Reklama

Reklama

Sekrety pałacowych sypialni

Dziś sypialnia to jedno z najintymniejszych miejsc w domu. A jak było ponad sto lat temu? Zadziwiające ciekawostki pozwalające poznać bliżej życie w polskich dworach i pałacach znajdziemy w książce Elżbiety Koweckiej "W salonie i w kuchni".

W początku wieku w dużych dworach bywały zazwyczaj dwie sypialnie: pani i pana domu, oraz dwie przyległe do nich ubieralnie. Jak już powiedzieliśmy wyżej, sypialnia nie była wówczas jeszcze pokojem tak bardzo osobistym, jakim stała się później. Przeciwnie, urządzona zbytkownie, służyła do szczycenia się jej przepychem przed domownikami i gośćmi, którzy rano asystowali — jeśli już nie przy wstawaniu z łóżka — to przynajmniej przy ostatnich zabiegach toaletowych pani czy pana domu.

Na przykład na księcia Adama Kazimierza Czartoryskiego co rano w jego ubieralni w Puławach czekali domownicy i oficjaliści, którym książę wydawał bieżące rozporządzenia, podczas gdy lokaj pudrował mu perukę (książę bowiem nosił się jeszcze na początku XIX w. dawną modą "z francuska").

Reklama

Szczególnym przepychem odznaczały się sypialnie wielkich dam. I tak, gdy synowa Heleny Radziwiłłowej, księżna Ludwika Pruska, przybyła po raz pierwszy do Arkadii, olśniona została — ale też i lekko zgorszona, jak na oszczędną Prusaczkę przystało — bogactwem urządzenia sypialni swej teściowej. Ściany tego pomieszczenia zdobiły freski przedstawiające panoramę Powązek, pod koniec XVIII wieku jednego z najpiękniejszych polskich ogrodów romantycznych zaprojektowanego dla Izabeli Czartoryskiej przez architekta Szymona Zuga. Malowidło przykrywała lekka, przezroczysta gaza, "jakby mgła". Od sufitu zaś zwieszał się "namiot z indyjskiego płótna tworzący baldachim nad łóżkiem".

Wielka miłośniczka wspaniałych wnętrz, księżna Helena Radziwiłłowa otaczała się przepychem nie tylko w Arkadii i Nieborowie. Przystrajała też — mimo gniewów skąpego męża — i swój warszawski pałac. To w nim właśnie w 1809 r. kazała upinać zdziwionemu tapicerowi owe "fałdy klasyczne" zapewne przy baldachimie nad łóżkiem, podpatrzone może w jakiejś zagranicznej rezydencji lub skopiowane z któregoś z francuskich wzorników meblarskich. Bowiem tak jak do salonu, tak i do sypialni, przynajmniej tych pałacowych, wkroczyła wówczas moda empirowa.

Oczywiście, nie wszędzie wyparła ona dawne meble. Np. oszczędna Anetka Potocka jeszcze w 1826 r. w jednej ze swych rezydencji w Horodle zachowała XVIII-wieczne wspaniałe łoże "drewniane, złocone, z materacem, dwoma wałkami, z pawilonem z adamaszku zielonego, z firankami zielonymi w białą kratkę, kitajkowymi, na wierzchu których kosz okrągły złocony, w którym strusie pióra". Jakże bowiem można było lekką ręką zdemontować taką wspaniałość lub choćby przesunąć do dalszych pokoi!

W wielu dworach nie zrezygnowano również ze skromniejszych, ale przecież też paradnych tak zwanych łóżek saskich. Były to sprzęty żelazne, stawiane "na pokój", wezgłowiem do ściany, zwieńczone bogatym "pawilonem" przystrojonym "frędzlami i sznurami", o firankach z ciężkiego jedwabnego lampasu, czyli materii w dwukolorowe pasy, na których rozrzucono duże bukiety kwiatow17. Boki łóżka, by osłonić nieładne, żelazne nogi, obstawiano "płotkami" zrobionymi z tej samej tkaniny co firanki.

Empire wprowadził do sypialni łoże w kształcie gondoli lub łodzi, wsparte na lwich łapach lub pazurach gryfa, mahoniowe, ozdobione brązami. Ustawiano je wzdłuż ściany na specjalnym drewnianym postumencie, którego stopnie obijano suknem. "Nad łóżkiem u sufitu był wbity kruk żelazny, a na nim zawieszana draperia zastępująca pawilon. Była ona z białego muślinu i floransu [lekkiego jedwabiu] cielistego.

Długie brety od sufitu spadały ku ziemi, ale nie osłaniały łóżka, tylko ujęte spięciem przytwierdzone były do czterech jego rogów. U wierzchołka była główka w kształcie baldachimu ozdobiona materią jak na firankach ze sznurami, frędzlami i kokardami". Takaż tkanina służyła za kapę. Po bokach łóżka kładziono dwie duże poduszki w kształcie wałków. Nierzadko do podtrzymania pawilonu używano odlanego z brązu złoconego orła, lwiej paszczy lub pary gołąbków.

By w dzień można się było wygodnie wyciągnąć bez konieczności rozburzania pościeli, w sypialni znajdował się zwykle i szezlong. Meblem nieodzownym stała się również toaleta, zwana też gotowalnią. Najpiękniejsze toalety empirowe to rodzaj mahoniowego stołu o marmurowym blacie, bogato przystrojonym brązami, zwieńczonego ruchomym lustrem wspartym na brązowych podpórkach. Ten bardzo kosztowny sprzęt zastępowano niejednokrotnie... sosnowym prostym stolikiem suto przybranym muślinowym czy tiulowym przykryciem o licznych falbanach, draperiach itp.

Te białe przykrycia kładziono chętnie na kolorowe "dno" — w ten sposób łatwo było mieć toaletę "ubraną" raz na błękitno, to znów na różowo czy lila. Na toalecie ustawiano lustro w srebrnej oprawie. Po porannych zabiegach całość sprzętu przykrywano "welonem", czyli zasłoną z przezroczystego białego muślinu lub zgoła koronkową, istotnie przypominającą welon panny młodej. Ten sposób przybierania toalety przetrwał z rożnymi odmianami do końca wieku.

Na gotowalni ustawiano kosztowne przybory toaletowe, najczęściej srebrne, rzadziej porcelanowe lub kryształowe. Były to: niewielka miedniczka, nalewki, pudła i pudełka do szpilek, pudru, różu itp., flasze na perfumy, ocet toaletowy, a w końcu oprawne w srebro szczotki do włosów. Leżała tu też nieodzowna poduszka do szpilek. Taki garnitur dostawała zwykle młoda panna w podarunku ślubnym. Przed toaletą stało niewielkie krzesełko bez oparcia w kształcie gondoli albo taborecik. Oświetlenia dostarczała alabastrowa lampa dająca łagodne, rozproszone światło. W oknach wisiały jasne firanki, na noc zaś zapuszczano rolety.

Ponieważ sypialnia — mimo wspaniałości łoża — rzadko już była pokojem tylko "na pokaz", a przede wszystkim spełniała rolę mieszkalną, obok sprzętów empirowych pojawiały się w niej i inne, w danej chwili potrzebne. Zresztą mało wówczas dbano o jednolitość stylową wnętrza, beztrosko ustawiając obok siebie sprzęty z rożnego drewna i z rożnych epok. Często jakiś mebelek przyniesiony do sypialni tymczasowo zostawał tam już na zawsze.

 Fragment pochodzi z książki Elżbiety Koweckiej "W salonie i w kuchni"

Styl.pl/materiały prasowe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy