Reklama

Reklama

Krysia sowa z Gaworowa

Krystyna Sienkiewicz

Taki przydomek zyskała w dzieciństwie dzięki swoim wielkim oczom. Jednak tamten czas wspomina z bólem. Widziała okrucieństwo wojny, patrzyła, jak odchodzą bliscy.

"Dziecko pamięta tylko tyle, ile opowiedzą mu rodzice, a ja zbyt wcześnie ich straciłam. Dzieciństwo nie było najlepszym okresem w moim życiu" - mówi aktorka. Przyszła na świat 14 lutego 1935 roku w Ostrowi Mazowieckiej. Jej mama Anna była nauczycielką języka polskiego, śpiewu i rysunku. Ojciec Edward pracował jako urzędnik. Krystyna miała zaledwie kilka miesięcy, gdy po raz pierwszy uniknęła śmierci. Nad śpiącą dziewczynką stanął jej starszy o trzy lata brat Ryszard. Trzymając w ręku gruby polan, krzyczał: "Smerda won z mojej luli!", co pewnie miało znaczyć: "Smarkulo, won z mojej kołyski". Zanim zdążył wziąć zamach, powstrzymała go mama. 

Reklama

Rodzina Sienkiewiczów mieszkała już wtedy we wsi Zaręby Kościelne. Żyło im się dobrze, ale sielanka nie trwała długo. Kiedy mała Krysia miała cztery lata, wybuchła druga wojna światowa. Któregoś wieczoru jej rodzice dowiedzieli się, że znajdują się na liście osób przewidzianych do wywózki na Sybir. "Pospiesznie, w milczeniu, zaczęli nas ubierać w ciepłe ubranka. Mnie tato włożył do plecaka, a mama zabrała Rysia i torebkę" - wspomina aktorka. Po wielogodzinnej wędrówce znaleźli schronienie we wsi Gaworów. Przyjął ich do swojego domu pewien Żyd. Krysia, jak to dziecko, nie zdawała sobie sprawy z zagrożenia, więc z zachwytem obserwowała samoloty pikujące z ogromną prędkością w dół. 

I jak większość dzieci, w tych okrutnych czasach szukała okazji do zabawy. Szybko zaprzyjaźniła się z rówieśnikami z okolicy. Dzięki swoim ogromnym oczom zyskała przydomek "Sowa z Gaworowa". Niestety, w tej wiosce jej rodzina nie na długo zaznała spokoju. W 1942 roku po Edwarda przyszli gestapowcy. "Padł ofiarą swojego patriotyzmu" - tłumaczy Sienkiewicz. Trafił do Auschwitz, do domu nigdy nie wrócił. Anna musiała sama zatroszczyć się o byt swój i dzieci. 

"Dzielna mama zarabiała tajnymi kompletami" - mówi aktorka. Jednak dwa lata później zachorowała na niedrożność jelit i zmarła na stole operacyjnym. W wieku dziewięciu lat Krystyna została sierotą. "Moja rodzina przestała istnieć. I pomyśleć, że urodziłam się 14 lutego w Dzień Świętego Walentego - patrona miłości, radości i szczęścia" - mówi aktorka. Przez następne lata tułała się od jednych krewnych do drugich. Jej brat Ryszard miał mniej szczęścia - trafił do sierocińca. Zrozpaczona po stracie najbliższych dziewczynka ze swoich trosk zwierzała się lalkom. Szyła je z gałganków, wszystkim przyszywała tęskniące, wystraszone oczy. Na szczęście wraz z kolejną przeprowadzką miała wreszcie zaznać spokoju. Zamieszkała na Mazurach u ciotki Pieńkowskiej.

"Raz na zawsze zakończyły się czasy ponurej okupacji, brukwi, godziny policyjnej i niemieckich marszów wojskowych. Coraz więcej było ładnej, lirycznej muzyki, a w domach coraz dłużej paliło się światło, i to nie z karbidówek" - wspomina te czasy aktorka. Niebawem rozpoczęła edukację w szczytnowskim gimnazjum. Okazało się, że jest wszechstronnie utalentowana. Miała lekkie pióro, pięknie rysowała, świetnie się ruszała i przejawiała talent sceniczny. Problem sprawiała jej tylko matematyka. Krysia zapisała się do harcerstwa, często też występowała na szkolnych przedstawieniach. Umiała koncentrować na sobie uwagę i rozśmieszać ludzi. Na scenie czuła się jak ryba w wodzie. Poza tym była śliczną dziewczyną, za którą oglądali się chłopcy. W gimnazjum przeżyła pierwszą miłość. Tadek pisał do niej listy miłosne. Niestety, gdy Krysia spóźniona dotarła na bal kotylionowy z okazji zakończenia roku, zauważyła że chłopiec tańczy wtulony w Tereskę, posiadaczkę największego biustu w szkole. 

Następnego dnia Krysia wywiesiła wszystkie listy od Tadka w ogródku na jabłonce. To i inne rozczarowania popchnęły ją do wydania następującego oświadczenia: "Ja niżej podpisana, zobowiązuję się niniejszym, że z nikim i nigdzie się nie pocałuję do lat 22 (poprawione z 27). Tak mi dopomóż Bóg i Wszyscy Święci. K. Sienkiewicz". Z zobowiązania się jednak nie wywiązała... Dziś po latach mawia: "Doświadczenie z mężczyznami to ja mam, oj mam. I dlatego cenię sobie życie w pojedynkę". Po gimnazjum dostała się do liceum plastycznego w Łodzi. Chwilę wcześniej odezwał się do niej stryj z Londynu. Przysyłał jej nylonowe pończochy i pieniądze, dzięki którym mogła opłacać stancję w mieście. Liceum ukończyła z czerwonym paskiem, a maturę zdała z wyróżnieniem. Dzięki temu na warszawską Akademię Sztuk Pięknych dostała się bez egzaminów teoretycznych. 

Studia wspomina jako jeden z najlepszych okresów w życiu. Poznała inspirujących ludzi, a profesorowie wróżyli jej świetlaną przyszłość w zawodzie. W wolnych chwilach Krystyna chodziła na spotkania kółka teatralnego, które coraz bardziej ją fascynowało. Gdy któregoś razu zastąpiła chorą koleżankę w Studenckim Teatrze Satyryków (STS), Krzysztof Teodor Toeplitz napisał o niej: "Różowe zjawisko STS-u". Nic dziwnego, że po ukończeniu studiów z miejsca otrzymała angaż w kabarecie. "Akademię ukończyłam z wyróżnieniem. Potem byłam już za ładna, żeby stać przy sztaludze" - stwierdziła kiedyś. Zamiast kariery malarki rozpoczęła więc przygodę z aktorstwem. Kontynuowała występy w STS, zaczęła też grać w filmach. Sukces zawodowy nie szedł jednak w parze z sukcesami w życiu osobistym. Sienkiewicz rozstała się z Włodzimierzem Rylskim, za którego wyszła tuż po studiach. 

Świadkami na ślubie byli Agnieszka Osiecka i Jeremi Przybora. W dniu ślubu Krystyna napisała na drzwiach słynne zdanie, wykorzystane później w piosence Ewy Bem: "Wyszłam za mąż, zaraz wracam". Wróciła szybko, bo już po roku. Gdy rozpoczynała pracę nad szóstym w karierze filmem, jej małżeństwo oficjalnie się zakończyło. Po kilku związkach narzeczeńskich związała się z kolegą z STS-u, Andrzejem Przyłubskim. Dziś po latach przyznaje szczerze, że wyszła za niego z wyrachowania. Starała się wtedy o adopcję małej dziewczynki porzuconej przez matkę tuż po urodzeniu. 

"Jako singielka mogłabym o Julce tylko pomarzyć" - tłumaczy. Była już wtedy wielką gwiazdą, która ugruntowała swoją pozycję występami z Kabaretem Starszych Panów. Świetnie zarabiała, znała ją cała Polska. Wtedy już wiedziała, że będzie grać tak długo, jak to możliwe. "Póki mogę chodzić i nie sypie się ze mnie próchno, to będę podskakiwać na estradzie" - zapewnia osiemdziesięciojednoletnia aktorka. Wierzymy.

4/2016 Show

Justyna Kasprzak

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje