Reklama

Reklama

Gram ale nie udaję

Jak zobaczycie piękną czterdziestolatkę w ogrodniczkach na hulajnodze, to może być ona. Pewnie nie poznacie popularnej Zuzy z Przyjaciółek i Leny z Na dobre i na złe, bo Anita Sokołowska po zejściu z planu zmywa makijaż, zrzuca szpilki, bez kostiumu czuje się swobodniej. W rodzinie dostała dość akceptacji, by nie udawać kogoś, kim nie jest. Sama urządza mieszkanie, ma stary samochód. Próbuje przestrzegać zasady: kto wolniej idzie, więcej zauważa. Niedzisiejsze?

Wiele aktorek dla seriali zrezygnowało z teatru. Bo jest wymagający, zaborczy. Anita Sokołowska w nim została. Rozmawiamy po premierze spektaklu Modern Slavery w reżyserii  jej partnera Bartosza Frąckowiaka. 

Sztuka jest teatralnym śledztwem, które prowadzą aktorzy, dotyczącym współczesnego niewolnictwa. Spektakl powstał między innymi dzięki informacjom Fundacji La Strada. Cieszę się na rozmowę  z Anitą Sokołowską, bo dobrze spotkać aktorkę, która ma ludziom coś ważnego  do powiedzenia.

Twój STYL: Występujesz w ambitnych, zaangażowanych spektaklach, ale widzowie znają cię głównie z roli eleganckiej Zuzy z serialu Przyjaciółki. Przypominasz ją w ogóle? Ile par szpilek masz w szafie?

Reklama

Anita Sokołowska: - Nawet sporo, ale wszystkie nieużywane. Czasem widzę na wystawie sklepowej piękne buty. "Od dziś będę elegancką kobietą", postanawiam i kupuję. Potem lądują w szafie, bo nie umiem w nich chodzić. I tak w kółko, nie wyciągam wniosków z pomyłek.

Kiedyś, przed urodzeniem Antka, straciłam głowę dla czółenek z miękkiej skóry w kolorze zgaszonego różu. Nie na klasycznej szpilce, tylko grubszym słupku. Pomyślałam, że zadam szyku na mieście. Pojechałam w nich na spotkanie ze znajomymi, ale wracałam boso, płacząc z bólu. Postanowiłam: nic na siłę. Jeśli nie masz przyjemności z chodzenia na obcasach, nie udawaj, że jesteś do tego stworzona.

To jak radzisz sobie na planie? Twoja bohaterka to elegantka.

- Na początku było trudno. Ja 11 lat tańczyłam w balecie i chodzenie na paluszkach mam opanowane. Przydało mi się to podczas kręcenia pierwszej serii Przyjaciółek, gdy musiałam z gracją spacerować po bruku warszawskiej Starówki w niebotycznych szpilkach. A jednak po zdjęciach miałam takie skurcze łydek, że zdarzało mi się upaść na ulicy. Nie wiedziałam, co się dzieje. Byłam przerażona, że może to objawy jakiejś choroby. Poszłam do lekarza, powiedział: "Musi pani kupić wkładki ortopedyczne i przeciwżylakowe podkolanówki, za dużo pani chodzi na szpilkach".

Taki mam zawód: jeśli muszę wystąpić w kostiumie, to go wkładam, ale prywatnie wolę inny styl. Nie ma we mnie zadatków na kobietę luksusową. Chodzę w trampkach, mam starą hondę accord, którą kupiłam 12 lat temu, bo ma duży bagażnik. Nazywam ją "krokodylem", taką ma paszczę.

Należysz do tych zaradnych kobiet, które samodzielnie przywożą meble z Ikei i zakupy na cały tydzień?

- Zdziwiłabyś się! I nawet wielką choinkę przed Bożym Narodzeniem. "Krokodyl" jest też idealny na wakacje. Bartek, mój partner, to typ intelektualisty, ma osobny plecak z książkami, więc bagażnik musimy mieć duży. Zawsze dziwnym sposobem mamy pełen samochód. Ale przed wyjazdami dzielimy się obowiązkami, Bartek jest od zadań specjalnych. Rzeczy pakuję ja: dla nas, dla dziecka. Na co dzień jednak duże auto stoi na parkingu, jeżdżę komunikacją miejską, tak wygodniej. Z metra przesiadam się na hulajnogę.

 I nie chciałabyś, jak gwiazda, zajechać na plan białym mercedesem?

- Moje motto brzmi: nie przywiązuj się do rzeczy materialnych, bo one czasem są, a potem ich nie ma. Łatwo przyzwyczaić się do kupowania filiżanek za kilkaset złotych, a potem zwykły kubek już człowieka nie cieszy. To rodzaj zniewolenia, a ja chcę mieć poczucie, że nic nie muszę. Szkoda mi pieniędzy na drogie rzeczy. Borykam się z kredytem, który wzięłam na mieszkanie, i wolę wydać pieniądze na lekcje angielskiego  i francuskiego dla syna, podróże niż na drogi samochód.

Nasze mieszkanie też nie wygląda jak z żurnala, nie jest zaprojektowane przez architekta wnętrz. Gdy przekraczam próg, wiem, że jestem u siebie: każdy mebel, talerz, szklankę wybieraliśmy sami. I jest mi miło, kiedy ktoś przychodzi w gości i mówi, że mieszkanie jest klimatyczne. Mamy trochę starych mebli, jeszcze po babci Bartka: kredens, szafę. Na Kole kupiłam stolik i lampkę za 300 złotych. Postawiłam w korytarzu, kiedy wchodzę do mieszkania i patrzę na nią, od razu robi mi się ciepło na sercu. Nie muszę mieć designerskiej lampy za pięć tysięcy, by czuć się dobrze. Mam problem etyczny z drogimi rzeczami. W moim odczuciu to niemoralne wydać 10 tysięcy na krzesło. Nie chcę nikogo rozliczać, ale mnie byłoby głupio marnować pieniądze na bajery.

I nie masz czasem pokusy, żeby wejść  do drogiego sklepu i...

- ...i wyjść jak Julia Roberts w Pretty Woman obwieszona torbami? Mam. Oczy wiście. Ta odrobina szaleństwa też jest  we mnie, czasem sobie pozwalam na odrobinę próżności.

Aktorstwo to przecież sztuka ekspresji. Twoje koleżanki często mówią, że już w dzieciństwie lubiły się przebierać, nabierały scenicznej śmiałości.

- Mam w domu zdjęcie, na którym stoję uśmiechnięta, w czerwonej bluzce i spódniczce w kropki, włosy mam zaplecione w warkocze, do tego wielkie czerwone kokardy. Wyglądałabym jak lalka, gdyby nie to, że kolana miałam w bliznach i strupach. Pomimo tych kokardek nie byłam grzeczną panienką. Zamiast bawić się z koleżankami lalkami, wolałam łazić z chłopakami po drzewach. Mama wymyśliła więc balet, żeby zrobić ze mnie "małą kobietkę". Dziś to doceniam, ale przez kilka lat byłam zła, że koleżanki mogą wisieć na trzepaku, a ja muszę zakładać puenty i tańczyć Jezioro łabędzie. Gdyby nie taniec, kontakt ze sceną, chyba nie pomyślałabym o tym, żeby zostać aktorką.

Dużo zawdzięczam mamie. Nauczyła mnie cieszyć się chwilą i być skromną osobą. Kiedyś dostałam misia na urodziny, nie podobał mi się, chyba się popłakałam. Powiedziała wtedy: "Ciesz się z rzeczy małych, bo to one składają się na całość. Doceniaj to, co masz". Zrozumiałam tę lekcję. Kilka lat później na Gwiazdkę dostałam tylko słodycze, żadnych zabawek, ubrań, książek. Wtedy już nie było mi przykro. Dobrze czułam się z rodzicami, uwielbiałam spędzać z nimi czas. Nie każdy miał szczęście dorastać w tak szczęśliwym domu.

Szczęśliwe dzieciństwo daje siłę do dalszego życia?

- Na pewno daje poczucie bezpieczeństwa. Zawdzięczam je także tacie. Był wojskowym. Teraz widzę, że trochę mnie rozpieszczał i wyręczał w wielu sprawach. Lubiłam, gdy zabierał mnie do koszar, mogłam tam biegać z żołnierzami, którzy ćwiczyli pod jego okiem. Bawiliśmy się z bratem w chowanego w bunkrach. Albo w Czterech pancernych ze mną w roli Marusi. W koszarach był nawet pies Szarik, czasem na weekendy tata zabierał go do domu. W wakacje żołnierze jeździli na basen, a ja z nimi. Byłam na początku podstawówki, kiedy przez przypadek wylądowałam w męskiej przebieralni razem z jakimś żołnierzami. Wtedy pierwszy raz zobaczyłam nagiego mężczyznę i... pomyślałam tylko: "O co tyle hałasu?".

Zazwyczaj ojciec wojskowy wprowadza w domu żołnierski dryl.

- Skąd! To był najbardziej czuły mężczyzna pod słońcem. W soboty, nasza tradycja, włączał radio i robił śniadanie. Sygnał, że zaczyna się weekend. Uwielbiałam jego pastę: kiełbasa, ser, jajko utarte razem, pycha! Potem szliśmy do kina, niekoniecznie na film dla dzieci, zdarzało się, że oglądaliśmy  "dorosły", tata czytał wtedy cichutko mnie i bratu napisy. A w wakacje, gdy jeździliśmy do dziadków, wrzucał do rzeki wielkie dętki od traktora i pływaliśmy na nich jak na pontonach. To była zabawa! Tata pochodził ze wsi, rodzice jako pierwsi w rodzinie przeprowadzili się do miasta, czyli do Lublina. Dorabiali się z mamą sami, zaczynali od zera. To daje zdrowe podejście do życia. Dlatego tata, mimo że byłam jego córeczką, często mówił: "Pamiętaj, nie jesteś pępkiem świata, wokół są tacy, którzy potrzebują pomocy".

A jak przyjął twoją decyzję, że będziesz aktorką?

- Kiedy zdawałam do szkoły teatralnej, jakaś złośliwa sąsiadka powiedziała tacie: "Aktorka? Przecież to k...ski zawód!". Zagotował się. Zrobiła się awantura na całą klatkę schodową. Kiedy pokłóciłam się z koleżanką, poczułam potraktowana niesprawiedliwie przez nauczyciela, mogłam poprosić, żeby "wytłumaczył mi świat". A on zapalał fajkę i tłumaczył. Miałam już rozwiązanie swoich problemów. Żałuję, że teraz, gdy coś złego dzieje się w moim życiu, nie mam już tego koła ratunkowego. Byłam tuż po szkole teatralnej, kiedy tacie pękł tętniak i trafił nieprzytomny do szpitala. Siedziałam przy nim godzinami, czytałam mu książkę o van Goghu. Leżał pod respiratorem, wiem, że mnie słyszał. I nagle odszedł. Byłam wtedy przy nim, cieszę się z tego, bo zdążyłam mu powiedzieć, jak ważny jest w moim życiu. Brakuje mi jego głosu, serdeczności, rady.

Zdążył obejrzeć cię na scenie?

-  Widział tylko trzy moje spektakle dyplomowe. Przyjeżdżała cała rodzina, z chrzestną ciocią Jolą i wujkami. Na jednym spektaklu widownia była niemal pusta, koledzy zastanawiali się, czy grać, a ja ze łzami w oczach mówiłam: "Musimy grać, przecież moja rodzina przyjechała!". Po spektaklu oklaskom nie było końca. "Zabierzcie już rodzinę Sokołowskiej, bo nie przestaną bić braw", żartowali koledzy. Tata był ze mnie dumny. Chciał, żebym się realizowała, i bez protestów ponosił koszty mojej samorealizacji.

Rodzice przez cały okres studiów pomagali mi finansowo. Pamiętam, że kiedyś tata zabrał mnie z Łodzi do domu na weekend, to było chwilę po skończeniu szkoły. Opowiadałam mu, podekscytowana, że założyliśmy ze znajomymi grupę teatralną. Byliśmy ambitni i chcieliśmy zajmować się sztuką, a nie zarabiać pieniądze. I nagle, w trakcie mojej przemowy, zadzwonił producent serialu z propozycją roli. A ja powiedziałam, że zdjęcia będą mi kolidowały z teatrem i podziękowałam! Natychmiast zrobiło mi się głupio, bo zdałam sobie sprawę z tego, że jestem na garnuszku rodziców, że mogłabym im już ulżyć. Tata przysłuchiwał się rozmowie, ale nie skomentował mojej decyzji, uszanował ją. Widzisz, wciąż do niego wracam...

Nie miałaś w szkole teatralnej kompleksu, że pochodzisz z niebogatego domu,  z prowincji?

- Bardziej bolało mnie, że czułam się niedouczona. Niby czytałam dużo książek, ale nie obejrzałam wielu filmów i spektakli teatralnych. Próbowałam nadrabiać braki, chodziłam do szkolnego kina, biegałam do teatru. Ale miałam poczucie, że jestem  w tyle, byłam nieśmiała, wolałam się  nie wychylać. Pamiętam swoje zdziwienie, kiedy w spektaklu dyplomowym Romeo i Julia Jan Machulski powierzył mi rolę Julii! Sądziłam, że będę grała coś małego, a tu główna rola. Myślałam, że na nią nie zasługuję, nie byłam pewna, czy potrafię ją zagrać.

Jednak jako młoda aktorka dostałaś przecież etat w Teatrze Współczesnym!  To wyróżnienie.

- Tak, ale przecież prawie nie grałam, bo dwa lata siedziałam na ławce rezerwowych. W końcu zrezygnowałam. Wiktor Rubin, reżyser, zaproponował mi rolę w Teatrze Polskim w Bydgoszczy. Zostałam w nim na lata, chociaż mieszkałam nadal w Warszawie, wtedy już z Bartkiem. Grałam w Na dobre i na złe, potem w Przyjaciółkach, wciąż byłam w rozjazdach.

Pisaliśmy kiedyś o aktorkach, które spędzają pół życia w drodze.

- Tak było. A gdy urodził się Antoni, zaczęło mi to przeszkadzać. Zdarzało się, że dwa razy w tygodniu kursowałam z dzieckiem między Warszawą a Bydgoszczą. Pakowałam wanienkę, wózek, pieluchy, jedzenie, stos ubrań, zabawek i ruszałam. Czasem po spektaklu, który się kończył o 21, wsiadałam do auta, bo rano miałam zdjęcia w Warszawie. Przyjeżdżałam pod blok koło pierwszej w nocy, nie było gdzie stanąć, musiałam zdecydować, czy zostawiam śpiące dziecko w samochodzie i wnoszę na górę rzeczy, czy najpierw biegnę do domu z dzieckiem, kładę je do łóżeczka, a potem wracam do "krokodyla" po walizki i szukam parkingu. Koszmar. Między innymi dlatego po prawie
 10 latach pracy odeszłam z bydgoskiego teatru. Poza tym przyszedł nowy dyrektor, którego wizja teatru nie była dla mnie interesująca.

To trudny wybór: czy być trochę gorszą artystką, czy mniej dobrą mamą.

- Mój zawód wymaga bycia w ciągłej gotowości. W każdej chwili możesz dostać zaproszenie na casting, okaże się, że zmieniono termin próby w teatrze. A dziecko potrzebuje, żeby mama była na każde jego zawołanie. Trzeba było dokonać wyboru i nie żałuję mojego. Kiedy osiedliśmy w Warszawie, życie wróciło do normy. Syn ma jedną nianię, jedno łóżeczko, jeden widok z okna i tych samych kolegów.

Zabiegałaś o rolę w Przyjaciółkach. Warto było, każdy odcinek ogląda prawie dwa miliony widzów. Ale w trakcie zdjęć zaszłaś w ciążę. Słyszałam, że to "zakazane"  w świecie seriali. Producentom łatwiej jest zrezygnować z aktorki, niż dopasowywać scenariusz.

- Zostałam mamą, podobnie jak moje koleżanki Joanna Liszowska i Małgorzata Socha. Z nas czterech tylko Magda Stużyńska nie kończyła zdjęć z brzuszkiem. Przychodzi moment, kiedy po prostu chcesz mieć dziecko. Gdy podpisywałam kontrakt na rolę w Przyjaciółkach, nie myślałam, że ta przygoda potrwa sześć lat. Byłam natomiast pewna, że chcę mieć dziecko, tylko odsuwaliśmy z Bartkiem decyzję na później. Nie panikowałam: "A co będzie, jeśli wyrzucą mnie  z serialu, bo jestem w ciąży?". Wyrzucą to wyrzucą. Życie jest ważniejsze od najlepszej nawet roli. Nieoczekiwanie okazało się,  że "brzuszków" jest więcej i producent zarządził przerwę w zdjęciach.

Bartek jest reżyserem. Tematów do rozmowy pewnie wam nie brakuje, ale czy zdarza się, że o jednego artystę jest w domu za dużo?

- Spotkaliśmy się przy spektaklu Przebudzenie wiosny Franka Wedekinda. Bartek zachwycił mnie swoją energią i intelektem. Jest facetem pełnym pasji, z nim nigdy nie jest nudno. Zakochałam się też w jego dobrych oczach, jest ciepły, rodzinny. Po jednej z pierwszych prób, totalnie pod wrażeniem Bartka, poszłam do garderoby, wzięłam do ręki leżącą tam książkę i na pierwszej stronie natknęłam się na wstęp, który on napisał. Zaczęłam czytać, miałam wypieki na twarzy. Co za język, sposób myślenia! Już wiedziałam, że wpadłam po uszy.

 Nie macie ślubu. Nie chcesz zapeszać?

- Wiesz, miałam już jeden ślub. Małżeństwo z Rafałem trwało ok. 8 lat. Nie lubię o tym mówić. To była piękna, młodzieńcza miłość. Oboje pochodzimy z tradycyjnych domów, więc nie było łatwo powiedzieć rodzinom, że się rozwodzimy. Mama poprosiła, żebym się zastanowiła, ale przyjęła to ze zrozumieniem. I choć rozstanie zawsze jest trudne, to dziś oboje jesteśmy szczęśliwi. Rafał ma dwójkę dzieci, świetną żonę. Czasem się widujemy, nasze dzieci biegają razem po placu zabaw. I tylko mama co jakiś czas wzdycha: "Nie chciałabyś stanąć przed ołtarzem w białej sukni?".  Bo z Rafałem mieliśmy tylko ślub cywilny, więc droga do kościelnego stoi przede mną otworem. "Mamo, co wieczór przebieram się w jakąś suknię, mam dość" - odpowiadam. Bycie panną młodą nie jest moim marzeniem.

Kobiety mówią, że małżeństwo daje im poczucie stabilizacji.

- Mnie to poczucie daje dobry związek. Ciepła, czuła relacja i pewność, że Bartkowi na mnie zależy. To, że gdy mam zły dzień, mogę przyjść do niego i zawsze mnie wysłucha. A jeśli dla odmiany potrzebuję pobyć sama przez chwilę, wiem, że to zrozumie. Dużo daje mi także uśmiech mojego syna, wtedy widzę, że wszystko w rodzinie gra.

Czyżby potwierdzała się zasada, że  w drugim związku jesteśmy mądrzejsi?

- Mam nadzieję. Ale nauczyłam się żyć bez rozmyślania, zastanawiania się, co było  i co będzie. To, co ma cię spotkać, w końcu cię znajdzie. Nie tylko złe. Dobre też.

Rozmawiała Beata Biały

Twój STYL 7/2018

Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje