Reklama

Reklama

Dobrze, że jesteś, mały

Nie powinnam była tak postępować. Wiem. To całe zamieszanie – ból, stres, który fundowałam dziecku – było z egoizmu. Ono potrzebowało miłości, a ja myślałam o sobie. Zawsze tylko to moje ja, ja, ja.

Najpierw postanowiłam odejść od Mikołaja. To nie była pochopna decyzja. Podjęłam ją dwa lata przed tym, zanim w końcu zdobyłam się na odwagę i wyciągnęłam wielką czarną walizę z szafy. Nawet było zabawnie, gdy sięgnęłam po ubrania, a walizka sama wypadła z pawlacza wprost na naszą drewnianą podłogę. W tej samej chwili stanęła mi przed oczami scena ze sklepu sprzed kilku lat: "Ale jesteś pewna, że akurat chcesz sosnę? Szybko ciemnieje, może weźmiemy coś praktyczniejszego, sosna nie jest trwała, co będzie, jak pojawią się dzieci, wiesz, one zawsze coś wyleją, zarysują", tłumaczył. No więc, gdy ta nieszczęsna waliza upadła, przypomniało mi się moje dawne szczęście.

Reklama

Musisz wiedzieć, że kiedy zobaczyłam Mikołaja po raz pierwszy, od razu wiedziałam, że będzie moim mężem. Byliśmy jeszcze tacy młodzi, dopiero kończyliśmy studia. Ja w króciutkiej sukience w kwiatki, on w poszarpanych dżinsach i flanelowej koszuli. Pół nocy przegadaliśmy na schodach akademika. Ależ on mi imponował. Kończył medycynę, miał zostać chirurgiem. Tak pięknie opowiadał o ratowaniu ludzi. Mieliśmy plany, marzenia, wspaniałe wesele i znajomych, którzy na ślubnych kartkach pisali, że jesteśmy tacy cudowni, że musi się nam udać.

A jednak przestałam go kochać. Gdy ta cholerna miłość umierała we mnie, rozpaczliwie próbowałam ją w sobie rozbudzić. Przeglądałam rzeczy z naszymi pamiątkami. Wyciągałam zdjęcia, listy, w których Mikołaj wyznawał mi uczucia, koniczynki, które suszyliśmy na szczęście, i zadawałam sobie pytanie: "Co się we mnie zmieniło? Dlaczego?". Chociaż w zasadzie wiedziałam dlaczego. Mikołaj poświęcił się pracy, brał dodatkowe dyżury, żył swoimi skomplikowanymi operacjami. Potrafił przez cały dzień nie zadzwonić, nawet nie pytał: "Co słychać?".

Nie narzekałam, nie robiłam awantur. Ale żal narastał. Gdy chciałam mieć dziecko, odpowiadał: "Jeszcze nie teraz, najpierw mieszkanie, samochód". Już mnie nie przytulał, nie mówił, że kocha. A ja? Czyż nie postępowałam podobnie? Już nie biegałam rano po bułki, nie przynosiłam kawy do łóżka i wreszcie zrozumiałam, że mówienie do ukochanego faceta "misiu" jest żenujące.

Ale wciąż myślałam: "Jakoś to z nami będzie". I dzięki temu "jakoś" przeżywaliśmy kolejne miesiące do złudzenia podobne do siebie. Szybkie pobudki, kanapki robione pospiesznie do pracy, przelotny całus na do widzenia. Czasami, gdy nie widział, płakałam, bo chciałam mieć rodzinę taką, o jakiej kiedyś oboje marzyliśmy. Chciałam mieć naszą dawną miłość.

A potem pojawił się Piotr. Zachwycał się mną, Mikołaj nie robił tego dawno. Piotr był przyjacielem koleżanki, pojawiał się na wspólnych imprezach, na które mój mąż jakoś nie mógł dotrzeć. Tłumaczę się, wiem… Pamiętam, stałam z Piotrkiem na tarasie. Palił papierosa, rozmawialiśmy. Zaproponował spacer po parku. "To głupie", spojrzałam na jego ramiona. Były takie rozbudowane, toporne. Pomyślałam, że Mikołaj ma takie delikatne ręce, a jednak potrafią działać cuda. Ale co złego w spacerze? I to właśnie była moja przepaść. Może gdybym się wtedy wycofała? Ale Piotr tak ładnie pachniał i miał w sobie tyle ciepła.

A potem było kino, teatr i kolejne spacery. Proszę, nie myśl o mnie źle. Nikt tak pięknie nie mówił do mnie o miłości. Długo nie poszłam z nim do łóżka, choć Mikołaj każdej nocy odwracał się na drugi bok. W końcu pokochałam Piotra. Miał dla mnie czas, łączyły nas podobne doświadczenia, podobnie odczuwaliśmy emocje. Uwielbiał narty, wyprawy w góry i dalekie podróże. Tak jak ja.

Co mam ci powiedzieć? Odeszłam od Mikołaja. "Zakochałam się", oznajmiłam mu po prostu. Mikołaj chciał nas ratować. Mówił, że jestem dla niego całym światem, że przecież miłość to odpowiedzialność, że przysięgaliśmy sobie. A ja pakowałam tę walizkę, a na koniec rzuciłam: "Sorry, muszę lecieć. Zawsze będę twoim przyjacielem". Jak można mówić takie dyrdymały komuś, kogo się zostawia? Czy potrafisz mi obiecać, że z nikim nie postąpisz tak okrutnie jak ja wtedy z Mikołajem? Tego samego wieczoru układałam rzeczy w bambusowej szafie Piotra. Chodziłam po jego mieszkaniu jak po innej planecie. Ależ tam było pięknie, elegancko. Czułam się szczęśliwa, choć wiedziałam, że zabrałam Piotra innej kobiecie. Ale czyż Piotr nie zabrał mnie innemu mężczyźnie? Czy to było ważne? Byliśmy dla siebie. Tak się wtedy myśli.

Oboje wzięliśmy w pracy urlopy, całymi dniami nie wychodziliśmy z domu, gotowaliśmy obiady, kolacje, od południa piliśmy wino. Wiesz, Mikołaj nigdy nie pozwoliłby sobie na taką nieodpowiedzialność. Brać wolne po to, żeby nic nie robić? Mieliśmy z Piotrem mnóstwo planów, ależ były odważne, chcieliśmy po moim rozwodzie szybko się pobrać i mieć dziecko. Po trzech miesiącach nowego życia przyjechałam do starego domu po resztę rzeczy. Przeraził mnie widok mojego męża. Bardzo zmizerniał. "Kawy?", spytał. Już o nic nie prosił, po prostu gościł mnie w moim własnym mieszkaniu. Podziwiałam jego klasę, starał się. Rozmawialiśmy. "A co słychać, jak ci się układa?".

Zaproponował kolację, rzuciłam się do pomocy, kroiłam chleb, ser, on pomidory. Znów śmialiśmy się tak jak kiedyś. Coś wtedy zrozumiałam. Prawdziwa miłość nie może minąć ot tak. Patrzyłam na Mikołaja i zastanawiałam się: "Po co ja to wszystko zrobiłam. Dlaczego odeszłam?". Tego wieczoru wylądowaliśmy w łóżku. Kolejny mój egoizm, ale o to akurat nie możesz mieć do mnie żalu.

Nie myślałam o Piotrze i obietnicach, że już jestem tylko jego, że na zawsze i takie tam. Wyszłam od Mikołaja nad ranem. Poplątana, pogubiona, gdzieś pośrodku między starymi a nowymi emocjami.

Ale znów wróciłam do nowego życia, zapomniałam. Przyjaciółka powiedziała: "Przestań histeryzować, kilka razy byłam w łóżku z mężem, zaraz po rozstaniu. To się zdarza". Trzy tygodnie po tamtym zdarzeniu zrobiłam test ciążowy. Piotr w tym czasie robił zakupy na nasz weekendowy wyjazd. "Chcesz oliwki? A jakie wino? A dużo mam kupić serów", pytał przez telefon. Akurat przejeżdżałam koło apteki, czułam się jakoś dziwnie, pomyślałam, że nie zaszkodzi sprawdzić. Pamiętam to doskonale. Rozłożyłam na stole papiery, odpaliłam laptop, chciałam jeszcze przed wyjazdem popracować. No i już nie popracowałam. Bo na teście zobaczyłam dwie kreski. "Jak to możliwe? Jak to możliwe?", powtarzałam.

Potem tłukłam się po nieswoim domu jak oszalała. Liczyłam dni, przypominałam sobie, kiedy kochałam się z Piotrem, a kiedy z Mikołajem. I wiedziałam, że to dziecko mojego męża. Jak mogło do tego dojść? Tyle miesięcy się staraliśmy i nic z tego nie wychodziło, a teraz tak po prostu? Więc potem przyszedł Piotr i wypadły mu te zakupy z rąk, wino się rozbiło. Nie wiem, co zobaczył najpierw: moją bladą twarz czy ten test, a może usłyszał, jak mówię, co się stało. Tak, nie jestem dobra w kłamaniu. A potem to już tylko krzyczał, żebym się wynosiła. Krzyczał jeszcze inne rzeczy, ale nawet nie chcę ich pamiętać, bo nigdy nie przypuszczałam, że tak strasznie można się odzywać do kobiety.

Tego dnia poszłam do przyjaciółki, tej samej, która powtarzała, że to się zdarza: "Skoro go kochasz, dlaczego nie mogłaś udawać, że to jego dziecko?", pytała. A ja proszki uspokajające popijałam winem i nic mnie nie obchodziła ta cała ciąża, bo wiedziałam, że i tak nie urodzę. W internecie szukałam metod szybkiej aborcji. Co za paradoks, rok temu marzyłam o dziecku, teraz planowałam, jak się go pozbyć. Tabletki sprowadzane z zagranicy, zabiegi na przypływającym statku...

Przepraszam, czy potrafisz mi to wybaczyć? Tydzień czekania na wizytę u lekarza. Coraz mocniej czułam tę ciążę, zaczęły się te straszliwe mdłości, senność i ta potworna huśtawka emocjonalna. Ale chodziłam do pracy, spotykałam się z klientami, przygotowywałam wspaniałe prezentacje. Bo ja się nigdy nie załamuję. Przynajmniej nigdy tego nie okazuję. Tylko wieczorami płakałam. I coraz częściej myślałam, że ta istota we mnie jest taka bezradna, zależna ode mnie i że jestem jedyną osobą, która powinna ją chronić.

A potem był gabinet doktora M. Piękny i sterylny, doktor M. taki opalony, przystojny. Najpierw standardowe pytania pielęgniarki: "Czy pani rodziła? Kiedy był zrobiony test?". Następnie werdykt doktora M. "Są wody płodowe i piękny pęcherzyk. Myślę, że za parę dni będziemy mogli usłyszeć tętno". Czyli jednak jestem w ciąży, bo jeszcze łudziłam się, że to jakiś straszny sen. Pamiętam swoje niepewne: "Ja nie wiem, czy chcę urodzić", i jego beznamiętne: "Nie ma sprawy, ja to pani teraz szybko usunę w znieczuleniu miejscowym. Pięć minut poboli i przestanie. Proszę przyjść po osiemnastej, jak skończę przyjmować pacjentów. Bo wie pani, po weekendzie będzie już serce, to piąty tydzień, trzeba będzie zamawiać anestezjologa, usypiać, to jak operacja". Żadnych pytań, wątpliwości. Nigdy nie przypuszczałam, że to może być dla kogoś takie proste. Poboli i przestanie.

Wiesz, czego jestem pewna? Że żadna kobieta nie chce zabijać swojego dziecka. Jestem liberalna, podpisuję się pod prawem kobiet do decyzji, ale nie uwierzę, że dojrzała, świadoma osoba sama z siebie powie: "Tak, niech pan to zrobi, niech pan zabije część mnie". Za tym zawsze idą lęk, ogromna samotność, niepewność. Schodząc z fotela ginekologicznego pomyślałam o tych wszystkich młodych dziewczynach, których tak ważne decyzje zależą od humoru faceta, woli rodziców.

Ze mną tak nie było: miałam pieniądze, przyjaciół, kochających rodziców. Brakowało tylko mężczyzny, który by mnie wspierał. Ale chyba z własnej winy, prawda? Mimo to doktorowi M. powiedziałam: "Muszę się zastanowić". Gdy wyszłam z gabinetu, zadzwoniłam do Mikołaja. Uznałam, że to jednak musi być nasza wspólna decyzja. Boże, jaki był szczęśliwy. Nie rzucił słuchawki, nie powiedział, że to na pewno dziecko Piotra, że kłamię, manipuluję. Od razu przyjechał po mnie. Był gotowy zapomnieć każdą złą rzecz, którą mu zrobiłam, każde słowo wypowiedziane w gniewie. Nagle pragnął tego dziecka, choć dawniej to ja go błagałam, żebyśmy je mieli. "Ale co z nami?", pytałam. Mówił, że to nieważne, że ważna jest tylko ta "fasolka". Czyż mężczyźni nie są dziwni? Jak szalony wyznawał mi miłość i przysięgał, że już zawsze będzie mnie kochał.

Wróciłam do naszego domu. Nie, nawet nie dlatego, że chciałam, bardziej z bezsilności. Mówiłam ci przecież, że nie jestem dobra w podejmowaniu decyzji. Próbowałam dzwonić do Piotra, ale nie odbierał telefonów. Nie odpisywał na maile. Co zresztą mogłam mu więcej napisać poza tym, że przepraszam. Dalej żyłam, pracowałam. Znajomi gratulowali, właściwie nikt nie pytał o Piotra. Tak jakby w ogóle nie istniał. W końcu dla nich to my z Mikołajem byliśmy świetną parą. A dziś? Jest poniedziałek. Lada dzień urodzę. Patrzę na zdjęcie swojego dziecka. Czytam opis USG: "Pępowina trójnaczyniowa, serce 4-jamowe, prawidłowo usytuowane w klatce piersiowej". Na tych zdjęciach trudno mi zobaczyć cokolwiek, choć lekarz cierpliwie mi tłumaczył. "Tu, proszę zobaczyć, jest kość, tu stopa, a tu jądra". Nic nie widzę, ale czy to ważne?

Chciałabym od początku nauczyć swoje dziecko, jakie wszystko jest nieprzewidywalne. Że nie ma niczego na zawsze, że sami znamy siebie tyle, na ile nas sprawdzono. Zobacz, najpierw byłam kobietą Mikołaja, potem miałam być żoną Piotra. Do tej pory myślę, że nikogo nie kochałam tak jak jego. Ale może dobrze, że nam nie wyszło? Wiem, jestem egoistką. Ale też wierzę w słowa babci Haliny: "Mężczyzna, który kocha, zrobi dla kobiety wszystko". I jeszcze jedno, nie wiem, czy zostanę z Mikołajem. Na razie jesteśmy przyjaciółmi. Boję się, że tak naprawdę przestałam kochać ich obu. Ale nic na siłę, prawda? Mam syna. I teraz to będzie dla mnie najważniejsze.

Katarzyna Troszczyńska

Pani 01/2010

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy