód gałęziami, żeby turyści go nie widzieli. Żeby zrobić zdjęcie, jak uprawiają pole, trzeba zapłacić. Przede wszystkim nie ma już kapłana ani świątyni, bo misjonarze protestanccy ich nawrócili. Zmienił się ich świat całkowicie, a ja już nie mam tam po co przyjeżdżać.

Ale pokazywanie tego, jak świat się zmienia, też jest ważne.

- Mnie interesuje świat odmienny od naszego i jego wartości, które czasami to my możemy przyswoić, a nie tylko nasze komuś narzucać.

Czego powinniśmy się uczyć, a co najgorszego narzuciliśmy?

- Moglibyśmy się uczyć szacunku dla tradycji, dla innego, pomagania sobie nawzajem, bo na tym polega wspólnota. A narzucać nie powinniśmy nikomu nic. Możemy pomóc w edukacji, w dbaniu o zdrowie, ale na pewno nie narzucać swojej wiary. My mamy swoją, oni mają swoją. Jeżeli Bóg istnieje, to jest jeden.

O pobycie w więzieniu, strachu i tym, jak smakuje pyton - czytaj na następnej stronie >>>

Ma pani za sobą ciężkie doświadczenia i to na tym etapie życia, kiedy wydawałoby się, że człowiek powinien być najradośniejszy i beztroski. Jak one na panią wpłynęły?

- Myśli pani pewnie o tym, że siedziałam w więzieniu, bo byłam w konspiracyjnej grupie Związek Ewolucjonistów Wolności i pół roku spędziłam w więzieniu na zamku w Lublinie, na którym Niemcy rozstrzelali wcześniej mojego ojca. Okazało się, że wolność można też zachować w więzieniu, nie poddając się. Oczywiście, że ten fakt miał wpływ na moje życie i przeszkadzał mi, bo były takie czasy. Ale też mnie wzmocnił.

Nie było łatwo wtedy nie poddawać się metodom nacisku. Podziwiam.

- Bo ja jestem uparta z natury. Do tej pory. (śmiech)

- Nie chcę z niczego rezygnować, bo żal mi wysiłku, który już w coś włożyłam. Poza tym chcę realizować takie projekty, które wydają mi się pożyteczne. Nie myślę tu o sobie, ale kiedy mam jakiś cel publiczny, udaje mi się doprowadzić do jego realizacji. Staram się życie spędzić jak najsensowniej. Żeby nie było byle jakie. A jeżeli nie byle jakie, to znaczy, że twórcze, pracowite, dobre. Chciałabym, żeby moje życie było jakimś małym wkładem do rozwoju tego kraju. Zależy mi, żeby pokazać świat Polsce i Polskę światu.

Minęły trzy dekady, od kiedy odzyskaliśmy wolność - jak je pani ocenia?

- Nie chciałabym mówić o polityce. Uważam, że rok 1989 rzeczywiście przyniósł nam wolność. Jestem dumna, że ta wolność nie została przypieczętowana krwią, poza kilkoma incydentami. Że jest to wolność uzyskana drogą porozumienia, pokojową. I jestem dumna, że 4 czerwca czcimy zwycięstwo, a nie klęskę.

Jakie jest pani najukochańsze miejsce na ziemi?

- Tu, gdzie mieszkam. Bieszczady. I Manhattan - tam się jest zmuszonym do rozwoju, nie można odpoczywać.

Pani czasem odpoczywa?

- W ruchu. Nicnierobienie męczy mnie bardzo. Tylko raz byłam na wakacjach stacjonarnych, tydzień w Szarm el-Szejk. I chociaż dwa dni były ruchliwe, bo jednego fotografowałam na łodzi, a kolejnego pojechałam na Synaj, powiedziałam sobie, że nigdy więcej. Chyba, że znalazłabym wieczorową porą partnerów do brydża. Ale leżeć cały dzień pod zakurzoną palmą to nie dla mnie.

Boi się pani turbulencji...

- I chamstwa. Chamstwa i turbulencji.

...ale lata pani na motolotni.

- Motolotnią, balonem, helikopterem - bardzo lubię i się nie boję. Ale w tych dużych, bezpiecznych samolotach, jednak lubię być z kimś i trzymać go za rękę.

A węże, pająki - jak pani na nie reaguje?

- Pytona zjadłam z przyjemnością. W Gabonie przyrządzili mi go franciszkanie - polscy misjonarze.

Też smakuje jak kurczak? Kiedy pytam kogoś, jak smakuje krokodyl, emu czy inne egzotyczne zwierzę, najczęściej słyszę taką odpowiedź.

- Jak młody kurczaczek, albo jak iguana. A iguana też smakuje jak kurczak. Świnkę morską polecam, ale tylko popijaną pisco, czyli winiakiem podawanym z cynamonem i limonką - zdecydowanie poprawia jej smak.

Rozmawiała: Agnieszka Łopatowska

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy