Reklama

Reklama

Stanęła przed sądem za pomoc w aborcji. Zapadnie wyrok w głośnej sprawie?

3 lata więzienia. Tyle grozi Justynie W., aborcyjnej aktywistce, która jest oskarżona o pomoc w przerywaniu ciąży. Kolejna rozprawa odbędzie się 14 października. Właśnie wtedy kobieta najprawdopodobniej usłyszy wyrok.

"Wyobraź sobie, że pisze do ciebie osoba w niechcianej ciąży, ofiara przemocy w związku - Ania. Opowiada ci o strachu przed partnerem, o obawie o swoje życie, o lęku o przyszłość urodzonego już dziecka i o życiu pod ciągłą kontrolą. Mówi o tym, jak próbowała wyjechać do kliniki aborcyjnej, ale despotyczny mąż jej ten wyjazd uniemożliwił" - piszą na stronie Aborcyjnego Dream Teamu aktywistki.

Taką historię usłyszała Justyna, działająca w ramach tej inicjatywy. Anna odezwała się do Aborcji bez Granic pod koniec lutego 2020 roku. Czekała na tabletki poronne, które zamówiła od organizacji Women Help Women. Zbliżał się jednak 12. tydzień ciąży - termin, po którym, zgodnie z zaleceniami WHO, samodzielne usunięcie ciąży jest niebezpieczne. Tabletki nie docierały. Trzeba było działać. Wtedy kobieta podjęła decyzję o wyjeździe do niemieckiej kliniki.

Reklama

Zobacz również: Połknęłam tabletkę i było po wszystkim

Poznając historię Anny poczuła się jak kilka lat wcześniej

Ze względu na początek pandemii i sparaliżowane usługi pocztowe nikt nie wiedział, jak długo trzeba będzie jeszcze czekać na zamówiony u Women Help Women zestaw. Szukając pomocy w internecie Ania trafiła na Aborcję Bez Granic.

Wtedy zapadła decyzja. Justyna, w obawie, że Annie nie uda się pomóc w inny sposób, wysłała jej własne tabletki aborcyjne. Paczka dotarła do adresatki,  ulga jednak nie trwała jednak długo. Przeciwny przerwaniu ciąży mąż kobiety wezwał policję. Funkcjonariusze skonfiskowali leki.

Justynę, która chciała za wszelką cenę pomóc kobiecie w potrzebie, oskarżono o "pomoc w przerwaniu ciąży oraz o posiadanie, w celu wprowadzenia do obrotu, innych produktów leczniczych bez stosownego pozwolenia". Grożą jej 3 lata więzienia.

Zobacz również: Światowy Dzień Bezpiecznej Aborcji. Oto historie kobiet, które przerwały ciąże

Głośna sprawa znajdzie swój finał?

Pierwsza rozprawa sądowa Justyny odbyła się 8 kwietnia. Wówczas kobieta złożyła zeznania.

"Wiem, jak ważna jest wiara w to, że można o sobie decydować. W przemocowej relacji to bardzo trudne. Dla mnie moja aborcja była początkiem zawalczenia o siebie i bezpieczeństwo moich dzieci. Trzy lata zajęło mi odchodzenie od przemocowego męża. 

Przekazując tabletki tej osobie, chciałam, żeby mogła podjąć decyzję o sobie i swoim życiu. Moją intencją nie było, żeby przerwała ciążę, ale żeby mogła sama wybrać, żeby trzymając tabletki w rękach mogła zadecydować o swoim życiu" - mówiła wówczas przed sądem.

Podczas tej rozprawy dopuszczono udział Ordo Iuris w roli quasi oskarżyciela. Fundacja argumentowała, że będzie reprezentować interesy płodu i jego następców.

Wkrótce Justyna otrzymała ogromne wsparcie. Ponad 90 europosłanek i europosłów podpisało apel do polskiego rządu o wycofanie zarzutów wobec Justyny. Niestety, na reakcję próżno było czekać. Co więcej, za kobietą wstawiło się FIGO, czyli największa światowa organizacja zrzeszająca ginekologów i położników.

Wsparcie popłynęło również ze strony Catholics for Choice, czterech specjalnych sprawozdawczyń ONZ oraz organizacji pomagających w aborcjach w Ameryce Łacińskiej.

Co więcej, na poprzednich rozprawach obecne były przedstawicielki ambasad Holandii, Danii, Szwecji i Norwegii. Za Justyną wstawiła się również Tarah Demant dyrektorka Amnesty International ds. programów, rzecznictwa i spraw rządowych.

Kolejna rozprawa aborcyjnej aktywistki odbędzie się 14 października w Sądzie Okręgowym Warszawa - Praga. Justyna może usłyszeć na niej wyrok.

Zobacz również: Wybór? Jaki wybór? To jest minimalizacja dramatu

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: aborcja bez granic | tabletki poronne

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy