Reklama

Reklama

Nie rodzić po ludzku

Plan był inny: pełna rodzina - mąż, dzieci, kiedyś wnuki. Wybrane szkoły, imiona, meble do pokoju. Ale dzieci nie będzie, chociaż Matylda, Marzena i Justyna bardzo chciały je mieć.

Jak z tym żyć? Jak się pogodzić? Muszą znosić pełne troski pytania, dobre rady, niezamierzone złośliwości. I przekonują, że dwie osoby to też rodzina, a kobieta, która nie ma dzieci, zasługuje w życiu na tyle samo, co matka.

Marzena z Torunia. 46 lat

Analityk medyczny, jej mąż Marek jest informatykiem. Leczyli się z bezpłodności ponad dziesięć lat, nie zdecydowali na in vitro. Do adopcji nie byli przekonani oboje. Raz Marzena była w ciąży, ale poroniła po czterech tygodniach. Sami wyznaczyli sobie termin zaprzestania prób. Jej czterdziestkę.

Reklama

Koniec królestwa

Pamięta dobrze ten kalendarz, kartkę z miesiącem swoich urodzin. "Maj": Nowy Jork o świcie, na pierwszym planie człowiek z parasolem. Dzień czterdziestki zaznaczony czerwonym flamastrem. Rano piekła ciasto, w południe była na zakupach, potem prasowała serwetki. Odkorkowała wino, zanim przyszli goście. Była ubrana niezbyt modnie. - Pięć lat temu nie kupowałam ładnych sukienek, nie nosiłam butów na obcasie. Uważałam, że nie jestem pełnowartościową kobietą, że atrakcyjne ciuchy do mnie nie pasują, że mi nie wolno - opowiada Marzena.

Umówili się z Markiem, że po jej czterdziestych urodzinach rezygnują ze starań o dziecko. - Następnego dnia rano kawa jak zwykle, rozmowa, wyjście do pracy, obiad. Nic się nie zmieniło. Ale już było wiadomo, że ja jestem nie-mamą, a Marek nie-tatą. Żadnych złudzeń. Co czułam? Rozpacz - mówi Marzena. - I tylko taka ulga, że już przestaniemy się denerwować, oskarżać, szukać winnych - dodaje. Nieprzyjemne gabinety ginekologów wyłożone białymi kafelkami - koniec. Zażenowanie w łóżku po kolejnym zbliżeniu o określonej porze w pozycji narzuconej przez lekarza - koniec.

Tylko jak tu żyć z tą nową świadomością? Budowali dom dla rodziny. Na górze przygotowali pokoje dla córki i syna. Kiedy przychodzili goście, Marzena zdobywała się na żart: "A tu jest królestwo dzieci", otwierała drzwi, pokazywała pustą przestrzeń. - Marek próbował trzymać tam swoje wędki, mówiłam: ani się waż, jest miejsce na dole. Z roku na rok miałam coraz większe poczucie winy, że pokoje są puste. W końcu musieliśmy zdecydować, czy można tam wstawić komputer i urządzić gabinet. Powiedziałam: dobrze. Jakbym mówiła: przegrałam.

I co ci tak wesoło?

- Prawie cztery kilo, dziesięć punktów w skali Apgar! - słyszy w słuchawce Marzena. Musi pogratulować dziecka bratu. Brat jest młodszy. Urodził mu się syn. Powinna się cieszyć, że została ciocią. - Dwa uczucia: zazdrość i wstyd. Kupiłam ubranko na prezent, rozpakowałam w domu. Pajacyk frotté. Chciałabym, żeby był dla naszego dzidziusia. Gdyby tak suszył się u nas w łazience, jak by to było? Spróbuję. Kiedy wieszałam śpioszki na kaloryferze, wszedł Marek. Co robisz? Zmyśliłam usprawiedliwienie, schowałam się w sypialni. Wsadziłam pięść do ust. Inaczej bym krzyczała. Było mi wstyd, że nie mam dzieci.

Wiedziałam więcej niż mój brat - jak się kąpie, karmi, przewija niemowlaka, wszystkiego nauczyłam się na zapas, znałam nazwy potrzebnych kosmetyków i leków, wiedziałam nawet, kim była Virginia Apgar. A on wiedział? Nie. Ale dziecko ma. Ma je moja koleżanka z pracy, która na dzieci mówi "bachory", i inna, która o trzeciej ciąży powiedziała: kara boska. A ja nie.

To niesprawiedliwe. Przy każdej okazji wysłuchiwałam: a wy kiedy? Zegar ci tyka, postarajcie się, co to za życie bez dzieci? Słysząc to, w pierwszym odruchu chcesz uciekać. Jeśli napiłaś się już trochę wina, odpowiedzieć, żeby poszło w pięty. Ale tego nie robisz. Dlaczego? Bo sama wierzysz, że jesteś gorsza. Zamknij oczy i szybko pomyśl: dorosła kobieta. Co widzisz? Wizerunek składa się z kobiety i dziecka. Bez niego jesteś niekompletna.

Dlatego walczysz, choć słyszysz: szanse są minimalne. Ale przecież są - Marzena opowiada o czterech tygodniach nadziei. - Osiem lat temu. Nie wierzę w to, co widzę dwa paski na teście. Powtarzam próbę. To samo! Szaleję ze szczęścia, dzwonię do Marka: Jestem w ciąży! Rozumiesz?! Jedziemy do szpitala, lekarka mówi: gratuluję! Leżę na patologii. Po kilku dniach mina ginekologa mówi wszystko. Spadam z nieba do piekła. Nie umiem utrzymać ciąży, jestem zerem. Długo tak o sobie myślałam - mówi Marzena.

- W sprawach dzieci odmawiałam sobie prawa głosu, nie wtrącałam się do wychowania bratanka. Nie wytrzymałam tylko raz. Bratowa niemal zmusiła chorą mamę, żeby przyjechała popilnować wnuka. Ona się zgodziła, ja zaprotestowałam: "Mamo, nie możesz być pogotowiem na każde żądanie". I usłyszałam: "Co ty możesz wiedzieć, nie masz dzieci, żyjesz tylko dla siebie. Jesteś egoistką".

Egoistka, zła kobieta, nie powinna zabierać głosu, żartować, tańczyć. Nigdy nie tańczyłam. Kiedy inni zaśmiewali się z dowcipów przy stole, ja się karciłam, że mi wesoło.

Teraz my

Wieczór w ich domu kilka lat temu. Marek czyta "Politykę", Marzena obserwuje go znad swojej książki. - Miałam takie dni, że wydawał mi się obcy, dziwny. Dlaczego nie chce adopcji? Tłumaczył: nie umie pogodzić się z myślą, że dziecko nie miałoby naszych genów, rysów. Rozumiałam, gdy miałam lepszy humor, chandra robiła ze mnie buntowniczkę: a dlaczego on nie pomyśli o moich potrzebach, dlaczego nie chce spróbować? Oceniałam: samolub. Dziś wiem, że go krzywdziłam. Wtedy mało dbałam o jego uczucia, w ogóle o niego - opowiada Marzena.

Uśmiecha się. - Jakieś trzy lata temu Marek kupił mi w prezencie złote kolczyki. Powiedziałam: "Przecież nie mam dziurek w uszach". A on: "To zrób". Wcześniej nie zwracał na to uwagi. Kolczyki chyba komunikowały: bądź dla mnie piękna - mówi Marzena. Przed wejściem do kosmetyczki krótko się waha - uszy przebijają dziewczyny, nie czterdziestolatki. Jest sens? - Po powrocie do domu pierwszy raz odważyłam się pomyśleć: a może jednak mam prawo do życiowych przyjemności? I tak dużo przecierpiałam, choćby dlatego należy mi się szacunek.

To były jeszcze nieśmiałe myśli. Nawet kiedy zapisałam się na aerobik, było mi głupio, że będę robić coś dla siebie - opowiada Marzena. Dziś ma na sobie jasny sweterek, sporo biżuterii. - Ta kobiecość we mnie rosła. Marek kupował perfumy i szeptał do ucha, że jestem ładna. Przestawałam czuć się z tym niezręcznie.

Powtarzałam sobie: "Nie możesz całe życie chodzić z podkulonym ogonem. Los cię znokautował, fakt. Ale teraz już się podnieś. Jest obok ciebie superfacet, jutro jedziesz z nim na rower, w październiku do Chorwacji. Ciesz się". Zobaczyłam, że mój mąż jest przystojny, dowcipny, że oglądają się za nim kobiety. Jakbym odkryła go drugi raz. Już nie jako ojca moich ewentualnych dzieci, ale jako mężczyznę. To było ekscytujące. Jest.

Musi boleć

Przez kuchenne okno Marzena widzi sąsiadkę odśnieżającą podjazd do garażu. Marek otacza żonę ramieniem, żartuje: "Widzisz, ma troje dzieci, a żadne się nie ruszy. A może nasze też by były leniuchami?". - Już stać nas na dystans, nie jest źle - mówi Marzena. - Przestałam być kobietą z defektem. Tym bardziej mnie dotyka, kiedy jednak dostaję sygnał: kategoria druga - Marzena opowiada historię sprzed pół roku. Jej firma ma kłopoty finansowe, plajtuje. Szef ogłasza: zaległe pensje będą wypłacane etapami - najpierw wielodzietni, bezdzietni na końcu. - Byłam wściekła: dlaczego? Czy ja mam ograniczone prawa?

Albo to: w nowej pracy ustalamy plan urlopów. Mnie nikt nie pyta o terminy. Słyszę dobrze znany argument: "Pani nie ma dzieci, może się pani dostosować do tych, co chcą wyjechać w wakacje". To przecież dyskryminacja. Ale mam tupać ze złości? Odpuszczam, choć jest mi przykro. Wczoraj była u mnie sąsiadka. W kuchni pachniały placki ziemniaczane. Wzruszyła ramionami: "Moje dzieci pojechały w góry, zostaliśmy sami z mężem, nie gotuję obiadów. Dla dwóch osób się nie opłaca". To boli jak cholera. Przecież dwoje to też rodzina, prawda? - pyta Marzena. I dodaje ciszej: - Chociaż sama w to uwierzyłam, kiedy jestem na ślubie kogoś znajomego, modlę się gorąco: Boże, tylko daj im dzieci.

Weź udział w dyskusji!

Na następnej stronie - historia Justyny

Justyna. 39 lat, warszawianka

Prowadzi firmę kosmetyczną, były mąż Wiktor pracuje w mediach. Są po kilku próbach in vitro. Justyna nigdy nie była w ciąży.

A co z nazwiskiem?

- Last minute, czyli ile? Tysiąc dziewięćset? Proszę zarezerwować - Justyna decyduje od ręki. Tarifa w południowej Hiszpanii. Pojedzie. Tam są teraz świetnie fale, posurfuje, popływa. Rok temu było jezioro Garda, zimą narty w Słowenii. Ciągle coś. - Nie może być pusto - mówi. - Jestem aktywna, nie zaszyłam się w domu, nie płaczę po kątach. Nie mogę przegrać życia...

Jej mieszkanie to wielki bałagan. Torby podróżne nie zalegają w szafach, wciąż są potrzebne, wymieniane, napełniane. Justyna nie lubi domu. - Jest źle. Za cicho, za zimno. Kiedy wieczorem gaszę światła, natychmiast włączam byle jaką telewizję. Nie miałam takiego pomysłu na życie: singielka, sama z wyboru. Same są stare panny albo wdowy. Mój mąż nie umarł - mówi. Na szafce stało kiedyś zdjęcie Wiktora. Wysoki blondyn w sztruksowej marynarce.

Po rozwodzie Justyna porwała je i spuściła w toalecie. Wiktor to drań. Zostawił ją, bo nie dała mu syna. - Jego matka, profesor chemii, powiedziała: "Ty, Justyna, uważaj, bo go stracisz. Nie ma u nas męskich potomków, a nazwisko nie może zginąć". Myślałam: idiotka. A ona miała rację - mówi Justyna.

Opowiada: - Planowałam, że będę mieć normalną rodzinę: męża, dzieci. Nie szybko, bo oboje z Wiktorem chcieliśmy najpierw poużywać życia. Byliśmy w Peru, w Japonii, nurkowaliśmy, schodziliśmy Alpy. Było świetnie. Po trzydziestce zaczęłam czuć bardzo silny instynkt - po prostu przyszedł mój czas.

Boczne wejścia

Wyobrażała sobie, że raczej będzie chłopiec. Że poślą go do prywatnego przedszkola na Żoliborzu, potem do szkoły Przymierza Rodzin. Że będzie mu kupowała spodnie w Zarze i zapisze na karate. - Dobrze zarabialiśmy, mieliśmy pieniądze na różne terapie - na inseminację, kolejne próby u znanego profesora. Na in vitro wydaliśmy tyle, że moglibyśmy za to jechać kilka razy dookoła świata. W sumie siedem lat starań.

W kuchennej szufladzie pudełeczka z testami ciążowymi. Potem następne. Nadzieja przed każdym testem rozsadzała mi głowę, ciało. I zawsze to samo: jedna kreska, czekanie na drugą, nic. Więc kopanie w ścianę, test ląduje w koszu, ubikacji, pod obcasem. Raz zgniotłam go w dłoni, poraniłam palce ostrym plastikiem. Byłam wykończona - opowiada Justyna. - Nie lubię o tym mówić. To zamknięty rozdział. Nie pamiętam, które z nas powiedziało: może już dość? Pamiętam, że chciałam wziąć urlop od tego problemu, gdzieś się zaszyć, wyjechać. Odkryłam, że... bez Wiktora. Byliśmy sobą zmęczeni. Wiktor wypalony, ja miałam nerwy na wierzchu...

Justyna widzi siebie sprzed pięciu lat: dobrze ubrana, zgrabna, z własną firmą, kilkoma kartami kredytowymi w portfelu. Niby w porządku. Ale unika miejsc, gdzie bywają dzieci - na basen jeździ wcześnie rano, do Ikei wchodzi bocznym wejściem oddalonym od placu zabaw, wykręca się od przyjścia na jasełka do przedszkola siostrzenicy chrześniaczki. Gdy jej pracownice informują o ciąży, gratuluje i idzie płakać w samochodzie. Nie przyjeżdża na firmowe rodzinne pikniki.

- I miałam obsesję reklam. Trzy czwarte to filmiki, gdzie mama i tata tulą, pielęgnują, pakują do samochodu, ubierają, karmią dziecko. Nie mogłam na to patrzeć. A jednocześnie nie potrafiłam oderwać wzroku. Siedziałam przed telewizorem, zmieniałam histerycznie kanały, aż przychodził Wiktor i mówił: Przestań. Potem dał spokój. A ja płakałam nawet przy reklamie papieru toaletowego, za którym biegnie szczeniak.

Jeszcze będzie wspaniale?

Rozwód bez orzekania winy pasował do sytuacji. - Jedno uratowaliśmy: godność. Nie obrzucaliśmy się zarzutami: to przez ciebie nie mamy dziecka - opowiada Justyna. Kiedy byli małżeństwem, nerwy im puszczały. Justyna pamięta wizytę w ośrodku adopcyjnym. - Tylko chcieliśmy sprawdzić możliwości, poznać procedurę. W trakcie rozmowy ja się zapalam, z Wiktora uchodzi powietrze. W domu mówi: "Bez sensu, to będzie trwać latami". Ja na to: "Łatwo rezygnujesz". I już ping-pong: "Nie masz wyobraźni, a jak wcisną nam dziecko chore? - Nie masz serca, chore dzieci też chcą mieć rodziców. - Chcesz chore dziecko? - Sam jesteś chory". Raniliśmy się niepotrzebnie. Zwłaszcza że oboje tylko przymierzaliśmy się do adopcji - opowiada Justyna.

Po rozwodzie postanawia: nigdy w życiu nie zadzwoni do Wiktora, porwie fotografie, nie będzie się dowiadywać, co się u niego dzieje. - Bzdura. Tropiłam go. Podświadomie czekałam na moment, kiedy się dowiem, że ma dziecko. I to się stało. Myślałam, że oszaleję z zazdrości, z odświeżonego poczucia własnej klęski - wyznaje. To było trzy lata temu. Wtedy pierwszy raz spakowała wielką pomarańczową torbę. - Ruszyłam do Afryki, mam w Tanzanii przyjaciółkę, która prowadzi hotel. Działałam jak maszyna - telefon do niej, bilet, urlop, nagle znalazłam się w obcym miejscu. I to mnie uratowało. Tam nie było tzw. życzliwych - mówi.

Liczy warszawskich znajomych: - Zostało mi z pięć osób, których nie musiałam się bać. Za atak uważałam przejawy współczucia i dobre rady: że jeszcze się ułoży, znajdę kogoś, może jeszcze urodzę, jak tylko odpocznę, organizm wróci do życia. Grzecznościowe zwroty, po których wpadałam w nowy dołek - grzebałam w pismach dla kobiet, gdzie było mnóstwo dobrych przykładów: urodziła po czterdziestce, adoptowała i jest szczęśliwa, wyszła z zakrętu. Siedziałam nad fotografiami uśmiechniętych optymistek i piłam coraz więcej wina. Czy to mogłoby dotyczyć także mnie? Nie musiałam o tym myśleć, wspinając się po skałkach. Znalazłam kolejne nowe zajęcie. Wciągnęło mnie.

Dzieci są nasze

Justyna pakuje swoją terenówkę: trekkingowe buty, koce, plecak, piłka. Pierwszy raz bierze w Beskidy siostrę z córką. - Babski wypad - śmieje się. - Muszę zacząć uczyć Natalkę różnych życiowych mądrości, na przykład, że facetów trzeba traktować z góry - żartuje. I dodaje: - Tak naprawdę układam sobie od początku stosunki z otoczeniem, z dziećmi. Nie chcę być dziwaczką, uciekinierką od realnego życia.

Scena na ulicy. Dziewczynce stojącej pod budką ze słodyczami lecą na chodnik pierniki kupione przez mamę. Mama wpada w szał: "Niemota, debil, wariacji można dostać!". Mała szlocha, matka szarpie ją za sweterek, za włosy. Justyna podchodzi, patrzy kobiecie w twarz: "Proszę nie bić córki. Nie chce jej pani? Ja chętnie ją wezmę!". - Kiedy widzę taką sytuację, natychmiast wskakuję w skórę dziecka, czuję jego krzywdę. Myślę, że reaguję inaczej niż kobiety mamy. One prawdopodobnie starają się zrozumieć poirytowaną matkę: może ma gorszy dzień, jest zmęczona, mała dała jej w kość. Nie mając tego rodzaju empatii, jestem bezkompromisowa. To jakiś plus mojej pozycji nie-mamy. Dostrzegłam go i teraz reaguję zawsze. Już nie boję się zarzutu: nie masz prawa się wtrącać, bo nie wiesz, jak to jest. Choć nie mam dzieci, szanuję je. Można być dobrym człowiekiem, nie będąc rodzicem, naprawdę.

Weź udział w dyskusji!

Na następnej stronie - historia Matyldy

Matylda, 36-latka, grafik komputerowy z Łomży

Mąż Jakub jest nauczycielem angielskiego. Jako katolik był przeciwny in vitro - nie godzi się na metodę zakładającą przechowywanie niewykorzystanych zarodków. Matylda nie wie, czy umiałaby kochać dziecko, którego nie nosiła w brzuchu, boi się adopcji.

Kurtka dla Wandzi

- Miałam psa pekińczyka. I stałą trasę na spacerze: betonowa aleja przez środek osiedla, zakręt, uliczka wzdłuż kortu, zakręt, chodnik koło sklepów, zakręt, betonowa aleja. Rano trzy kółka, wieczorem cztery. Biedny pies. Obok jest park. Dlaczego nie park? Bo tam są dzieci - mówi Matylda. - Byłam obłędnie zazdrosna. Dziecko przynosi matce patyk, kamień, piórko, liść - odwracam głowę. Matka wyrzuca po kryjomu "śmieci", ja jestem gotowa biec, zbierać, przytulać do twarzy. Dziecko ciągnie, żeby iść na zjeżdżalnię, matka chce czytać gazetę, ja myślę: Wariatko, czego siedzisz, ja bym pobiegła natychmiast - opowiada.

W centrum handlowym staje przed sklepami z dziecięcymi ubraniami. - Nie chcę tego, ganię się: idź, nie histeryzuj. I nie mogę oderwać oczu od różowej kurtki z miśkiem wokół kaptura. Chyba byłabym dobrą matką dziewczynki. Joli albo Wandzi, nigdy do końca nie postanowiliśmy, jak miałaby na imię. Gdyby była podobna do Kuby, byłaby ładna. Wysoka, mogłaby mieć dzisiaj kilkanaście lat. Chodziłaby w conversach czy czółenkach? Codziennie odganiam setki takich myśli - mówi Matylda.

U jubilera szuka wisiorka dla przyjaciółki, zatrzymuje się przy gablocie ze srebrnymi smoczkami, łyżeczkami. Skojarzenie: chrzciny. - Od razu wymyślam, jak ubrałabym do chrztu moje dziecko, w którym kościele ceremonia, co na obiad dla gości - planuję i przez chwilę się tym cieszę. A potem znowu ból gdzieś pod brzuchem.

U fryzjera. Matylda przegląda katalog ze zdjęciami fryzur, zatrzymuje się na stronach z fotografiami dzieci. - Koczek nie, warkocze nie, czesałabym ją o tak - w "grzybek" ścieniowany nad szyją, z grzywką i pazurkami przy uszach. Zamykam katalog, boli brzuch. To nie ma końca - mówi Matylda. Od sześciu lat wie, że nie będzie miała dziecka.

Wydmuszka

- Pierwsze dwa lata to żal, którego nie można się pozbyć. Czemu ja? Za co to kara? O bezpłodności myśli się jak o raku albo wypadku, po którym traci się wzrok, nogi, mowę. Inni są normalni, ja nie - opowiada Matylda. W gabinetach lekarzy słyszy: trzeba próbować, cuda się zdarzają. W cuda nie wierzy, ale w poczekalni u ginekologa zauważa: ta pani była tu rok temu bez brzucha, a teraz jest w ciąży.

Wieczorem kocha się z Kubą z entuzjazmem. Ale nic, znowu nic. Jaka jest naiwna, żałosna... - Jest poczucie, że los ci zrobił głupi żart - wyglądasz jak twoja matka i siostra, jak przyjaciółka, sąsiadka, a może nawet jesteś od nich ładniejsza, bardziej kobieca. Ale one mają dzieci, ty - nie.

Kiedyś dostałam w prezencie przywiezioną z Krakowa bombkę w kształcie lalki w kolorowej spódnicy, z czerwonymi ustami. Długo patrząc na siebie w lustrze, widziałam malowaną wydmuszkę, czułam, że w środku mam tylko powietrze.

W łóżku mąż kładł mi rękę na brzuchu, ja drętwiałam: nigdy nie położy jej na wielkim, ciężarnym brzuchu, w którym poruszy się jego dziecko. Kobiety w ciąży oskarżałam o spisek typu "Mamy cię!" - wychodziły zza każdego rogu. Nienawidziłam ich luźnych tuniczek, płaskich butów. Zastanawiałam się, jakie to uczucie, kiedy rosną piersi, a rano budzą cię wymioty. Tęskniłam za tym. Na widok kolejnej miesiączki płakałam, ciągnęłam się za włosy, plułam w lustro - opowiada Matylda.

- Następne dwa lata: godzenie się z losem. Jeszcze powrót do myśli: może adopcja - przywołuje najmocniejsze wspomnienie z tamtego czasu: ona przed lustrem, pod luźnym swetrem poduszka. - Robiłam to, gdy nikt nie widział. Macierzyństwo kojarzyło mi się po pierwsze z tym widokiem. Nie chciałam dziecka, które nie pochodziłoby ze mnie, nie rosło we mnie. Potrzeba przeżycia "stanu odmiennego" była silniejsza niż chęć uszczęśliwienia jakiegoś malucha z domu dziecka. Może to brzmi okrutnie, ale tak czułam - mówi.

O kolejnych latach: - Już smutek, a nie wściekłość. Obce dzieci stały się przezroczyste. Próbowałam je akceptować, ale nie chciałam, żeby mnie dotykały, zauważały, mówiły "ciociu". Słyszałam: dziwaczka, nie ma instynktu. I walczyłam, żeby się nie rozpłakać, kiedy ciepła rączka mojego siostrzeńca podawała mi landrynkę - wspomina. - Resztką zdrowego rozsądku apelowałam do siebie: "Dostaniesz obłędu, jak nie wyjdziesz do ludzi. Kup jakąś kieckę, umaluj się, idź na pizzę". Tłumaczyłam: "Zobacz, świat cię lubi taką, jaka jesteś". Nie miałam racji.

Nie kopcie

Trzy lata temu. Wizyta księdza po kolędzie. - "Jakoś pusto, gdzie dzieci, na feriach? - ksiądz rozsiada się na kanapie. Matylda zaciska usta w kreskę, Kuba tłumaczy: - Nie mamy dzieci. Mruczenie: - Taaak, ludzie są dzisiaj wygodni... Matylda z zimnym uśmiechem: - A ksiądz ile ma dzieci?". - Złośliwość przychodziła mi łatwiej niż przyznanie się: jestem bezpłodna. Nie chcę się z tym afiszować. Bo co mogę usłyszeć? Raz było "bidulka...", raz "nie załamuj się, są nowoczesne metody...".

Nigdy nie usłyszałam: "Kurczę, stara, musi ci być ciężko, chcesz pogadać?". Chybabym chciała. Ale ludzie nie wiedzą, jak do mnie podejść. Wolą milczeć, taktownie zmieniać temat, jeśli akurat rozmowa dotyczy dzieci na koloniach albo becikowego.

Dyplomatycznie nie jestem zapraszana na imprezy do szczęśliwych rodziców noworodka. Lepsze to niż agresja, bo i z tym się spotkałam - Matylda opowiada scenę: ona i koleżanka z pracy w przerwie na kawę. Matylda dostała podwyżkę, tamta nie. Koleżanka: "No i co, zadowolona? Jakbym ja miała tyle czasu co ty, też bym przekraczała normy. Marta milczy. - Nie jest ci ani trochę głupio? W końcu to moje dzieciaki będą cię utrzymywały na emeryturze, daj pożyć innym". Marta wybucha: - Ale to ja płacę podatki na ich przedszkole i lekarza!". - Prymitywna, niepotrzebna wymiana zdań. Byłam na siebie wściekła, że dałam się sprowokować. W domu odryczałam swoje.

To oczywiste, że ludzie są wychowani dobrze albo źle. Są taktowni lub gruboskórni. Ale kopniak zawsze boli. "Pociesz mnie, Kuba", uciekam w takich sytuacjach do męża. Tylko on wie, co czuję. Problem w tym, że ja nie wiem, co czuje on.

Czym to pachnie

Kuba w aptece. Prosi o syrop, kobieta za ladą ma ładny biust opięty białym fartuchem. Matylda stoi z tyłu, ale jest pewna, że Kuba patrzy teraz w dekolt farmaceutki. Ona już jej nie lubi, w duchu nazywa dziwką. - Wczoraj w kinie chłopcu rozsypał się popcorn. Kuba rzucił się do pomocy jego mamie, robili razem porządek na podłodze i wyglądali jak rodzina. Chciało mi się wyć.

Za każdym razem, kiedy mój mąż patrzy na inną kobietę, ja mam w głowie: on się na pewno teraz zastanawia, ile i jakie dzieci ona urodziła, czy karmiła piersią, czy jest dobrą matką - pewnie tak, pewnie gdyby miał TAKĄ żonę, byłby dziś szczęśliwszy, jeździłby z synem rowerami do Białowieży i grał na komputerze w Dooma.

A ja? Ja mogę go zabrać tylko na spacer z psem - wciąż się oskarżam. Sprawdzam sms -y w jego komórce. Przykro mi, ale tak robię. Obwąchuję swetry, przeglądam kwitki parkingowe. Nie szukam dowodów. Spodziewam się ich. Spodziewam się, że Kuba kiedyś mnie zdradzi. A może nawet zostawi. Przecież to jest prawdopodobne. Bardzo łatwo wyobrażam sobie kobietę, która patrzy mu w oczy i mówi: "Jesteś świetnym facetem, chciałabym mieć z tobą dziecko". I co robi on? Co ja bym zrobiła na jego miejscu, gdybym była mężczyzną? Bardzo boję się odpowiedzi na to pytanie. Póki jestem ładna, mam niepomarszczoną twarz i chętnie uprawiam seks - OK. Dalej - nie wiem.

Mały lokal na osiedlu Matyldy. Kiedyś była tu galeria, potem nic. Matylda postanowiła: wynajmę. - Ostatnie dwa lata to uspokojenie. Już nic nie wskóram. Dzieci istnieją, są nie moje, nie zmienię tego. Siedmioletni syn mojej siostry jest miły. Fajny. Odkryłam, że go... kocham. Dziwne uczucie. Kiedyś przyszedł, poprosił: "Ciocia, narysuj mi konia, pani kazała". Rysowaliśmy razem. Nie bolało mnie już patrzenie na jego włoski, śmieszne miny. Nawet dobrze czułam się w roli ciotki. Poza tym umiem rysować, ostatecznie jestem grafikiem, mogę się przydać. To była sympatyczna myśl: mogłabym pobyć z dziećmi od czasu do czasu, po co się na nie obrażać.

Dzieci są super. Kiedyś prowadziłam warsztaty grafi ki komputerowej dla dorosłych, to może teraz dla maluchów? Wynajęłam lokal po galerii. Ruszyliśmy po wakacjach. Mam w sobie dużo dobrej energii, którą mogę podać dalej. Nie ma sensu jej zamrażać - mówi Matylda. Justyna wraca do równowagi, latem planuje wyjazd w Dolomity, może zabierze siostrzenicę. Marzena szuka nowej pracy. W CV wpisuje: zamężna, bezdzietna. Bez wstydu.

Weź udział w dyskusji!

Agnieszka Litorowicz-Siegert

Twój STYL 5/2010

Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy