Reklama

Reklama

Rodzaj żeński

Bo było wygodniej. Bo tak ułożyło się życie. Dorota po rozwodzie została z córkami. Teresa odeszła od męża, ale zawsze mogła liczyć na mamę, więc są razem. Olga z Kingą zamieszkały ze sobą przypadkiem, jednak szybko stały się przyjaciółkami. Wiele kobiet decyduje się stworzyć dom bez mężczyzny. Co zyskują? Co tracą? I czy "damskie plemię" to rodzina?

Będzie gol! Nie! Kto cię uczył grać, idioto!? - podnosi głos Zofia. - Idę po drinka - mówi Teresa. Trwa mecz Polska-Litwa. Atmosfera jak na męskim wieczorze. Ale mężczyzn brak. Po końcowym gwizdku Karina rzuca: - Dziewczyny, która chce maseczkę?

Na kanapie siadają 80-letnia Zofia. 50-letnia Teresa. 28-letnia Karina. Babcia, córka, wnuczka. Rodzina w komplecie. - Testosteron? Dawkujemy ostrożnie - śmieje się Karina. - Oprócz listonosza i masażysty rzadko bywają tu faceci. W słonecznym mieszkaniu na warszawskich Szczęśliwicach - śniadanie. Na talerzu Kariny ogórki i sałata, jej mama woli jajka na bekonie, babcia je twarożek. - Jedziemy do Gwiazdki? - Teresa proponuje wyprawę do stadniny, gdzie trzyma klacz uratowaną z rzeźni. We trzy srebrną toyotą wyruszają za miasto.

Reklama

Wieczorem Zofia ogląda Fakty, Teresa z córką odpalają laptopa. Właśnie powstaje scenariusz matki i córki. "O zniewoleniu duchowym". To największe marzenie nakręcić wspólnie film. Reżyserka Teresa Kotlarczyk (m.in. Prymas - trzy lata z tysiąclecia i Odwiedź mnie we śnie) od kilku lat pracuje z córką (drugi reżyser). - Zatrudnijcie nestorkę - żartuje babcia. - Zagram choćby dozorczynię. Tak bym chciała poznać pana Majchrzaka...

Siedem dni w tygodniu, kilka godzin dziennie. - Lubimy naszą babską komunę - Teresa oprowadza po mieszkaniu. Trudno zgadnąć, kto gdzie mieszka. W pokoju wnuczki kolonialne meble, koronkowe zasłonki, półki z książkami. Identycznie jak u babci i mamy. - Staropanieński styl - śmieje się Karina. - Bo my tu żyjemy jak stare panny. - To się nazywa singielki - poprawia babcia. - Samotne, bo tak chcą. Podoba mi się bycie singielką. Zofia nigdy nie wyszła za mąż. Z wyboru. Jej córka to rozwódka. Także z wyboru. Karina od roku jest sama. Oczywiście z wyboru. Tak przynajmniej chce myśleć.

To nie TO

W rodzinnym albumie Zosia na plaży. Na kolejnych fotografiach z wiklinowym wózkiem. Lata 50. "Twój tata utopił się w maślance", słyszy mała Teresa od sąsiadek. Taki żart. Odkąd pamięta, w domu pod Oświęcimiem jest tylko z mamą. Zofia: - Sama sobie poradzę, postanowiłam, kiedy zorientowałam się, że jestem w ciąży. Nie kochałam Antoniego, ojciec Tereski długo nie wiedział, że ma córkę. "Musisz wyjść za mąż, co ludzie powiedzą", namawiała matka. Zbuntowałam się, ale nigdy nie żałowałam tej decyzji. Córce dałam swoje nazwisko. Teresa otwiera puzderko z kolczykami. Prezent od ojca, który odezwał się, gdy miała naście lat. Niezręczne spotkanie trwało krótko. "Mam żonę i czwórkę dzieci", słyszy Teresa. Po tym wyznaniu tata staje się zupełnie obcy. Jak inni mężczyźni, którzy zaglądają do domu.

Pani Zofia miewa adoratorów, ale żadnego nie traktuje serio. - Nie miałam szczęścia, nie zakochałam się... - przyznaje. - A znaleźć ojczyma dla córki, żeby w domu był mężczyzna, nie chciałam. Gdy trzeba zrzucić węgiel do piwnicy albo załatwić problem urzędowy, przyjeżdżają kuzyni. Teresce niczego nie brakuje: ma korepetycje u profesorów, chce zdać do prestiżowego liceum w Oświęcimiu. Zofia pracuje w zakładach chemicznych. Jej córka tylko czasem czuje się gorsza. Jak wtedy, gdy od koleżanki słyszy: "Nie masz tu wstępu, bękarcie". Przysięga sobie: "Mojego dziecka nie skażę na taki los". Nie dotrzymuje słowa. Dziesięć lat później, tuląc kilkumiesięczną Karinkę, decyduje się na rozwód. Miłość nie wybacza awantur, bijatyk.

Teresa wystawia za drzwi walizkę męża po tym, jak znajduje go nieprzytomnego od wódki i siną od płaczu Karinę. "Pomogę ci wychować córkę", słyszy od mamy. W domu w Łękach na południu Polski znowu mieszkają tylko kobiety. Karina nie tęskni za ojcem. Za to jest chora z tęsknoty za mamą. Pamięta rytuał z dzieciństwa. Teresa na planie, dzwoni co wieczór, a Karina potem w łazience wyjmuje z zielonej miski ubrania do prania. Wącha je, szukając zapachu mamy.

Gdy pani Zofia zajmuje się wnuczką, Teresa kończy wydział reżyserii w Krakowie i kręci pierwsze filmy. To ona jest alfa, zarabia, podejmuje decyzje. "Przenosimy się do Warszawy, tam jest praca. Bierzemy kredyt". - Sama byłam facetem, więc go nie potrzebowałam - tłumaczy. - Owszem, pojawiali się mężczyźni, ale w niewłaściwym momencie. Przegrywali z Kariną, filmami. "Przykro mi. To nie to", słyszeli zakochani w młodej reżyserce mężczyźni... "To nie to", tak samo kończyła związki Karina. - Miłość? - mruży oczy - tak, byłam zauroczona. Zamożny Włoch nosił mnie na rękach. Uciekł, gdy zobaczył w sali pooperacyjnej. "Zaopiekujesz się mną?", spytałam zaplątana w kroplówki. "O ile nie będę miał wyjazdu służbowego". Miłość wyparowała w sekundę. Teraz Karina czeka na silnego mężczyznę, który zobaczy w niej anioła, kochankę i przyjaciela.

Nieoczekiwana zmiana ról

"Tak jest, kiedy baba siada za kółkiem", słyszy kiedyś Teresa. Utknęła z córką na środku ulicy. Kierowcy trąbią. "Włączył się alarm, trzeba wstukać kod", mężczyzna zagląda przez okno. Teresa: - To jedyna sytuacja, w której nie poradziłyśmy sobie. Nowy samochód, marna wprawa w prowadzeniu... Jeśli są pieniądze, nie potrzeba faceta. W komórce Teresa ma telefon do pana Krzysia, złotej rączki. Wystarczy hasło: zepsuta terma. Trzeba pomalować ściany. Parę banknotów i wszystko działa. Kiedyś sama biegała po domu z wiertarką. Przycinała wykładzinę. Z córką wytapetowała łazienkę. Radziły sobie, choć bez babci dom by się zawalił.

Pani Zofia pamięta o zakupach i czeka z obiadem. Dla Tereski musi być mięso. Dla wnuczki "trawa", czyli warzywa, bo jest wegetarianką. - Mama kapitan. Babcia szef. Ja majtek - żartuje Karina. Mechanizm działał do niedawna bez zarzutu. Styczeń 2009. Teresa rozmawia przez komórkę. Nagle ręka bezwiednie opada. "Mamo, nie umieraj!", Karina panikuje, słysząc diagnozę: wylew. - Nieoczekiwana zmiana ról - wspomina. - Musiałam okiełznać rachunki, kredyty. Potem uczyć się z mamą chodzić i mówić od nowa. Na szczęście wszystko wróciło na dawny tor, kiedy Teresa doszła do zdrowia. - Znowu rozstawia nas po kątach - cieszy się pani Zofia. - Czasem warkniemy na siebie - przyznaje Karina. - Nie wyobrażamy sobie oddzielnych wakacji. Ale tuż przed wyjazdem spinamy się. "Po co ci żelazko, proszek do prania, wykupiłyśmy all inclusive", ciska się mama. Ona wrzuca trzy T-shirty. Babcia mediuje. Mama się nadyma. W taksówce nie odzywamy się, odprawiamy się oddzielnie, więc siedzimy w różnych częściach samolotu. Mama "pęka" pierwsza. Po przyjeździe przynosi z baru wino. "Za dobre wakacje!" I tak co rok. - Innych awantur brak - opowiada Teresa. - Na napięcia jest sposób. Prosty komunikat: nie podoba mi się to i to... kochanie, rybko, córuś... Dom kobiet. Raz głośny. Raz cichy.

Karina: - Jesteśmy razem albo zamknięte w pokojach. Mama czyta, ja medytuję, babcia robi serwety. Wyczuwamy swoje napięcia. "Przytul mnie - słyszę od mamy - mam chandrę". Innym razem jak dzieciak kładę babci głowę na kolanach. Mama i babcia to pełnowartościowa rodzina. Kocham te kobiety miłością bezwarunkową, zrobię wszystko, żeby były szczęśliwe. Kiedyś przeczytałam: "rodzina to zespół osób, z którymi czujemy więź, którym w razie potrzeby oddasz nerkę…". Bez wątpienia. Nerka nie była konieczna, ale dla mamy Karina przestała palić. - Dla faceta tego bym nie zrobiła - mówi - choć prosili. Ale kiedy od lekarzy usłyszałam: "Pani Teresa ma zakaz palenia", rzuciłyśmy jednego dnia.

Wbrew regułom

W tym domu na stałe nie pojawi się już żaden mężczyzna. Teresa: - Chciałam miłości jak z Przeminęło z wiatrem. Nie w tym życiu. Po kolejnej próbie odpuściłam sobie. - Cała nadzieja w Karinie - mówi pani Zofia. - Ale mojego ukochanego wpuścicie za próg? - prowokuje Karina. - Ba! Nakarmimy, prześwietlimy. Może nawet pokochamy? I odeślemy do waszego domu - uśmiecha się Teresa. - Z babcią odechciało się nam koedukacyjnej rodziny. Takie DNA - żartuje Karina. - Geny ustawiają życie. Jedni mają skłonność do używek, inni do tycia. My jesteśmy zaprogramowane na życie bez faceta. Ale ja będę miała męża. I syna. Nawet kod genetyczny można złamać. Chyba.

Trio kobiece

W Teatrze Narodowym koniec pierwszego aktu Miłości na Krymie. - Porażka - szepce do córek Dorota. - Coś na pocieszenie, mamuś - starsza córka Ewa wręcza kopertę. - Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin - przytula się młodsza Ania. Prezent to bilety lotnicze do Rzymu.

Domowe rozrywki

Jest taki serial: "Kochane kłopoty". Lorelei samotnie wychowuje dojrzewającą córkę. Razem rozwiązują problemy, rozmawiają o facetach. - Zupełnie jak my trzy - mówi Dorota. - Nie żyjemy razem, bo tak wygodniej. Taniej. Dobrze nam. Sobota po południu kilka tygodni temu. Dorota siedzi przy laptopie i kończy zlecenie. Jest tłumaczką literatury angielskiej. "Przycisz to miauczenie - krzyczy do Ani. Jej 25-letnia córka ma bzika na punkcie koreańskiego popu.

- Jedziemy po Ewę na lotnisko? - Anka wpada do sypialni mamy. O półtora roku starsza siostra przylatuje dziś z Brazylii, jest organizatorką wyjazdów integracyjnych dla menedżerów. Dorota cieszy się na wieczór z córkami. Najpierw kolacja, potem rozłożą się na sofie i obejrzą "Dr House'a" albo "Króla Lwa" w oryginale. - Wieczorki Disneyowskie to rytuał, córki uczyły się z filmów angielskiego - tłumaczy Dorota. - Teraz z pamięci strzelają cytatami ze Stuarta Malutkiego. Taka nasza dziewczyńska rozrywka. Kolejna to "grzebanie w doniczkach". Na lodówce przypięty szkic ogrodu na tarasie. - Tu będą orchidee, tam lawenda - pokazuje Dorota. W lecie na balkonie odbywają się śniadania i kolacje. To też "czytelnia". - U nas zawsze się czytało - mówi Ania. - Mama to omnibus, nie da się zagiąć - dodaje Ewa i wspomina rozmowę: "Organizuję wyjazd trychologów, kto to taki? - Lekarz od włosów". Mama zawsze podpowie. Autorytet totalny. Jedyny w naszym domu. Kiedyś był też ojciec - uśmiecha się gorzko Ewa - ale teraz "edukuje" nową żonę.

Marta Bednarska

Przeczytaj drugą część artykułu

Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy