Reklama

Reklama

Kłusownicy wrażeń

Im mocniej i szybciej żyją, tym większą mają ochotę na kolejne wyzwania. Czasem chcieliby przystopować, ale to coś, co ich nakręca, nie pozwala im powiedzieć sobie: dość.


Choć na dworze mróz, kolejni przechodnie z zaciekawieniem zatrzymują się i zaglądają w okna dawnego sklepu mięsnego w sercu starego Żoliborza. Dochodzi 17, godzina otwarcia działającego tu od września zeszłego roku lokalu. Barman, kręcąc korbką, podnosi kratę w drzwiach.
W progu Kalinowego Serca, którego ściany od sufitu do podłogi pokrywają fotografie Kaliny Jędrusik, wita mnie Maciej Zakościelny, aktor i współtwórca tego miejsca. Czuje się tu ducha artystki, znanej z Kabaretu Starszych Panów czy filmów, np. "Ziemi obiecanej" Andrzeja Wajdy.
- Mamy tu nawet kotkę Kalinę - żartuje Zakościelny. - Adoptowało ją małżeństwo, które kupiło po sąsiedzku dawny dom artystki. Zadomowiła się u nas, ostatnio podczas koncertu paradowała po scenie.
Wszystko zaczęło się od Zbigniewa Dzięgiela, reżysera telewizyjnego i producenta muzycznego, który był przyjacielem aktorki. Zakościelny poznał go jeszcze na studiach. - Dzięki niemu mamy tu też pamiątki po Kalinie, np. jej pianino, porcelanowe filiżanki czy zieloną, secesyjną kanapę, którą uwielbiała - wyjaśnia aktor.

Reklama

Zaznacza jednak, że Kalinowe Serce to nie muzeum. Jędrusik jest "patronką" fundacji pomagającej młodym twórcom oraz sceny, na której mogą występować.

- To przede wszystkim miejsce ludzi otwartych na sztukę. Na koncerty Bogdana Hołowni, Elżbiety Wojnowskiej, Marianny Wróblewskiej, Beaty Przybytek czy Ani Andrzejewskiej przychodzą już tłumy ludzi, od których słyszymy, że panuje u nas niezwykły klimat. Za kilka miesięcy zamiast wystawy zdjęć Kaliny na ścianach pojawią się obrazy jakiegoś młodego artysty, bo to miejsce jest również swego rodzaju galerią - opowiada Zakościelny.

Dla niego samego Kalinowe Serce to także sposób na wyjście z szufladki "aktor komedii romantycznych" (m.in. "Tylko mnie kochaj", reż. Ryszard Zatorski).

- Dzięki temu miejscu i fundacji, której pierwszą stypendystką została Ania Andrzejewska, robimy coś naprawdę ważnego: pomagamy młodym na początku ich kariery. Mam też nadzieję, że takie miejsce jak nasze nadaje dzielnicy niepowtarzalny koloryt. A poza tym wróciłem do zaniedbanego na studiach grania na skrzypcach - podkreśla.

Nie bój się własnej wyobraźni

- Im więcej dziedzin mieści się w obszarze naszych zainteresowań, tym lepiej, bo pole inspiracji jest większe - mówi dr Joanna Kwaśniewska, psycholog twórczości ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. - Szczególnie widać to u osób twórczych, które są otwarte na nowe doświadczenia, przełamują stereotypy.

- Moim zdaniem ciągły rozwój i praca nad sobą to warunek zawodowej wszechstronności aktora - mówi Magdalena Boczarska, aktorka znana z roli w "Różyczce" (reż. Jan Kidawa-Błoński) czy serialu "Czas honoru". - Jest we mnie głód. Za mało dni, za mało życia, a tak wiele świata do zobaczenia, książek do przeczytania, muzyki do wysłuchania.

- Krowa tylko ciągle żuje trawę, a człowiek szuka nowych inspiracji - mówi Ilona Ostrowska, aktorka występująca m.in. w serialach "Misja Afganistan" i "Bez tajemnic". Wielu rzeczy już próbowała. - Jeździłam konno, malowałam, grałam na fortepianie, śpiewałam. Każda z tych pasji na danym etapie życia coś mi dała. Jazdą konną zainteresowała się jako dziesięciolatka. - Ten sport uczy odpowiedzialności, cierpliwości - wylicza. Zrezygnowała dopiero na studiach, po ciężkiej kontuzji kolana.

Przez cały czas towarzyszyła jej też muzyka, ona nadawała wszystkiemu, co robi, "pewien wewnętrzny rytm". Śpiew zafascynował ją już w szkole podstawowej: - Zaczynałam tę przygodę w szkolnym chórze. Potem kontynuowałam ją na studiach, czemu sprzyjało rozśpiewane środowisko wrocławskiej szkoły teatralnej. W 2002 roku otrzymała nagrodę w piątej edycji konkursu "Pamiętajmy o Osieckiej". - Śpiewanie wciąż do mnie wraca, coraz częściej myślę nawet o stworzeniu małego zespołu - dodaje.

Otwartość na nowe doświadczenia to także cecha Iwa Zaniewskiego, dyrektora artystycznego agencji reklamowej PZL, który oprócz tworzenia kultowych reklam (Frugo, Plus) maluje, fotografuje, a pod koniec ubiegłego roku zadebiutował jako pisarz.

Jego kryminał "Czego nie słyszał Arne Hilmen" opowiada o szefie małego komisariatu policji w spokojnej norweskiej dzielnicy, którego uporządkowane życie burzy seria dziwnych zdarzeń. Policjant bada śmierć starszej kobiety zmarłej na serce. Prawdopodobnie wystraszyła się czegoś, co w nocy pojawiło się na jej tarasie. Ten pomysł dojrzewał w jego głowie od dawna.

- Kilka lat temu po rozmowie z operatorem Pawłem Edelmanem (twórcą zdjęć m.in. do "Autora widmo" Romana Polańskiego - przyp. red.) zacząłem pisać scenariusz filmowy. Gdy był gotowy, okazało się, że aby go zrealizować, musiałbym porzucić pracę w agencji, na co nie mogłem sobie pozwolić. Przyjaciele namówili mnie, żebym wydał go w formie książki. Zaniewski przyznaje, że nie ma problemu ze zmianą dziedzin twórczości.

- Nowa formuła daje inne, fascynujące możliwości. Kiedy zacząłem przerabiać scenariusz na książkę, odkryłem, że mój bohater może mieć o wiele bogatszy świat wewnętrzny, którego nie sposób tak sugestywnie ukazać w filmie. Budowałem napięcie, opisując rodzące się w jego głowie domysły, bo przecież najbardziej boimy się własnej wyobraźni. Jest taka scena, kiedy Arnemu wchodzącemu do domu wydaje się, że jakieś zwierzę goni go po schodach. Sam tego doświadczyłem i wielką frajdę sprawia mi teraz straszenie innych - opowiada Zaniewski.

Ilona Ostrowska - "kłusowniczka" wrażeń. Czytaj na następnej stronie.

Oczy uśmiechnięte do ryzyka

Czy pasja twórcza i chęć zdobywania nowych doświadczeń to rzeczy nabyte, czy wrodzone? Wbrew powszechnemu przekonaniu nie wystarczy posłać dziecko na kilkanaście zajęć dodatkowych, aby nauczyć go kreatywnego podejścia do życia. Psycholog Teresa Amabile na podstawie badań na bliźniętach jednojajowych wychowujących się oddzielnie stwierdziła, że geny aż w połowie determinują umysł twórczy. Dom rodzinny to kluczowe miejsce dla artysty. Ilona Ostrowska wyniosła z niego fascynację dalekimi podróżami.

- Mój ojciec był marynarzem, z każdego rejsu przywoził nam do Kołobrzegu pobudzające wyobraźnię prezenty: muszle, jedwab na sukienki dla mamy, a przede wszystkim własnoręcznie nakręcone filmy. Ich projekcji towarzyszyły opowieści o egzotycznych krajobrazach, które widział - mówi Ostrowska.

- Teraz sama jestem "kłusowniczką" wrażeń. Każda podróż to dla mnie bogactwo nowych doznań, zapachów, widoków. To, co mnie nakręca, to niepewność, jaką daje wyjazd w ciemno, gdzie wszystko trzeba sobie zorganizować. Ryzyko, do którego śmieją mi się oczy, to możliwość zmierzenia się z samym sobą. Nie powinno być wyreżyserowane, tak jak skoki na bungee czy ze spadochronem. Dla mnie to raczej umiejętność opanowania strachu, gdy nagle podczas safari w Kenii lew upoluje na naszych oczach gazelę, a my, siedząc w aucie bez szyb, mamy ochotę natychmiast zniknąć.

- To, skąd przychodzimy, określa nas i determinuje - potwierdza Magdalena Boczarska. Jej ojciec, krakowski muzyk, zaszczepił w niej miłość do muzyki i historii.

- Szczególnie pasjonowały mnie wieki średnie: rycerstwo, gnoza (wiedza tajemna, służąca osiągnięciu zbawienia, popularna w sektach wczesnochrześcijańskich - przyp. red.). Pociąga mnie to, co kryje w sobie jakąś tajemnicę, której mimo zgłębiania nie da się do końca poznać. W religii fascynuje mnie siła, z jaką wpływa ona na psychikę ludzi, i to, że potrafią w jej imię poświęcić życie - wylicza aktorka, która śladów historii szuka także, podróżując.

Fascynuje ją okres międzywojnia i drugiej wojny światowej. - Mój dziadek Karol był cichociemnym, akowcem. To czasy niby odległe, ale przez to, że żyli w nich nasi dziadkowie - bliskie. Ludzie mieli wtedy chyba więcej charyzmy, byli, paradoksalnie, bardziej liberalni. Żyli namiętnie i odważnie, może dlatego, że zaraz mogli zginąć - mówi aktorka, która zagrała w dwóch wojennych produkcjach: serialu "Czas honoru" (opowiadającym o cichociemnych) oraz w czekającym na premierę filmie "W ukryciu" w reżyserii Jana Kidawy-Błońskiego.

- Dzięki temu doświadczeniu patrzę z dystansem na współczesny świat, w którym więzi międzyludzkie często sprowadzają się do obecności na Facebooku. Ja ledwo umiem wysłać maila z załącznikiem i dobrze mi z tym. Niedawno wróciłam z Kairu, gdzie na własne oczy obserwowałam, jak historia "dzieje się" na ulicach. Demonstranci na placu Tahrir, czołgi - my przecież też tego doświadczyliśmy w Polsce w latach 80.

Iwo - syn Xymeny i Ryszarda Zaniewskich, znanej scenografki i architekta - z domu wyniósł specyficzną wrażliwość artystyczną. - Moja rodzina szukała w dziełach piękna formy. Mówiło się: "Jaki piękny ten obraz tyle w nim czerwonego". Nie dyskutowaliśmy o temacie, interpretacji. Bliscy od początku wspierali moje malowanie. Przekonywali, że to, co robię, jest ciekawe, i w ten sposób dawali mi siłę, by tworzyć dalej - dodaje Zaniewski, który po ukończeniu w 1981 roku warszawskiej ASP wyjechał do Barcelony. Tam wystawiał i otrzymał nagrodę Joana Miró.

- Początkowo poświęcałem się wyłącznie malarstwu. Dawało mi to szczególny rodzaj ciepła, czułem więź, jaka wytwarzała się między mną a domniemanym odbiorcą. Naiwnie myślałem, że ludzie postrzegają sztukę w podobny sposób jak ja. W rzeczywistości przeciętna wrażliwość wizualna, nawet zainteresowanego sztuką człowieka, sprowadza się do tematu i stylu, czyli rozpoznania konwencji. Mnie interesuje natomiast relacja między formami, czyli kompozycja.

- Owszem, budzi podziw np. widok ogrodu, gdzie odmalowałem dokładnie każdą gałązkę winorośli oplatającą siatkę, ale ludzie rzadko dostrzegają piękno w oddziaływaniu na siebie mniej realistycznie namalowanych przedmiotów. Dlatego przerzuciłem się na prostsze i łatwiejsze w odbiorze rodzaje twórczości i odkryłem, że one też stanowią dla mnie wyzwanie - zauważa.

Siedzimy w sali konferencyjnej agencji PZL, którą założył wspólnie z Konstantym Przyborą. Ściany obwieszone są fotografiami Zaniewskiego. Ich znak rozpoznawczy to niezwykłe zestawienia: na jednej deski surfingowe tworzą harmonijny układ pasków, na innej wzór bluzki turystki komponuje się z katedrą w tle.

- Fotografia nie bez przyczyny kojarzy się z polowaniem. Trzeba bacznie obserwować rzeczywistość i w momencie, w którym ona na chwilę stworzy intrygujący układ elementów, nacisnąć migawkę - tłumaczy artysta.

Pasja, praca i adrenalina. Czytaj na następnej stronie.

Co tak pcha do przodu?

Iwo Zaniewski ze światem reklamy zetknął się, pracując dla hiszpańskiego oddziału Bassat, Ogilvy & Mather. - Pociągała mnie różnorodność stylów i konwencji, jakie pozwala ona ze sobą łączyć. Jednego dnia tworzę filmik dla Plusa, eksperymentując z dość abstrakcyjnym humorem, innego - reklamę, w której scenografia i efekty specjalne stanowią o jej urodzie. Oczywiście po zrobieniu prawie dwóch tysięcy reklam nie każde zlecenie wywołuje u mnie dreszcz emocji, ale wciąż jeszcze zdarzają się takie tematy.

- Aktorstwo pozwala bezkarnie żyć pożyczonym życiem innych postaci. Każda rola to obcy świat, w który się "wkradam", a moje życie staje się przez to dużo bogatsze - mówi Magdalena Boczarska.

W najnowszym filmie "W ukryciu" aktorka wcieliła się w wiolonczelistkę Janinę, starą pannę zamkniętą w świecie muzyki. Grę wspomina niemal mistycznie. - Trzystuletni instrument Giuseppe’a Testore towarzyszył mi bez przerwy. A ze względu na jego kształt miałam wrażenie, że trzymam kobiece ciało - dodaje.

Magdalena Boczarska na potrzeby filmu "Idealny facet dla mojej dziewczyny" (reż. Tomasz Konecki) ukończyła kurs izraelskiej sztuki walki krav magi. - W znacznym stopniu zmieniła ona moje ciało, zaczęłam o nie dbać, regularnie ćwiczyć. Wiele wniosła również w moje podejście do życia, nauczyła dyscypliny. Na szczęście nie musiałam z umiejętności bicia się korzystać w życiu prywatnym - śmieje się.

- Zasada, której się nauczyłam, brzmi: "Jeśli możesz, unikaj zagrożenia, a reagowanie jest ostatecznością" - opowiada aktorka, która do listy uprawianych przez siebie sportów dołączyła w zeszłym roku triatlon.

- Początkowo, nie wierzyłam, że dam radę pokonać tak trudny dystans, jakim jest tzw. połówka Iron Mana (1,9 km pływania, 90 km jazdy rowerem i 21 km biegu - przyp. red.). Wszystkiego uczyłam się od podstaw, nawet kolarstwa. W maju i czerwcu, przed samym startem, ćwiczyłam dwa, trzy razy dziennie, zwiększając dystans do 50, potem 80 kilometrów. Wiele razy myślałam, że nie dam rady, wtedy odkryłam, że walczę nie tylko z fizycznym zmęczeniem. To siła woli pcha cię do przodu. Kiedy stanęłam na mecie, poczułam, że naprawdę mogę wszystko, że przesunęłam pewną granicę wytrzymałości. To było bezcenne uczucie.

O tym, że praca może dostarczyć inspiracji w życiu prywatnym, Ilona Ostrowska przekonała się, grając Anitę Skotnicką, która w serialu "Bez tajemnic" szuka na kozetce u psychiatry równowagi w małżeństwie.

- Choć to nie była prawdziwa terapia, wiele pytań, które padały na planie, zadawałam sobie także prywatnie. Na co dzień nie ma czasu na wyciszenie. Film wymusił na mnie konfrontację ze sobą, co w efekcie sprawiło, że dużo spraw w mojej głowie się poukładało. To było bardzo oczyszczające doświadczenie - przyznaje.

Wcielając się z kolei w postać porucznik Winnickiej w "Misji Afganistan", zrozumiała, jak uzależniającym doświadczeniem może być wojna. - Jestem pacyfistką, ale kiedy na planie zdjęciowym pierwszy raz strzeliłam z beryla, poczułam zastrzyk adrenaliny. Rozumiem żołnierzy, którzy chcą wracać na misje.

Czasem to pasja wpływa na pracę. Maciej Zakościelny, w dzieciństwie zapalony skrzypek, jako student aktorstwa musiał odłożyć instrument na półkę. - Nigdy ze skrzypiec zupełnie nie zrezygnowałem, potrafiłem w czasie wakacji pojechać z kuzynem do Paryża, gdzie graliśmy w metrze - wspomina aktor.

- W 2008 roku Zbyszek Dzięgiel zaprosił mnie do udziału w spektaklu "Śpiewając jazz". Śpiewałem, a jednocześnie akompaniowałem takim artystkom jak Carmen Moreno, Anna Serafińska czy Marianna Wróblewska. Efektem trasy koncertowej po Polsce była wydana w 2011 roku płyta pod tym samym tytułem.

- Potem wraz z Instytutem Teatralnym zorganizowaliśmy wystawę poświęconą Kalinie Jędrusik i koncert piosenek, które wykonywała w Kabarecie Starszych Panów. Grywaliśmy nasze spektakle na różnych wynajmowanych scenach i wreszcie Zbyszek zasugerował, żebyśmy pomyśleli o własnej.

Ciało mówi "stop", ale głowa frunie

- Nie da się non stop żyć na wysokich obrotach. Aby zachować kruchą równowagę - podkreśla dr Kwaśniewska - trzeba umieć też odpoczywać, wyciszyć się, znaleźć czas dla bliskich. Ilona Ostrowska, która zakończyła intensywny okres pracy, wie, że teraz potrzebny jest jej święty spokój.

- Wciąż się uczę, że trzeba czasem zwolnić. To jest jak lot balonem, którym staram się wylądować, ale pociągam za linki i znów się unoszę. Moje ciało mówi mi "stop", ale głowa frunie. I proszę, pod koniec zdjęć wypadł mi bark. Za kilka dni zacznę chodzić wolniej, cieszyć się drobnymi przyjemnościami: pić kawę małymi łyczkami, a nie duszkiem, spędzać więcej czasu z córką. Ale jak długo wytrzymam w tym błogim spokoju? Byle do wiosny.

Bohater powieści Zaniewskiego żyje w świecie, w którym "jedynym znaczącym wydarzeniem jest wybór koloru farby do pomalowania ścian". Autor trochę mu zazdrości: - Chciałbym czuć się dobrze, nic nie robiąc. Nie jest to łatwe, ale intensywnie nad tym pracuję.

Agnieszka Fiedorowicz
Pani 02/2013

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje