Reklama

Reklama

Myślę o tobie z uśmiechem

Stracili najbliższych nagle. Najpierw był szok, potem gniew i niepogodzenie się z tym, co się stało. Nie wierzyli, że mogą być jeszcze szczęśliwi. Ale dziś o przyszłości myślą już z nadzieją.

Zawsze noszę latarkę w torebce. Na wszelki wypadek. Przecież nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać, a ja lubię być przygotowana na wszelkie okoliczności". (Olga i Piotr Morawscy, "Od początku do końca"). - O czym będziemy rozmawiały? Bo nie chciałabym do końca życia być naczelną wdową górską - zaznacza Olga. Od czasu śmierci męża, 32-letniego himalaisty Piotra Morawskiego, udzieliła wielu wywiadów. Sposób, w jaki opowiadała o swoich przeżyciach - szczery, odważny, często nieprzystający do utartych wyobrażeń o żałobie - zjednał jej dużo sympatii ("Nie umiałam znaleźć się w roli wdowy", mówiła. Albo: "Najbardziej się ucieszyłam, jak zaczęłam się znowu bać. Bo człowiek w rozpaczy niczego się nie boi. Wie, że nic gorszego go nie spotka"). Z jednej strony między nią a Piotrkiem była wielka miłość (paradoksalnie to Olga namówiła go na pierwszą wyprawę na K2), z drugiej - góry, które z czasem zdominowały ich wspólne życie. W książce "Od początku do końca", którą wydała po odejściu Piotra, akcja toczy się równolegle. On pisze o zapachu mokrego namiotu, odmrożeniach, zapierających dech w piersiach widokach, ona - o samotnych świętach, wychowywaniu dwóch synów (trzy miesiące po narodzinach starszego Piotr stał już na szczycie Nanga Parbat), strachu o męża. Oboje - z czułością o tęsknocie do siebie . 3 kwietnia 2009 roku Olga skończyła 33 lata. Pracowała wtedy jako dyrektor marketingu, Piotr był pierwszym na świecie człowiekiem, któremu udało się wejść zimą na trudną Sziszapangmę (8027 m n.p.m.).

Reklama

Miał na koncie sześć ośmiotysięczników, doktorat z chemii, udział w maratonach. Do domu wpadał jak po ogień. Z życzeniami urodzinowymi zadzwonił z kolejnej wyprawy, tym razem na Dhaulagiri, na której aklimatyzował się przed planowaną wspinaczką na zachodnią ścianę Manaslu. Pięć dni później wracał razem ze Słowakiem Peterem Hámorem do obozu, gdzie miała już czekać na nich jajecznica na polskiej kiełbasie. Pech chciał, że w miejscu, w którym postawił nogę, pod warstwą lodu była ukryta szczelina. Wpadł, zaklinował się na 20. metrze, słychać było jego wołanie. Peter wezwał pomoc - w ich kierunku ruszyła ekipa TOPR-u, w tym lekarz, przyjaciel Piotra. Wyciągnęli go, reanimowali. - Było blisko tego, co nazywa się cudem, czyli że trochę szybciej, a by się udało. Ale tak się nie stało i to wszystko pozostaje w kategorii "brak cudu" - mówi Olga. - To też opowieść o tym, co komu pisane, jeśli podchodzić do tego filozoficznie. Może my się tu szamoczemy, próbujemy w tę stronę, w tamtą...

Po co? Przez jakiś czas nic nie miało dla mnie sensu. Łaknęłam tylko wszystkich opowieści o tym, że ktoś to już przeszedł, że jest coś dalej za tą rzeką, w której byłam sama z dziurą w sercu. Ignacy i Gustaw mieli wtedy dwa i cztery lata. Dopytywali, czy tata nosi w niebie czapkę. Odpowiadała im spokojnie, a potem zamykała się w łazience, żeby nie widzieli, jak płacze. Sygnały, że dziura zaczyna się zabliźniać: przeczytana od deski do deski książka, pierwszy uśmiech, który u taty Olgi wywołał łzy wzruszenia, i wreszcie pomysł na wydanie "Od początku do końca". Znalezienie w komputerze gotowego do druku pliku z zapiskami z podróży Piotra i dedykacją dla żony oraz synów było jak pozdrowienia z zaświatów. - Tę książkę wydałam dla niego - przyznaje Olga. I kiedy wszystko zaczęło się powoli układać, otrzymała drugi cios - wypowiedzenie z pracy. - Życie mnie trochę przeczołgało - mówi. - Jak teraz na to patrzę, to dostałam z grube j rury, można się było na tym wyłożyć, nie wytrzymać. Ludzie w moim wieku zaczynają zadawać sobie pytania: czy idę właściwą ścieżką, czy dobrze wybrałem, dzielą włos na czworo. Ja nie musiałam w ogóle się nad tym zastanawiać, bo mnie niosła fala tsunami. Ta fala wyrzuciła ją na brzeg obcej wyspy. Nieznany port, nie ten horyzont i morze wątpliwości, co dalej.

- Ty walczysz, chcesz, żeby było tak jak kiedyś, ale się nie da. Dlatego moim zdaniem nie ma co za długo walczyć, trzeba próbować przyjąć to nowe życie. Bóg dał nam tylko jedną szansę. To nie jest próbne granie, więc chyba trzeba zagrać raz a dobrze? Kiedyś szukałaby kolejnej pracy w marketingu. Teraz wiedziała, że nie tędy droga. Zabrała się do kolejnej powieści. Zatytułowała ją "Góry na opak, czyli rozmowy o czekaniu". Przeprowadziła wywiady z bliskimi nieżyjących himalaistów. - Chciałam po raz ostatni zmierzyć się z tym tematem. To były trudne spotkania, ciężkie historie, bo każda z tych osób odkrywała przede mną bardzo osobisty fragment życia. W którymś momencie pomyślałam: ja chyba zwariowałam. Sama rozdrapuję swoją ranę. Nie umiałam znaleźć powodu, dlaczego stworzyłam tę książkę, aż w końcu go znalazłam: żeby ocalić tych ludzi od zapomnienia. Tak samo ocala pamięć męża, od trzech lat organizując we współpracy z Alpinusem Memoriał im. Piotra Morawskiego "Miej odwagę" . To projekt dla początkujących podróżników. Zwycięzcy mogą spełnić marzenia o wyprawie, dostają pieniądze i sprzęt. - Dając tym ludziom szansę, chcę przypomnieć pomysł Piotrka na odważne życie. Bo to było odważne życie, nawet jeśli ktoś uważa , że głupie. Łatwo jest oceniać, trudniej samemu spróbować. Ja nigdy nie miałam do niego pretensji o to, co robi.

Olga wydała też serię subiektywnych przewodników po różnych krajach, które odwiedziła jeszcze z Piotrem, pracuje w agencji filmowej w TVP, pisze swoją pierwszą powieść, której akcja rozgrywa się współcześnie. - Po śmierci Piotrka narodziłaś się jako pisarka? - Absolutnie. To był koniec jednej drogi i początek zupełnie innej. Pozwoliłam sobie na coś, na co pewnie nigdy bym się nie odważyła w życiu, w którym byłam dyrektorką marketingu, bo wydawałoby mi się to dziecięcą mrzonką. Przestałam mieć blokady wewnętrzne, pomyślałam, że nie ma już nic, co by mnie pociągnęło w dół. Kiedyś , gdy chodziłam do pracy, miałam poczucie, że zżera mi to całą moc. Teraz jest wręcz przeciwnie, te projekty mnie nakręcają. Olga założyła też fundację "Nagle sami". Chce pomagać ludziom, którzy stracili swoich najbliższych. Uważa, że temat żałoby jest "nieprzerobiony" społecznie, pomimo Smoleńska eksploatowanego politycznie. - Wiadomo, że ludzie o śmierci niekoniecznie chcą rozmawiać. No, może na wieczorkach spirytystycznych. Każdy myśli, że mniej więcej po roku żałoby powinno być już dobrze, a nie zawsze tak jest - zaznacza Olga. Mówi o tym po to, żeby społeczeństwo "przygarnęło" takie osoby, by nie czuły się obco.

Przyznaje, że robi za dużo rzeczy i nie odpuszcza sobie. - Jestem człowiekiem pozytywnie nastawionym do życia i raczej "hej, do przodu", ale czasem się nie wyrabiam. Ostatnio, kiedy położyła już synów spać, usiadła na kanapie, żeby odetchnąć. - Z jednej strony w telewizji stare odcinki Dextera, z drugiej ja, kartka i 24 godziny. Jak to zrobić, żeby się w nich ze wszystkim zmieścić? Czasami, gdy pada ze zmęczenia, przychodzi taka myśl, że dobrze by było, gdyby obok pojawił się ktoś, kto ją przystopuje. Chociaż wie, jak iluzoryczne bywają próby wprowadzenia planów w życie. - Zawsze lubiłam mieć to, co się dzieje, pod kontrolą. Wydawało mi się, że osiągnęłam ten ideał. I co? Życie ze mnie zadrwiło, i to porządnie. Dlatego staram się nie przywiązywać do tego, co robię, tylko mieć podejście "a może się uda". I zazwyczaj się udaje. Pytam Olgę, czy nadal nosi przy sobie tę zieloną latarkę, którą dostała od Piotra. - No właśnie od roku jej szukam w kolejnych torebkach! - odpowiada. - Tydzień temu jechałam do Krakowa i była mi bardzo potrzebna, ale nie znalazłam jej. Jest dla mnie ważnym elementem, wspomnieniem tamtego życia. A może ona właśnie dlatego się zgubiła, że tamtego życia już nie ma?

(MF-K)


Całe życie uważał się za szczęściarza, tak dużo mu się udało! Fantastyczna rodzina - w czerwcu 2010 roku obchodziliby z żoną 35-lecie ślubu - fascynująca praca, świetni nauczyciele i mistrzowie w zawodzie. Nie myślał, że może mu się coś złego przytrafić. Jest niedziela 21 października. Profesor Andrzej Bochenek, znakomity kardiochirurg, wybiera się na dyktando. Dynamiczny krok, błękitna koszula, świetnie skrojony garnitur. Jedzie do Centrum Kultury Katowice im. Krystyny Bochenek. - Ogólnopolska klasówka to był pomysł mojej żony - mówi. - Wymyśliła ją ponad 20 lat temu, a do tej pory narodowe dyktando napisało już ponad 51 tysięcy osób. Najpierw organizowała je w studiu koncertowym, potem w katowickim Spodku. Transmitowano je w radiu i telewizji. Dbałość o język polski to była dla niej jedna z najważniejszych spraw.

Profesor uważa, że pamięć o człowieku jest żywa, dopóki kontynuuje się jego dzieło. Krystyna Bochenek była świetną dziennikarką, senatorem i wicemarszałkiem Sejmu RP, twórczynią wielu akcji charytatywnych i medialnych. Na Śląsku ją kochali. Skupiała się na problemach zwykłych ludzi, walczyła o renty dla wdów po górnikach. Profesor Bochenek, gdy tylko może, uczestniczy we wszystkich uroczystościach i spotkaniach, które ona zapoczątkowała. - Żona ukończyła Liceum Ogólnokształcące im. Mikołaja Kopernika w Katowicach - wspomina. - Była z tą szkołą związana. Niedawno wmurowano tam tablicę, która ją upamiętnia. Poszedłem na zakończenie roku szkolnego. Razem z moją rodziną: córką Magdą, synem Tomaszem, mamą Krystyny, Teresą, i jej siostrą Barbarą podjęliśmy decyzję o ufundowaniu stypendium dla najlepszego ucznia w szkole. Będzie to dziesięcioletnia pomoc finansowa.

Żona zawsze wspierała młodych i utalentowanych. Kiedyś wymyśliła akcję "Krzesła do nauki". Dochód z licytacji mebli robionych przez artystów zasilał Śląski Fundusz Stypendialny. Profesor jest dumny, że organizację wielu akcji przejęła ich córka. To ona zainicjowała utworzenie fundacji imienia matki. Magda jest dziennikarką. Gdy na nią patrzy, często zauważa uśmiech i gesty Krystyny. - Jest silna i zdeterminowana, umie, tak jak żona, rozwiązywać problemy, walczyć - podkreśla. Od tragicznej śmierci Krystyny Bochenek w katastrofie smoleńskiej minęło ponad dwa i pół roku. Pierwszego listopada profesor już po raz trzeci zapali znicze na jej grobie. Pójdą całą rodziną na cmentarz. Pierwszy rok po wypadku był dla nich bardzo trudny, ale kolejne lata też nie są proste. Wtedy, w sobotę rano, gdy usłyszał o katastrofie, zadzwonił do córki. "Ale tato! Z pewnością ich uratują. To jest w końcu samolot prezydencki! Takie się nie rozbijają", usłyszał. Powiedział ze spokojem: "Madziu, nic nie jest potwierdzone, ale ja wiem, że z takich katastrof nikt nie wychodzi żywy". - To olbrzymia tragedia, zginęło 96 osób, ale w żałobie ta wspólnota losów wcale nie pomaga - zaznacza. - Każdy zostaje sam ze swoim smutkiem. Patrząc na naszą rodzinę, widzę, że bardzo różnie radzimy sobie z emocjami. Nagłe odejście Krystyny było dla nas wielką traumą. Magda jest emocjonalna, Tomasz, tak jak ja, bardziej opanowany. Ale nie pomaga to ciągłe wracanie do Smoleńska. Politycy wykorzystują katastrofę do swoich celów. Myślałem, że zostaną wyciągnięte wnioski, a potem zapanują spokój i cisza.

Profesor martwi się, gdy widzi, jak córka i teściowa przeżywają wszystkie doniesienia medialne na ten temat. Przerażone pytają, co będzie, jeśli prokuratura nakaże ekshumację zwłok. On sam ma pewność, że w grobie pochował żonę. Wierzy minister Ewie Kopacz. Dostał pierścionki i obrączkę Krystyny. Profesor dużo i otwarcie mówił o żałobie, nigdy nie odmawiał wywiadów. Nie chce jednak uchodzić za udręczonego wdowca. Sam bardzo ciężko przeżył stratę żony, ale nie lubi martyrologii, wielkich słów. - Jestem chirurgiem, muszę być opanowany, nie wpadam w panikę. Radzę sobie ze stresem, choć nikomu nie opowiadam, co tak naprawdę czuję. Nie można powiedzieć, że jest się przyzwyczajonym do śmierci, raczej oswojonym z nią - dodaje. - W szpitalu i na sal i operacyjnej nauczyłem się pokory. Choroby, wypadki przytrafiają się wielu z nas. Nie wiem, czy to odporność, ale gdy patrzę dookoła, zauważam dużo ludzkich tragedii. Wiem, że moje nieszczęście nie jest jedyne na świecie.

W Polsce tysiące ludzi cierpi, bo ktoś z rodziny ciężko choruje, ktoś kogoś traci. Czy czegoś się jeszcze boję? - pyta sam siebie. - Obawiam się o bliskich, o ich zdrowie, i boję się zdarzeń, na które nie mam wpływu. Nie martwię się o sprawy materialne, bo one nie mają dla mnie znaczenia. Po katastrofie w powrocie do życia pomogła mu praca. W czasie żałoby rzucił się w jej wir - operował, kierował oddziałem, popołudniami organizował nową Polsko-Amerykańską Klinikę Serca. To oddalało trochę czarne myśli. Przekonał się o tym, jak wspaniałych ludzi ma wokół siebie, dostał od nich wsparcie, ciepłe słowa. - Niektórzy po śmierci bliskich czują ich obecność, rozmawiają z nimi, mają metafizyczne doznania, ja nie. Twardo stąpam po ziemi, za to często myślę, co w jakiejś sprawie zrobiłaby Krystyna, jak by zareagowała. To wielka sztuka, aby nauczyć się wspominać dobre chwile, szczegóły ze wspólnego życia. Przy okazji jakiejś rodzinnej uroczystości zdarza się, że nagle patrzymy na Magdę, która coś komentuje, i wtedy ja albo Tomek rzucamy: "No zupełnie jak matka!".

Przypominamy sobie Krystynę, żartujemy z jej pamiętnego perfekcjonizmu. To jej przywiązywanie wagi do szczegółów często doprowadzało nas do szału. Była w stanie cztery, pięć razy pytać, czy o czymś pamiętamy. Czy wcześniej przyzwyczaiła go do swej nieobecności? Nie. Oczywiście dużo czasu spędzała w Warszawie, ale zawsze dzwoniła: "Wracam pociągiem o 20., przyjedź po mnie na dworzec". Byli ze sobą blisko. Przecież wiele małżeństw widzi się tylko raz w tygodniu. W domu Bochenków drzwi do pokoju Krystyny wciąż są otwarte. Stoi tam jej biurko, na nim komputer, leżą też ulubione pióra. Na półkach książki, także te, które sama napisała. Są zdjęcia, bo dbała, aby z każdej rodzinnej uroczystości zostawała pamiątka. - Do tego pokoju wchodzę bez uczucia grozy, smutku - opowiada profesor. - Raczej po to, aby sobie przypomnieć, jak siedziała za biurkiem, pisała.

Wnuczka urodziła się kilka miesięcy po śmierci Krystyny. Przyjdzie czas, że wprowadzimy Maję Krystynę do tego pokoju, pokażemy okulary babci, jej zdjęcia. Dziś staram się żyć, bo ile jeszcze dni przede mną, tego nikt nie wie. Pragnę je wykorzystać. Spełniam się w pracy, jestem aktywny, potrzebny dzieciom, wnuczce. Poznałem też kobietę. Chcę z nią spędzić resztę życia. Ktoś może powiedzieć: "O, tak szybko!". A niech mówią! Sam wiem, że nie można nikogo oceniać, potępiać. Zanim otworzyłem się na nowe emocje, musiały minąć ponad dwa lata. Wiem, że jest wiele osób, które nie dają sobie takiego prawa. Współczuję im i nadal myślę o sobie, że jestem szczęściarzem. Nie mogę skupiać się tylko na stracie. Nie chcę po ciężkiej pracy zamykać się w domu. Jedna sprawa to pamięć, a inna to życie.

(MG-B)


Spotykamy się w jeden z ostatnich upalnych wrześniowych dni w siedzibie ITI w Warszawie przy ulicy Wiertniczej. - Jak dobrze, że jest taka piękna pogoda - cieszy się Aldona Wejchert. Wchodzi, a właściwie wbiega do swojego gabinetu na piątym piętrze. Sukienka w szafirowym kolorze, czarne szpilki. Uśmiechnięta. Przeprasza za kilkuminutowe spóźnienie, ale trochę przeciągnęło się wcześniejsze spotkanie. - Jutro urządzam synkowi urodziny, kończy osiem lat i zaplanowaliśmy wielką imprezę w naszym ogrodzie. Bruno jest bardzo podekscytowany, sam układał listę gości. Ostatni raz rozmawiałyśmy dwa lata temu, rok po śmierci Jana Wejcherta. Zaprosiła mnie wtedy do swojego domu w Konstancinie, w którym każda książka, obraz, fotografia były dokładnie w tym samym miejscu, co za życia jej męża. Miałam wrażenie, że wówczas skupiała się na przeszłości, która była dużo ważniejsza niż teraźniejszość. - Zdecydowanie tak - zgadza się Aldona Wejchert. - Ale to naturalna kolej rzeczy. Jak wiele osób w podobnej sytuacji przeszłam przez wszystkie etapy żałoby: szok, rozpacz, żal, złość, depresję, próby wyparcia tego, co się stało. Nie da się niczego przyśpieszyć, potrzebny jest czas. Ale w końcu przychodzi moment, gdy zaczyna się myśleć o przyszłości.

Dla mnie punktem zwrotnym była rozmowa z psycholożką. Zapytałam: "Jak wychować szczęśliwe dzieci?", i usłyszałam: "Zacząć być szczęśliwą. Proszę zdjąć już te smutne stroje, uśmiechać się. Niech dzieci widzą, że matka jest zadowolona". Dotarło do mnie, że powinnam skupić się na sobie. Przez kilkanaście lat żyła w cieniu choroby męża. Jan Wejchert zmagał się z białaczką. - Chemioterapia i interwencje medyczne były wpisane w codzienność. Nasze życie zostało w dużym stopniu podporządkowane walce z chorobą, która weryfikowała plany. Zawsze byłam przy mężu. Świetnie się rozumieliśmy i uzupełnialiśmy. Większość decyzji podejmowaliśmy wspólnie. 

Były takie chwile po śmierci męża, kiedy myślała, żeby spakować się i zacząć od początku, w zupełnie nowym miejscu. - Szybko zrozumiałam, że to byłaby ucieczka, a ja muszę sama wszystkiemu stawić czoła. Na szczęście mieszkam też w górach w Szwajcarii. Z dala od Polski, wśród przyrody łatwiej jest mi nabrać dystansu do pewnych spraw i naładować akumulatory. Przyznaje, że czasem, kiedy za długo przebywa w Warszawie, zaczyna czuć się obciążona problemami, które nie powinny jej obarczać. - Staram się nie przejmować błahymi sprawami, unikam niepotrzebnych spotkań, ludzi, którzy mają złe intencje albo marnują mój czas. Kiedy coś mnie zdenerwuje, idę biegać do lasu albo skaczę na zumbie. Ale też doceniłam to, jak wiele ciepła dostaję od swojej rodziny i przyjaciół, wreszcie nauczyłam się prosić o pomoc, i widzę, że zostało to przyjęte z dużą radością.

Najważniejszym wyzwaniem biznesowym w ostatnim czasie było uporządkowanie struktury własnościowej firmy. Dziś Aldona Wejchert wraz ze swoimi dziećmi Brunonem i Charlottą ma 46 proc. akcji ITI i jest głównym udziałowcem. Pozostała trójka dzieci Jana Wejcherta z poprzednich małżeństw została spłacona i odeszła z firmy. - Myślę, że to rozwiązanie zadowala wszystkich. Każdy zrobił to, co uważał za słuszne. Nie było sytuacji przymusowych. Teraz rynek medialny jest niezwykle dynamiczny, ale jestem pewna, że damy sobie radę z kryzysem. Pracuję z przyjaciółmi mojego męża, których znam od lat i mam do nich zaufanie. To profesjonaliści zaprawieni w bojach, zawsze prowadzili nasze firmy ku sukcesowi i teraz wspólnie wypracowujemy odpowiednie rozwiązania.

Nie jestem biernym udziałowcem, czuję się odpowiedzialna za przyszłość naszych spółek, swoje aktywa. Ale przedtem też tak było. Mój mąż to współtwórca potęgi ITI, praca zawsze stanowiła część naszego życia. Cieszy się, że powstała nagroda imienia Jana Wejcherta, która będzie przyznawana corocznie w trzech kategoriach: za sukces, za wizję i innowację oraz za działalność społeczną (w kwietniu nagrody zostałe wręczone po raz pierwszy - przyp. red.). Dla niej i całej rodziny było oczywiste, że uhonorowanie jego pamięci jest potrzebne. Dlatego od razu spodobał się jej pomysł, który zrodził się w Polskiej Radzie Biznesu. - Bardzo się zaangażowałam w prace kapituły, uważnie czytałam zgłoszenia. Szukałam osób, które miałyby w sobie coś z Janka: charyzmę, determinację, wizjonerstwo. Wieczór, na którym wręczono nagrody, był dla niej wielkim przeżyciem. Pokazano film poświęcony Janowi Wejchertowi. - Patrzyłam na niektóre sceny ze ściśniętym gardłem, kątem oka zerkałam na synka, który stał obok. Z napięcia i wzruszenia drgała mu broda. Ale był taki dzielny i dumny, że tyle osób podchodziło do niego i mówiło mu miłe rzeczy o jego ukochanym tatusiu. Latem Aldona Wejchert przeprowadziła remont w domu w Konstancinie. W dawnym gabinecie męża urządziła pokój dla Brunona. - Ucieszył się, od razu na ścianie powiesił zdjęcie ojca. Często rozmawiam z dziećmi o ich tacie, ale staram się to robić w pogodny sposób. Chcę, żeby wiedziały, że są owocem wielkiej miłości, że ojciec bardzo ich kochał. Gdy zrobią coś fajnego, mówię: "Ale tata byłby dumny". Czasem syn szepce mi do ucha: "Kocham cię mamusiu i tatusia też". Bruno jest bardzo podobny do męża, ma te same ruchy, zachowania, mimikę. Z kolei oczy córki to śmiejące się oczy mojego męża. Na pewno syn odczuwa brak ojca dotkliwiej niż córeczka.

Dla Charlotty "tata" to pojęcie abstrakcyjne. Miała zaledwie rok, gdy mąż odszedł. Zdaję sobie też sprawę, że chłopiec potrzebuje męskiego wzorca i byłoby dla niego niedobrze, gdyby wychowywał się w otoczeniu samych kobiet. Na szczęście są przyjaciele męża, jest partner mojej siostry - oni poświęcają Brunonowi dużo uwagi. Syn uwielbia sport, zwłaszcza piłkę nożną, chodzi na treningi i dostaje ostry wycisk na boisku. Zapisałam go do szkółki piłkarskiej w Konstancinie, a nie na Legię, gdzie mógłby być specjalnie traktowany. Zależy mi, żeby dzieci nie żyły w złotej klatce, od małego mają obowiązki. Chciałabym, żeby odnalazły swoje pasje i starały się je realizować. Trudno ją wyciągnąć wieczorem z domu, jeśli już da się namówić, zazwyczaj dociera spóźniona, bo chce sama położyć dzieci spać. - To taki nasz rytuał. Dużo razem podróżujemy. Jeżdżę z nimi w te same miejsca, które odwiedzaliśmy z Jankiem. Część wakacji od lat spędzamy we Włoszech, doskonale tam się czuję. Przyznaję, że bałam się pierwszego wyjazdu po jego śmierci. Ale nasi włoscy przyjaciele zachowali się fantastycznie, podeszli do mnie, przytulili, powiedzieli, że wszystko będzie dobrze. Wiadomo, że wolałabym być z mężem, ale tak nie jest i nie mogę z tego powodu mieć żalu. Wróciła do robienia rzeczy, które dawniej sprawiały jej radość. Chodzi po górach, jeździ na rowerze. Niedawno z przyjaciółmi wybrała się do Patagonii - dwa tygodnie bez telefonu komórkowego, jedna mała torba. To takie zmierzenie się z naturą, całkowite wyciszenie, którego potrzebuje. Odkryła, że potrafi i lubi być sama, choć kiedyś sobie tego nie wyobrażała. - Wydaje mi się, że mam w sobie więcej spokoju, już się nie śpieszę, nie muszę być w każdym miejscu, wszystko zobaczyć.

Kiedyś bałam się, że coś przegapię, coś mi umknie, dziś wiem, że sztuką jest dokonywanie wyborów i ustalanie priorytetów. Ćwiczy jogę, medytuje. Ostatnio spotkała się z guru z Indii. Zapytała go, jak się miewa jej mąż. Powiedział: "Ty jego duszę masz w sobie". - Głęboko wierzę, że energia Janka jest gdzieś obok mnie. Często chodzę na jego grób, rozmawiam z nim. 31 października minie trzecia rocznica śmierci Jana Wejcherta. Aldona będzie wtedy w Warszawie na cmentarzu, nie wyobraża sobie, że mogłaby być gdzie indziej. - Ironia losu, kiedyś w tym czasie wyjeżdżaliśmy razem w świat, bo oboje nie lubiliśmy tego święta. Brakuje jej wsparcia męża. We dwoje łatwiej było znosić różne przeciwności, ale sama też da sobie radę. Jest silna. - Wiem, że byłoby źle, gdybym zamknęła się na pozytywne strony życia i żyła tylko przyszłością. Dlatego z radością patrzę w przyszłość. Mój mąż jest i będzie w moim sercu. Zawsze będę o nim myślała z uśmiechem.

(IK)

Małgorzata Fiejdasz-Kaczyńska, Monika Głuska- Bagan, Iza Komendałowicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje