Reklama

Reklama

Między dobrem a złem

Inżynier od robotów, który sześć lat temu został księdzem. Pracuje w poprawczaku, szuka nietypowych metod, żeby do chłopaków nie przemawiać „jak z ambony”. W piosence CHWDP rapuje, zamieniając źle kojarzony slogan na hasło: Chrystus Wam Daje Pokój. Z księdzem Adamem Anuszkiewiczem rozmawiamy o wiecznej walce dwóch sił. Zanim podzielimy się opłatkiem i jak co roku postanowimy poprawę.

Twój STYL: Cytuję: "Wielki melanż, baba goła nie zastąpi ci Kościoła". Ksiądz chce tą piosenką "przerabiać" zło w dobro. Piekielnie trudne. Przepraszam... bardzo trudne. Skąd w księdzu ta ciągota?

Adam Anuszkiewicz: - Może z domu? Mama była nauczycielką, zajmowała się dziećmi upośledzonymi umysłowo, widziałem ludzi mniej zaradnych, potrzebujących opieki. Choć wtedy nie wiązałem swoich planów z pomaganiem im. Owszem, byłem ministrantem, więc pojawiła się myśl, żeby zostać kapłanem. Młody facet, który rozważa różne drogi, ma i takie przebłyski. W naszej parafii, a pochodzę z Dąbrowy Białostockiej, był ksiądz, który umiał skupić wokół siebie młodzież. Zapytałem go: Fajnie jest nosić sutannę? Odpowiedział: Fajnie, przychodzą dziewczyny, przynoszą cukierki... Wtedy stwierdziłem: To ja tak chcę. Gdy podrosłem, zobaczyłem, że świat i dziewczyny mają do zaoferowania także inne słodycze. Za tym poszedłem.

Reklama

Został ksiądz inżynierem.

- Skończyłem automatykę i robotykę, pracowałem w Mińsku Mazowieckim. Tam w kościele usłyszałem, że parafia szuka wolontariuszy. Chodziło o pomoc ludziom upośledzonym umysłowo we wspólnocie Wiara i Światło. Wciągnęło mnie. Choć muszę przyznać, że największym magnesem była pewna Jola, która też się tam zgłosiła. Ona odeszła po pół roku, ja związałem się ze wspólnotą na dziesięć lat. Cóż, nieważne dlaczego przychodzisz, ważne dlaczego zostajesz.

W jakim sensie właśnie to było przełomowe?

- Przekonałem się, że ludzie upośledzeni żyją innymi wartościami, tworzą relacje oparte na prostocie, miłości. Ich sposób patrzenia na świat, a także bliska obecność Kościoła sprawiły, że przewartościowałem życie. Odkryłem, że "cukierki" mi się przejadły, rozmyślałem nad nową drogą. Postanowiłem, że zgłoszę się do seminarium. Poważny eksperyment. Byłem dojrzałym człowiekiem, miałem o kilkanaście lat więcej niż koledzy, czasem trudno się było dogadać. Ale przeszedłem ten trud, różne wątpliwości i po pięciu latach musiałem zdecydować: albo się kładę krzyżem w katedrze, albo wracam do starego życia.

Stare życie ciągnęło? 

- Na początku bardzo. Dlatego nie poszedłem do seminarium w diecezji warszawsko-praskiej. Czułem, że emocjonalnie nie będę miał siły tam zostać, było zbyt dużo pokus. Zdecydowałem się na spokojniejszy Białystok w rodzinnych stronach. Tam nie znałem już prawie nikogo, koledzy z politechniki wyjechali, było mi łatwiej. Pod koniec seminarium modliłem się o znak od Pana Boga, jakiś list polecony, w którym będzie wskazówka: stary, masz zostać księdzem. Ale Bóg zostawił mi wolną wolę. W zaufaniu do niego podjąłem decyzję, że przyjmę święcenia. Miałem już prawie 38 lat.

Od razu ksiądz wiedział, co chce robić w Kościele? 

- Chyba tak. Jako kleryk zacząłem chodzić do zakładu poprawczego. Chciałem zobaczyć to miejsce, spotkać tych ludzi.

Jakie to były spotkania? 

- Każde traktowałem jak przygodę, ale na ogół były wyzwaniem do dyskusji, odpierania zarzutów. Spotykałem się z agresją, blokadą, ostrymi przejawami antyklerykalizmu, tendencją do wrzucania "gości w koloratce" do jednego worka. Czy to zrażało? Nie. Już wcześniej jeździłem na ewangelizację, np. na Przystanek Jezus podczas festiwalu Woodstock, na juwenalia w Białymstoku. Czułem, że to właściwa droga wychodzenia do ludzi tam, gdzie są. Dzisiaj większość ochrzczonych chrześcijan jest poza Kościołem. Jak mówi papież Franciszek: trzeba być
 na ulicy, trzeba robić raban.

A jak się ksiądz dogaduje z ludźmi, u których sutanna nie wzbudza ciepłych emocji? 

- Najtrudniej jest w szkole w zakładzie poprawczym, tam chłopcy czują się osaczeni. Obowiązują reguły, przeciw którym dotąd się buntowali. Szkoły się nienawidziło, można było bezkarnie chodzić na wagary. A tutaj system złapał cię, bratku, za kark, wsadził za kraty i nie masz wyjścia. W zamkniętym środowisku rodzi się najwięcej problemów, zgrzytów. W internacie jest prościej. Można wypić herbatę, porozmawiać, zmówić dziesiątkę różańca w kaplicy. Zawsze znajdzie się kilku chętnych. Nie jest z tym tak tragicznie, biorąc pod uwagę, że są to ludzie wychowani w systemie wartości odległym od Ewangelii.

Jednak tę Ewangelię trzeba im przekazać. Ksiądz ma na to autorski pomysł?

- Nie mam. Tylko Pan Bóg może zrobić cokolwiek z sercem człowieka. Natomiast dobro czyni cuda. Okazywanie go. Skutek może nie będzie widoczny od razu, ale dobro może zwyciężać nawet w moich najbardziej zajadłych wrogach. Zawsze mam takich ze dwóch, trzech. Pozostali są na plus i na zero. "Minusowi" mają uraz do duchownych w ogóle albo osobiście czymś im podpadłem. I nie ma przebacz, jadą po mnie ostro.

Co wtedy? 

- Staram się nie wchodzić w polemikę, nic to nie da. Trzeba odpuścić i ufać, że następnym razem, przy spotkaniu z innym człowiekiem, może innym księdzem, iskierka dobra się zapali. Najważniejsze, to nie dać się zarazić złem.

Czyli skupia się ksiądz na tych, w których iskierkę widać gołym okiem?

- Tak. Takiego można zabrać na przepustkę, wyjść z nim na basen, pokazać inne miasto. Bo przecież każdy z nich ma się z czasem usamodzielnić, program resocjalizacji zakłada stopniowe wychodzenie na wolność. Kiedy człowiek nie ma przed sobą krat, nie czuje bata, można zrobić najwięcej.

Wymyśla ksiądz narzędzia nietypowe, ten rap na przykład. Czy to rzeczywiście powinno dziwić? Może takich dróg dotarcia musi szukać Kościół?

- No cóż, niektórzy mają wizję Kościoła jako miejsca  nudnego, pompatycznego, z chorągwiami i sztywnym obrządkiem. Ci, widząc to, co robię, pukają się w głowę, mają zniesmaczone miny.

A Kościół słabo nadąża za zmieniającym się światem?

- Kiedyś publicznie padło zdanie, że ci, którym w głowie ograniczenie jego wpływu, "chcą zepchnąć Kościół do zakrystii". Ja się obawiam, że Kościół sam się zacznie w tej zakrystii zamykać. Że niektórzy księża pod wpływem uszczypliwych komentarzy, zarzutów "niestandardowego zachowania" wolą wycofać się na zaplecze, niż wychodzić do przodu. Tym bardziej uważam, że trzeba być wśród ludzi, chodzić w sutannie do sklepu i się uśmiechać. A przede wszystkim mówić językiem zrozumiałym.

Nawet na granicy "przyzwoitości"? 

- Nawet. Młodzi ludzie nie powinni się czuć wyizolowani w świecie, do którego mają dostęp różni manipulatorzy przekazujący zło, wyśmiewający wartości. A dzisiaj im głupiej, tym lepiej, niestety. Proszę zobaczyć, co się dzieje z dzieciakami, które wzorce i autorytety znajdują w internecie. Niektóre filmiki youtuberów mają miliony wyświetleń. Utwory są pełne wulgaryzmów, agresji, propagowania narkomanii, ryzykownych zachowań seksualnych. Tekstów bagatelizujących i promujących zło. Trzeba zakasać rękawy i mimo wszystko wejść w ich świat. Dla mnie to oznacza: mówić językiem tubylców, aby tubylcy zrozumieli, co chce im ten przybysz, kosmita ubrany na czarno, powiedzieć.

Uwierzyć kosmicie - trudne. Ksiądz jest wiarygodny?

- Mam nadzieję. Nieraz stawałem oko w oko ze złem. Byłem napadnięty, pobity, okradziony. W mojej rodzinie był alkohol, w domu problemy.
Stąd może łatwiej mi zrozumieć ludzi, którzy borykają się z podobnym cierpieniem. A im uwierzyć mnie.

Zło, które ma korzenie w traumatycznej przeszłości, trudnym dzieciństwie, można w jakimś stopniu usprawiedliwić? 

- Nie mnie to oceniać. Staram się jednak docierać głębiej do motywów działania chłopaków. Większość z nich ma rozwalone rodziny. Duża część nie widziała swojego ojca na oczy. Albo widziała go w różnych "akcjach", a dzisiaj wie o nim tylko to, gdzie i za co siedzi. To ludzie bez tożsamości, oparcia, stabilności, ciepłych wspomnień. Wchodzą na drogę zła, bo nie mają nic do stracenia.

Nie dostali od życia kontrpropozycji? 

- Można tak powiedzieć. Bo jednym rodzice czytają bajeczki w domu, innych w tym czasie koledzy uczą, jak wynieść wódkę z marketu. "Zdolni uczniowie" za czynienie zła dostają pochwałę, szacunek, wsparcie. Stopniowo rodzą się coraz większe deprawacje. Oczywiście wielu rodziców rozumie, że dziecka trzeba uczyć dobra od początku, tak jak chodzenia. Ale zło i tak się wedrze. Zwłaszcza gdy rodzice mają dla dzieci coraz mniej czasu. Rozdźwięk między wychowaniem ku dobru, budowaniem a destrukcją się powiększa. Choć jestem przekonany, że to nie oznacza końca dla człowieka, o którym mówimy "zły". Jeszcze nie jest stracony. 

Czyli nie istnieją "urodzeni mordercy"?

- Nie odważyłbym się tak powiedzieć o człowieku. Choć nieraz słyszałem, że "niektórzy muszą mieć zło w genach". Gdyby mieli, nie moglibyśmy ich osądzić. Nie można oceniać człowieka za to, jaki jest. Sądzić kogoś, kto urodził się z wadą ręki za to, że nie może nią sprawnie operować. "Przeznaczeni do zła"? Ewangelia i chrześcijaństwo temu zaprzeczają. Chrystus zawsze staje po stronie grzesznika. Ma w palcach "korektor" i zamazuje nim krechę, którą przekreślił nas ktoś albo my sami.

Częściej skłonni jesteśmy przypisywać sobie zło czy dobro?

- Chyba zło. Dzisiaj jesteśmy strasznie "poprzekreślani" - często już w domu przez bliskich, w szkole, w pracy, w związkach. Sami biczujemy się za to, co nam się nie udało, rozdrapujemy przeszłość. Też przechodziłem terapię, próbowałem walczyć ze schematami, które we mnie działały. Wiem, ile wysiłku trzeba włożyć, aby dojść do stabilności, w miarę obiektywnego wizerunku siebie. Co jednak przychodzi bez trudu? Tylko chwasty rosną same.

Dobro wymaga podjęcia trudu?

- Wychodzi na to, że tak. Chrześcijański styl życia jest trudny. Na przykład proponuje wybaczenie jako jedyną drogę do spokoju serca. Ale jak to zrobić? Błogosławić tym, którzy złorzeczą, modlić się za prześladowców? Jak nie czuć chęci odpłacenia złem? Poprzeczka ustawiona wysoko. My wolimy brykać, przechodzić nad problemami co najwyżej na wysokości kostek. Bóg to wymagający trener, wyciska ostatnie poty. Lecz po takim treningu wygrywa się mecze.

Ksiądz jest także egzorcystą. Ktoś powie: idzie z duchem czasów, z drugiej strony wierzy w szatana. Coś tu nie tak.

- Ale demon istnieje naprawdę. O tym trzeba rozmawiać, a nie udawać, że go nie ma. Nie można powtarzać: zło trzyma się mocno, bo taki czas, taki świat, tacy ludzie... To jest kapitulacja i rozumu, i człowieka.

Dlaczego ludzie wchodzą  w kontakty z tego rodzaju złem? 

- Bo wszyscy potrzebujemy wiary, duchowości, nawet jeśli jest ona fałszywa. Człowiek czuje, że nie jest tylko chodzącym mięsem. Coś w jego wnętrzu sprawia, że potrafi rozróżnić dobro i zło. Niezależnie, czy jest praktykującym katolikiem, czy wojującym ateistą, wie, że kiedy ktoś ukradnie mu rower - to jest złe. Gdy sam kłamie, kręci z podatkami - czuje, że to nie w porządku. Gdy dopuszcza do głosu sumienie, nawiguje czujnie. Jednak są ludzie, którzy nie idą za prawdą, nie są uczciwi w rozeznawaniu, co dobre, a co złe. Z czasem zaczynają ufać wyimaginowanym regułom, które wiążą się z kłopotami, cierpieniem duchowym. Wchodzą w okultyzm, dziwne systemy. Zaczynają ufać przedmiotom, rytuałom, magii. Z jednej strony szukają duchowości, a z drugiej nie pytają, jakie jest jej źródło i zagrożenia. Co trzeba dać w zamian za to, o co proszą.

Podpisać "pakt z diabłem" można nawet w internecie. Może dlatego ludzie to robią, bo zło okraszone obietnicą sukcesu jest bardziej atrakcyjne niż dobro?

- Przejście na "ciemną stronę" to droga na skróty, przez to rzeczywiście zło wydaje się bardziej pociągające. Oznacza sukces bez wysiłku. Ale to są iluzje, plastikowe raje. Słowem: pułapka. Ja mówię, jest trudno, ale - jak śpiewał Wojtek Młynarski - róbmy swoje. I niech każdy z nas ufa, że to ma sens.

Brzmi dobrze, ale ludzie, którym dobro - także innych - leży na sercu, bywają uważani za frajerów. Mało zachęcające.

- Człowiek, który czyni dobro, nie może zakładać, że będzie za to chwalony, ponieważ szybko się zniechęci, przyjdzie wypalenie. Sam tego doświadczałem. Jeżeli przestaniemy się starać, bo nie każdy nas rozumie - to będzie porażka. Choć zgadzam się: prościej się nie wychylać. Zło stawia na przeciętność. Nie podpowiada: chwyć siekierę i leć zabijać ludzi na ulicach, kradnij, zostań dilerem. Szepcze: nie przesadzaj, siadaj na kanapę, włącz telewizor, zapal papierosa i się wyluzuj. Niech ten świat spokojnie, krok po kroku schodzi sobie w przepaść. Już i tak nic się nie da zrobić. Sam nawet we własnym domu słyszałem: przystopuj, inni się tak nie starają. Pokusa, żeby jednak sobie odpuścić, to jest zwycięstwo zła.

Skoro cytujemy klasyków, ksiądz, podobnie jak śpiewał Czesław Niemen, wierzy, że "ludzi dobrej woli jest więcej"? 

- Myślę, że trzeba patrzeć indywidualnie, samemu się rozliczać. Co fajnego mogę zrobić dzisiaj? Czasem zadaję pokutę, żeby po odejściu od konfesjonału pani X pochwaliła swojego męża. A ona mocno zdziwiona: dobrze usłyszałam? Swojego męża? A za co? Nie wiem, niech go pani na czymś przyłapie i go po prostu pochwali. To jest zadanie - uczynić tyle dobra, ile można na tę chwilę. Nie chodzi o to, żeby to dobro można było przewieźć tirem, tylko żeby  w ogóle było.

Boże Narodzenie to dobry czas, by o tym pomyśleć? 

- Jasne. Na co dzień trudno jest wejść w ciszę, w zamyślenie. Powinniśmy pielęgnować możliwość oddania się refleksji. Wydaje mi się, że rozważanie o złu i dobru to nie jest dyskusja, co jakie ma korzenie. To jest starcie między hałasem a ciszą, między refleksją a marazmem. W poprawczaku Boże Narodzenie to bardzo trudny czas. Wielu chłopaków nie chce dzielić się opłatkiem. Mówią: nie będę udawał radości, czuję się tu fatalnie, nie mam ochoty rozmawiać z nikim o szczęśliwej przyszłości. Staram się ich przekonać, że mimo wszystko wierzę w dobro. Mówię: wierzę też w ciebie. Że twoje serce kiedyś będzie radosne, mimo że teraz czujesz się zraniony i zły.

Czy do refleksji nad sobą, postanowienia poprawy jest  potrzebny drugi człowiek? 

- Potrzebujemy relacji, by się rozwijać. Bóg jest osobą, dlatego wierzącym łatwiej w momentach walki, samotności, klęski. Lecz każdy ma swój wózek z koksem, który trzeba ciągnąć przez życie. Wydaje mi się, że dla wielu drugi człowiek jest łaską, aniołem. Czasem się buntujemy: lepiej, żeby tego czy tamtego nie było na mojej drodze. A może ten "niewygodny" jest tam postawiony po to, żebyśmy mogli urosnąć? Bo jak wszystko idzie tak łatwo i gładko, to każdy głupi potrafi żyć.

Rozmawiała Agnieszka Litorowicz-Siegert

 Twój STYL 12/2018


Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy