Reklama

Reklama

Zabiłam

Usłyszały zarzut z artykułu 148 paragraf 1 kk: „Kto zabija człowieka...” . A miały życie podobne do naszego – rodzina, praca, obowiązki. Nikt nie znał prawdy o tym, co działo się w ich domach. Marta i Sylwia chowały się ze swoim dramatem. Doprowadzone do ostateczności, popełniły zbrodnię - zabiły mężów. Choć przecież tak kochały...

Marta ma nawyk więzienny - gdy ktokolwiek wchodzi do pomieszczenia, w którym rozmawiamy, natychmiast wstaje. Siedzi na krześle wyprostowana, z dłońmi ułożonymi równo na kolanach. Jest ładna. Latynoski typ, ciemne oczy, włosy związane w grubą kitkę. Twarz skupiona, poważna. Pierwszy uśmiech zobaczę po dłuższej chwili, gdy opowiem jej o moich dzieciach. Swojej ośmioletniej córce Marta mówi o ojcu tylko dobrze.

- Opowiadam: tatuś jest w niebie i nad nami czuwa. Gdy ty zostajesz w domu, a ja wracam do więzienia, opiekuje się mną, ale kiedy do ciebie wrócę, on wróci ze mną... Odsiedziała cztery z ośmiu lat wyroku za spowodowanie śmierci męża. Ma dużą szansę na przedterminowe zwolnienie. Dlaczego zabiła? Z miłości. Inaczej nie potrafi tego wyjaśnić.

Reklama

Jacy byli?

Dokładnie tacy sami. Przebojowi, ambitni, z pomysłem na siebie. - Studiowaliśmy na jednej uczelni. Janek ekonomię, ja prawo i administrację. On twierdził, że zakochał się od pierwszego wejrzenia. Kiedy śmiałam się, że nie wierzę, opowiadał mi, jakie ubrania o jakiej porze roku nosiłam, jakie buty. Obserwował mnie, zapamiętywał. Rzeczywiście się zgadzało - uśmiecha się Marta.

Janek zagadnął ją w klubie przy winie. - Kwadrans rozmowy i poczułam, że to TEN facet. Wiedział, czego chce od życia - własna firma, stabilizacja, a potem rodzina, koniecznie dziecko. I ciągły rozwój. Byłam pod wrażeniem, bo właśnie tak myślałam o własnym życiu - opowiada Marta. Gdy Janek robi dyplom i zaczyna pracę w korporacji, ona studiuje na drugim fakultecie. Jego stać już na pierścionek zaręczynowy z brylantem. Rok później - na grawerowane obrączki z białego złota.

- Miał gen zwycięzcy - opowiada Marta. Po ślubie urządza 70-metrowe mieszkanie w dobrej dzielnicy. Marta przymierza się do otworzenia własnej firmy. Nie ma mowy, żeby rodzinę utrzymywał wyłącznie on. - Znalazłam miejsce blisko domu na biuro nieruchomości. To przydało się potem, kiedy musiałam uciekać z malutką Kasią - opowiada.

Ale na razie wszystko układa się dobrze. Ona otwiera firmę, Janek jest już ważnym menedżerem. Martę tylko trochę niepokoi fakt, że mąż coraz rzadziej mówi o dziecku. A zapytany o pomysł na wakacje, robi wielkie oczy: przecież on nie może w tym roku zostawić pracy. Może zimą znajdzie tydzień na narty. Po czym przytula Martę, całuje w szyję, mruczy: "Ale chyba się nie gniewasz". 

Forum: Mój mąż ma konta na portalach randkowych ~ jadiu

- Był czuły, męski, przystojny. Dzisiaj o takich facetach mówi się "ciacho".

"Porozmawiajmy"

Słowo klucz. Marta wierzyła w jego moc. - Coraz częściej prosiłam Janka: usiądź, porozmawiajmy. Martwiło mnie to, że się oddalamy. Ale cieszyłam się, że on jest otwarty: OK, porozmawiajmy, co jest nie tak? Kupowałam książki psychologiczne, on bez oporów "kładł się na kozetce" - opowiada Marta.

A co było nie tak? - Z czasem przekonałam się, że dla Janka życiowym sukcesem jest pełne konto i znajomości. Ja się upierałam: po pierwsze rodzina, a potem uczciwa praca wynikająca z pasji. On kpił: jednak ożenił się z naiwną idealistką. A ja się broniłam: udowodnię ci, że da się osiągnąć sukces inaczej niż przez układy - wspomina Marta.

Składa wniosek o unijną dotację na rozwój firmy. Janek prycha: zero szans, dostają tylko "swoi". - Kiedy przyznano mi te pieniądze, myślałam, że się ucieszy. A on wpadł w szał: przecież mógł mi dać ze swoich oszczędności, co chciałam mu pokazać, za kogo się mam? Nie weszłam w tę awanturę tylko dla świętego spokoju - za ścianą spała nasza roczna córeczka - kontynuuje Marta.

Kasię urodziła trzy lata po ślubie. - O dziwo, Janek wiadomość o ciąży przyjął spokojnie. Był przy porodzie. To jeden z momentów, w których byłam naprawdę szczęśliwa - uśmiecha się Marta.

Pierwszy raz mąż uderzył ją w dniu drugich urodzin Kasi. Bo był zestresowany - uroczystość, rodzina, rozbił flakon, a rano ktoś wjechał mu w bok auta. Przepraszał. Nigdy więcej tego nie zrobi. Uderzył w twarz. Mocno. Marta przyłożyła lód. Źle zrobiła, że postawiła ten flakon na samym brzegu blatu...

Jestem pogubiony

"Duszę się, podcinasz mi skrzydła, osaczasz, nie doceniasz". Albo: "Nie spotkałem nigdy tak mądrej kobiety, pójdę za tobą wszędzie". Marta żyła na huśtawce. - Mówił mi rzeczy piękne i wstrętne. Jednego dnia poniżał, drugiego ubóstwiał. Ale bywał też czuły, troskliwy, chwalił się mną przed kolegami - zaradna, elegancka, kreatywna. I nigdy nie podniósł głosu na córkę - opowiada. Również o tym, jak sama pakowała się w ślepe uliczki. - Kiedy zaczął pracować po 18 godzin na dobę, wiedziałam, że to chore, pierwszy raz zaczęłam myśleć o rozwodzie. Choć zupełnie nie umiałam wyobrazić sobie naszego rozstania.

Ale któregoś dnia, dokładnie w walentynki, wysłałam mu SMS-a: "Na święto zakochanych ślę ci gołębia pocztowego z pismem rozwodowym". Prowokacja. Chodziło o to, żeby nim potrząsnąć. Wrócił do domu wcześniej niż zwykle. Poważny, miał w oczach łzy. Ten widok mnie roztkliwił. Przytuliłam się: "Przepraszam, głupi żart, lepiej porozmawiajmy..." - wspomina Marta. Pewnego dnia odbiera telefon. - Od "życzliwego". Prosta informacja: powinnam lepiej przyjrzeć się kobietom z jego biura. Zwłaszcza blondynce...

Janek ma romans? Nie chciałam uwierzyć. Poprosiłam o wyjaśnienia, chciałam usłyszeć: bzdura, zawiść. I tak się stało. Po czym mąż zaatakował: ktoś mu mówił, że widział mnie w porze lunchu z wysokim mężczyzną dwa razy. Zaczęłam się tłumaczyć: pewnie chodzi o nowego konsultanta, spokojnie, to przecież dzieciak, tylko jedliśmy pizzę... Ale schodziłam na pozycję obronną. Kłótnie kończyły się niczym albo seksem. Żyliśmy w matni - opowiada Marta. Pewnego dnia (Kasia była wtedy w "średniakach") Janek musiał pójść na ważne zebranie do przedszkola. Marta wyjechała służbowo do Londynu.

- Zadzwonił: "Słuchaj, właściwie gdzie jest to przedszkole?". Dotarło do mnie, w jak osobnych światach żyjemy - mówi Marta. Gdy wróciła, dostała w twarz drugi raz. Bo napięcie, Janek nie daje rady, chciałby dobrze. Poniosło go, kurczę, już naprawdę ostatni raz.

Ukrywałam wszystko

- Rodzina, przyjaciele, nikt nie wiedział, co się u nas dzieje - mówi Marta. - Prowadziłam firmę, nie mogłam się przyznać, że radzę sobie z zespołem, a mam kłopoty w relacjach z mężem. W mojej rodzinie nie było rozwodów, nie mogłam rozczarować mamy. Co rok wyprawiałam święta, imieniny moje i Janka, wszystko wyglądało pięknie. Znajomi chwalili, że dom taki wychuchany, dziecko zadbane - opowiada.

Gdy kolejny raz Janek nie zapanował nad agresją, Marta wymyśliła bajeczkę o szaleństwie psa. - Z uśmiechem opowiedziałam pracownikom, że Ares zwariował, rzuca się na domowników i przewraca nas na podłogę. I po tym te ślady. - Rany po paznokciach Janka zakrywałam makijażem, nosiłam ciemne okulary. Po obdukcję do lekarza poszłam tylko jeden raz w życiu - Marta robi długą przerwę w opowiadaniu. Prosi o otworzenie okna. Więc ten jeden raz.

Odtwarza scenę: ona w kuchni, odwrócona tyłem robi herbatę. Kasia jest u dziadków, Janek wraca z pracy poirytowany. Czy coś poszło nie tak? Pytanie jest zwykłe, przynajmniej tak się wydaje Marcie. Jest zdziwiona, gdy czuje szarpnięcie. Jeszcze bardziej - gdy odwrócona siłą, dostrzega nóż w ręce męża. - Coś w niego wstąpiło. Chwycił mój sweter, naciągnął materiał, zaczął systematycznie odcinać jego fragmenty. "A-czy-zaw-sze-wszyst-ko-mu-si- -iść-do-brze?", dyszał. I ciął. Po swetrze bluzkę, spódnicę...

Gdy Marta o tym opowiada, ma zamknięte oczy. W tamtej chwili nie czuje, że nóż nie tylko przecina tkaninę, ale także jej skórę. Janek wybiega z kuchni, ona zostaje zdziwiona: skąd krew? Jest w amoku. ON jej to zrobił?! - Działałam jak automat. Resztka zdrowego rozsądku mówiła mi, że powinnam zgłosić się na obdukcję. Przemyłam rany, nie były specjalnie głębokie - kilka na rękach, nogach, klatce piersiowej. Zamówiłam taksówkę, pojechałam na pogotowie. - Marta znowu milknie.

Zmienionym głosem dopowiada resztę historii: lekarz dotyka ją najpierw delikatnie, potem mocniej, szczególnie piersi. Ona, wciąż w szoku, najpierw nie rozumie, potem nie wierzy: jest molestowana w takiej sytuacji?! Chce uciekać, ale musi mieć papier. - Usłyszałam: "Coś ci powiem, czarnulko. Nie napiszę, że to rany od noża, bo by ci męża zamknęli w klatce i kto by ci robił dobrze?".

Wypadłam z gabinetu, rozpłakałam się na ulicy. Chciałam się schronić w... ramionach Janka. Trudno to zrozumieć, prawda? - pyta. Trudno. Także to, co stało się później. - Żeby załagodzić sytuację, kupiłam bilety do Hiszpanii. Pojechaliśmy dwa tygodnie po tym zdarzeniu w kuchni. Nie oczekiwałam, że Janek przeprosi. Chciałam, żebyśmy zapomnieli, żeby już było dobrze. Nie mogłam włożyć kostiumu ze względu na widoczne blizny. Nie szkodzi. Janek był miły.

Zabiła go rok później

Jak to się stało? Marta patrzy daleko, za okno. Tak trudno uchwycić jeden powód, wyjaśnienie, dlaczego właśnie w tej chwili... - Zbierało się w nas napięcie, bezsilność. Nie potrafiliśmy się rozstać i nie mogliśmy być razem - opowiada. Podkreśla: nie chodziło tylko o przemoc fizyczną. Liczy: Janek uderzył ją cztery, najwyżej pięć razy. - Właściwie można się do tego przyzwyczaić. Nauczyłam się maskować ślady, chronić dziecko. Gdy mąż rozkręcał się w agresji, brałam Kasię, pakowałam jej plecaczek na rano do przedszkola i zabierałam na noc do firmy. Tłumaczyłam, że muszę popracować, a tam jest przecież wygodna kanapa, którą Kasia tak lubi. Brałyśmy psa, zabawki i kanapki - tłumaczy.

- Od przemocy fizycznej można było uciec, od psychicznej - nie. Któregoś dnia Janek dostał propozycję awansu, ale wiązało się to z koniecznością przeprowadzki. Albo jego wyjazdu do innego miasta. Wtedy pomyślałam: może to jest rozwiązanie - żyć przez jakiś czas na dystans? Ale on ukląkł przede mną i powiedział: "Nie wyobrażam sobie powrotu do domu, w którym nie ma ciebie". - Jak mogłam go za to nie kochać? - pyta Marta.

Najlepsze określenie na ich relację? - Toksyczna miłość - mówi pewnym głosem. Gdyby miała opisać ostatni rok ich życia? - Nie zdarzyło się nic gorszego niż tamto z cięciem ubrań. Tylko kumulowały się skrajne emocje. Raz nienawiść, raz przerażająca tęsknota za sobą. Wracałam myślami do wspomnień z czasów przed ślubem, szukałam punktów zaczepienia: chcieliśmy kiedyś kupić łódź, może teraz do tego wrócimy? Ale on kręcił głową: nie będzie miał kiedy pływać, teraz znów ma więcej pracy, czy ja tego nie widzę? Przecież robi wszystko, żeby nasz dom był dostatni, szczęśliwy! A ja miałam wrażenie, że naszego domu już nie ma.

Janek dostawał nagrody, towarzyszyłam mu na galach, widziałam, jak traktują go ludzie - był dla nich miły, pomocny. Koleżance z pracy załatwił stypendium w Stanach, dziecku kolegi operację okulistyczną. Byłam zazdrosna o jego czas dla innych, o życzliwość, nawet o to, że do innych mówił cicho, a do mnie już głównie krzyczał... - Marta opuszcza głowę.

Cztery lata temu Janek znowu wszedł do kuchni znienacka. Oparł rękę o stół, na blacie leżał nóż... Jeszcze nie wziął go do ręki, ale Marta już czuła jego agresję, pobudzenie. Cofnęła się odruchowo, przywarła plecami do ściany. Co mówili? Niewiele pamięta. Nagle znalazła się na podłodze z wykręconymi rękami, szarpała się, on próbował ją obezwładnić, ale ona była silna. Kiedy sięgnęła po ten nóż, w jakim impulsie? Nie odtworzy tego. Nie chce, nie umie o tym mówić. Zadała jeden cios. Sama wezwała pogotowie. I próbowała reanimować męża. Ale Janek umarł na miejscu.

W sądzie walczyłąm o siebie

Byłam w depresji. Pozbawiłam życia człowieka, którego tak kochałam. Nie chciałam tego, broniłam się, nie zamierzałam go skrzywdzić. Jak miałam to opowiedzieć, kto może to zrozumieć? Adwokat szukał linii obrony, ja milczałam - przecież linią obrony jest całe nasze wspólne życie, jak to przedstawić sędziemu? Padały zarzuty: zamordowałam, żeby dostać pieniądze z polisy - jak w tanim kryminale. Gdyby sytuacja była inna, śmiałabym się z tego. Ale ja zamknęłam się w sobie, po prostu czekałam na wyrok - mówi Marta.

W zakładzie karnym dla kobiet postanowiła jak najszybciej dopasować się do warunków. Cela dzielona z innymi skazanymi za ciężkie przestępstwa, rygor - zniesie wszystko, nie będzie robić problemów. Chce jak najszybciej "przepychać" dni do przepustki. Względny spokój daje jej świadomość, że od czterech lat córka jest pod opieką dziadków.

- Kasia ma osiem lat. Chodzi do szkoły, spotyka się z ludźmi, którzy znają naszą sprawę. Od tego jej nie odizoluję, codziennie martwię się, żeby czegoś przykrego nie usłyszała, nie odczuła. Brałam pod uwagę przeprowadzkę do innego miasta, ale postanowiłam zostać blisko rodziny. Najbliżsi mnie nie potępili, mam ich wsparcie. Muszę podnieść głowę, przygotować się na rozmowy z rodziną Janka, to jeszcze przede mną - mówi Marta.

Teraz czeka na dobre wiadomości o skróceniu kary, decyzja zapadnie niedługo. Marta prawie codziennie wychodzi poza mury. Pracuje jako wolontariuszka w ośrodku dla niepełnosprawnych. Dziś cieszy się, że będzie mogła stać za córką w dniu jej pierwszej komunii. - Dwa, trzy razy w miesiącu jestem w domu. Pozwolono mi zaocznie studiować kolejny fakultet, jeżdżę na zajęcia, mam posmak wolności - mówi cicho. Czy rozmawia z dzieckiem o tym, co się stało?

- Tak, tłumaczę, że doszło do sprzeczki, do wypadku. Byliśmy na siebie źli, wydarzyło się nieszczęście. Ale też, że się kochaliśmy, że tata był świetnym człowiekiem, dbał o nas. Chcę, żeby córka dobrze go zapamiętała - mówi Marta. Po chwili: - Nie wiem jeszcze, co będzie, gdy wyjdę z więzienia. Nie boję się o siebie, ja już ustawiłam sobie w głowie, że do końca życia będę niosła ciężar dla innych niewyobrażalny. Ale być może pomocy psychologa zacznie potrzebować Kasia. Kiedy ostatnio rozmawiałyśmy, córka powiedziała, że to wszystko... przez nią. Bo TO się stało, kiedy ona spała. Uważa, że jest winna, ponieważ ma za mocny sen, nie usłyszała, że się kłócimy, nie przybiegła, żeby nas pogodzić, przytulić się...

- Nie wiem jeszcze, z czym będę musiała się zmierzyć. Na razie marzę, żebym, tak jak za chwilę pani, mogła wsiąść do pociągu i pojechać do domu.

Nie proszę o wybaczenie

Sylwia ma w celi nad łóżkiem rysunek od siedmioletniej córki - mama i dwoje dzieci trzymający się za ręce, serce i słowa: "Kocham cię". Odsiedziała dopiero osiem miesięcy z sześcioletniego wyroku. O tym, co się stało, z dziećmi jeszcze nie rozmawiała (ma też 11-letniego syna), nie jest gotowa. Ale już dużo w sobie poukładała, opowiada spokojnie, stara się panować nad emocjami.

Niewysoka, zgrabna. Odbywa karę w więzieniu na południu Polski. W trakcie procesu przekazała list dla teściowej. Napisała między innymi: "Nie proszę, żebyś mi wybaczyła, pragnę tylko, żebyś mnie zrozumiała".

- Zabiłam człowieka. Zabrałam ojca dzieciom i syna jego matce. Mam świadomość ogromu winy. Nie uchylam się od kary. Przeciwnie - uważam, że jest za mała, dostałam najniższy wymiar. Cieszę się z tego tylko ze względu na dzieci - tłumaczy poważnie. Po chwili mówi rzecz dziwną: - Wie pani, o co się modliłam, kiedy trwało śledztwo? Do końca nie było pewności, kto śmiertelnie zranił mojego męża, działałam pod wpływem szoku, który "wyłączył" świadomość, pamięć. Ale bardzo chciałam usłyszeć, że to moje odciski palców na nożu, że to ja...

Zabawnie wyglądali razem

Ona metr sześćdziesiąt, on prawie dwa. - Poznaliśmy się 15 lat temu na ślubie przyjaciół. Mieliśmy niewiele ponad 20 lat. Robert ujął mnie poczuciem humoru. I świetnie prowadził w tańcu... - uśmiecha się Sylwia. Pobrali się, cztery lata po ślubie urodził się Kacper. Sylwia pracowała do tej pory jako laborantka, teraz Robert zaproponował: zostań z dzieckiem, ja zarobię na rodzinę.

- Znalazł pracę w firmie budowlanej, kilka miesięcy w roku pracował w Anglii. Postanowiliśmy spróbować tak żyć. I udawało się - Robert utrzymywał dom, trochę był za granicą, trochę w Polsce. Ja miałam wsparcie rodziców, trójki rodzeństwa. Kacper rósł, po czterech latach urodziłam Helenkę.

To był świetny czas w naszym życiu - wspomina Sylwia. I opowiada o próbie, jaką wymyślił im los. - Seria nieszczęść w krótkim czasie. Najpierw zmarł ojciec Roberta. Byli zżyci, mąż dogadywał się z nim o wiele lepiej niż z matką - opowiada. Kolejny cios - brat Roberta cierpiący na depresję popełnił samobójstwo.

- Mąż był tym zdruzgotany. Starałam się go wspierać, pocieszać, ale widziałam, jaki ból w sobie nosi. Dzisiaj uważam, że już wtedy za słabo walczyłam o dotarcie do niego, o zrozumienie, co się z nim dzieje. Na swoją obronę mam tylko to, że w tamtym czasie bardziej zajmowało mnie coś innego - Sylwia robi pauzę.

Gdy Kacper ma dziewięć lat, pojawiają się u niego dziwne objawy - chłopiec bywa bliski utraty przytomności, wciąż boli go głowa. Lekarze szukają przyczyny. - W końcu usłyszeliśmy diagnozę: torbiele na mózgu. Nie muszą zmienić się w złośliwe, ale trzeba monitorować, leczyć. No i uważać na dziecko. Myślę, że wiadomość o chorobie syna załamała męża ostatecznie - twierdzi Sylwia.

- Obowiązek żony...

...musisz być przy mężczyźnie, którego kochasz, także wtedy, gdy wszystko się wali, kiedy jest trudno. Ja wyrzucam sobie, że przegapiłam moment, gdy jeszcze mogłam pomóc Robertowi - mówi poważnie Sylwia. - Najpierw zamknął się w sobie. Był nieobecny. Także dosłownie - coraz później wracał z firmy - wtedy pracował już tylko w kraju - tłumacząc to większymi wymaganiami szefa. Któregoś dnia poczułam od niego alkohol - wcześniej mąż pił sporadycznie i nigdy w pracy. Zapytałam, co się stało. Machnął ręką, chyba wytłumaczył, że koledze urodziło się dziecko. Potem coraz częściej wracał lekko nietrzeźwy. Od razu kładł się spać. Byłam zaniepokojona, ale starałam się go usprawiedliwiać: jest zestresowany, zmęczony - opowiada.

Pewnego wieczoru Robert wraca pijany, siada na kanapie, dzieci przychodzą, żeby się przytulić. - Zawsze to robiły. Tamtego dnia Robert wstał zirytowany, jakby "strzepnął" z siebie przytulone dzieciaki, warknął coś, żeby dać mu spokój. Helenka się rozpłakała, Kacper stał zdezorientowany. Czy to w tamtej chwili coś się we mnie przestawiło? Być może tak... - Sylwia patrzy daleko przez okno celi. - Poczułam się bardziej matką niż żoną. Chciałam chronić dzieci, nawet za cenę odwrócenia się męża - mówi.

Pamięta kilka zdarzeń. Ona i dzieci stoją gotowi do wyjścia, czekają na Roberta. Mają iść do sąsiadów, jest niedziela. Robert wychodzi z łazienki, mówi: "Pójdę, jeśli on zostanie w domu" - ma na myśli syna. Albo: Sylwia wygląda przez okno, widzi męża parkującego przed domem - przywiózł Kacpra z basenu. Robert mówi coś do syna, najwyraźniej każe mu iść przodem, sam rusza po dłuższej chwili.

- Stało się coś dziwnego. Mąż zaczął wstydzić się Kacpra, unikać kontaktu z nim, pokazywania się z nim na ulicy. Nie mówiąc o dotykaniu, całowaniu na dobranoc. Skąd to się wzięło? Myślę, że nie umiał pogodzić się z chorobą dziecka i własną niemocą. Kacper w efekcie brania leków przytył, stał się mniej sprawny. Wymagał przez to większej troski, a czuł się odtrącony. Każda jego słabość była wykorzystywana przez Roberta. Brał jego zeszyty i krzyczał: "Jak ty piszesz, do niczego nie dojdziesz, jesteś zero! Jak będziesz taki gruby, żadna dziewczyna się za tobą nie obejrzy!". Przepytywał go setki razy z tabliczki mnożenia, z ortografii.

Gdy czułam, że zaczyna się pastwić, siłą zabierałam Kacpra z pokoju. Tuliłam płaczącego, a Robert szydził: "Maminsynek, baba". Któregoś dnia - pił już wtedy dużo - powiedział do mnie, przepychając się w drzwiach sypialni: "Zejdź mi z drogi, kurwo".

Mamie kłamałam, że jest OK

Kiedy dzwoniły siostry, wesołym głosem relacjonowałam sukcesy dzieci w szkole, opowiadałam, co zrobię w niedzielę na obiad. Pozornie nic się u nas nie działo. Mieszkamy w starej kamienicy, mury są grube, myślę, że sąsiedzi nie słyszeli awantur - mówi Sylwia. Awantury, czyli krzyki Roberta, oskarżenia wobec Sylwii: że nie dba o dom albo przeciwnie - przesadnie troszczy się o czystość. Zaniedbuje syna albo wręcz odwrotnie - poświęca mu za dużo czasu. Jest oszczędna do przesady albo rozrzutna i lekkomyślna.

- Błagałam go: ciszej, nie przy dzieciach. Ścieliłam łóżko, okrywałam męża kołdrą, podawałam wodę - opowiada Sylwia. Dlaczego to robiła? - Przecież go kochałam. Tęskniłam za nim z czasów, kiedy wszystko było w porządku. Głaskałam jego włosy, gdy spał, i wyobrażałam sobie, że jak wstanie, wszyscy pójdziemy na spacer, a potem do ulubionej restauracji - opowiada.

W tamtym okresie cieszy ją każdy dzień trzeźwości Roberta. - Ale on wpadał w ciągi alkoholowe, zanim porządnie wytrzeźwiał, upijał się znowu. Ale zdarzało się, że jedno, dwa popołudnia był znowu z nami. W dzieci wstępował wtedy ogień. Tata pozwalał się przymilać, Helenka siadała mu na kolana, Kacper opowiadał o dobrze napisanych klasówkach - Sylwia uśmiecha się lekko, ale zaraz poważnieje.

- Musiałam odpowiadać na trudne pytania dzieci: dlaczego tata jednego dnia jest kochany, a drugiego tak krzyczy? Dlaczego wyzywa, a potem śpimy w jednym łóżku i się przytulamy? Gubiły się, bo dostawały sprzeczne komunikaty - mówi. - Często Robert podpuszczał Kacpra: idź i powiedz mamie, że ją przepraszam - wiedział, że synowi nie odmówię. Manipulował nami. A ja byłam niekonsekwentna. Nie umiałam spakować walizek męża i wystawić ich za próg. Przecież byliśmy małżeństwem. A poza tym potrzebowałam jego wsparcia.

Pewnego dnia odebrałam telefon od mamy. Z bardzo złą wiadomością: ma nowotwór. Byłam załamana - Sylwia ścisza głos. Czy liczyła, że Robert jej pomoże? Tak. Co od niego usłyszała? "Niech ci matka umrze, zobaczysz sama, jak to jest, kiedy rodzic odchodzi". Byłam w szoku. Czy mój mąż stał się potworem?

- wspomina Sylwia. Robert był coraz bardziej agresywny, A Kacper wpadł w nerwicę. Sylwia zapisała siebie i syna do psychologa. Usłyszała: pomoże tylko terapia rodzinna, na spotkania musi przychodzić także mąż, inaczej to nie ma sensu.
 - Najpierw go prosiłam, tłumaczyłam, że problem dotyczy naszej trójki. Obiecywał, że przemyśli. Błagałam: bądź w środę o jedenastej pod gabinetem. Przyrzekał: dobrze, wezmę wolne, będę. Nie przyjeżdżał. Raz, drugi, trzeci, ciągle to samo - opowiada Sylwia. - W końcu zagroziłam: zgłoszę cię na policję, do sądu, dostaniesz kuratora, siłą zmuszę do terapii. A wtedy on dostał szału. Wyzywał mnie, szarpał, krzyczał. I najgorsze - mścił się także na Kacprze.

Nigdy nie zapomnę widoku syna chroniącego się przez jego uderzeniami. Chwytałam dziecko i uciekaliśmy z domu. Na klatce uspokajałam małego: będzie OK, tacie przejdzie, nie płaczemy, nikt nie może zobaczyć. Szliśmy na ławkę do parku, dochodziliśmy do siebie - wspomina Sylwia.

Jak się czuła? - Byłam bezradna, bezbronna. Nie wiedziałam, co robić. On jeszcze próbował przeciągać dzieci na swoją stronę. Dawał im po pięćdziesiąt złotych i komentował: "Mama wam nie daje, prawda? Bo to tata kocha mocniej". Kacper przychodził, pokazywał banknot, a ja tłumaczyłam: synku, wydaję pieniądze na rachunki, na zapłacenie telefonów, bo muszę mieć kontakt z tobą. Nie zarabiam. Ale przecież miłość to nie dawanie pieniędzy.

On patrzył na mnie niebieskimi oczami i nie wiedział, kogo ma słuchać. Był skołowany. Bardzo mu zależało na akceptacji ojca. Po każdej awanturze obserwowałam scenę: Kacper siada obok taty, najpierw daleko. Potem bliżej. Wysuwa palec, delikatnie dotyka ramienia ojca, za chwilę mocniej, już całą dłonią, ale lekko, żeby nie trącać, tylko pogłaskać. I w końcu głaszcze jego rękę, siada blisko. I jest szczęśliwy, jeśli tata go nie przegoni. Robertowi wszystko wybaczał w pięć minut. Kiedy obrażał się na mnie, potrafił milczeć dwa dni.

- Miesiąc osobno...

...był ostatnią szansą - mówi Sylwia. Zabrała dzieci, wyjechała do mamy na wieś. Oddzielne wakacje miały być czasem dla Roberta, żeby wszystko przemyślał, odpoczął od nas. Tak się umówiliśmy, bo sytuacja obojgu nam wymknęła się spod kontroli - opowiada. Bo przed tym wyjazdem Robert przestał już wracać na noc do domu. Przychodził o świcie, nie potrafił włożyć klucza do zamka. Wtedy kopał w drzwi, a w przedpokoju syczał, że Sylwia zamknęła się przed nim, bo chce się go pozbyć. I bił.

- Nauczyłam się krzyczeć do wewnątrz, żeby nie eskalować jego wściekłości - opowiada. - Robert kładł się na kilka godzin, po wstaniu wypijał trzy kubki kawy, reanimował się na jakiś czas. Wkładał koszulę, czytał gazetę - to była godzina, dwie, kiedy można z nim było normalnie porozmawiać. Właśnie w takich okolicznościach zdecydowaliśmy, że wyjadę na dłuższy czas, a on może wymyśli jakiś plan. Czy wierzyłam, że to możliwe? Chciałam tego, po prostu - mówi Sylwia.

Na wakacjach trochę odpoczywa, mama czuje się lepiej, opiekuje się córką i wnukami, jest spokojnie, miło. Sylwia odzyskuje humor. Tym bardziej że Robert dzwoni: przyjeżdżaj, czekam na was, stęskniłem się, porozmawiamy spokojnie.

- Był trzeźwy. Pojechałam pełna dobrych myśli. Niestety, zastałam zamknięte drzwi. Ale mąż oddzwonił, że wyskoczył do marketu po zakupy na kolację, zaraz wraca. Wrócił po kwadransie. Pijany - Sylwia bierze głęboki oddech. Jednak wtedy siada naprzeciwko niego, gotowa do rozmowy. Po jej prawej stronie Kacper, po lewej Helenka. Robert zagaja: jak było na wsi? Ona już zamierza opowiedzieć coś dla rozładowania atmosfery, gdy mąż dorzuca: "Kurwiłaś się tam, co?". I do Kacpra: "Powiedz, matka miała amantów? Chodziła z panami do lasu?".

- Nie wytrzymałam. Wykrzyczałam cały żal, rozczarowanie. A wtedy on wstał i nie patrząc na to, że dzieci są we mnie kurczowo wczepione, z całej siły uderzył mnie twarz. We trójkę uciekliśmy do pokoju, schowaliśmy się pod kołdrą. Dygotałam, córka i syn byli przerażeni. Jak małe zajączki. Robert wpadł do pokoju, zaczął za nogi wyciągać mnie z łóżka. Wstałam więc i poszłam za nim do pokoju. Robert wcześniej robił tam sobie kanapkę. Na stole zostawił nóż.

"Proszę nie myć rąk...

...niczego nie dotykać, nie zapalać papierosa" - nakazuje lekarz pogotowia wezwany jakiś czas później do ich domu. Sylwia opowiada: - Nie rozumiałam, co się dzieje. Pamiętałam kłótnię, moje słowa: że jeśli następnym razem spakuję walizki swoje i dzieci, już nie wrócę. Popychanie, przekleństwa. Pamiętałam też, jak Robert osuwa się na łóżko, prosi o mokry ręcznik i ja mu go podaję - robiłam tak często. Kiedy był prawie nieprzytomny, pomagało mu otulenie wilgotnym dużym ręcznikiem, dochodził szybciej do siebie. Nie pamiętam, wtedy też nie pamiętałam momentu zadania ciosu... Tamtej nocy Robert nie umiera od razu.

Z dużym prawdopodobieństwem wypadki toczą się w następującej kolejności: awantura zamienia się w szarpaninę i bójkę. Robert bierze zamach, by uderzyć Sylwię, a wtedy ona chwyta nóż. On podnosi rękę, by się osłonić, nóż trafia w bok, pod pachą. Rana jest niewidoczna. Robert kładzie się do łóżka, Sylwia przynosi ręcznik, ucieka do pokoju dzieci. Jest w szoku, stara się zasnąć, może nawet wpada w drzemkę. Ale po chwili wraca do pokoju, w którym śpi mąż.

- Leżał na lewym boku. Dotknęłam jego szyi, była dziwnie zimna. Potrząsnęłam go za ramię, żeby się obudził. Zauważyłam z przerażeniem, że jego ciało jest sztywne - potrząsałam za bark, a ruszały się także nogi... Pomyślałam, że to może alkoholowa agonia, natychmiast wezwałam pogotowie - relacjonuje.

Lekarz przyjeżdża szybko, ogląda Roberta. Sylwia nie zapomni do końca życia, jak pochylony nad jego ciałem, kręci przecząco głową. - Stwierdził zgon. Znalazł ślad pod ręką. Nieduży - dwa, trzy centymetry. Powiedział, że to rana kłuta i że trzeba wezwać policję. Nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę. Co się stało? Czy to JA zrobiłam?! Słuchałam jak w letargu: śmierć na skutek wykrwawienia, jest nóż, trzeba zabezpieczyć ślady. Zabrano mnie na posterunek, do dzieci przyjechała siostra. To był ostatni moment, kiedy je widziałam.

Choć pewności nie miałam - tak bardzo wyparłam ze świadomości wszystko, co się wydarzyło - opowiada. W areszcie czeka w napięciu na wyniki analiz. - Tysiące razy przerabiałam w głowie możliwe scenariusze. Prześladowało mnie jedno wspomnienie: syn stający w mojej obronie. Zdarzyło się parę razy, że rzucał się na atakującego mnie męża z butem w ręce, z kubkiem, czymkolwiek, co miał w zasięgu. Jedna z moich strasznych wizji zakładała, że w pokoju pojawiło się wtedy dziecko... Ekspertyzy dają w końcu wynik - na nożu są odciski palców Sylwii. Dla niej to ulga.

W sądzie zapada wyrok: sześć lat więzienia. Opiekę nad Kacprem i Heleną przejmuje jej siostra. - Teraz mam czas na bycie sama ze sobą. Na przemyślenia, rozliczenie się. Wiem jedno - jestem winna, bo nie dałam Robertowi szansy. Skupiłam się na dzieciach, na chorym synu. Uważałam, że mąż jest dorosły, jakoś sobie poradzi. A przecież gdybym poświęciła mu więcej uwagi. Gdybym znalazła sposób, by zmusić go do terapii... Nie mogę cofnąć czasu, ale chciałabym powiedzieć kobietom w takiej sytuacji jak moja: każdy człowiek, nawet najgorszy, zasługuje na pomoc, na zrozumienie. Trzeba ciągle pamiętać uczucie, które nas połączyło. Choć miłość tak łatwo zmienia się w nienawiść.

- Wie pani, Robert śni mi się często. W tych snach przeważnie bardzo się go boję. Ale ostatnio przyśnił mi się dobry, uśmiechnięty. Może to jakiś znak, nadzieja?

Agnieszka Litorowicz - Siegert

TWÓJ STYL 7/2013



Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje