Reklama

Reklama

Nie tylko Jadwiga. "Damy Władysława Jagiełły" obalają stereotypy

"Naszym zadaniem, jako mężczyzn, jest podjęcie próby odpokutowania za te 1000 lat zakłamywania historii" – mówi Kamil Janicki w wywiadzie na temat swojej najnowszej książki "Damy Władysława Jagiełły". Dlaczego rolę kobiet w ważnych wydarzeniach, takich jak bitwa pod Grunwaldem bagatelizowano?

Aleksandra Waleczek, Styl.pl: Pana książki sprzedały się w nakładzie przekraczającym 200 tys. egzemplarzy, a to naprawdę świetny wynik. Łamie pan pewnego rodzaju historyczne tabu. Skąd takie podejście?

Kamil Janicki, historyk, pisarz i publicysta, autor książki "Damy Władysława Jagiełły":

- Mam wrażenie, że w Polsce autorzy mają tendencję do uprawiania historii utartymi szlakami, ciągłego powracania do tych samych tematów. Ile znajdziemy w księgarniach książek o Hitlerze, Piłsudskim czy Stalinie? Wałkowane są te same ujęcia, te same postaci, a przecież historia była dużo szersza i ciekawsza. Dlatego właśnie w moich książkach tak często występują kobiety. Są bohaterkami, bo o nich najrzadziej pisano.  

Czytając wiele książek, można odnieść wrażenie, że rola płci pięknej w kształtowaniu historii świata została ograniczona do minimum, a kobiety opisywane są bardzo stereotypowo. Z pana książki wynika, że to nieprawda.  

- Jest taką, powiedziałbym, dziejową zbrodnią, że z polskich władczyń zdecydowana większość nie ma ani jednej biografii. Wieloma nigdy bliżej się nie zajmowano. To mnie zaskakuje za każdym razem, gdy się pochylam nad jakimkolwiek wycinkiem historii. Tak jest też z rządami Władysława Jagiełły, nawet w tym znanym powszechnie momencie dziejowym. Każdy kojarzy Jadwigę Andegaweńską, ale na tym wiedza się kończy. O trzech kolejnych żonach Jagiełły co najwyżej powtarzamy legendy i plotki. A i to rzadko.

- Zauważyłem, że od tysiąca lat Polacy spoglądają na wpływowe kobiety tylko przez pryzmat skrajności. To, co wymyślili średniowieczni kronikarze, będący strasznymi seksistami, powielamy do dzisiaj. O nielicznych władczyniach mówi się, że były piękne, idealne, święte. Ale taki obraz dotyczy właściwie tylko tych księżnych czy królowych, które przyczyniły się do rozwoju wiary, na przykład Jadwigi czy Dobrawy. Pozostałe, jeśli są pamiętane, to jako złe sekutnice, oszustki, "żmije". Tak się pisze m.in. o Judycie Salickiej, Bonie Sforzy czy Ludwice Marii. Mamy więc tylko skrajności, a tymczasem niemal każda z władczyń, w każdej epoce, próbowała dla siebie wywalczyć pole działania, wpływy. Niezależnie od tego, czy były kobietami najbardziej aktywnymi, majętnymi, wyjątkowo utalentowanymi, jako monarchinie zawsze brały udział w przełomowych wydarzeniach. Przecież na przykład Grunwald to jest historia Jagiełły, ale też dwóch jego żon, z których jedna pomogła zasponsorować tę bitwę, a druga niemalże została regentką w czasie toczonych walk. Z kolei jej rodzinne powiązania uchroniły nas przed porażką. Ale o tym się nie opowiada. 

Reklama

Dlaczego tak rzadko mówi się o tym, że do spektakularnych sukcesów przyczyniały się również kobiety?

-  Ponieważ do schyłku XIX wieku historią w Polsce zajmowali się tylko mężczyźni. Kobiet nie dopuszczano do takiej roli, co zresztą było pewnym ewenementem, bo na Zachodzie, np. w Niemczech już w X wieku historię spisywały również kobiety. We Francji też mamy wiele kobiet zajmujących się dziejopisarstwem, natomiast nad Wisłą pierwsi kronikarze całkowicie ignorowali istnienie drugiej płci. Gall Anonim, w najstarszej polskiej kronice, tylko trzy kobiety wspomniał z imienia, z których jedna była postacią fikcyjną, więc można było pomyśleć, że w tym kraju kobiety to jakieś bardzo rzadkie zjawisko. Takie ujęcie nam zostało na stałe, bo choćby Jan Długosz, który opisuje historię czasu Władysława Jagiełły, też jest człowiekiem patrzącym na kobiety podejrzliwie, z wielkimi uprzedzeniami. Szukał smakowitych plotek, skandali, a nie widział kobiet jako aktywnych bohaterek historii, chyba że były one ważne dla kościoła. Jednak nawet o Jadwidze Andegaweńskiej opowiadał paskudne rzeczy. I tak aż do XIX wieku mężczyźni po swojemu układali historię.

Czyli teraz następuje zmiana perspektywy?  

- Świetnie, że coraz więcej kobiet pisze o historii. Nie tylko historii kobiet, ale ogółem. To jednak nie znaczy, że mężczyźni, historycy, powinni czuć się zwolnieni z obowiązku uczciwego opowiadania o przeszłości. Myślę, że naszym zadaniem, jako mężczyzn, jest podjęcie próby odpokutowania za te 1000 lat zakłamywania historii i pokazanie, że polskie dzieje były dużo bardziej złożone. To wcale nie jest trudne. Nie trzeba niczego dorabiać i zmyślać. Gdy spojrzymy na źródła, na fakty, na podstawy naszej wiedzy historycznej, okaże się, że kobiety często osiągały dużo więcej od swoich mężów. Jeśli popatrzymy na tę historię bez próby powielania tylko plotek i stereotypów, okaże się, że władczynie były naprawdę aktywne, odgrywały kluczową rolę. To widać na przykładach z każdej warstwy społecznej czy epoki. Ja akurat wybrałem spojrzenie na najwyższe elity państwa, bo takie ujęcie pozwala opowiadać z innej strony o przełomowych wydarzeniach. Tych wszystkich punktach zwrotnych, gdy królowe miały do powiedzenia niemal równie wiele, a czasem nawet więcej niż królowie.

W najnowszej książce pisze pan o losach żon Władysława Jagiełły. Jakim król był mężem? 

To są cztery historie bardzo trudnych relacji na różnych płaszczyznach. Jagiełło był oczywiście wielkim królem, ale prywatnie  — okropnym człowiekiem. Myślę, że większość z nas nie chciałaby wchodzić z nim w zażyłe stosunki. Z kronik wyłania się obraz niedotykalskiego podejrzliwca, wszędzie węszącego zdradę, podstępy. Nie pozwalał, by ktokolwiek dotykał jego rzeczy lub stroju, nie pił niczego poza wodą, by łatwiej wyczuć truciznę, bywał skrajnie przesądny. Łatwo zrozumieć jego podejście, bo dwóch braci króla zginęło w zamachach, a sam Jagiełło urządził mord na swoim stryju. Tak wtedy prowadzono politykę. Nie zmienia to faktu, że paranoidalna natura władcy stale odbijała się na jego żonach. 

- Władysław Jagiełło ciągle oskarżał je o nielojalność i romanse. Niewierność zarzucał zarówno Jadwidze Andegaweńskiej, Annie Cylejskiej, jak i wreszcie czwartej małżonce, Zofii Holszańskiej. To był człowiek żyjący w niemalże patologicznych lękach. 

Jadwigą Andegaweńską chyba nie tworzyli najlepiej dobranej pary. 

- Zupełnie nie, zresztą oni prawie się nie widywali. Były lata, kiedy spędzali w tym samym miejscu niewiele więcej niż miesiąc. Ale to jeszcze nie znaczy, że wspólnie, ponieważ jedli w osobnych salach, mieli osobne dwory i często przez wiele dni nawet się nie mijali. Jagiełło unikał Krakowa i Wawelu, jak tylko się dało. 

Na następnej stronie historia domniemanego romansu drugiej żony Jagiełły z dwoma kochankami naraz! >>>

A co do Anny Cylejskiej, przedstawia pan ciekawy fragment na temat jej intensywnych igraszek na dworze... od których aż podłoga się zawaliła. 

- To może brzmieć zabawnie z naszej perspektywy, ale pomyślmy o dramacie tej biednej kobiety, kiedy jej mąż szczerze wierzył, że ona romansuje z dwoma kochankami naraz. Nie wiadomo do końca, co stało się z podłogą w sypialni królowej. Chyba nie runęła zupełnie, bo nie było ofiar w ludziach, Anna też nie odniosła obrażeń. No, ale doszło do jakichś zniszczeń i Jagiełło rzeczywiście przez kilka miesięcy był święcie przekonany, że ta jego "brzydka żona", bo tak o niej mówił, przyprawia mu rogi najpierw z dwoma, a potem już z trzema rycerzami. To jest przykład tego, jak otoczenie było w stanie manipulować zazdrosnym królem. W rzeczywistości Anna chyba po prostu próbowała budować sobie wpływy polityczne. Spotykała się z doradcami w najbardziej dyskretnym miejscu, pozwalającym na poufne rozmowy. Nie było w tym nic skandalicznego. Wtedy sprawy najwyższej wagi, najważniejsze pertraktacje, załatwiano właśnie w sypialniach. 

Która spośród czterech żon Jagiełły jest pana ulubioną?

- Myślę, że najciekawsza postać to Elżbieta z Pilczy. Jej historia jest tak niesamowita, że przez stulecia historycy powątpiewali w jej prawdziwość. Znane dziś dokumenty nie pozostawiają wątpliwości, że Elżbieta, która była jedną z najbogatszych i najlepszych panien na wydaniu w Polsce, została jako nastolatka porwana, wywieziona za granicę, zmuszona do ślubu, zapewne też wykorzystana seksualnie. Jej historia jest dramatyczna, romantyczna i sensacyjna zarazem. Uprowadził ją sojusznik Krzyżaków, Wiseł Czambor, może działający na zlecenie samego wielkiego mistrza. Potem pewien morawski rycerz, wynajęty przez polskiego króla, uratował dziewczynę, sam poprosił ją o rękę, a porywacza wyśledził i zamordował. Gdy i on umarł, Elżbieta powróciła do Polski, próbowała odzyskać swoją renomę. Wyszła wreszcie za dużo gorszego kandydata, niżby chciała, ponieważ po tych wszystkich strasznych przejściach otaczała ją toksyczna opinia. Z perspektywy mężczyzn wszystko, co przeżyła, było wyłącznie jej winą. 

 - Jej trzeci mąż, Wincenty Granowski, zadłużał się do tego stopnia, że musiał podkradać majątek własnej teściowej. Prowadził z nią swoistą wojnę domową, procesował się, a jednocześnie stale był bankrutem, nawet jako mąż jednej z najbogatszych Polek. Gdy i on umarł, zresztą w zamachu, Elżbieta niespodziewanie została żoną samego Władysława Jagiełły. 

Ona była niezwykle silną kobietą, a jak na tamtejsze czasy wręcz ewenementem. 

- Jej historia jest dość unikalna, ponieważ sama zarządzała swoim potężnym majątkiem. Odziedziczyła tę siłę po matce, która w 1386 roku została... matką chrzestną Jagiełły. To są takie detale z historii, o których w ogóle nie myślimy, ale żeby poganin Jagiełło mógł zostać polskim królem, wymagano, by ktoś poręczył za jego nawrócenie. Zadanie wzięła na siebie Jadwiga z Pilczy – najbogatsza, najbardziej samodzielna arystokratka w kraju. Na skutek tego aktu Elżbietę z Pilczy uważano za siostrę Jagiełły. Wprawdzie duchową, ale taka relacja uchodziła za nawet bliższą od pokrewieństwa krwi. To pogłębiało wielki skandal związany z ich ślubem. Król postanowił się ożenić z poddanką bez dynastycznego rodowodu, trzykrotną wdową, ofiarą przemocy seksualnej, matką kilkorga dzieci, kobietą w wieku niedającym nadziei na doczekanie się potomstwa z władcą, a do tego własną siostrą! Wybrał ją, bo była jego najbliższą przyjaciółką. Jedyną osobą, której całkowicie wierzył, miał do niej zaufanie. Pewnie też jedyną kobietą, jaką kiedykolwiek kochał. Odnotowano w źródłach, że dopiero po tym, jak się z nią ożenił, zaprzestał romansów, miłostek, do których podobno był wcześniej bardzo skory.

Jaka była ostatnia żona Władysława Jagiełły i co stało się z majątkiem Elżbiety z Pilczy? O tym przeczytasz na kolejnej stronie! >>>

A związek z Zofią Holszańską, z którą łączyło go podobne pochodzenie. Czy dał mu szczęście? Bo na pewno przyniósł mu upragnionego potomka... 

- Najszczęśliwszy w życiu był zdecydowanie u boku Elżbiety z Pilczy, na co mamy wiele dowodów. Związek był niezwykle kontrowersyjny. Jagiełło dwukrotnie groził, że porzuci polski tron, odda koronę i wyjedzie na Litwę, jeśli panowie nie zgodzą się na zaakceptowanie jego partnerki. Żenił się w tajemnicy, potem doszło do zadziwiającej sytuacji, kiedy został trafiony piorunem i oczywiście zaraz cały polski episkopat stwierdził, że to kara boska za ślub z siostrą chrzestną. Ale osobiście monarcha osiągnął to, co było dla niego niemożliwe u boku Jadwigi i Anny. Wreszcie nie bał się, że połowica wbije mu nóż w plecy. 

 - Ostanie małżeństwo, z Zofią Holszańską, dało mu spokój i kontrolę. Sam wybrał sobie żonę, ta zaś trwała w pełnym uzależnieniu od niego. Była bardzo młoda, a przez to sterowna, bo Jagiełło bał się samodzielnych silnych kobiet. Zofia Holszańska stanie się silną kobietą, ale dopiero w kolejnych latach, kiedy będzie walczyć o rolę polityczną swoich synów. 

 - Nie jest to związek oparty na miłości. Niektóre wątki z małżeństw Jagiełły trudno nam przełknąć z XXI-wiecznej perspektywy. Przynajmniej dwa, a być może i trzy, małżeństwa dzisiaj nazwalibyśmy pedofilią, a nie związkami. Jadwiga w momencie ślubu nie miała nawet 12 lat. Co do Zofii Holszańskiej, nie znamy dokładnej daty jej narodzin, ale mogła mieć mniej niż 15 lat, podczas gdy król był sześćdziesięciolatkiem. Lekarze zalecali podobno Jagielle, żeby związał się z jak najmłodszą dziewczyną, bo wtedy będzie mieć szansę na doczekanie się potomstwa. Poza tym król chyba faktycznie uwierzył, że najszczęśliwsze jest małżeństwo z osobą spokrewnioną. Elżbieta była jego siostrą duchową, a Zofia Holszańska bardzo bliską krewną z tej samej dynastii. Wydaje się, że Jagiełło liczył na tę więź, i rodzinną, i kulturową. Sądził, że może wierzyć tylko osobie, w której żyłach płynie ta sama krew. Z naszej perspektywy jest to coś kuriozalnego. 

Bał się silnych kobiet, ale jedyna kobieta, którą pokochał, była silna i niezależna. Elżbieta z Pilczy była taką kobietą.

- To jest oczywiście pewien paradoks, natomiast wydaje się, że Elżbieta była też osobą bardzo z nim zgraną. Jagiełło bał się kobiet, które będą działać wbrew niemu. Jadwiga Andegaweńska, im bardziej dojrzewała do polityki, tym bardziej kłóciła się z Jagiełłą, działała mu na przekór. Była koronowana nie na królową, lecz na króla Polski, więc miała status równorzędny ze swoim mężem, a nawet wyższy, gdyż uważano ją za dziedziczkę królestwa. Dochodziło do bardzo wielu zażartych sporów, kiedy Jadwiga stawiała na swoim, nawet kompromitowała męża. Jagiełło obawiał się takiej sytuacji, że kolejne żony również będą próbować prowadzić politykę za jego plecami. Z tego wynika jego wielka nieufność do Anny Cylejskiej, ale Elżbieta z Pilczy to była jego przyjaciółka. Kobieta, którą on świetnie rozumiał i która nigdy nie zrobiła niczego wbrew niemu. 

A ich relacja trwała na długo przed tym, zanim się pobrali... 

- Spotykali się wielokrotnie przed ślubem. Wiadomo o wizytach Jagiełły w Łańcucie w dobrach Elżbiety. Tam on czuł się bezpiecznie, prowadził najważniejsze spotkania. Jedna z narad przed bitwą grunwaldzką, toczyła się właśnie w Łańcucie, ale nie znamy jej treści, ponieważ Elżbieta potrafiła dochować tajemnicy. 

Zamek Elżbiety w Pilczy robił kiedyś wrażenie, a dziś to już ruiny. Czy myśli pan, że należałoby przywrócić mu dawną świetność? 

- Jestem sceptyczny wobec odbudowywania zamków, które całkowicie już popadły w ruinę. To rzadko się udaje tak, żeby zadowolić miłośników historii i turystów. Takich prób podejmowano wiele, np. w Wilnie na początku XXI wieku odbudowano, czy właściwie zbudowano od zera, zamek książąt litewskich. No i jest to atrapa, wydmuszka. Wygląda jak pomalowany biurowiec. Myślę natomiast, że jest bardzo ważne, żeby takie miejsca, jak zamek Smoleń, dawniej nazywany Pilczą, zachowywać w jak najlepszym stanie. Żeby można je było swobodnie zwiedzać, żeby one nie niszczały coraz bardziej. Bo to jest główny problem, że mamy te ruiny i one z roku na rok, z dekady na dekadę, jeszcze się rozpadają. 

- Poza tym, nawet kiedy je zwiedzamy, to widzimy mury, bez żadnego kontekstu. Przecież zwykły turysta, który rusza do Pilczy, nie ma żadnej wiedzy o tym, jak przełomowe postacie polskich dziejów tam działały. O tym, jak wielki wpływ Pilcza miała na historię Polski. To samo dotyczy też drugiego majątku Elżbiety, czyli Łańcuta. Tam jest piękny nowożytny pałac. Ale próżno szukać na ekspozycji wzmianki, że żona Jagiełły była właścicielką dworu, który wcześniej stał na jego miejscu. Myślę, że najważniejsze to, żebyśmy się starali pokazać tą historię, i żebyśmy nie pozwolili odejść jej zupełnie w zapomnienie.   

 Fragment książki Kamila Janickiego "Damy Władysława Jagiełły"

Przekaż 1% na pomoc dzieciom - darmowy program TUTAJ>>>
Zobacz także:

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy