Reklama

Reklama

Okrucieństwo nie do przyjęcia

Kim są hejterzy?

Kim są autorzy obelżywych komentarzy i wulgarnych internetowych postów? Nieudacznikami wyładowującymi w sieci nienawiść do tych, którym się poszczęściło? Zwykłymi ludźmi jak ty i ja, zarażonymi na forum wściekłością? O zjawisku hejtingu z psychologiem społecznym, dr. Wiesławem Baryłą rozmawia Magdalena Jankowska.

Nie wiadomo, kto był pierwszym hejterem, ale nie był on wcale internautą. To, co dziś nazywamy mową nienawiści, dawniej określano jako paszkwil. Możliwe, że zwyczaj upubliczniania pisemnych obelg i szyderstw - jak twierdzi historyk Sebastian Adamkiewicz - przywędrował do Polski w XVI wieku z Włoch wraz z królową Boną, bo w renesansowym Rzymie, na placu Navona przyczepiano karteczki z obelgami i złośliwymi plotkami do starożytnego posągu. Nazywano go podobno od nazwiska krawca, znanego plotkarza, Pasquino lub Pasquillo (stąd właśnie paszkwil). "Gadający pomnik" był miejscem, gdzie ludzie wyładowywali frustracje i mogli do woli obmawiać wszystko i wszystkich, jak również czytać, co napisali inni. I chętnie to robili.

Reklama

W Polsce pierwszą ofiarą zmasowanego ataku paszkwili padła podobno sama Bona (karteczki ze złośliwościami przylepiano na murach Wawelu), a potem Barbara Radziwiłłówna i Michał Korybut Wiśniowiecki. Dziś celem pisemnych obelg są najczęściej politycy i celebryci, a internet sprawia, że docierają one do czytelników w całym kraju. Nie zmywa ich z murów deszcz, wiszą w sieci miesiącami. Ulubieńcami hejterów są m.in. aktor Zbigniew Zamachowski, dziennikarki: Beata Tadla, Kinga Rusin, Hanna Lis. - Na początku komentarze nienawistników były dla mnie bardzo przykre - mówi Beata Tadla. - Teraz po prostu do nich nie zaglądam. Przyzwyczaiłam się do istnienia dwóch światów: tego prawdziwego i tego nieistniejącego, wykreowanego w wyobraźni zawistnych i znudzonych czy rozczarowanych własnym życiem internautów, a podsycanego artykułami w plotkarskiej prasie, w których często nie ma grama prawdy. Krytyki się nie boję, ale powinna być merytoryczna - dodaje dziennikarka.

Hejterstwo zdaje się przeżywać nieznany dotąd w Polsce rozkwit, jak gdyby internet wyzwalał w paszkwilantach okrucieństwo, nasilał wulgarność i budził niezdrową rywalizację. A może jest przeciwnie? Może jednak jesteśmy okrutni i skłonni do słownej agresji, a internet tylko nam ją ułatwia?

Czy z badań internetu możemy się dowiedzieć, jacy jesteśmy?

Wiesław Baryła: - Internet nie odzwierciedla rzeczywistości. Nie jest jak lustro, które pokazuje nasze odbicie. Raczej jak krzywe zwierciadło. Analiza aktywności na forach dowodzi, że nasz poziom agresji i złośliwości jest tam znacznie wyższy niż ten, który obserwujemy w codziennym życiu. Internet jest też przepełniony pornografią w stopniu po wielekroć przewyższającym ilość takich treści w realnym świecie. Nie jest tak dlatego, że jesteśmy agresywnymi pornofilami, lecz dlatego, że wrażenie anonimowości i braku społecznej kontroli przyciąga do sieci ludzi, dla których te aktywności są atrakcyjne. Mogą np. obrażać, ranić innych, czyli hejtować, unikając konsekwencji, jakie ponieśliby za to w realnym życiu. 

Widziałam analizę, z której wynika, że ponad 80 proc. internetowych komentarzy nacechowanych jest negatywnymi emocjami: złością, krytyką, sarkazmem. Mogłoby się wydawać, że prawie każdy z nas bywa czasem hejterem.

- Jeszcze jakiś czas temu sam uważałem, że przeciętny hejter jest przeciętnym Kowalskim, który krzywdzi kogoś pod wpływem emocji. Ale mamy coraz więcej dowodów, że to nieprawda. Fora internetowe przyciągają specyficzne osoby. Nie jest tak, że mamy tam przekrój społeczeństwa. Zbadano, że typ ogromnie nadreprezentowany wśród hejterów to ludzie o osobowości z silnym rysem sadystycznym.

Sadystycznym? Brzmi to trochę... egzotycznie.

- Tak, kojarzy się z markizem de Sade albo sado-maso. Po prostu przez ostatnie 20 lat to zaburzenie ograniczono do sfery zachowań seksualnych, przestało być badane i opisywane jako kategoria konstrukcji psychicznej. Badacze nabrali przekonania, że odchylenie sadystyczne jest jednym z zaburzeń charakterystycznych dla psychopatii. Ale psychopata krzywdzi ludzi, którzy przeszkadzają mu zrealizować cele, a odchylenie sadystyczne polega na tym, że krzywdzenie sprawia komuś przyjemność. Internetowe fora okazały się znakomitym miejscem, żeby tę przyjemność znaleźć.

Są badania, które to potwierdzają?

- Pół roku temu kanadyjska grupa badaczy zakończyła duży projekt badawczy pod kierunkiem Delroya L. Paulhusa, znanego psychologa społecznego, który stworzył pojęcie "mrocznej triady".

Czyli narcyzmu, psychopatii i makiawelizmu. Paulhus twierdził, że bywają w nią wyposażeni np. ludzie sukcesu, którzy idą do celu po trupach.

- Dziś Paulhus uważa, że mroczną triadę trzeba uzupełnić o czwarty element, czyli właśnie rys okrucieństwa, sadyzmu. Jego zespół zrobił badania na próbie 1200 internautów, starając się wyodrębnić wśród nich grupę hejterów. Okazało się, że cała czwórka ciemnych cech pozytywnie koreluje ze skłonnością do hejtingu, ale najsilniejszy jest związek z sadyzmem. Współzależność sadyzm - hejtowanie jest tak wysoka, że jeśli ktoś trolluje, możemy być pewni, iż ma znacznie podniesione wyniki na skali okrucieństwa.

Mówi pan "trolluje", ale internetowi trolle to raczej szydercy, złośliwcy, prowokatorzy, nie okrutni sadyści.

- To prawda, jednak badacze używali i tego pojęcia. Tak naprawdę to są jedne z pierwszych poważnych badań złych praktyk internetowych, jesteśmy na początku drogi. Z każdym miesiącem będą pojawiały się kolejne publikacje, uściślenia. Niezależnie od różnic pomiędzy hejterami i trollami możemy jednak powiedzieć, że ludzie wykorzystujący internet do krzywdzenia innych nie są tacy jak my. To specyficzne osoby o specyficznych skłonnościach. Formuła niemoderowanych forów internetowych przyciąga ich jak lep. 

Może nie tylko ich? Co pan sądzi o poglądzie, że wielu hejterów to sfrustrowani nieudacznicy, którzy na forach odreagowują, wentylują emocje?

- Stara, dobra teoria katharsis, czyli odreagowania niewyrażonych emocji w celu oczyszczenia? Dziesiątki razy próbowano ją weryfikować i za każdym razem okazywało się, że jest nieprawdziwa. Nieprawdą jest, że nagromadzona frustracja prowadzi do agresji. Równie dobrze może prowadzić do depresji. Niektórzy sfrustrowani zamkną się w sobie. Jeszcze inni po prostu zmienią swoje cele i zajmą się czymś innym. Nie, nie sądzę, żeby hejterzy obrażali ludzi, aby odreagować swoje nieudacznictwo. Może być oczywiście grupa, która wierzy, że to zdrowo wyładować się przed komputerem. Ale to jest wiara niczym nieuzasadniona, bo liczne badania pokazują, że wentylowanie emocji nie przynosi ulgi, przeciwnie - tylko nasila frustrację i gniew. Niektórzy mogą wkręcić się w błędne koło takich zachowań, miotać obelgami w znanych aktorów, pisarzy, polityków. Ale wycofają się, bo będą czuli się coraz gorzej. Gratyfikacji nie będzie, dla osoby bez rysu sadystycznego krzywdzenie i obrażanie innych nie jest przyjemnością. 

To prawda, ale może być inna gratyfikacja: zadowolenie z własnej ciętej riposty, podziw kolegów: "Ale go strollowałeś, wow!".

- Młodzi ludzie w okresie dorastania, walcząc o pozycję w grupie rówieśniczej, wpadają w taką pułapkę: dołączają kolejno do bullyingu, czyli złośliwości, plotek, krzywdzących komentarzy - w internecie i w realu - wymierzonych w kolegów o słabszej pozycji w grupie. Potrzeba uzyskania aprobaty rówieśników jest tak silna, że "tuneluje" myślenie, przesłania inne potrzeby, wyłącza empatię.

Dorosłym też się chyba zdarza tym zarazić.

- Jeśli trafilibyśmy do grupy, w której pozycja zależy od poziomu agresywności i kreatywności w niszczeniu innych, jeżeli chcielibyśmy w niej zaistnieć, otrzymać jej aprobatę, siłą rzeczy musielibyśmy się "wykazać". Ale częściej w grę wchodzi zwykły konformizm. Zostajemy przygodnymi hejterami na jakimś forum, dostosowując się do stylu dyskusji. Inni obrażają, to my też. Dołączamy do głównego nurtu, naśladujemy, a czasem, żeby się popisać, eskalujemy ostrość przekazu. Konformizm jest rzeczywiście niesamowicie zaraźliwy.

Istnieje antidotum?

- Wylogować się. Nie wchodzić na niemoderowane fora. Uczyć dzieci i samych siebie, że nasza wartość nie zależy od aprobaty otoczenia. Uwolnienie się od przemożnego pragnienia akceptacji, zdrowa samoocena są najlepszym zabezpieczeniem przed konformizmem.

Czy u nas jest więcej hejterów niż w innych krajach?

- Polakom często zarzuca się wysoki poziom nienawiści. Nie znam badań, które porównywałyby nasilenie negatywnych zjawisk w internecie w poszczególnych krajach, zresztą trudno je zrobić, bo istotą sieci jest brak granic narodowych. Natomiast nie jest prawdą, że polskojęzyczny internet jest szczególnie nasycony negatywnymi treściami. To są raczej opinie oparte na stereotypach. Tym, co rzeczywiście wyróżnia nas wśród innych nacji, jest łatwe formułowanie krytycznych opinii o rodakach. Trudno znaleźć Niemca źle mówiącego o Niemcach, niełatwo znaleźć Francuza i Rosjanina narzekających publicznie na swoich krajanów. Polaka narzekającego na Polaków - z łatwością. Podam taki przykład: co powiedzielibyśmy o sąsiadach, którzy dzwoniliby do straży miejskiej za każdym razem, gdy źle zaparkujemy lub dociśniemy gaz na parkingu, żeby posłuchać mruczenia silnika w naszym nowym sportowym wozie? Zawistnicy i donosiciele pełni nienawiści, prawda? W krajach skandynawskich, w Szwajcarii takie donoszenie na sąsiadów jest normą. Nazywają to pilnowaniem porządku.

Nie jesteśmy zawistni? Znani ludzie: celebryci, aktorzy, zbierają mnóstwo nieżyczliwych komentarzy. Spotkałam się z opinią, że hejterzy to przeciętniacy zazdrośni o cudze sukcesy.

- Żeby kogoś ocenić i wygłosić opinię na jego temat, musimy najpierw się z nim porównać. To jest uniwersalna, a nie polska prawidłowość. Dlatego zjawisko zawiści występuje wszędzie, gdzie żyją ludzie, bo często porównanie wypada na niekorzyść. Nie bez powodu Niemcy mają określenie "Schadenfreude", czyli radość z cudzej porażki. Poza tym fundamentalną ludzką potrzebą jest chęć utrzymania dobrego mniemania o sobie. Rzeczywiście poprawiamy na chwilę samoocenę, umniejszając kogoś innego, ale też - przeciwnie - pławiąc się w czyjejś chwale. Nie jest przecież tak, że wszyscy celebryci zbierają razy, lubimy podłączać się pod sukcesy Kamila Stocha, Roberta Lewandowskiego. Myślimy: my, Polacy, jednak potrafimy grać w piłkę, potrafimy skakać. Bo wtedy rośnie samoocena.

- To działa na całym świecie, choć oczywiście podlega wpływom kultury. Są kraje takie jak Japonia, gdzie nie ma przyzwolenia na okazywanie zazdrości czy wygłaszanie krytycznych ocen publicznie. I takie, gdzie - wręcz przeciwnie - jest to dozwolone czy wręcz nakazywane. Polacy są zwykle zszokowani bezpośredniością informacji zwrotnych, jakie wysyłają sobie nawzajem Holendrzy. Tam się stale publicznie buduje hierarchie: ja lepszy od ciebie, ty gorszy ode mnie. Mówi się o tym głośno, ocenia otwartym tekstem. Zazdrość o cudzy sukces jest tam motywacją do osiągania własnego. Natomiast w Polsce bywa różnie, te postawy się mieszają. Jednym przeszkadza brutalna krytyka, innym lukrowanie. Celebryci zresztą sami "nakręcają" hejterów, skarżąc się, pozując na ofiary, czyli robiąc dokładnie to, o co tamtym chodzi.

Lepiej nie reagować?

- Tam, gdzie jest hejting, jest też co najmniej jedna osoba z "mroczną czwórką". Nie zwracać na nią uwagi oznacza odebrać jej satysfakcję z wyżywania się w sieci. Reagowanie prowokuje ją do kolejnych ataków. Brak reakcji - zniechęca.

Pod warunkiem że hejting jest "bezinteresowny". Słyszałam ostatnio o przedsiębiorcy, który odkrył, że według internetowych opinii jest oszustem i złodziejem. Najpierw się śmiał, bo kto w takie bzdury uwierzy. Potem już tylko bezsilnie zaciskał pięści. Niereagowanie jest w tym przypadku błędem?

- To jest agresja instrumentalna, nazywano ją także czarnym PR-em. Tu rzeczywiście nie ma mowy o poszukiwaniu prywatnej satysfakcji, jest wola zniszczenia konkurencji, bezwzględne eliminowanie niewygodnych graczy. W grę wchodzą pieniądze. W telewizji czy prasie agresor musiałby się przedstawić, w internecie może anonimowo zaanimować nagonkę na kogoś, komu chce zaszkodzić. Wystarczy zacząć: stworzyć kloakę, a ona już przyciągnie ludzi o przykrych skłonnościach. W tym przypadku rzeczywiście trzeba reagować jak najszybciej.

Jak? Zgłosić to do moderatora?

- Jeśli moderator dopuszcza do pojawiania się obelg, do eskalacji agresji słownej, to najprawdopodobniej dużo czasu upłynie, zanim uda się cokolwiek od niego uzyskać. A tu czas gra ważną rolę, chodzi o to, żeby ugasić pożar w zarodku. Jeśli podejrzewamy, że ktoś świadomie i intencjonalnie narusza nasze interesy, lepiej od razu wybrać drogę prawną. Najważniejsze to szybko znaleźć prawnika, który specjalizuje się w tego typu sprawach, żeby natychmiast złożyć odpowiednie wnioski, podjąć kroki procesowe. Prawnicy poradzą sobie z forum dużo szybciej niż my. Oczywiście będzie to rodzaj cenzury. Muszę przyznać, że czuję się niezbyt komfortowo, udzielając takiej rady, bo istotą internetu jest jednak wolność opinii.

No tak, ale internet to przestrzeń publiczna, a nie ziemia niczyja. Jakieś zasady powinny jednak obowiązywać.

- To skomplikowana sprawa. W realnym życiu nasze relacje z innymi regulują normy społeczne. W małych grupach niepotrzebna jest policja ani prokuratura. Zachowujemy się przyzwoicie, bo czujemy kontrolę społeczną, obawiamy się utraty dobrego imienia, napiętnowania albo wykluczenia. W internecie żadna z tych naturalnych regulacji nie występuje, są zaburzone rzekomą anonimowością działań. Rzekomą, bo tak naprawdę nikt w internecie nie jest anonimowy, każdego można zidentyfikować, ale nie każdy może to zrobić.

Wyjściem byłoby zmniejszanie anonimowości?

- Nie, bo to niszczy specyfikę internetu. Oczywiście, dla nas zdecydowanie zdrowiej jest korzystać z takich portali, które tworzą osoby znające się w realnym życiu, poza internetem. Jednak wszędzie tam, gdzie nie działają normy społeczne, jedynym sposobem na zapewnienie sobie bezpieczeństwa jest włączenie norm prawnych. Tak zrobiliśmy wraz z rozrastaniem się ludzkich społeczności. Kiedy zaczęły powstawać miasta i osłabła kontrola społeczna, ludzie wymyślili kodeksy praw. Można powiedzieć, że prawo jest odpowiedzią na rosnącą anonimowość. Problem tylko w tym, że restrykcyjne przepisy prowadzą do zamachu na wolność słowa, która jest bardzo cenioną wartością w demokracjach zachodnich. Konieczny jest więc kompromis, tworzenie dobrego prawa, nakłanianie właścicieli portali do formułowania jasnych regulaminów i zatrudniania moderatorów. To są ważne problemy dla wszystkich demokracji zachodnich.

- Nie przez przypadek polski rząd ugiął się pod żądaniami internautów w sprawie ACTA. Sprawili to nie górnicy, nie pielęgniarki, tylko internauci.

PANI 7/2014


Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje