Reklama

Reklama

Dlaczego to robimy? Bo możemy! Na czym polegała akcja „Hiacynt”?

Przeprowadzona przez milicję w latach 80. akcja „Hiacynt” to fenomen – podobnej operacji, nie zorganizowano nawet w krajach, w których penalizowano homoseksualizm. Może był to jeden z wielu smutnych absurdów opresyjnego systemu? A może, jak mówi Remigiusz Ryziński, autor książki „Hiacynt. PRL wobec homoseksualistów”, w całym tym przedsięwzięciu nie chodziło wyłącznie o gejów?

W latach 1985-1987 milicja w całej Polsce szukała, zawoziła na komisariaty, przesłuchiwała, spisywała i fotografowała gejów. Zdejmowała im odciski palców, zakładała teczki, pytała kim są, z kim się spotykają i jak uprawiają miłość. Mnóstwo czasu, nerwów, logistyki, pewnie też trochę pieniędzy. I po co to wszystko?

Remigiusz Ryziński: - Odpowiedź jest prosta. Chodziło o to, by stworzyć rejestr mężczyzn, którzy zostali opisani przez władzę jako niepasujący do społeczeństwa, roznoszący choroby, nietworzący stałych związków, stanowiący zagrożenie dla społecznego ładu a dodatkowo kryminogenni.

Reklama

Co jest kryminogennego w byciu gejem?

 - Nic, ale dla władzy nie liczy się człowiek, tylko to, jak go można wykorzystać. Tu nie chodziło o bycie sprawcą, ale potencjalną "ofiarą". A więc dołączał element strachu, który można było wykorzystać. Według służb homoseksualiści mogli wyjątkowo łatwo paść ofiarą przestępstwa. Milicyjne raporty podawały nawet, jak wyglądała rzekoma "metoda na geja". Zaczynało się od zaproszenia: mieszkający samotnie gej, zapraszał nowo poznanego mężczyznę do domu na seks, alkohol lub kolację. Wchodzili, chwilę rozmawiali, a potem następował stosunek seksualny. Zbrodnia była popełniana podczas stosunku lub zaraz po nim, a następnie sprawca dokonywał przeszukania mieszkania i zaboru mienia. Ciało pozostawiał na miejscu, czasem próbował zatrzeć ślady.

Słowo "metoda" sugeruje, że takich przypadków było całkiem dużo. Było?

 - Udział morderstw dokonanych na homoseksualistach w zabójstwach ogółem wynosił w tym okresie niewiele ponad 1 procent. Jednak nawet gdyby ten odsetek był większy, to pomysł, by chronić daną grupę przed przemocą, poddając ją kontroli i nakładając na nią ograniczenia jest absurdalny. To tak, jakby policja zaczęła podchodzić do wszystkich kobiet koło dwudziestki i mówić: "Hej, jesteś atrakcyjna więc powiedz mi z kim się spotykasz. Jeśli zostaniesz zamordowana, to będziemy wiedzieć, kim byłaś". Tego rodzaju pomysł w pierwszym odruchu może brzmieć jak wyraz opiekuńczości władzy, ale wystarczy sekunda refleksji, by dostrzec, jak bardzo jest groźny i niegodny.

W ramach tej rzekomej ochrony milicja zatrzymała i przesłuchała co najmniej kilkanaście tysięcy osób. Co działo się na komisariatach?

 - Funkcjonariuszom biorącym udział w akcji zalecano by z zatrzymanymi obchodzić się "stanowczo, lecz taktownie" i tak też się często obchodzono. Czasem bywało nawet zabawnie - w książce opisuję historię grupy znajomych, która przez milicję została wyciągnięta z mieszkania, w którym odbywała się impreza. Ktoś żartował, ktoś przemycił wódkę w kieszeni kożucha, ktoś pozował do zdjęć niczym jakaś gwiazda, mnóstwo śmiechu. To jest także metoda radzenia sobie z opresją. Na drugim biegunie tych opowieści był jednak strach, co jeszcze zrobią, skoro już zatrzymali.

Zwykle po rozmowie zakładali teczkę, a później wypuszczali do domu. Tych teczek w ramach akcji "Hiacynt" powstało ponoć ok. 11 tysięcy. Wiadomo, co było w środku?

 - Nie wiadomo, ile było teczek, ale wiadomo, że przesłuchano ponad 14 tysięcy mężczyzn. W zapisach znalazły się podstawowe informacje personalne, a często pewnie zwyczajne bzdury. Nie chodziło bowiem o to, co ten czy tamten rzeczywiście wie, tylko o to, by wywołać atmosferę nagonki. Wbrew temu, co wydawało się służbom, geje nie byli w posiadaniu informacji w rodzaju: gdzie przebywa Wałęsa albo: czy ktoś planuje zamach na rząd. Widziałem zeznania gejów - tajnych współpracowników, którzy donosili do SB . To są jakieś drobiazgi: ktoś ma dostęp do farby, ktoś pali zagraniczne papierosy, ktoś posiada pornograficzne gazetki z Zachodu.

 - Jednak za każdym razem, kiedy otwieram te teczki przenika mnie strach. Nie dlatego, że znajdują się w nich jakieś cuda, ale dlatego, że one są modelowym przykładem traktowania ludzi przedmiotowo. Ci ludzie, tacy jak oni, chorzy, nienormalni, groźni społecznie. Oraz dane: imię, nazwisko, pochodzenie, przynależność religijna, przynależność partyjna, poglądy, kontakty, relacje, podstawa pozyskania - ten odrażający język, traktujący ludzi, jak żywy inwentarz: spisać, skatalogować, nadać numer, odstawić na przeczekanie.

Wracam do pytania z początku: I po co to wszystko?

 - Po to, żeby, posługując się wybraną grupą społeczną, pokazać ogółowi obywateli, że władza może wszystko. Żeby powiedzieć: spójrzcie, możemy wziąć na cel dowolną zbiorowość, z fragmentu jej tożsamości uczynić kategorię obciążającą, a potem rozpocząć proces zastraszania. Dzisiaj tym fragmentem tożsamości jest homoseksualność, ale jutro może być płeć, stan cywilny, przynależność etniczna, stan cywilny, cokolwiek. Masz się bać, tak działa kontrola.

 - Im więcej czasu mija od premiery książki, tym mocniej uświadamiam sobie, że "Hiacynt" nie był akcją, która za główny cel brała gejów, choć to oni są w niej niewątpliwie poszkodowani. Ta opowieść nie jest jednak po prostu opowieścią o homofobii. To jest historia o granicach władzy, mechanizmach kontroli i sposobach zaszczepiania strachu.

Ale jednak to gejów uczyniono tematem akcji Hiacynt. Dlaczego akurat ich?

 - Bo Żydów już nie było.

Ale wciąż były na przykład kobiety, czy węziej - prostytutki, samotne matki, bezdzietne, stare panny... bardzo obszerny katalog grup, na które można nakierować społeczną niechęć.

 - Kobiety - z całym szacunkiem - w latach 80. nie miały dostępu do realnej władzy, więc nie posiadały żadnego społecznego i politycznego znaczenia. A geje to mężczyźni, którzy znają mężczyzn także z kręgów władzy, sztuki, polityki. Co nie wpływało paradoksalnie na ich poczucie siły. Geje w owym czasie byli często samotni, zawstydzeni. Kogoś takiego  bardzo łatwo zastraszyć, zrobić zeń ofiarę.

- To mechanizm, który Michel Foucault jasno tłumaczył w "Nadzorować i karać" - najskuteczniejszy nadzorca nie siedzi w wieży strażniczej, ale w głowie kontrolowanego. Facet w mundurze może i wzbudza strach, ale jest on tylko materialnym wyrazem wewnętrznego lęku.

Milicja musiała uczyć Polaków niechęci wobec gejów, czy istniał już w nas jakiś zalążek uprzedzenia?

 - W społeczeństwie zawsze istnieje zalążek uprzedzenia, łatwo go przywołać, rozbudzić. Na początku nie ma ono formy, jest jak plastyczna masa, z której można ulepić figurę "innego". Kiedy jednak "inny" nabiera kształtu, skierowane przeciwko niemu emocje zaczynają iskrzyć. By je podsycić nie trzeba wiele. Wystarczy kilka artykułów w prasie, na przykład o tym, że geje są kryminogenni, że stanowią zagrożenie dla polskiej rodziny, że "roznoszą" AIDS. To wszystko bzdury, ale wystarczą, by człowieka uznać za obcego, którego można się bać, albo z którego można szydzić. Inny to obcy, a obcy to wróg. Tego rodzaju zabieg to klasyk manipulacji: podpowiedzmy ludziom wymyślone problemy, to przestaną zwracać uwagę na te realne.

Skoro to klasyk manipulacji to dlaczego, sięgnięto po niego tak późno? Zalążek uprzedzenia, jak mówisz, istnieje zawsze, a i niewygodnych dla władzy problemów pewnie nie brakowało przed 1985 rokiem.

 - O tym, że homoseksualistów można w Polsce "wykorzystać" mówiono już za Stalina. Wtedy również zakładano gejom teczki, ale działo się to niejako "przy okazji": zatrzymano jakąś grupę, w grupie jest Zenek, Zenek jest gejem to zanotujmy ten fakt i zapytajmy kogo zna. To nie było systemowe działanie, oczywiście poza ludźmi znanymi. W tym okresie, ale również w latach 60. i 70. homoseksualizm był uznawany za wstydliwą tajemnicę lub za coś, co wydarza się w wyższych sferach: Jarosław Iwaszkiewicz, Oscar Wilde, rauty w ambasadach, ekscentryczne rozrywki kolorowych ludzi. Natomiast w latach 80. pojawia się zjawisko "geja w fabryce". Homoseksualista to już nie jest "pan z rezydencji", ale fryzjer, ekspedient z warzywniaka, kolega z fabryki, nauczyciel ze szkoły, działacz Solidarności.

Dlaczego "już nie jest" ? Nastąpił rodzaj emancypacji?

 - Poniekąd tak. Ludzie czuli, że nadchodzi schyłek PRL. W domach pojawia się coraz więcej materiałów z Zachodu: gazet, książek, kaset wideo, pokazujących jak tam wygląda życie. Ludzie wiedzą, że na Zachodzie jest coś takiego jak środowisko homoseksualne, że geje otwierają kluby, organizują parady, zrzeszają się. W "Polityce" Barbara Pietkiewicz publikuje artykuł, w którym opisuje te zjawiska i puentuje, że homoseksualiści walczą o swoje prawa. Dodatkowo pojawia się temat emancypacji kobiet. Mówi się o tym, że kobiety pragną nie tylko dbać o dom, ale też realizować zawodowe ambicje i seksualne pragnienia. To tylko pozornie odległy temat, bo walka o prawa kobiet i społeczności LGBT zawsze szła w parze.

Skoro akcja "Hiacynt" była obliczona na wywoływanie określonych nastrojów w szerszej grupie społecznej, rozumiem, że milicja się z nią nie kryła.

 - Wręcz przeciwnie. Milicja sama zlecała wtedy artykuły, w których opisywano zasadność jej działań. Ale nawet jak się coś wyrwie na zewnątrz, być może przez swoistą nonszalancję albo nieświadomie, to będzie się wciąż powtarzać, że to nieprawda, że to służy krajowi, że tak trzeba. Poczucie strachu i całkowita kontrola władzy to elementy pożądane z punktu widzenia systemu opresji. System globalnej inwigilacji tylko z pozoru jest ukrywany. Ludzie mają wiedzieć, bo za tym idzie ich strach. Co więcej, inwigilacja totalna - taki powiedzmy Hiacynt, czy inny Pegasus - dotyka każdego, już bez podziału na grupy, może wniknąć w życie dowolnej jednostki, prześwietlić je i próbować niszczyć. Wszystko w interesie władzy, aby trwała w oparciu o ciągły strach, o informacje, o haki i grę z ludzką intymnością, godnością.

W takim razie w tym coraz bardziej dostrzegającym homoseksualistów społeczeństwie, nagonka na gejów nie budziła sprzeciwu?

 - Tak samo jak w wielu innych przypadkach - świadomość społeczna istniała, ale nie pociągała za sobą żadnej, konstruktywnej reakcji. Budowano bowiem obraz homoseksualizmu, którego należy się bać i wstydzić.

Bo może nie było na co reagować? Zatrzymywali, spisywali, wypuszczali, nie bili, a czasem bywało nawet śmiesznie...

 - Mnie też długo wydawało się, że właściwie nic takiego się nie stało. Ale to nie było "nic". Podczas akcji "Hiacynt" ludzi potraktowano jak przestępców nie za to, co zrobili, ale za to kim byli. Gdyby rozliczano czyny, można byłoby to zrozumieć, popełnili jakieś wykroczenie, trzeba ponieść konsekwencje. Ale to byli zwyczajni faceci, którzy pili w barze wódkę, albo umawiali się do kina. W tej sytuacji tożsamość wystarczyła, by wyciągnąć kogoś z domu, pracy, dosiąść się do kogoś w restauracji, zatrzymać i zawieźć na komendę. Pomyśl, to tak jakby ktoś wzywał cię na komendę, bo jesteś kobietą? Przecież to niewyobrażalne, a jednak - niestety - całkiem możliwe.

Ja pomyślałam o niedawnej awanturze wokół "rejestru ciąż" - też niby nic się nie działo, a ile strachu.

 - Najgorszą cechą i najpoważniejszym skutkiem akcji "Hiacynt" było to, że zaszczepiła w ludziach strach. Nie strach przed tym, że ktoś mnie wyśmieje i pobije, bo to była koszmarna codzienność - gej wychodził z bloku, a w drzwiach ktoś na niego pluł, czy krzyczał za nim "pedale". To był strach przed tym, że oni przyjdą, że mogą. Akcja "Hiacynt" zaszczepiła ten lęk nie tylko w gejach, ale we wszystkich. Włożyła nam do głów kontrolera, który podpowiada: na Żydów była akcja, na gejów była, to może i na mnie będzie. Lepiej siedzieć cicho.

Lepiej siedzieć w domu i nie kłuć w oczy.

 - Paskudne słowo: zasymilować się. Upodobnić, roztopić, zniknąć. Nie wyróżniać, być jak wszyscy.

W książce opisujesz jak homoseksualiści próbowali chronić się przed przemocą: legitymowali chłopaków, którzy ich odwiedzali, zapisywali personalia gości, a karteczki ukrywali w różnych miejscach mieszkania, wypytywali o szczegóły, mogące ułatwić identyfikację. A były jakieś strategie obrony przed zniknięciem?

 - Ja nazywam je "metodami przetrwania". Jeśli będziesz próbować niszczyć człowieka, wygumkować go z rzeczywistości, to on, żeby przetrwać, będzie trzymał się najmniejszych nawet drobinek. Jedną z takich metod jest konfabulacja - zmyślasz odpowiadając na pytania milicji. Inną prześmianie: geje przesłuchiwani na komendach śmiali się nie dlatego, że przydarzało im się coś szczególnie zabawnego, ale po to, żeby oswoić strach. Jeszcze inną język przegięcia, sfeminizowanie, nazywanie Andrzeja Andzią czy Andżelą. Kolejną szukanie bezpiecznego miejsca. Takim azylem może być nawet dworzec, kibel miejski, w którym spotkasz drugiego człowieka, który cię nie minie, który cię zauważy, bo tej uwagi rozpaczliwie potrzebujesz. No i przede wszystkim - budowanie grupy, do której przynależysz. Gej nie ma rodziny naturalnej, ma rodzinę z wyboru. To jest jego siła.

"Metody przetrwania" kojarzą się bardzo wojennie.

 - I może słusznie. Ja zrozumiałem ten mechanizm po książce "I była miłość w getcie" Edelmana, którą przeczytałem lata temu. Sens jest taki: nawet w psiej budzie, w leju po bombie, nawet w publicznej toalecie człowiek zaszczuty poszukuje bliskości. Ta bliskość ratuje jego człowieczeństwo jako istoty, której tożsamość określa coś więcej niż narodowość, pochodzenie czy religia. Ludzie ocalają się w miłości, nawet przygodnej, krótkotrwałej, nawet spełniającej się w warunkach nie mających nic wspólnego z romantyzmem.

Mówisz, że homoseksualistów gumkowano z przestrzeni publicznej. Zastanawiam się więc, jak w latach 80. swoją tożsamość miał budować ktoś, kto miał kilkanaście lat i uświadomił sobie, że jest gejem? Dzisiaj wzorców, inspiracji i empowermentowych przykładów jest pod dostatkiem, a wtedy?

 - To była tożsamość budowana na plotkach, szumach, domysłach. Ktoś przytacza przykłady Gombrowicza, Iwaszkiewicza, Andrzejewskiego, ktoś inny mówi o Platonie, jeszcze inny rzucał, że w Warszawie Waldorff mieszka z kuzynem. Kiedy w prasie ukazuje się artykuł wspominające proces Oscara Wilde’a oskarżonego o czyny niemoralne, to ludzie czytają sobie ten artykuł po domach. Wyłapuje się szczegóły z popkultury: Bareja ubrał jakiegoś mężczyznę w kieckę, Kondratiuk nakręcił "Dziewczyny do wzięcia", przegięty, dziś powiedzielibyśmy queerowy film, Maryla Rodowicz i Violetta Villas pokazały się w Opolu w jakiejś spektakularnej kreacji. Życie się szyło z takich skrawków.

Akcja "Hiacynt" pruła te skrawki na strzępy. Tak jak powiedziałeś: zaszczepiała lęk, niszczyła więzi, upokarzała. Była więc krzywda i wina. A kara?

 - Nie ma kary, nie ma rozliczenia i według aktualnych przepisów być ich nie może. W kategorii "zbrodni komunistycznej" mieszczą się działania służb bezpieczeństwa wymierzone w obywateli zrzeszonych w organizacjach opozycyjnych. Tymczasem akcję "Hiacynt" przeprowadzała milicja, a nie SB, a jej ofiarami byli nie członkowie Solidarności, tylko homoseksualiści. Czyli w świetle prawa milicja robiła to, co do niej należało - nic się nie stało, nie ma o czym mówić, nie ma czego rozliczać.

To może zabrzmi jak teoria spiskowa, ale myślisz, że gdyby akcja "Hiacynt" koncentrowała się na innej grupie społecznej, to równie łatwo by o niej zapomniano?

 - Żeby tego rodzaju akcja został rozliczona, musiałaby być skierowana w ludzi stanowiących wartość uznaną za fundamentalną. Najlepiej w białych, heteroseksualnych mężczyzn, w przedstawicieli tej grupy, która dziś stanowi władzę. Grupy z pogranicza: Żydzi, inteligencja, mniejszości narodowe, pewnie doczekałyby się książek, wystaw, może jakiegoś filmu. Kobiety prawdopodobnie czegoś więcej, bo same dzięki swej odwadze upomniałyby się o tę pamięć. Ale geje? Geje są ostatni w kolejce do pamiętania i upamiętniania, a akcja "Hiacynt" nie jest na to jedynym dowodem. Zapomnieliśmy o gejach w Solidarności, o gejach w kulturze, w kościele, w polityce. Na szczęście teraz jest taki moment, że zaczynają powstawać queer-storie. Przykładowo Joanna Ostrowska przypomniała w swojej książce o mężczyznach z różowym trójkątem. Jest film "Hiacynt’ na Netflixie. Nie ma jednak pomnika, tablicy, nie ma powszechnej wiedzy i pamięci. To ciągle dziurawa opowieść, czeka nas dużo pracy, by te luki wypełnić.

Pomnika nie ma, ale jest za to inny namacalny ślad. Teczki, które zakładano w czasie akcji Hiacynt wciąż są przechowywane w komendach wojewódzkich. Trzeci raz w tej rozmowie zapytam: po co?

 - Z tego samego powodu, dla którego je założono: dla władzy i kontroli. Nawet teczka paszportowa, podsunięta komuś pod nos po latach, może wzbudzić lęk. Jeśli Jan Kowalski w 1985 chciał wyjechać do Niemiec to jaka jest obiektywna wartość tej informacji? Żadna. Jednak z jego perspektywy może mieć ogromne znaczenie, bo może ktoś kiedyś mu wytknie: my tu walczyliśmy o Polskę, a ty chciałeś sobie uciec na Zachód. W systemie totalitarnej kontroli każda informacja jest ważna. Należy zanotować wszystko, bo wszystko może być hakiem na człowieka: że ma kochanka, że pije, że pali zagraniczne papierosy, nawet to, że zbiera foldery niemieckich aut. System się zmienił, ale my przez władzę wciąż jesteśmy trenowani w tej postawie: nie wychylaj się, siedź cicho, bo ze wszystkiego da się zrobić sprawę. Pamiętasz, jak Kiszczak umarł?

I została po nim szafa.

 - A w tej szafie nie wiadomo co, ale coś. Może jakieś haki? Jakie haki, na kogo? Opinia publiczna żyła tym newsem przez wiele tygodni. Informacja działa na niektórych jak fetysz. Przerażające, że dajemy się manipulować w tak prosty sposób. Akcja "Hiacynt" to sprawa, o której powinniśmy się uczyć na lekcjach polskiego i historii po to, by dowiedzieć się czegoś o gejach, ale też po to, by dowiedzieć się, do czego jest zdolna władza.

Na razie w programach nauczania jej nie ma. Pojawia się za to - i to coraz częściej - w książkach, filmach i artykułach, podobnie jak inne opowieści z zakresu homostorii. Modny temat czy oznaka głębszego procesu?

 - Ci, którzy przejęli władzę po ’89 roku, wykreowali świat oparty na figurze rycerza walczącego o wolność. Ale czy ta wolność była dla wszystkich? Kraj z tej wizji jest jak symulakrum Baudrillarda albo zamek księżniczki w Disneylandzie - imitacją bez wzorca, wokół której tworzona jest alternatywna rzeczywistość. Coś tu nie gra, z oficjalnej opowieści o przeszłości wypadło bardzo wiele istotnych puzzli: herstoria, gejstoria, queerstoria i najwyższy czas odnaleźć dla nich miejsce. Może czas na rewolucję teraz.

Skoro o rewolucji mowa - dla amerykańskiego środowiska LGBT jednym z ważnych punktów odniesienia, są zamieszki, które w 1969 roku wybuchły w klubie Stonewall. W Polsce "Hiacynt" mógłby pełnić podobną funkcję?

 - Mówię to ze smutkiem, ale "Hiacynt" nie był polskim Stonewall. Zaczęło się niby podobnie: policja weszła do baru, ustawiła osoby LGBT w rządku i zaczęła wypytywać: kto kogo zna, kto się z kim zadaje. Później jednak sprawy potoczyły się inaczej: jedna z drag queen przyłożyła policjantowi torebką i powiedziała, co to jest? Ja na żadne pytania odpowiadać nie będę! I zaczęła się gejowska rewolucja. W Polsce rewolucji nie było, a przynajmniej nie było jej w latach 80.

Był za to strach, życie w ukryciu i szukanie miłości w publicznej toalecie. Łatwo zaakceptować taką przeszłość?

 - Innej nie było, więc trzeba nie tylko ją zaakceptować, ale też być z niej dumnym. Robiliśmy to, co mogliśmy i tak, jak mogliśmy. Warto przekazywać opowieść o tych wspaniałych ludziach, którzy rozpoczęli rewolucję: Selerowiczu, Truchlińkim, Kisielu, którzy niczym drag queen w Stonewall tupnęli nogą i powiedzieli: Tak dalej być nie może, jesteśmy ludźmi i tak jak inni ludzie chcemy mieć prawo do prywatności, miłości i tożsamości.

 - Podnoszone przez nich hasła wciąż są wykrzykiwane na polskich ulicach. Dzisiaj też mówimy: Jestem dumny z tego kim jestem, nikt nie dał mi tożsamości i nikt nie ma prawa mi jej odebrać. To, że noszę spodnie rurki, włosy na cukier, kolorowe paznokcie, to z kim układam sobie życie i kogo wybrałem na życiowego towarzysza nie powinno obchodzić władzy w najmniejszym stopniu, o ile nie jest to pozytywne zainteresowanie. Queerowość, kampowość, tęcza budują kulturę, a tresowanie ludzi do lęku i niechęci wobec drugiego ją niszczy. Historia pokazuje, że ta druga praktyka zawsze kończy się źle. Tyle, że my wciąż nie chcemy wyciągać wniosków z przeszłości. A to naprawdę najwyższy czas.

 ***

Zobacz również:

Remigiusz Ryziński: Nie ma jednego scenariusza na życie

Biologia nie jest binarna. Co definiuje naszą płeć?

Marsz Równości marszem wolności

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy