Reklama

Reklama

Jaga Hupało: Prostota nie zawodzi

Ufają jej wielkie gwiazdy sceny i estrady, bo trzeba zaufać, żeby oddać głowę w czyjeś ręce. Jaga Hupało zna dzieje niejednej grzywki i niejednego serca, jej modne cięcia nieraz opanowały polskie ulice. Najbardziej znana polska stylistka fryzur, właścicielka Pracowni Jaga Hupało Born To Create w Warszawie, jest optymistką, a zrównoważone życie sprawia, że polskie szarości, i aurę tropikalną, przyjmuje przyjaźnie i bez huśtawek nastroju.

Katarzyna Droga, Styl.pl: Po pandemicznej przerwie znów działają salony fryzjerskie, świat wraca do życia?

Jaga Hupało: - Tak, teraz działa energia wznosząca. Czuję wielką wdzięczność za możliwość działania. To radość zarówno nas, wykonujących swoją pracę, jak i naszych klientów, wszyscy się cieszymy.  Lekcja pokory chyba się udała...

W filmie reklamującym nową linię kosmetyków mówi pani o dwudziestoletnim doświadczeniu. To już tyle lat?

- Więcej, bo ja praktykę zaczęłam w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Dwadzieścia lat, na które się powołuję, dotyczy istnienia mojej "Pracowni" i działalności w Warszawie. Odnoszę się do czasu, kiedy byłam już ekspertem w stylizacji, pracowałam przy projektach artystycznych, we współpracy ze światem wielkich marek. Te ostatnie dwadzieścia lat to ogromny postęp w nauce o włosach i we fryzjerstwie, także mój własny bagaż doświadczeń  - tym  się chcę teraz podzielić. Wcześniejsze lata były zupełnie inne, to był czas poszukiwań i tworzenia, własnych wyobrażeń, marzeń i siły woli.  Świadoma i dojrzała twórczość przyszła później.

Reklama

Jak narodziła się "Jaga Hupało"? Stylistka, fryzjerka, czy kreatorka? 

 - Ja nigdy nie umiałam się zaszufladkować. Stylista - to nazwa, która, według mnie, niesie duży ładunek odpowiedzialności profesjonalnej. Słowo "fryzjer" nigdy  nie oddawało tego, co chciałabym nazwać w swojej pracy. To samo dotyczyło imienia - Janina Teresa. Tak mnie nazwali rodzice, ja tak nazwałam swoją pierwszą pracownię w Nowej Rudzie... Ale imię Janina dostałam po siostrze mamy i ono było przypisane do cioci, nie do mnie. Z kolei inna moja ciotka mówiła do mnie "Jagódka", bo jako dziecko zawsze byłam umorusana, łaziłam  po drzewach i tam się żywiłam. Skorzystałam z tej Jagi, była mi najbliższa. Oficjalnie nadałam ją  sobie w momencie, kiedy trzeba było się podpisać pod pierwszą artystyczną sesją w Elle. To już była profesjonalna praca, już czułam się stylistką, miałam za sobą lekcje z ekspertką z Paryża. Odebrałam telefon z redakcji, z zapytaniem: "to jak podpisać twoją sesję?". Pamiętam jak siedzę przy tym telefonie w mojej pracowni, jeszcze w Nowej Rudzie, podekscytowana i przejęta. W tym momencie przestałam być Janiną z przeszłości. Spontanicznie powiedziałam: podpiszcie "Jaga Hupało". Tak jakby to imię od zawsze czekało, żeby je wypowiedzieć. I poszło w świat.

Stało się marką, a pani wyjechała do Warszawy.  To był ciekawy czas, rynek prasy kobiecej dopiero się powstawał i pani brała w tym udział.

- Tak, pracowałam dla Elle, Twojego Stylu, Urody i Marie Claire. Moje życie bardzo się zmieniło, od kiedy zaczęłam systematycznie brać udział w profesjonalnych sesjach, podczas których spotyka się grupa ludzi. Każdy wnosi  swoje umiejętności i każdy głos jest  sprawczy. To już nie jest tylko usługa, to jest sztuka i poszukiwanie, odkrywanie. Sugestie czerpaliśmy z zagranicznych czasopism, ale musieliśmy wszystko tworzyć sami. Zdarzyło się, że polska okładka Elle z Gosią Belą  była drukowana w Kanadzie - w ten sposób  nasze prace stały się produktem eksportowym, mówiono o nich w Paryżu, tam je oceniano i autoryzowano.

 I w drugą stronę -  my, tworząc polski świat mody, czerpaliśmy wzory zza granicy. Ktoś był dla pani autorytetem?

- Duże wrażenie zrobiło na mnie spotkanie z francuskim  fotografem,  Jeanloupem Sieffem, który przyjechał do Krakowa na sesję z Renatą Gabryjelską. Pamiętam, że przewertowałam wszystkie możliwe katalogi o modzie, wszystko co było u nas dostępne, bo był ikoną fotografii. Zresztą na każdą sesję trzeba było przejrzeć wszystkie możliwe materiały, żeby poznać trendy, a to nie było tak proste jak dzisiaj, nie było internetu. Instagram, blogi, portale modowe jeszcze nie istniały. Jedynym źródłem informacji były magazyny przywiezione zza granicy, bezpośrednie relacje, rozmowy z ludźmi, którzy jeździli  na pokazy i dzielili się, chociaż fragmentarycznie, tym, co nowego zobaczyli. Takie tropienie i tworzenie galaktyki  mody, to była ...  Supernowa!

A potem sama zaczęła pani jeździć na branżowe wydarzenia w  Europie i poza nią.  Czy świat pokazów mody jest taki, jak w filmie "Diabeł ubiera się u Prady"?

- Ja go odebrałam zupełnie inaczej. W filmie panuje dystans i rywalizacja. Ja zobaczyłam świat o wiele bardziej ludzki, barwny, pełen indywidualności artystycznych. Poznałam wspaniałych ludzi i była to dla mnie ogromna lekcja życiowa. Odnalazłam się w tej przestrzeni bardziej niż w świecie, z którego przyjechałam. Łatwiej mi było przyjmować warunki gry,  w której  główną rolę odgrywa piękno i kreacja, niż  marazm życiowy i bolączki naszej polskiej, szarej rzeczywistości.

Lubiła pani ją zmieniać,  zgodnie z mottem  "urodziłam się by kreować?

- Tak, ja wyrosłam na fali silnego buntu... Zaczynałam naukę w Warszawie, ale kiedy tylko mogłam, starałam się wyjechać do Londynu, oglądać  profesjonalne pokazy,  gdzie  głównym liderem profesjonalnej myśli była akademia Vidala Sassoona. Bardzo pragnęłam zbudować sobie fundamenty ponadczasowe, a sama możliwość spotykania tego mistrza była dla mnie bardzo istotna. Do dzisiaj pamiętam dotyk jego dłoni, bo wiele razy się witaliśmy i żegnaliśmy -  było to dla mnie duże przeżycie. Obok rozkwitła stylizacja punkowo - rockowa, świat oszalał na jej punkcie. Obok perfekcyjnej  geometrii  francuskiego szyku, glamouru wyłaniał się nowy nurt i za nim szły produkty, nowe techniki cięcia, często przeciwstawiające się szkole, którą uznałam za swoją fundamentalną.  A jednak to ona ostatecznie przetrwała próbę czasu, bo następna dekada pokazała, że te najczystsze  formy są ponadczasowe. Prostota jest trampoliną do następnych pomysłów, ona nie zawodzi. Bauhaus jest wiecznie żywy. Dziś, z perspektywy czasu, mogę powiedzieć o fundamentach, które się sprawdziły:  to  bliskość natury, prostota i wewnętrzna pokora. 

Czy to prawda, że na jednej z uroczystości  Vidala Sassoona wystąpiła pani w kreacji pożyczonej od Kasi Figury?

- Tak, to były jego osiemdziesiąte urodziny, dostałam zaproszenie i nie miałam w co się ubrać. Podniosłość chwili była tak wielka, że wszystkie stroje, które miałam w szafie, wydały mi się niewystarczająco dostojne. Zapytałam Kasię Figurę, a ona natychmiast ubrała mnie w swoją kreację.  I  pojechałam, shinni Kasi dodał mi odwagi, żeby pokazać się wśród elity światowych stylistów. Naprawdę  świetnie się w niej czułam, styl gwiazdy przydał się tym razem. Takie życiowe show  też jest czasami potrzebne, dorasta się do takiej chwili.

Potem można rewolucjonizować własne podwórko. Pamiętam sensację i modę po tym jak Małgorzata Kożuchowska ścięła włosy z długich na krótką chłopczycę.  To pani trzymała nożyczki w ręce?

- Tak. To w ogóle była akcja, która miała także tło charytatywne, miała pomóc uboższym dzieciom wyjechać na wakacje. Małgosia zebrała dla nich sporo funduszy. To dało nam dodatkową radość: nowy styl, nowa fryzura, która się stała inspiracją dla wielu kobiet i dodała im odwagi, plus wątek  akcji społecznej. Małgosia do dzisiaj wszystko, co robi, lubi obracać w pomoc dla ludzi.

Inne metamorfozy albo spektakularne działania w  pracy z gwiazdami?

- Tych zmian i pomysłów było dość sporo, ale ja bardzo sobie cenię to, że miałam przyjemność stylizować fryzury gwiazd sztuki wysokiej. Robiłam peruki do spektakli operowych, które się pamięta po wielu latach, wciąż są grane, jak Madame Butterfly. To coś, co jest ponadczasowe, na wszystkich scenach świata przemawia do tysięcy ludzi. Miałam wielkie szczęście pracować przy takich dziełach i dotykać głów wybitnych osobowości. Kiedy rozpoczynaliśmy współpracę z Mariuszem Trelińskim, dzisiaj znanym reżyserem operowym, niewiele osób wiedziało, kim on jest. To, co on tworzył, było w pewnym momencie treścią mojego życia, bo kilka wspólnych oper zrobiliśmy. To nie masówka, to prawdziwe unikaty.

 Jakim cudem te cuda operowe przetrwały i porywają ludzi w dobie internetu?

- To tajemnica jakości. Analizowałam to przy okazji projektu Royal. Dostałam zaproszenie do Zamku Królewskiego, aby wziąć udział w wykładzie zatytułowanym "Z grzywką czy bez. O wpływie mody osiemnastowiecznej na modę współczesną." Ja nie jestem typem wykładowcy, więc zapytałam, czy do mojego wystąpienia mogłabym przygotować materiał wizualny w oparciu o zbiory Zamku Królewskiego. Dostałam pozwolenie, w efekcie tego powstała kolekcja zdjęć wykonanych przez Izę Grzybowską, do których inspirację stanowiły portrety zamkowe, a także film "Mary Jagi" wyreżyserowany przez Andrzeja Miękusa i Mateusza Wajdę, w którym zapraszam znanych aktorów, postacie świata muzyki i dziennikarstwa i oraz modeli do Pokoju Żółtego. Mają między innymi fryzury z musicalu Polańskiego "Taniec wampirów".  Pracowałam przy nim dwadzieścia lat wcześniej, i teraz wypożyczyłam z opery i teatru swoje peruki. Były jak nowe, bo charakteryzują się właśnie tą jakością, o którą  musiałam kiedyś bardzo walczyć, ponieważ ona kosztuje. Najwyższa  jakość włosów, precyzja wykonania, dążenie do osiągnięcia maksymalnego efektu, żeby były ergonomiczne, żeby aktorzy chcieli w tym grać. W przypadku takiej sztuki 20 lat to nic, podczas gdy modne cięcie jest  bardzo ulotne. Włos odrasta codziennie milimetr, strzyżenie traci linię...

Czym się pani kieruje tworząc nowe stylizacje?

- Przede wszystkim swoim wewnętrznym głosem. Często szukam inspiracji w przeszłości, ale równolegle w nowościach. Wartości, które cenię, to uczciwość projektu, jakość wykonania, intencja, zaangażowanie, miłość i wdzięczność za możliwość bycia w tym projekcie. Tej pracy towarzyszy zawsze poczucie, że coś można zrobić lepiej, jest dygot serca, adrenalina, więc jak coś się uda przeprowadzić od punktu  wyjścia  do końca, to jest sukces. 

Nie ma życia ani sztuki bez rozwoju, bez eksploracji nieznanych lądów...  Pani to robi teraz jako autorka linii kosmetyków. Czy to nowa misja?

- Jest to moje trzecie podejście do linii kosmetyków, ale pierwsze na taką skalę. Do tej pory miałam dwie linie ekskluzywne, dostępne w Sephorze i  Douglasie, to była linia nazwana od nazwisk: Hupało &Wolf. Ta nazywa się ArtiSHOQ, bo jest  połączeniem sztuki i głównego bohatera produktu, czyli karczocha. Odkryłam go przy okazji artystycznych projektów i historii mitologicznych. Mało kto wie, że karczoch to nimfa Cynara, zaklęta w kwiat, bo odrzuciła zaloty Zeusa. Ma trzy kolory: od jej szarych włosów i zielono-fioletowych oczu, kolce na wierzchu, ale wrażliwe wnętrze.  Utkwiło mi  pamięci, że to kwiat miłości, który ma serce. Ma też łuskę podobną do włosa, a nauka potwierdza fakt, że jest dobroczynną rośliną wzmacniającą włosy.

Nie jest to już seria limitowana?

- Nie, ponieważ elitarne kolekcje limitowane trafiają do wąskiej grupy ludzi. Tym razem chciałam, aby nasze produkty  trafiły do wszystkich, były ekologiczne, ekonomiczne i estetyczne.  Stworzyć coś to  jedno, ale sprawić, by dotarło do wszystkich, to wielka sztuka. Wiem, że sama nie zdołam temu sprostać, więc poszłam inna drogą i pracuje przy tym wiele osób. Obie moje córki od samego początku były mocno zaangażowane w karczochowe przedsięwzięcie. Produkty powstawały dość długo, powracały do laboratorium dla doskonalszych rozwiązań, a my we trzy testowałyśmy je na sobie. Ania studiuje bioinżynierię zwierząt, więc ma  naukowe podstawy do  rozumienia procesów chemicznych,  a Antonia wzornictwo i charakteryzację. Na razie odbiór linii ArtiSHOQ  jest  świetny, na każdym kroku spotykam się z pozytywnymi opiniami,  i jestem z niej bardzo dumna.

A gdzie pani ucieka z miasta? Do swojej leśniczówki?

- Los podsunął nam ją wręcz magicznie. Ta leśniczówka zawsze była w moich rodzinnych stronach, wielokrotnie tam spacerowaliśmy, a pewnego dnia wyrosła nam przed oczami z tabliczką "na sprzedaż". Postawiliśmy wszystko na jedną kartę, żeby zdobyć tę łupineczkę w lesie, udało się. Jeździmy tam często, za każdym razem coś robimy, okna, drzwi, dach, ale czasem śpimy pod gołym niebem, gdy chcemy tam być blisko natury, poczuć się jej częścią. Zbieram tam zioła i czuję jak moja witalność się wzmacnia, oddalam się od różnych trosk i spraw, od pandemii, od niepotrzebnych nadmiarów. Ale ja nie uciekam.  Tak samo doskonale  jak w lesie, czuję się w swoim świecie miejskim i w swojej Pracowni, w centrum Warszawy. Tak dopełniają się dwa moje światy: mody, sztuki z leśniczówką i naturą.  Ta różnorodność jest moją harmonią. 

Zobacz również:

Natalia de Barbaro: Dobrze ze sobą to dobrze z innymi

Mela Koteluk: Być kobietą - wymagające zadanie

Olga Bończyk: Potrafię odpuścić, uśmiechnąć się do rzeczy, które przychodzą

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje