Reklama

Reklama

Magdalena Schejbal: Dobre rzeczy powstają z egoizmu

Magdalena Schejbal: "To ja decyduję o swoim życiu, a nie życie decyduje za mnie" /materiały prasowe

- Jak jestem w pracy, to jestem w pracy, jak w domu, to w domu. Staram się nie przynosić pracy do domu, choć to nie zawsze jest możliwe - mówi aktorka Magdalena Schejbal. Zwłaszcza teraz, kiedy ponownie w górach toczy się mój życiowy plan B. Otwieram nowy rozdział w swoim życiu zawodowym, w nowej roli i nowej przestrzeni - dodaje jako współwłaścicielka Dworca, nowego miejsca na mapie Zakopanego.

Agnieszka Łopatowska, Styl.pl: Wrocław, Warszawa, Zakopane - gdzie jest twój dom?

Magdalena Schejbal: - Nie wiem. (śmiech)

- Mam kilka swoich miejsc, ale wciąż szukam tego jednego, jedynego. Dla mnie dom to ludzie, przyzwyczajenia, znane kąty, poczucie bezpieczeństwa, korzenie. To miejsce, do którego się wraca i za którym się tęskni. W Warszawie, w której osiadłam, jestem od 10 lat. We Wrocławiu, w którym się wychowałam, chodziłam do szkół, kończyłam studia, zostawiłam wszystko. Kocham Wrocław, jego atmosferę, moje wspomnienia, tęsknię za tamtym czasem, ludźmi. Ale jest to już na tyle odległe, że nawet kiedy tam wracam mam wrażenie, że to miasto już nie jest moje.

Reklama

- Jest jeszcze Zakopane. Przez chwilę było moim domem, kiedy byłam w ciąży, pracowałam na planie "Szpilek na Giewoncie" i później przez dwa lata wychowywałam tu dzieci. Postanowiłam toczyć tu swoje slow life i nie lecieć na plan tydzień po porodzie, z dzieckiem przy piersi. Nie umiem czegoś nie robić na 100 procent - w pracy być na 50 procent, w domu na 50. Jak jestem w pracy, to jestem w pracy, jak w domu, to w domu. Staram się nie przynosić pracy do domu, choć to nie zawsze jest możliwe. Zwłaszcza teraz, kiedy ponownie w górach toczy się mój życiowy plan B. Otwieram nowy rozdział w swoim życiu zawodowym, w nowej roli i nowej przestrzeni.

To prawda, że trudno jest być aktorem poza Warszawą? Że jeśli chcesz mieć angaże, musisz być w stolicy?

- Nie wiem czy jest trudno być aktorem poza Warszawą. Wszystko zależy od tego, czy jest nam dobrze samym ze sobą i otoczeniem w życiu zawodowym. Myślę, że w tym zawodzie ważny jest wolny wybór. Miejsce nie powinno ograniczać artysty, a jeżeli tak jest to należy je zmienić. W genezie tego zawodu jest wędrówka, rozwój, poszerzanie horyzontów. Warszawa jest oczywiście największym w Polsce ośrodkiem z teatrami, telewizją jedną, drugą, wytwórnią filmów. Daje najwięcej możliwości zawodowych, ale znam aktorów, którzy nie muszą mieszkać w stolicy, żeby czasem wpadać do niej do pracy. Zanim wylądowałam w Warszawie na stałe, też dojeżdżałam i nie było w tym problemów. Nie każdy wytrzymuje to tempo, hałas, wrzawę i tłok warszawski. Trzeba się tego nauczyć nie będąc stąd, przywyknąć. Mi też na początku było ciężko.

Myślę też o przykładach twoich kolegów, aktorów młodszego pokolenia, którzy zostawiają renomowane - na przykład krakowskie - teatry, żeby przenieść się do Warszawy.

- Pewnie bardziej mogą sobie na to pozwolić ci, którzy nie mają jeszcze domów, rodzin, nie zapuścili jeszcze korzeni. Jest wtedy dużo łatwiej o radykalne decyzje życiowe i zawodowe. Ja na szczęście na razie nie muszę się borykać z takimi dylematami.

Zawsze możesz przyjechać do Zakopanego...

- Jasne. Jestem na razie w tej komfortowej sytuacji, że to ja decyduję o swoim życiu, a nie życie decyduje za mnie.

Gdy przyjmowałaś rolę Ewy w "Szpilkach na Giewoncie" spodziewałaś się, że możesz zostać pod Tatrami na dłużej?

- Kiedy wyjechałam z Wrocławia na czwartym roku studiów do pracy, do Warszawy, nie wiedziałam, że tam zostanę. Miałam wynajęte mieszkanie, byłam człowiekiem wynajętym do pracy i nie przypuszczałam, że zostanę na lata. To miał być przelotny romans z Warszawą. Chciałam żyć i pracować we Wrocławiu, a tu taka niespodzianka.

- Kiedy jechałam w góry, to też miała być tylko przygoda. Zresztą myślę, że dalej trochę jest. Życie mnie nauczyło nieprzywiązywania się do miejsc, tylko do ludzi, do sytuacji, wspomnień. Jestem bardziej jak pies, niż jak kot. Bo psy potrzebują człowieka i gdzie z nim pojadą, to nie ma dla nich znaczenia. Koty mają z tym problem. Miałam koty przez wiele lat, z jednym nawet jeździłam do Teatru Wybrzeże twierdząc, że mu się to bardzo podoba i jest szczęśliwy. Ale później zobaczyłam, że cierpi, bo chce być w domu. A ja kocham podróżować i chyba jest mi to na rękę, że krążę, nie stoję w miejscu. Żałuję chyba tylko, że nie mam możliwości pracować gdzieś na świecie. Nasz zawód bardzo sankcjonuje język, nasze korzenie, kontekst społeczny. Mam jednak cichą nadzieję, że wszystko jeszcze przede mną.

Ale gdybyś miała taką okazję, który kierunek wybrałabyś jako pierwszy?

- Buongiorno principessa! (śmiech)

Mogłam się spodziewać - jestem zdania, że gdyby każda blondynka raz do roku jeździła do Włoch, terapeuci straciliby wiele pacjentek...

- Tam byłabym najpiękniejsza, najmądrzejsza i najcudowniejsza. Nakarmią mnie, wycałują, wyprzytulają i żadne terapie świata nie zastąpią wyjazdu Włoch. Więc może tam? Od kilku dobrych lat usilnie próbuję uczyć się języka włoskiego. I mam już lęki, że nie umiem się uczyć, bo jestem na to za stara. O ile uważam angielski za mój drugi język, nie mam kompleksów w porozumieniu się w nim, to jednak co innego jest posługiwać się językiem obcym w życiu codziennym, a co innego zawodowo. Dążę do wyzbycia się wszelkich kompleksów na tym tle.

Jak górale odebrali cię jako ceperkę na ich terenie?

- Na początku był serial, dystans miejscowych i próby oswojenia zarówno miejsc, jak i ludzi. Kiedy serial się skończył, ludzie których spotykałam paradoksalnie pytali, kiedy przyjedziemy znowu. Byli ciekawi, życzliwi, otwarci. Do takich hermetycznych społeczności, jak grupy etniczne w Polsce, których już trochę zdążyłam poznać i na Podlasiu, Śląsku i Podhalu, człowiek musi wejść nie wyważając drzwi. Z otwartością i szacunkiem, ale najważniejsze, żeby być sobą.

- Nie nauczyłam się mówić po góralsku dla poklasku, bo nie chciałabym zrobić z siebie idiotki. Nie udaję, że jestem ichnia. Jestem sobą. Nie jestem też koleżanką z sąsiedztwa. Wydaje mi się, że wybiłam się tutaj przez te lata na autonomię, na swoich warunkach. Tutaj mamy grupę ludzi, z którymi się przyjaźnimy i rozumiemy. To zarówno starsi górale, jak i bardzo młodzi. Cieszy mnie, ale też zaskoczyło, że ci młodzi mają w sobie dużo otwartości. Rozumieją, że ktoś spoza Podhala może chcieć tu być i szukać siebie. Zawsze bałam się, że jak już będę miała swoje lata, trzeba będzie się borykać z młodszym pokoleniem, wszystko im tłumaczyć i pokazywać, że wcale nie jesteśmy tacy starzy, mamy fajne pomysły, słuchamy fajnej muzyki i jesteśmy w stanie razem funkcjonować. Tutaj to działa.

A czego uczysz się od starszych osób?

- Mam swoją ukochaną Grażynkę - położną, z którą - od czasów nawet sprzed mojej ciąży - przyjaźnię się do tej pory. Mam też kolegów muzykantów, panów w tak zwanym dojrzałym wieku. Te znajomości uczą mnie bardzo wiele. Uczą pokory, ale też komunikacji międzyludzkiej, międzypokoleniowej. Z tym w zasadzie nie mam problemów, bo wygląda na to, że mam starą duszę.

Nie wyglądasz...

- Bo tego nie widać. Dusza to dusza. Ma podobno również swoją wagę. Dobrze się czuję w towarzystwie starszych ludzi. Jest ich tu o wiele więcej niż młodych, zresztą to jeden z większych problemów Podhala. Młodzi stąd wyjeżdżają, nic ich tu nie trzyma, nikt nie stara się ich zachęcić do pozostania. Nie ma dla nich atrakcyjnej pracy, nie ma na nich pomysłu, a nie każdy chce mieć pensjonat, albo sprzedawać chiński plastik na straganach. Podhale musi się obudzić, bo za chwilę będzie za późno. Brakuje tu wymiany pokoleniowej. Młodych ludzi nie ma w polityce, biznesie, kulturze, a nawet w gastronomii. Znam wielu starszych górali, zakopiańczyków, którym też ciąży ten fakt. Nie mają komu przekazywać swoich doświadczeń, wiedzy. Dzięki nim wiele się dowiedziałam o Polsce na samym jej "koniuszku", ale też o sobie samej.

- W Warszawie natomiast, mam to szczęście, że na gruncie zawodowym jest mi dane skosztować relacji mistrz - uczeń. To bardzo nobilitujące i wzruszające, kiedy ze starszym aktorem, którego zawsze poważałaś i w najśmielszych snach nie przypuszczałaś, że będziesz z nim pracować, stajecie razem na scenie - może nie jak równy z równym, ale jak kolega i koleżanka. Bardzo się cieszę, że jest mi to dane. Uwielbiam moich starszych kolegów z teatru, bo są cudowni i młodzi duchem.

Kiedy sądziłaś się z producentami "Szpilek na Giewoncie", nie bałaś się, że zamknie ci to możliwość pracy w branży?

- Nie jestem nieustraszonym łowcą duchów, boję się o siebie, swoją rodzinę, konsekwencje podejmowanych decyzji. Nie chcąc za bardzo rozwodzić się nad tamtą sprawą uważam, że trzeba mieć swój honor i niczego nie żałuję. No, może tylko tego, że ten czas zrywu kobiet nie nastąpił wcześniej, że dopiero od niedawna staramy się spojrzeć na siebie inaczej zawodowo, społecznie i rodzinnie. Może nie zostałabym wtedy w tamtym momencie sama? Polki ostatnio przestały się bać i postanowiły głośno mówić o tym, że chcą o sobie stanowić, że nie pozwolą się tłuc, że te czasy się skończyły. Tylko martwi mnie to, że przez lata transformacji, kiedy wyszłyśmy z ról matek, ciotek, kucharek i sprzątaczek, tak się wyemancypowałyśmy, że siebie wzajemnie zaczęłyśmy tępić.

Może polski feminizm miałby się lepiej, gdyby kobiety nie miały problemów z lojalnością.

- Na pewno tak. Przez to też faceci zaczęli się razem bardziej trzymać, więc nam może być znowu trudniej. Mam nadzieję, że echa kobiecych manifestacji odbiją się szerzej i zmuszą nas do myślenia o tym, jak jesteśmy traktowane w pracy, w domu, na ulicy. Wracając do tematu żałuję, że ten czas nastał tak późno. Teraz pewnie nie byłabym sama, pojawiłoby się wsparcie i siła kobiet. Wtedy byłam chyba jedyną osobą niezlęknioną, a moje otoczenie było sumą wszystkich strachów. Ale tego, jak postąpiłam w tamtym czasie, nie żałuję.

Pojawiając się w kolejnych serialach nie obawiałaś się, że zostaniesz wsadzona do szuflady aktorki serialowej?

- Dalej w niej funkcjonuję, to się nie zmieniło. Po skończonych studiach nasz czas zawodowy przypadł na grunt głównie seriali. Był na nie wielki boom, aktorzy byli potrzebni. Zbiegło się to w czasie z powstaniem tabloidów, zaczęły wychodzić kolorowe gazetki , które opowiadały o życiu tzw. celebrytów, którymi myśmy się nie czuli, bo uważaliśmy się za zawodowych aktorów. Staraliśmy się zbierać doświadczenia zawodowe, a nie fotografować się z butami. Nastał dziwny czas. Nagle biznes, kultura i sztuka zaczęły ze sobą ściślej funkcjonować.

- Do tej pory teatr i kino były w niszy. Światy kontraktów reklamowych, bywania na imprezach i kolorowych czasopism wcześniej nie miały z nimi nic wspólnego. Moi rodzice patrzyli na to z obawą. Nastał moment, że młody aktor nie zaczynał już swojej drogi zawodowej od teatru. Potem okazuje się, że nie może się do niego dostać, bo gra w serialu. Paranoja. Długo starałam się przełamać ten stereotyp uważając, że każde zdobyte doświadczenie tylko nas wzbogaca.

- Akurat ja debiutowałam w Teatrze Wybrzeże, w "Wojnie polsko-ruskiej", później był film jeden, drugi, dopiero potem serial. Chcąc wrócić do teatru musiałam sobie zdać sprawę, że dla szerokiej publiczności i dla środowiska, po prawie dekadzie grania w serialach, szufladka się otworzyła, ale chodząc uparcie od teatru do teatru, udało mi się ją przymknąć i dyrektor Izabella Cywińska postanowiła mnie zatrudnić na etat w Teatrze Ateneum. Gram w nim, z różnymi przerwami, już od 10 lat i bardzo sobie to cenię.

I w tym sezonie miałaś trzy premiery.

- Kolejna przede mną. Ja tak mam, że jak się nic nie dzieje, to się nic nie dzieje, a jak dzieje, to wszystko naraz.

Mocno się dystansujesz od tzw. show-biznesu. Pewnie inaczej by to wyglądało, gdybyś częściej pojawiała się na "salonach".

- Takie propozycje do mnie spływają, tylko te imprezy trwają do godz. 22:00, a ja wtedy właśnie wychodzę z teatru. Nie zwykłam się spóźniać na pokazy mody czy inne wydarzenia, więc muszę grzecznie podziękować, a potem jechać do dzieci i puścić nianię do domu. Kiedy byłam młodsza, więcej się szwendałam, ale to była jedyna możliwość, żeby spotkać się z kolegami. Tak dużo wszyscy pracowaliśmy, że spotkanie się graniczyło z cudem. Dzięki tym tzw. celebryckim imprezom mam znajomych z wielu dziedzin. Przyjaźnię się z malarzami, piosenkarzami czy artystami kabaretowymi.

- Jako środowisko artystyczne nie stwarzamy sobie takich okazji. Są festiwale filmowe - OK, czasem się uda tam spotkać i pogadać, są premiery, praca... Generalnie dla niektórych "szołbiz" to wyścig szczurów i kombinowanie, z iloma dziennikarzami trzeba porozmawiać, żeby zaistnieć, na ilu ściankach się sfotografować. Pewnie gdybym miała projekt, który tego wymaga, przeszłabym tę drogę, jak zwykle, bez pretensji, bo uważam, że należy wspierać wszystko, co się robi. Sama sztuka dla sztuki już nie istnieje. Dowiedzieć się o czymś nowi odbiorcy mogą tylko przez media. Ale bywanie dla samego bywania nie jest dla mnie. To mnie nie interesuje.

Teraz projektem, w który się angażujesz jest Dworzec - klub wraz z restauracją w Zakopanem, który otworzyłaś w maju wraz z partnerem Sławkiem.

- Któregoś pięknego dnia, przez przypadek, spotkałam prezesów PTTK, którzy po kilku latach nieużytkowania części budynku należącego do nich musieli zapewnić mu utrzymanie. Miał tu być jakiś supermarket, sieciówka... Zrezygnowali z tego pomysłu i my wyszliśmy ze swoją propozycją, na którą przystali.

- Później skatował nas remont. Bo choć to miejsce nie wydawało się ruiną, okazało się, że pod tynkami znajdowały się różne niespodzianki. Chyba nawet wywołaliśmy jakieś duchy... Aż uwolnił się jakiś dziwny oddech przeszłości i to miejsce zaczęło żyć swoim życiem. Cieszę się, że udało się je otworzyć, aczkolwiek jesteśmy umordowani remontem na tak wielką skalę. Na szczęście od czasu do czasu udawało mi się uciec do pracy do Warszawy i Sławek zostawał tutaj. Od kilku miesięcy działamy już prężnie.

Skąd pomysł, żeby prowadzić właśnie klub z restauracją?

- Jako aktorzy jesteśmy ludźmi do wynajęcia. Rzadko mam okazję decydować o tym, co będę robić jutro. Kiedy się zgadzam na dany projekt, ktoś układa mi dzień zdjęciowy, plany, próby w teatrze i muszę się temu poddać. W takim przypadku pojęcie brania swojego życia za bary jest dość mgliste. Pomyślałam, że jestem na tym etapie życia, w którym powinnam zacząć o sobie decydować, bo za chwilę okaże się, że już nigdy tego nie zrobię. I chcę tu móc decydować o tym, co się wydarza, co jest podawane do jedzenia, jaką kawę mogę parzyć ludziom i jak ich gościć. To miłe czucie niezależności.

- Zrobiłam to też z egoistycznych pobudek, bo fajnie jest potańczyć sobie do muzyki, którą się lubi, a nie którą ci wciskają na siłę, zjeść coś, co się lubi i innym też może zasmakować. Dobre rzeczy powstają z dobrych intencji, ze zdrowego egoizmu - dbając o siebie dbamy o to, co inni dostaną z tego metaforycznego ciasta, które pieczemy.

Albo "mienska"...

- "Stacja Mienso" to nazwa naszego bistro, ale spokojnie - nie podajemy w niej tylko "miensa". Wymyśliły ją dzieci, podczas jednej z podróży do wspomnianych tu Włoch, a nazwa bardzo nam się spodobała.

To co polecasz?

- Trudno mi coś zarekomendować, dlatego, że nasza szefowa kuchni ma tyle pomysłów, że codziennie przyrządza coś nowego. Nie funkcjonuje już u nas menu papierowe, bo nie nadążaliśmy z jego drukowaniem. Znajdziecie je na ścianie, kelnerzy uczą się go na bieżąco i proponują dania naszym gościom. Ale można tu zjeść właściwie wszystko, kuchnia jest otwarta, można podejść do szefowej kuchni i poprosić, żeby coś przyrządziła. Wiemy, że ludzie mają różne gusta i problemy zdrowotne, więc nie wszystko, co jest akurat na tablicy, mogą jeść. Jeśli ktoś jest bezglutenowcem, wymyślimy coś bezglutenowego, jeśli cukrzykiem - tak samo. Ważne, żeby się nie wstydzić zapytać. Jesteśmy otwarci.

Dzięki ludziom, którzy tworzą to miejsce, inni czują się tu naprawdę dobrze.

- W Zakopanem ostatnio non stop padał deszcz. Przez kilka dni przychodziło do nas małżeństwo z dwoma dziewczynkami, które bardzo się nudziły i bardzo lubiły tańczyć, więc urządzaliśmy im dyskoteki. Był kinderbal dla dwóch osób.

Podobno z waszym DJ-em, który prowadzi imprezy dla nieco starszej klienteli już tak łatwo nie jest, bo ma zakaz przyjmowania specjalnych zamówień...

- On nie ma zakazu, on sobie ten zakaz sam narzucił. Zdecydował, że nie będzie brał pieniędzy za puszczanie piosenek, na przykład pewnego słynnego kolegi, który ostatnio z aktora stał się śpiewającą gwiazdą estrady. To gwiazda, o którą wszyscy teraz pytają. Zwłaszcza na tym terenie.

Zapowiadasz też, że będą tu spektakle teatralne.

- Tak, będzie tu teatr impresaryjny. Rozmawiam o spektaklach z całej Polski, niewielkich, ale ciekawych. Chciałabym, aby mój teatr, który zaraz idzie do remontu, też się na to zdecydował i żebyśmy mogli dać publiczności trochę rozrywki. W Zakopanem oczywiście jest teatr i ludzie bardzo go kochają, a ja doceniam miejsce, w którym sztuka może mieć inne oblicze, niekomercyjne. Tutaj widz wie, czego może się spodziewać, a czego nie powinien wymagać od Teatru Witkacego i to jest cudowne.

Myślałaś kiedyś, żeby w nim zagrać?

- Byłam dziewczyną, która kochała chodzić po górach, była samotnikiem, melancholijną, romantyczną postacią, która snuła się po ulicach Wrocławia. Jeszcze długo przed szkołą teatralną zastanawiałam się, czy by nie uciec do Witkacego. Do mitycznego miejsca w górach. Nigdy do tego nie doszło, a jedyna moja ucieczka z domu odbyła się do szafy w przedpokoju, kiedy miałam może 6 albo 7 lat. (śmiech)

- Dzisiaj uciekam w góry bez pretekstów. Ale zdarza mi się też uciec z gór do miasta. Jestem miastową dziewczyną i nie będę udawać, że jest inaczej. Radzę sobie tak samo dobrze w Nowym Jorku, jak i w Suchym na Podhalu. Nic mnie nie ogranicza. Ograniczenia są w głowie. Ja mam wolną głowę.

Rozmawiała: Agnieszka Łopatowska

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy