Reklama

Reklama

Danuta Stenka: Wstydzę się kiedy oszukuję

- My, aktorzy, odgrywamy fikcyjne postaci, mówimy nie swoje słowa, kreujemy nie swoje życie, a jednak nasz organizm traktuje to wszystko jak nasze własne przeżycia - mówi aktorka Danuta Stenka. - Moim zdaniem rola tylko wtedy ma szansę naprawdę rezonować w odbiorcy, jeśli zostanie wyposażona w autentyczność przeżyć aktora, w jego prawdę. Bez tego będzie to pusta forma.

Maja Jaszewska, Styl.pl: Podobno lubi pani porcelanę...

Danuta Stenka: - Bardzo lubię wszelkiej maści skorupy. Od zawsze. Przemawiają do mnie. Lubię na nie patrzeć, dotykać ich, a jeżeli są to naczynia, mają ogromny wpływ na smak potraw czy napojów, jakie z nich spożywam. W czasach, kiedy wyjazdy za granicę były rzadkością, podczas wypraw z teatrem ciuchy czy buty kupowałam przy okazji, natomiast nigdy nie ominęłam żadnego sklepu ze skorupami. I wlokłam je ze sobą, czasami piekielnie ciężkie, nawet z antypodów. To było silniejsze ode mnie i nie przeszło mi dotąd. Czuję się wśród nich, jak dziecko w krainie zabawek.

Reklama

- Nie jestem typem szopingowca. Zdarza się jednak, że rzeczy mnie wołają i wtedy... cena, jeśli nie przekracza moich możliwości, nie ma znaczenia, nie widzę jej, nie czuję. Pamiętam, jak w trakcie zdjęć kręconych w Gdańsku miałam kilkugodzinną przerwę i zrobiłam sobie rundkę po Starym Mieście, zwiedzając tereny bliskie mi z czasów studium. Weszłam do jednego z antykwariatów i na stojącym przy wejściu stole dostrzegłam drewnianą madonnę o ciemnej twarzy. Stałam urzeczona aż właściciel zapytał: "Piękna, prawda?". Przytaknęłam, ale wyszłam ze sklepu.

- Po paru godzinach wróciłam jeszcze raz na nią popatrzeć. Po prostu czułam, że mnie woła, chce, żebym ją wzięła ze sobą. I pewnie bym to zrobiła, gdyby nie równoległe zdjęcia w Toruniu - jeździłam z miasta do miasta, nie zahaczając o dom. Antykwariusz jednak zaproponował, że mi ją dostarczy. Uświadomiłam sobie, że przecież decyzja została podjęta, kiedy ją tylko zobaczyłam - i usłyszałam! - jedynie nie sprzyjały okoliczności. Dziś stoi w moim domu na specjalnie dla nie wbitej w ścianę podstawie. Poważny człowiek nie powinien ulegać takim impulsom, ale... Jeśli one tak bardzo chcą być ze mną...

Mówi pani o przedmiotach, jakby miały duszę.

- Wierzę, że mają. Tak czuję. Dziecięca naiwność każe mi tak zwane rzeczy martwe przepraszać, jeśli je na przykład uszkodzę. Czuję, że sprawiłam im ból.

Może to skutki wychowania na baśniach Andersena?

- Być może, tyle że lwia część ludzi wyrasta z wiary, że świat przedmiotów roi się od uczuć, sporów i rozmów.

Od wielu lat bierze pani udział w projekcie Verba Sacra, podczas którego czyta fragmenty Biblii tłumaczone na język kaszubski. Słowa świętych ksiąg różnych tradycji religijnych ze zrozumiałych względów są traktowane ze szczególną estymą, ale czy do słowa też ma pani taki pełen uważności stosunek?

- Fragmenty Ewangelii, które czytam od kilkunastu już lat na festiwalu Verba Sacra, częstokroć znam od dziecka, prawie na pamięć, bo słyszałam je w trakcie mszy niezliczoną ilość razy. Ale kiedy przychodzi mi samej je wypowiedzieć, uzmysławiam sobie, że rozumiem je powierzchniowo, na poziomie pewnej historii, o której opowiadają. Nie docieram jednak do sedna przekazu, przeczuwając jednocześnie, że tkwi w nim głęboka mądrość. Wielokrotnie prosiłam tłumacza Biblii na kaszubski, franciszkanina ojca Adama Sikorę, żeby mi objaśnił, pomógł odkryć sens symboliki ewangelicznych scen, jak również zrozumieć przekaz języka paradoksów, którymi częstokroć operują autorzy Ewangelii.

- Cenię i ważę słowa, choćby z tego powodu, że są w mojej pracy jednym z podstawowych budulców. Zaskoczyła mnie kiedyś w mojej ukochanej stacji radiowej reklama jednej z audycji. Nie pamiętam dokładnie tekstu, ale przekaz był mniej więcej taki, że pojedyncze słowo jest pozbawione znaczenia, nabiera go dopiero w połączeniu z innymi. Absolutnie się z tym nie zgadzam. Pojedyncze słowo może mieć ogromną siłę. Jest niejako naczyniem, które - wędrując w czasie i przestrzeni - napełnia się sensem i mocą.

Aktorstwo jest przestrzenią poszukiwań artystycznych i psychologicznych czy też duchowych?

- Każdy aktor szuka w obszarach, które są ważne dla niego. W moim przypadku ten zawód jest w głównej mierze podróżą duchową. Oczywiście pełną namysłu i emocji. Początkowo grałam przede wszystkim intuicyjnie. Z czasem zaczęłam w świadomy sposób filtrować to, co intuicja mi podpowiada. Dziś pracuję o wiele bardziej świadomie, głową, zebrałam też spore doświadczenie. Decydujący głos ma jednak nadal to, co się wyłania z wnętrza mnie, ze środka, gdzieś spod splotu słonecznego. I to coś, co przychodzi ze mnie, poza moją świadomością, jest dla mnie ważniejsze niż to, co wykoncypuje moja głowa. Nad pomysłami panuję, bo one są owocami mojego doświadczenia, a błyski intuicji zawsze mnie zaskakują.

Ufa jej pani?

- Tak, bo uważam, że moja intuicja jest zdecydowanie mądrzejsza ode mnie. O wiele lepiej wie, co jest dla mnie dobre. Przez całe lata nie zdawałam sobie sprawy z jej siły. Dopiero z czasem zrozumiałam, że to jest głos, który ma nade mną pieczę. I nagle przyszło olśnienie: "Ach, to to jest anioł stróż! No tak, przecież każdy ma swojego, osobistego anioła stróża!". Odkąd ufam swojej intuicji, mam wewnętrzną pewność, że nawet pozornie niekorzystne wybory prowadzą mnie ku czemuś dobremu. Odczuwam harmonię, będąc w zgodzie z głosem pochodzącym z mojej głębi. Mam wrażenie, że ten głos, który w pewnym momencie nazwałam głosem anioła stróża, nie jest osobny, nie jest jakimś zewnętrznym bytem, ale najgłębszą częścią mnie samej.

Czy w aktorstwie mniej znaczy więcej? Pani, grając nawet ekspresyjnie, tworzy aurę tajemnicy i niedopowiedzenia.

- A to mnie pani zaskoczyła. Wydawało mi się, że kiedy gram ekspresyjnie, zdarza mi się - jak to starzy radiowcy mawiali - wyłamywać wskaźniki. Pojawiają się czasem takie zarzuty. Jako widz też wolę emanację i siłę wielkich emocji zamkniętych w oszczędnych środkach aktorskich. Z pewnością lepszy jest niedosyt niż przesyt. Nie tylko w aktorstwie.

W pani aktorskim dorobku jest cały wachlarz postaci. Od głównych ról, między innymi w "Fedrze", "Elektrze", "Królowej Margot", "Poskromieniu złośnicy" po bohaterkę komedii romantycznej "Nigdy w życiu". Skąd taka rozpiętość?

- Myślę, że ogromne znaczenie ma moja ciekawość. I nie chodzi tu tylko o stricte zawodową ciekawość. Nie mniej ciekawa jestem samej siebie, bo moje aktorskie podróżowanie to wyprawy ku wewnętrznemu człowiekowi. Gdyby nie ten zawód, mentalnie byłabym innym człowiekiem. Im bardziej rola jest odległa ode mnie, tym bardziej mnie to cieszy. Zdarza się niestety, że aktorzy, zagrawszy raz dobrze jakąś rolę, muszą ją grać przez całe życie - w różnych sztukach czy filmach, w różnych kostiumach, z innym tekstem, ale obsadzani ciągle w tej samej postaci.

- Znam to, bo miewałam okresy, w których wydawało mi się, że wciąż mówię to samo. Mam niedosyt ról - czarnych charakterów. Dostaję je w radio i w dubbingu, bo widać uznano, że mój głos przystaje do szwarccharakterów. Więc kiedy pojawiła się propozycja zagrania w serialu "Diagnoza" czarnego charakteru, zgodziłam się, nawet nie czytając scenariusza. Obwąchując nieznane mi rejony uczuć, buszując po odmiennych od mojego życiorysach, nieustannie uczę się czegoś nowego o ludzkiej naturze i, co najważniejsze, o sobie samej.

***Zobacz także***

Dzięki temu buszowaniu mniej panią dziwią ludzkie zachowania?

- Kiedy z Mają Kleczewską pracowaliśmy nad "Fedrą", pojawiła się wśród moich znajomych sytuacja dojrzałej kobiety zakochanej w młodziku. Nawet bliscy ludzie byli tym oburzeni, zaczęli wydawać kategoryczne opinie, prorokować finał tej relacji. To wszystko zderzyło się we mnie z losami Fedry, którą grałam, intensywnie przerabiając w myślach i emocjach jej życie. Pamiętam, że kiedyś, wysłuchawszy kolejnych krytycznych komentarzy na temat bohaterki wspomnianej towarzyskiej sensacji, zaczęłam mówić o swoim odczuwaniu sytuacji kobiety beznadziejnie zakochanej. Bo nie tylko grałam Fedrę na scenie, ja tę postać przepuściłam przez swoje zakończenia nerwowe, pozwoliłam jej ożyć w sobie.

- Dzięki temu, napotkawszy w życiu zbliżoną sytuację, byłam w stanie na głębokim poziomie utożsamić się z tego rodzaju dramatem i wyzwaniem. Zrozumieć, a w związku z tym nie oceniać, tylko współodczuwać. Powiedziałam, że ona tonie, że my, bliscy jej ludzie, powinniśmy raczej rzucać jej koła ratunkowe, a nie kamienie. Niedługo potem usłyszałam z ust jednej z tych oburzonych wcześniej osób, że należy tę kobietę zrozumieć, bo to co przeżywa, to dramat na miarę Fedry.

Być mądrym oznacza rozumieć?

- To, z czym się świadomie zmierzymy, daje nam szansę, aby zrozumieć innych. W moim odczuciu poszczególne role karmię moimi zadziorami, niedoskonałościami i zranieniami. Więc muszę temu, co w nas bolesne i mroczne dać dojść do głosu, a potem skonfrontować się z tym i zaakceptować.

Aktorstwo ma wymiar terapeutyczny?

- Jakiś czas temu zaczęłam się zastanawiać, jak to jest, że po rolach głęboko dramatycznych, eksploatujących emocjonalnie, schodzę ze sceny lekka jak piórko, śmieję się, żartuję. A po rolach pozornie lekkich zdarza się, że nie mogę się pozbierać. Zagrałam monodram "Koncert życzeń" w reżyserii Yany Ross. Jest to sztuka bez słów, opowiada o wieczorze samotnej kobiety wracającej po pracy do domu. Widzowie widzieli kawałek jej codziennego życia - krzątanie się po domu, pranie, jedzenie kolacji. Wszystko na scenie o wymiarze pięć na pięć metrów, wokół której widzowie chodzili, sami dla siebie będąc niejako okiem kamery. Zatrzymywali się, gdzie mieli ochotę i na jak długo chcieli.

- Ta rola niczym mnie nie stresowała, nie wymagała ode mnie, abym wniosła na scenę jakiś ogromny ładunek emocji, a jednak kiedy schodziłam za kulisy czułam, że ciężko mi się mówi, bo nie mogę złapać oddechu. Jakby ktoś przez chwilę trzymał mi głowę pod wodą. Zaczęłam to analizować i doszłam do wniosku, że w ekspresyjnych rolach kiedy wszystko z siebie wyrzucę, czuję się wyzwolona, a w tym przypadku, ponieważ nic nie mówię, wszystkie niewypowiedziane słowa i wpisane w nie emocje, połykam. Przedstawienie się kończy, a ja się duszę. My, aktorzy, odgrywamy fikcyjne postaci, mówimy nie swoje słowa, kreujemy nie swoje życie, a jednak nasz organizm traktuje to wszystko jak nasze własne przeżycia.

Czy w aktorstwie jest miejsce na wstyd?

- Oczywiście, tylko każdy odczuwa go z innego powodu. Ktoś wstydzi się nagości ciała, ktoś inny obnażania emocji. Ja się wstydzę, kiedy czuję, że oszukuję, że ślizgam się po powierzchni, że idę na łatwiznę.

- Moim zdaniem rola tylko wtedy ma szansę naprawdę rezonować w odbiorcy, jeśli zostanie wyposażona w autentyczność przeżyć aktora, w jego prawdę. Bez tego będzie to pusta forma.

Skoro poszczególne role przechodzą przez zakończenia pani układu nerwowego, to chyba pozostają w ciele?

- I kiedy zostaną wywołane do tablicy w jakiejś rozmowie, kiedy je sobie przypominam, mam wrażenie jakby nie tylko moje ciało fizyczne, ale też to wewnętrzne, układało się do nich na powrót. Role odpływają, znikają z ostatnim klapsem czy zapadnięciem kurtyny, po zejściu z afisza przez chwilę tylko zostaną w pamięci widzów, ale we mnie wiele z zagranych postaci ma swoje skrytki. Nawet te trudne i te karłowate, o których myślałam, że nie do końca mi się udały.

Jest pani piękną kobietą. Czy łatwo się pani żegnać z urodą na potrzeby roli?

- Bez żadnej fałszywej skromności uważam, że jestem tylko i wyłącznie średnią krajową. Zaskakuje mnie, kiedy kostiumami i charakteryzacją potrafią zrobić ze mnie kogoś, kto może sprawiać wrażenie pięknej kobiety. A kiedy na potrzeby roli oszpecają, intryguje mnie to. Kiedy byłam młoda, nie lubiłam grać bez makijażu. Dziś nieumalowana do roli nie mam z tym żadnego problemu, jest mi wygodniej.

W "Sonacie jesiennej", która niedawno miała premierę w Teatrze Narodowym, początkowo ma pani bardzo mocny makijaż, który potem zmywa w trakcie spektaklu.

- Usłyszałam nawet, że jestem odważna, decydując się na takie obnażanie przed widzem. Tymczasem to było od lat moim marzeniem. Uwielbiam moją twarz, ten obraz w lustrze, kiedy po spektaklu zmywam charakteryzację. Zwłaszcza mocną, z dużą ilością tuszu, czarnych kresek, ciemnych cieni. Wyglądam jak negatyw pandy. W każdym razie czuję się dobrze i w wielkiej charakteryzacji, i w kompletnym jej braku.

Co pani czuje słysząc oklaski?

- Jeśli czuję, że to był ten jeden spektakl na tysiąc, kiedy przeszłam niemal samą siebie i nastąpiło sprzężenie zwrotne, bo ze strony widowni płynie wraz z oklaskami ogromna energia, coś mnie chwyta za gardło. Chwila wspólnego wtajemniczenia jest ogromnie wzruszająca.

Katharsis?

- Absolutnie tak. Pełnia wspólnoty przeżycia. Najcudowniejsza chwila w teatrze. W tym sztucznym świecie tak nieziemsko prawdziwa.

Rozmawiała: Maja Jaszewska

Zobacz także:

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy