Reklama

Reklama

Wakacje 1939 nad Bałtykiem

Co się tyczy Bałtyku, to jestem zdania, że posiada on urok, którego nie ma ani patetyczny Atlantyk, ani koronkowy i nieco przestarzały Adriatyk, ani też aroganckie i zgryźliwe Morze Północne - pisał o naszym morzu Stanisław Dygat. Aleksander Żabczyński, przystojny gwiazdor polskiego kina, powiadał: "Po co mi obce bogi, Skoro Gdynię mam u nogi" - pisze Anna Lisiecka w książce "Wakacje 1939". Jak wypoczywała ówczesna elita?

Fragment pochodzi z książki Anny Lisieckiej "Wakacje 1939":

Dygat znał dobrze Gdańsk, Sopot, a także Gdynię i wszystkie letniskowe miejscowości położone wzdłuż króciutkiego, bo liczącego zaledwie (wraz z Zatoką Pucką) 140 kilometrów polskiego wybrzeża. Nad Bałtyk jeździł od wczesnego dzieciństwa z rodzicami. Latem roku 1939 był mężczyzną niespełna 25-letnim, miał rozpoczęte studia na kilku wydziałach różnych warszawskich uczelni, a za sobą ubiegłoroczny debiut literacki na łamach prasy i już kręcił się wokół środowiska filmowego.

Reklama

Bałtyckie oczarowania Polaków

Perłą w koronie bałtyckich kurortów był Sopot, który na mocy traktatu wersalskiego przynależał do Wolnego Miasta Gdańska.

Zwykle oblegany, tętniący życiem i oferujący ekskluzywne rozrywki - tym razem w sezonie letnim nie przeżywał najazdu turystów, nie było tłumów. Bo tego lata wakacyjny klimat w kurorcie zakłócały złowróżbne znaki. Flagi ze swastyką na ulicach i bojówki skutecznie odstraszały przed wysiadaniem w Gdańsku lub Sopocie jadących slipingami lub mknących lukstorpedą do Gdyni i dalej na Hel. Latem 1939 roku - wedle danych Muzeum Historii Polski - do Sopotu zawitało zaledwie 2 tysiące gości!

A kilkanaście lat wcześniej mały Staś Dygat właśnie tu po raz pierwszy ujrzał morze. W Sopotach, jak wówczas mówiono. To musiał być rok "zaślubin z morzem" - 1920.

"Mogłem mieć wtedy pięć albo sześć lat. Byłem oszołomiony i zachwycony tą żywą ogromną masą wodną, ale nie podobali mi się Niemcy. Na plaży studenci niemieccy (...) zabawiali się ciskaniem w siebie meduzami, które rozdzierali na pół (...). Dzieci niemieckie przeszkadzały nam się bawić (...). Pewnego razu jakiś chłopak uderzył mnie sznurkiem od gwizdka w twarz, a moją siostrę zepchnęli z mola do wody. Innym razem jakiś wyrostek złapał mnie i nakrył plażowym koszem, a potem sypał na mnie garściami piasku".

Mimo przykrych incydentów zachwyt nad tą ogromną masą wody pozostał niezmącony i Dygat także jako dorosły dżentelmen bardzo lubił wypoczywać nad Bałtykiem. Bardzo lubił też Sopot. Uważał zresztą, że ludzie zasadniczo dzielą się na "morskich" i "górskich" - większa skłonność do jednego z żywiołów wiąże się z typem usposobienia. Można ten typ rozpoznać już po paru chwilach błahej nawet rozmowy. "Morscy" - twierdził - są pełni fantazji, choć trochę roztrzepani i trochę marzyciele. "Górscy" zaś - bardziej skupieni i pedantyczni. Siebie zdecydowanie zaliczał do "morskich". W 1935 wypoczywał w Orłowie, ale wieczorami wraz z przyjacielem pływali do Sopotów kajakiem.

Jego nieco starsza koleżanka po piórze - Maria Kuncewiczowa - jako dziecko jeździła z rodzicami do Połągi na Litwie. Wtedy była jeszcze Marysią Szymańską. Dygat urodził się za późno, by móc korzystać z uroków tego litewskiego kurortu, po roku 1920 niedostępnego dla Polaków. Przez 18 lat - od zajęcia Wilna przez generał Żeligowskiego w październiku 1920 do marca 1938 roku, kiedy oba kraje nawiązały normalne stosunki dyplomatyczne - pomiędzy Polską a Litwą nie było nawet połączeń telefonicznych ani poczty.

Do Sopotów przyjeżdżała Kuncewiczowa jeszcze przed Wielką Wojną. "Die Kaschuben" okazali się zrozumialsi niż połążańskie baby, mówiące po litewsku. W czasie pieszych wędrówek odkrywaliśmy po kościołach stare modlitewniki, pisane szlachetną polszczyzną - wspominała na łamach letnich "Wiadomości Literackich" w 1939 roku.(...)

Kasyno w Sopotach, jak w trzy lata potem kasyno w Montreux, stało się symbolem światowego życia. Pamiętam wielką fontannę, która w noce festynów paliła się różnokolorowym, bengalskim ogniem. Była to widocznie nowość, wszyscy zachwycali się barwistym wodotryskiem (...). Noc, okna pełne światła, otwarte wokoło, i nieprzeliczone tłumy w kasynowym czworoboku".

Sopot, administracyjnie należący do Wolnego Miasta Gdańska, dla Polaków był taką samą "zagranicą", jak i dla Niemców, ale jednak Niemcy stanowili większość mieszkańców. Z drugiej strony międzywojenny rozwój zawdzięczał Sopot przynajmniej w połowie Polakom, gdyż oni stanowili połowę ogromnej rzeszy gości napływających do tej nadbałtyckiej perełki. A snobizm na ten kurort - z jego kasynem, kortami tenisowymi, maneżem, turniejami tenisowymi i zawodami hippicznymi - nie minął wśród polskich elit i plutokracji nawet po Hallera zaślubinach z morzem i budowie polskich miejscowości wypoczynkowych na krótkim odcinku suwerennie ojczystego wybrzeża. Trudno się dziwić. Na imprezy nazwane "tygodniem sportu", ale i w innych sezonach do Sopotu przyjeżdżały koronowane głowy i książęta krwi.

Luksus, jazz-band, kasyno

W roku 1927 uroczyście oddano do użytku najdroższy, najwytworniejszy i najbardziej imponujący hotel w całym obszarze Wolnego Miasta Gdańska: Kasino-Hotel znany nam jako Grand Hotel w Sopocie. Jego neobarokowa bryła ciągle robi wrażenie. Goście mogli się bawić na dancingu na świeżym powietrzu, od strony morza. Do tańca przygrywał amerykański jazz-band Ericha Borcharda, a także orkiestry Ericha Bördela z królewieckiego radia oraz Arnolda Hildena z Mokka-Effi-Bar w Berlinie. To była epoka narodzin swingu, a świat był otwarty. Jednak najlepszy biały trębacz Adi Rozner, zwany "białym Armstrongiem", po dojściu Hitlera do władzy zacznie unikać niemieckich zwierzchników, zmieni imię na Edie, a swój własny klub przeniesie z Berlina do Łodzi i nazwie go "Chez Adi". Będzie też koncertował w Cannes i innych kurortach Francji oraz Włoch. Ilgowski-Rosner Band zaszczyci też słynny taras jurackiego hotelu "Lido".

Ekskluzywne kasyno w luksusowym hotelu w Sopocie otwarto w 1931 roku. Wcześniej mieściło się w Domu Kuracyjnym. Cena zwykłego pokoju w Kasino-Hotel wynosiła ok. 27 złotych ze śniadaniem. Zatem nie był to hotel dla urzędników klasy średniej. Wacław Grubiński za otrzymaną w czerwcu 1939 roku nagrodę PAL mógłby spędzić w nim zaledwie 37 dni - bez obiadów, kolacji i całej tej oprawy, bez której życie w kurorcie takim jak Sopot traci smak. Pensja urzędniczki wynosiła od 200 do 400 złotych. Pensja pułkownika 2 tysiące złotych.

Ale w rok po otwarciu Kasino-Hotel na gości czekało też 17 innych hoteli, 20 pensjonatów, piękne findesieclowe wille, a także mieszkania i prywatne pokoje. W 1928 roku molo w Sopocie osiągnęło swoje dzisiejsze rozmiary. W tym samym roku do kurortu ściągnęło blisko 30 tysięcy gości, z czego połowę stanowili Polacy. W latach 30. liczba przyjezdnych dochodziła w sezonie do 32 tysięcy!

Sopot był też atrakcyjny pod względem kulturalnym: otwierano kina, a na przełomie lat 20. i 30. rozbudowano Operę Leśną, w której odbywały się wagnerowskie premiery.

Zachowując swój elitarny charakter, nigdy nie pustoszał. Sezon w kurorcie trwał przez cały rok. Zimą czekał na gości tor saneczkowy, lodowiska, a nawet skocznia narciarska i wyznaczone nartostrady. Pisząca te słowa wie, jaką przyjemnością jest zjeżdżanie zimą, w pełnym słońcu, z sopockiej Łysej Góry z widokiem na Zatokę Gdańską.

Ofertę miasta uzupełniały restauracje, bary i kluby nocne.

Ale latem 1939 roku luksusowy kurort wcale nie pękał w szwach od żądnych rozrywek wczasowiczów. Było dość pusto. Kto chciał wypocząć nad Bałtykiem, wybierał raczej inne, spokojniejsze miejsca.

Z drugiej strony, mimo tej gęstniejącej wokół Wolnego Miasta atmosfery, nie słabła popularność wycieczek "Wisłą do morza", organizowanych przez "Orbis". Wielu chciało spróbować tej oryginalnej formy spędzenia urlopu.

"Wyjazdy bardzo tanie, pozwalają wyzyskać dwunastodniowy odpoczynek w całym tego słowa znaczeniu. W cenie od 55 zł, obejmującej koszta przejazdu, mieszkania i utrzymania na wybrzeżu morskim mamy już skalkulowaną całą cenę wycieczki" - kusiły ogłoszenia w prasie.

Kusiły tak skutecznie, że liczba chętnych na wiślany rejs znacznie przekraczała liczbę miejsc. "Kwartalnik Turystyka" na sierpień-październik 1939 roku informował o dodatkowych terminach w ostatnim miesiącu wakacji.

"Dalsze wycieczki Wisłą do Morza, odchodzące regularnie co piątek, tj. 4, 11, 18 i 25 sierpnia, oraz ostatnia 1 września, ze względu na dużą frekwencję, zostaną zasilone o dwa dodatkowe rejsy w dniu 1 i 15 sierpnia".

Wycieczkowe plany kwartalnika dotyczyły też jesieni. Zapraszano, na przykład, na wrześniowo-październikowe winobranie do Zaleszczyk.

W wakacje 1939, jak każdego lata, młodzi ludzie organizowali też na własną rękę rozmaite ekspedycje. Także wodne. Na taką właśnie zdecydował się niespełna wówczas 17-letni syn Zofii i Karola Stryjeńskich, Jacek - wraz z przyjacielem urządzili sobie spływ z Warszawy aż do Gdańska!

W diariuszu "Chleb prawie że powszedni. Kronika jednego życia" Zofia Stryjeńska notuje szczegółowo każdy wydatek - a w związku z tym wszystkie ważne wydarzenia życiowe. Trzeba wyjaśnić, że artystka, która w 1939 roku wypłakuje się matce na temat ubożyzny i zdziadzienia, jest osobą szastającą gotówką od przypływu do przypływu. Na zimowy wyjazd do Zakopanego, na mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym 1939, jej synowie dostają 217 złotych, co niemal równa się pensji młodej urzędniczki bankowej. Wyprawa z 14 czerwca też tania nie jest i warto przyjrzeć się z bliska szczegółom tej wakacyjnej "inwestycji". Pod hasłem "prowianty" zapisane jest "5 zł", co oznacza, że chłopcy tych prowiantów prawie nie wzięli, a stołowali się po playboyowsku w przystaniach...

Zatem pod datą 13 czerwca, poniedziałek, Stryjeńska notuje wydatki:
"mapa wodna 4,50
brulion, pas korkowy 6 zł
dorożka na przystań 1 zł
i z przystani - 1,70
prowianty 5 zł
listwy, wiosła, rata za łódź 32 zł

Łódź jest wyekwipowana jak na wyprawę Kolumba i zanurza się głęboko, ale w drodze odciąży się na pewno. Gimnastyka wiosłowania będzie korzystna dla obu młodych ludzi. W okolicach, gdzie nasza błękitna Wisła zamienia się w rwącą prądem Amazonkę - ufam w Opiekę Boską.

14 czerwca, środa - widać wspaniały odjazd Jacka jako admirała żeglugi śródlądowej. Jaś (brat bliźniak Jacka) obmyśla mianowanie się szefem eskadry lotnicze".

Można się domyślać, że młodzieńcy tak zaplanowali datę rozpoczęcia tego rejsu, żeby do portu dopłynąć na Dni Morza - tego roku obchodzone szczególnie hucznie, wręcz manifestacyjnie.

Po zatokach Gdańskiej i Puckiej pływano tego lata wpław, kajakami, rowerami wodnymi, motorówkami i na nartach wodnych. Obok jachtów, żaglówek i kopcących niemiłosiernie stateczków wycieczkowych były też wodoloty! Zupełnie jak z "Wielkiego Gatsby’ego". Te najczęściej można było zobaczyć w Pucku i w Wielkiej Wsi, przy której w 1938 roku oddano nowoczesny port rybacki z molem i falochronami - Władysławowo.

Jeśli idzie o bardziej popularne rozrywki, to tam, gdzie były korty (a były w Juracie i Sopocie), grano w tenisa. Wszędzie zaś w brydża, czasem w pokera, w bilard, na fajfach tańczono przeboje... Słowem, panował wakacyjny luz i atmosfera wytchnienia.

Wieści znad morza, jak każdego lata, wypełniały łamy polskiej prasy. Tego roku bohaterem pierwszych stron gazet był niewątpliwie Gdańsk. Przy czym prasa zbliżona do kół rządowych, czyli "Gazeta Polska" i "Kurier Poranny" oraz "Kurier Wieczorny", podejmowała raczej temat polskiego Gdańska. Mniej pogodne artykuły pisał do wileńskiego "Słowa" Józef Mackiewicz.

Gdynia - młode miasto z widokiem

Nawet w Gdyni, która rozwijała się przede wszystkim przy budującym się porcie, wyrosło letnisko Kamienna Góra. Już w połowie lat 20. stanęły tam 52 modernistyczne wille gotowe przyjmować złaknionych odpoczynku gości. Letnisko miało własne wodociągi i elektrownię. To właśnie w Gdyni we wrześniu, już po sezonie, lubił odpoczywać Karol Irzykowski. Szukał miejsca cichego i z widokiem - najlepiej na Zatokę, "na półkole portu gdyńskiego, które wieczorem podkreśla się rozjarzonymi światłami, jak rampa teatralna i widać księżyc nad zatoką". Irzykowski był subtelnym intelektualistą, nadto krytykiem teatralnym i filmowym.

W 1939 roku odnotowano szczególnie duży napływ turystów do wszystkich młodych miejscowości polskiego wybrzeża.(...)

Na ożywiony ruch turystyczny tego lata wpłynęła na pewno wyjątkowo piękna pogoda. Coraz lepsza była też organizacja turystyki masowej, która instytucjonalizowała się w Polsce od 1933 roku, obejmując nie tylko ofertę pensjonatową i proponując częstokroć niższe ceny, ale też oferując ulgowe przejazdy koleją. Wiadomo jednak, że wpływ na ten nalot na polskie miejscowości wypoczynkowe nad Bałtykiem w 1939 roku miała również propaganda i chęć zamanifestowania, że przetrzymamy każdą wojnę nerwów.

Słone wody Bałtyku prasę filmową zalewały co roku, jak napisał Andrzej Osica. W 1939 roku morski numer tygodnika "Kino", redagowanego przez Leona Bruna, absolwenta École Libre des Sciences Politiques w Paryżu, wyszedł z datą 2 lipca. Na okładce fregata pod pełnymi żaglami - jako jedno z najpiękniejszych zjawisk (obok kobiety w tańcu i rumaka w galopie), a na tzw. tyłówce Hanka Ordonówna na pokładzie "Batorego". (...)

Orłowo

Gdy w maju 1920 roku przyjechał nad Zatokę Gdańską Stefan Żeromski - sławny już wtedy pisarz - zamieszkał w Orłowie, tuż przy granicy z Wolnym Miastem Gdańskiem, w dworku, w którym jeszcze pół roku wcześniej przebywał generał Józef Haller. Był tu z kolejną towarzyszką życia, malarką Anną Zawadzką i ich córeczką Moniką. W roku 1918 zmarł w Zakopanem na gruźlicę syn Stefana i Oktawii - Adam, ale pisarz nigdy nie rozwiódł się z pozostającą w żałobie Oktawią, która przez lata wspierała jego talent. Nigdy nie zmienił też wyznania dla zawarcia nowego związku.

O Żeromskim można powiedzieć: gdzie był on, tam była Polska. Trzeba przypomnieć, że to on właśnie powołany został na prezydenta pierwszej niepodległej struktury polskiej, która na krótko zawiązała się w Zakopanem w 1918 roku: Rzeczypospolitej Zakopiańskiej. Znając jego miłość do Tatr, tym bardziej docenić należy słowa zanotowane w 1920 roku w Orłowie. Napisał wówczas o tym miejscu: "Wiele podróżowałem po świecie, ale tak pięknego zakątka, takiego połączenia morza, lasów i wzgórz, nie widziałem nigdzie. Tu czuję się spokojny i szczęśliwy".

Wnet też w Orłowie pojawili się inni, nie mniej znani artyści: legendarny młodopolski poeta Jan Kasprowicz, młody poeta Jan Lechoń oraz wyrywający im teksty spod piór wydawca Jakub Mortkowicz.

Hel - jasne domki z polskimi ganeczkami

Żeromski po zakończeniu wojny z bolszewikami zaczął jeździć do miejscowości Hel.

Od 19 września 1922 roku na skraj półwyspu można było nareszcie dotrzeć pociągiem, bo otwarto linię kolejową łączącą Hel z resztą Polski. Jej budowa przebiegała w rekordowo szybkim tempie. To był impuls do rozwoju, czy wręcz narodzin, wielu miejscowości letniskowych, które tak modne stały się tuż przed wojną! Niestety, tylko w Helu zachowała się jedna z wybudowanych przed wojną ślicznych stacyjek kolejowych. Inne przetrwały jedynie na fotografiach.

Wjazd pociągiem na mierzeję do tej pory hipnotyzuje podróżujących. Gdy wagony toczą się po wąskim pasemku ziemi pomiędzy morzem "małym" i "dużym", to nie wiadomo, w którą stronę obrócić głowę. Tak jest od prawie stu lat!

We wsi Hel rodzina Żeromskich zatrzymywała się w ślicznym "Kurhausie", czyli domu zdrojowym. Wnet zaczęli dołączać do nich inni przedstawiciele polskiej elity. Takie przyjazdy elit na ziemie, na których budowano polskość, były potrzebne nie tylko przyjeżdżającym, ale i stałym mieszkańcom. Gościł tu między innymi Maciej Rataj, marszałek Sejmu wywodzący się z PSL "Piast". (...)

Do helskiego "Kurhausu" przyjeżdżał też w tych latach pionierskich aktor Kazimierz Kamiński, Stańczyk z pierwszej realizacji Wesela, aktor, dla którego Wyspiański napisał "Studium o Hamlecie". Bywał tu w dwudziestoleciu międzywojennym również młody architekt, który później zaprojektował hotel "Patria" w Krynicy i gmachy sądu w Warszawie, a wtedy projektował okładki książek - Bohdan Pniewski. Po niefortunnym pobycie w Sopocie do Helu zaczął także przyjeżdżać z rodziną inny, starszy od Pniewskiego architekt - Antoni Dygat. Ojciec Stanisława i Danuty Dygatów był absolwentem Wydziału Architektury École Nationale Supérieure des Beaux-Arts w Paryżu. W międzywojennej Polsce zrealizował wiele modernistycznych projektów, między innymi budynki radiostacji w Toruniu, Lwowie i Raszynie.

Wtedy jeszcze nie było w Helu zachwycających budyneczków, o których mówi się, że przypominają polskie dworki, a według mnie bardziej osiemnastowieczne domy z małych miast polskich. Powstały jako domy mieszkalne dla polskich rybaków, a nadano im taką formę, aby odróżniały się od tych starszych, pasiastych, drewniano-murowanych, w stylu holenderskim... Jednym z nadzorujących prace przy budowie nowego osiedla w Helu był urodzony w zakopiańskiej willi "Łada" Juliusz Żuławski, przyszły prozaik i poeta, tłumacz literatury angielskiej, a także taternik i żeglarz - syn Jerzego Żuławskiego, dramaturga i taternika.

Być może dzięki znajomościom matki - Kazimiery z Hanickich, która po śmierci męża przeniosła się z trzema synami do Torunia - otrzymał intratną państwową posadę. Sam wspominał, że "zarabiał duże pieniądze", bo 500 złotych miesięcznie, czyli dwa razy tyle, ile robotnicy przy budowie portu w Gdyni. To pozwoliło mu na stołowanie się w opisywanej w literaturze "Lwiej Jamie", knajpie z pozoru małej i ciasnej, ulokowanej w jednym z holenderskich domków, posiadającej jednak wspaniałą oszklo­ną werandę z widokiem na morze. Żuławski opisuje nie tylko werandę, ale i ciekawą konstrukcję przeciętych w połowie drzwi, takie były i w knajpie, i w innych holenderskich domkach.

Juliusz Żuławski zamieszkał w jednym z białych polskich domków - u Anastazego Budzisza, na skraju wioski blisko cypla. Zaraz po przyjeździe wybrał się na rekonesans i zmiarkował, że właściwa wioska z holenderskimi domkami gnieździła się wzdłuż basenu portowego, ale on poszedł drogą przez las sosnowy. Przekroczywszy wielkie wydmy po drugiej stronie półwyspu, zobaczył otwarte morze "zawsze puste i dzikie". Na tym cyplu na początku lata 1939 roku Kazimierz Wierzyński ujrzał pracującą dzień i noc dragę, pogłębiającą dno.

Budowa osiedla dla polskich rybaków w latach 20. to była jedna z większych akcji osiedleńczych, przykład wspierania małej polskiej i kaszubskiej inicjatywy. A na Bałtyku znajdowały się zimowe łowiska łososi i szprotów.

Tereny pod budowę tego polskiego osiedla rybackiego odkupiono w 1927 roku od Lasów Państwowych. Podobno domy były przeszacowane i rybacy mieli kłopoty ze spłatami kredytów. Może też nie wiedzieli, że spłata kredytu to proces nieubłagany? W podobną pułapkę wpadnie później w budującej się Juracie malarz Wojciech Kossak. W każdym razie "jasne domki z polskimi ganeczkami stały się symbolem nowego polskiego Helu", a letnicy chętnie wynajmowali tam tak zwane "górki".

Poeta Kazimierz Wierzyński wolał jednak tradycyjną holenderską zabudowę: "Bardzo lubiłem te domy z szelkami belek na zewnątrz, wysychające sieci rybackie" - wspominał po latach w gawędach dla Radia Wolna Europa.

Jastrzębia Góra - elitarne spotkania na klifie

Do tej nadmorskiej miejscowości pierwszy zaczął przyjeżdżać właśnie Kazimierz Wierzyński - urodzony w Drohobyczu, "olimpijczyk poetycki" i redaktor "Przeglądu Sportowego". Za zbiór wierszy zatytułowany "Laur olimpijski" nagrodzono go w 1928 roku złotym medalem w olimpijskim konkursie sztuki i literatury w czasie IX Letnich Igrzysk Olimpijskich w Amsterdamie (na tych samych igrzyskach Halina Konopacka pobiła rekord świata w rzucie dyskiem, zdobywając pierwszy sportowy złoty medal dla Polski).

W dwudziestoleciu międzywojennym ściągali do Jastrzębiej Góry na wypoczynek także inni przedstawiciele literackiego parnasu. Cieszyło się to miejsce wyjątkowym powodzeniem wśród artystów i ludzi kultury. Gościło wielu znamienitych polskich polityków. Właścicielem willi "Mewa" przy ulicy Bałtyckiej był sam Józef Piłsudski. Nieopodal wąwozu Lisi Jar swoją letnią pracownię, "Nałęczówkę", ulokował malarz marynista Włodzimierz Nałęcz. W tym najdalej na północ wysuniętym polskim letnisku, w kurorcie na wysokim klifie - miał swoją willę również przyrodni brat Kazimierza Wierzyńskiego, Bronisław.

We wspomnianych gawędach wygłaszanych po wojnie na antenie Radia Wolna Europa, które ukazały się drukiem w opracowaniu profesora Pawła Kądzieli i pod wspólnym tytułem "Pamiętnik poety", Wierzyński opowiadał o letniej atmosferze tej miejscowości położonej nad otwartym morzem.(...)

Jurata - raik dla bogatych

Wakacje roku 1939 Kazimierz Wierzyński wraz z poślubioną pół roku wcześniej małżonką postanowił jednak spędzić nie w Jastrzębiej Górze, lecz w innym modnym kurorcie. W wybudowanej w latach 30. Juracie. Było to miejsce bardzo wówczas modne. A przy tym nie tak drogie jak Sopot. Nocleg w pokoju dwuosobowym w luksusowym hotelu "Lido" kosztował tyle, ile jedynka w Kasino-Hotel w Sopocie.

Przede wszystkim zaś w Juracie panował większy luz, nawet na wieczorne dancingi i sobotnie bale nie trzeba było wozić ze sobą długich sukien i fraków. Dla pań piżamowe luźne spodnie, które przy wysokich obcasach znakomicie wydłużały nogi, i bluzki bez pleców - wszystko w kolorach jasnych, najlepiej białych lub écru. Dla panów podobne spodnie i koszule. To był juracki styl! To właśnie na swobodnym, acz przemyślanym stroju polegała tutejsza elegancja. Jurata była wygodna, młoda, trochę snobistyczna i jednak droga.

Z pewnością na pobyt w niej nie stać było pisarza i eseisty, członka Polskiej Akademii Literatury - Karola Irzykowskiego. W 1938 roku został wdowcem i miał pod opieką dwie córki. Starszą, Zosię, od 17 stycznia 1939 roku przyjęto na praktykę do Banku Gospodarstwa Krajowego z miesięczną pensją 225 złotych. "Jakby się żona z tego cieszyła" - komentował pisarz.

Kazimierz Wierzyński nie miał obowiązków rodzicielskich, za to był często nagradzany: złoty medal olimpijski, nagroda państwowa, Złoty Wawrzyn Literatury PAL-u... Pomagało mu też pogodniejsze podejście do życia niż to, które prezentował Irzykowski, nowatorski pisarz i z całą pewnością jeden z najwybitniejszych krytyków literackich.

Wierzyńscy wyjechali nad morze niemal zaraz po uroczystości pasowania poety na piętnastego członka Polskiej Akademii Literatury.

Halina z Pfefferów Sztompkowa była drugą żoną poety, tłumaczką literatury francuskiej i sekretarką w "Wiadomościach Literackich". W Warszawie państwo Wierzyńscy po ślubie wprowadzili się do mieszkania przy ulicy Belwederskiej 36 na tyłach Parku Łazienkowskiego, z widokiem na dziką jego część. A w Juracie mieszkali razem z eksmarszałkiem Sejmu Maciejem Ratajem i jego żoną u państwa Anieli i Stefana Urbanowiczów. Stefan Urbanowicz był wybitnym prawnikiem znanym z procesu brzeskiego, w czasie którego bronił Wincentego Witosa. Było to zatem środowisko najszlachetniejszej prodemokratycznej opozycji w pułkownikowskich czasach.

Wakacje musiały być rozkoszne, skoro Wierzyński wyjeżdżając, pozostawił w rodzinnej "Księdze zażaleń" taki oto wpis: "Użalam się przed Panem Bogiem, że mogłem tu być tylko przez 10 dni, ale błogosławię, że było to u Anieli i Stefana najlepszych, najmilszych i najserdeczniejszych ludzi - Kazimierz Wierzyński, ich sługa wierny i przyjaciel".

W willi państwa Urbanowiczów być może dokonywał poeta ostatnich korekt tomu "Noc prowansalska", bo w sierpniu złożył wiersze w drukarni Mortkowicza.

Nadmorskie rytuały

W pełni lata 1939 pogoda była wybitnie plażowa. W nadbałtyckich letniskach - tłok. Korespondent "Kuriera Warszawskiego" 16 lipca tego roku donosił z Półwyspu Helskiego: "Tropikalne upały panujące nad całym wybrzeżem morskim nie przeszkodziły żądnym odpoczynku i kuracji. Pensjonaty i wille nie tylko nie mogą już narzekać na puste pokoje, ale przeciwnie, mają teraz kłopot z umieszczeniem rodzin lub pojedynczych osób".

Na spacer po plaży i nie tylko zabiera nas w swoim reportażu filmowym z 1938 roku Mieczysław Bil-Bilażewski. "Szlakiem mew" to prawdziwie magiczna i zabawna podróż w czasie, dzięki której można poczuć atmosferę przedwojennego wywczasu nad Bałtykiem. Poznajemy atrakcje Orłowa i wsi letniskowych na Helu - niektóre w sezonie ożywały tak bardzo, że przemieniały się w urokliwe miasteczka.

Zaglądamy do latarni morskiej na Helu i możemy zobaczyć, jak wygląda ówczesna żarówka o mocy trzech tysięcy watów i jak działają specjalne lustra, dzięki którym jej światło leci hen daleko w morze. Wątki obyczajowo-towarzyskie najlepiej ilustruje wizyta z kamerą w Juracie. Bilażewski pokazuje masyw nadmorskiego kasyna, długonogie panie zmierzające dokądś na swych wysokich obcasikach ulicą Ratibora. To przy tej ulicy - w domu na rogu Mestwina i Ratibora - zatrzymywał się, goszcząc w Juracie, marszałek Rydz-Śmigły. Juracki adres ministra Becka to Mestwina 16, a nieopodal miał także swój dom czekoladowy potentat Jan Wedel. W sąsiedztwie szefa polskiej dyplomacji mieszkał również inny potentat, współzałożyciel koncernu "Siła i Światło", który wybudował podwarszawską EKD (Elektryczną Kolej Dojazdową). Tym człowiekiem biznesu jest Janusz Regulski. W listopadzie 1939 będzie świadkiem na ślubie częstej bywalczyni Juraty - Lody Halamy z Georgesem Golembiowskim. To pewnie Loda Halama z zawrotną szybkością i niezwykle wysoko szybuje w filmie Bilażewskiego na huśtawce.

Dalej podczas tego filmowego spaceru mijamy hotel "Lido" i wybudowane w latach 30. nad "dużym" i "małym morzem" pensjonaty. Na przykład istniejącą do dzisiaj "Floridę", której gościom nie przeszkadzała bliskość stacji kolejowej. Inna rzecz, że pociągi nie zaczynały wtedy przejeżdżać przez Juratę o czwartej nad ranem. Poza modernistycznym hotelem i pensjonatami oglądamy na ekranie większe i mniejsze wille z charakterystycznymi dla Juraty lekko spadzistymi dachami oraz domeczki zwane campingowymi, z podobnymi dachami. Dla Juraty stworzono na przełomie lat 20. i 30. osobny styl. Starano się nie przenosić w morenowy pejzaż chałup ani domów podhalańskich, ale też nie powielać stylu holenderskiego. Reżyser zaprasza nas nawet do pracowni Wojciecha Kossaka ulokowanej w bungalowie przy ulicy Świętopełka. Mistrza, w tropikalnym hełmie i z fajką w zębach, widzimy przy pracy. Właśnie maluje w ogrodzie.

Bilażewski utrwalił na filmowej taśmie obyczaje i rytuały nadmorskich miejscowości, wraz z wyśmiewanymi przez Magdalenę Samozwaniec wyborami "Miss plaży". Miss Jastarni, Miss Juraty, Miss Jastrzębiej Góry brzmi dobrze - konstatowała humorystka - ale Miss Chałup? Nie trzeba było chytrzyć, można było wybrać droższą miejscowość, pouczała. Przed kamerą spacerują panie zgrabne, dostojniejsze wylegują się jak foki. Panowie prezentują dziwne czapki, płaszcze kąpielowe i slipy. Są też gwiazdy: Elżbieta Barszczewska w skromnej chusteczce, Alicja Halama, Ziuta Buczyńska (odkąd w 1934 roku zdobyła pierwszą nagrodę na II Międzynarodowym Konkursie Tańca Artystycznego w Wiedniu, stała się sławna). Te panie na pewno przyjechały tu słynną lukstorpedą.

Fragment książki Anny Lisieckiej "Wakacje 1939". Wydawnictwo Muza. Premiera: 26 czerwca 2019 r.

Skróty i zmiany formatu pochodzą od redakcji. Wykaz przypisów znajduje się w książce


Styl.pl/materiały prasowe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy