Reklama

Reklama

Irena Santor: Bo we mnie jest takt

Królowa polskiej piosenki zaskakuje skromnością. Nikogo nie udaje, o nic nie zabiega. Irena Santor jest dowodem na to, że prawdziwy talent zawsze broni się sam.

Przed tą rozmową nigdy nie spotkałam jej osobiście, choć miałam wrażenie, że towarzyszy mi od zawsze. Dzieciństwo spędziłam w Sopocie, w pobliżu Opery Leśnej. Wszyscy na moim podwórku fascynowali się festiwalami piosenki. Siedząc na drzewach, podsłuchiwaliśmy próby, a wieczorami koncerty. To wtedy pierwszy raz usłyszałam Irenę Santor i jej "Embarras". Słuchałam jak zaczarowana.

Anna Dymna, aktorka zaprzyjaźniona z piosenkarką, wspomina: - Przed pierwszym spotkaniem z nią byłam bardzo speszona. Bo jej piosenek słuchałam od dziecka. Moja mama je uwielbiała. Mówiła: "Kiedy Santor śpiewa, od razu robi mi się lepiej".

Reklama

Cieszyłam się na spotkanie z królową polskiej piosenki. W Nadarzyńskim Centrum Kultury Irena Santor zjawia się kilka minut przed czasem.

- Lubię punktualność - zaznacza. - Dyscyplinę mam we krwi. Nie uważam jej za męczący obowiązek, to raczej sposób okazywania ludziom szacunku. W białej lnianej koszuli, bez makijażu wygląda świeżo i naturalnie. Lubi prostą elegancję, bo pasuje do jej charakteru. Radosna, spontaniczna opowiada o tym, że Polskie Radio zaproponowało jej nagranie płyty z nowymi piosenkami.

- Ten rok dobrze się dla mnie zaczął - mówi i przeprasza, bo musi odebrać kolejny telefon. Mam wrażenie, że jest w centrum zdarzeń, pełna energii i entuzjazmu. Nigdy nie przeszła na emeryturę. W czasach, gdy celebrytą zostaje się w pięć minut i na pięć minut, jej kariera jest fenomenem - trwa nieprzerwanie od pięćdziesięciu lat.

Lepsza niż bigbit

W jednym z telewizyjnych wywiadów Zbigniew Wodecki zdradził: "Irenę od śpiewania najbardziej bolą nogi". - To prawda - śmieje się piosenkarka. - Nauczono mnie stać sztywno, bez ruchu, na zasadzie: minimum środków, maksimum wyrazu. Śpiewając, czułam, jak moje ręce się zaciskają, a nogi wrastają w scenę. A potem przyszły inne czasy, nastał nowy styl, pojawił się Czesław Niemen i inni. Odkryłam, że ja też mogę się poruszać, zaczęłam od małych kroków, drobnych gestów. Brałam lekcje z ekspresji ciała i aktorskiej interpretacji tekstu u Barbary Fijewskiej. Cierpliwie szlifowałam rzemiosło, bo bez niego nie utrzyma się żaden talent.

- Moje pokolenie fascynowało się bigbitem - wspomina Maria Szabłowska, dziennikarka radiowa. - Dla nas wtedy Santor i Połomski byli synonimem tego, co na estradzie przestarzałe. Ale mój tata kochał i podziwiał panią Irenę. Gdy w radiu leciała jej piosenka, ostentacyjnie podkręcał głośność. Toczyliśmy o to boje, a on przekonywał: "Te twoje szarpidruty przeminą, a pani Irena zostanie". Miał rację, jej muzyka się obroniła. A głos brzmi tak samo czysto jak przed laty.

Pierwszy występ estradowy "zaliczyła" w grudniu 1959 roku, w Sali Kongresowej na koncercie z okazji 50. edycji popularnej audycji radiowej "Zgaduj zgadula". Miała na sobie białą sukienkę, a ze stresu czerwone plamy na dekolcie. Śpiewała piosenkę "Nie oczekuję dziś nikogo" z muzyką Derwida, czyli samego Witolda Lutosławskiego. To był moment przełomowy: dziewczyna z Mazowsza zmieniła się w piosenkarkę.

Egzamin zdałam przez okno

W życiu nie trzeba dużo mieć - przekonuje Irena Santor. Jest pogodna, na nic nie narzeka, lubi żartować. Bezpośrednia, ale umie też postawić granice: "O tym, proszę, nie wspominajmy".

- Przeżyłam dużo traumatycznych wydarzeń - tłumaczy. - Nie chcę ich rozpamiętywać. Za to chętnie wraca do czasów Zespołu Pieśni i Tańca "Mazowsze". Był dla niej rodziną przez osiem lat, zanim do niego trafiła, mieszkała w Solcu Kujawskim. Jej dzieciństwo to była wojna. Ojca zamordowano w pierwszych dniach okupacji, zostały z mamą same.

W 1947 roku przeniosły się do Polanicy-Zdroju. Mama poważnie zachorowała, dorabiała szyciem, było ciężko i biednie. Irena poszła do Szkoły Zdobienia Szkła w Szczytnej Śląskiej. Zamieszkała w internacie, miała nauczyć się zawodu, pracować w fabryce, zarabiać. Zdolności do rysunków jednak nie przejawiała, za to chętnie śpiewała, co zauważyła jej wychowawczyni. - Kiedy dowiedziała się, że jestem zagrożona gruźlicą, dokarmiała mnie ze swojej skromnej pensji. To ona mnie nauczyła, że ludzie powinni sobie pomagać - opowiada Santor. Nauczycielka wykorzystała swoje znajomości, by przedstawić ją Zdzisławowi Górzyńskiemu, dyrektorowi opery w Poznaniu, który wypoczywał w Polanicy-Zdroju.

- To wtedy zdałam swój pierwszy egzamin - wspomina piosenkarka. - Dyrektor powiedział, że powinnam rozwijać talent. Ale jak? Przecież nie miałam pieniędzy. Dał mi list polecający do Tadeusza Sygietyńskiego, dyrektora Mazowsza. Nie znałam tego zespołu, w naszym internacie nie było radia. Rok 1951. Uzbrojona w list, z ciotką swojej nauczycielki przyjechała do Nadarzyna. Sześć kilometrów dalej, w Karolinie, rezydowało Mazowsze. Przez tydzień spacerowała drogą, którą chadzał Sygietyński, wreszcie go spotkała. "Pani do mnie?", zapytał. Przyjął ją do zespołu. Egzamin zdała po tygodniu... przez okno.

- Mazowsze wyjechało akurat na występy do Warszawy. Był wrzesień, cudna pogoda, okna pootwierane. A my, nowe - było nas kilka - śpiewałyśmy nieświadome, że ktoś nas słyszy. Ja wybrałam pieśń "Czemu żeś mnie, matuleńko" - opowiada piosenkarka. Legenda głosi, że po wysłuchaniu jej Sygietyński wpadł do szkoły, wołając: "Brylant, znalazłem brylant!".

- Mazowsze to była szkoła życia - twierdzi Santor. - Byliśmy przygotowywani do występów na scenie. Uczono nas fachu, przyjeżdżali do nas najlepsi instrumentaliści, muzycy, wożono nas do teatru i opery. Jeździliśmy na tournée po Polsce i za granicę. Ale chyba ważniejsze było to, jak nas tam wychowywano, jaką wpajano kulturę.

Czarny tusz spływał mi po twarzy

Mazowsze było bajką dla wielu kopciuszków wojennego pokolenia, zwłaszcza tych z małych miasteczek i wsi. Dawało szansę na awans, na wyrwanie się z szarej codzienności. Piosenkarka czuła się dzieckiem szczęścia przez kilka lat, do chwili gdy dopadła ją trema.

- Potworna, paraliżująca. To były ataki panicznego lęku - mówi. Raz tuż przed występem poczuła, że nie da rady zaśpiewać utworu "Ej, przeleciał ptaszek". - Siedziałam w garderobie zapłakana, czarny tusz spływał mi po twarzy - opowiada. I wtedy dyrektorka administracyjna Gusti Jackowska powiedziała: "Jak nie pojawisz się na scenie, zrobi się dziura kolorystyczna, tylko wyjdź, a Basia za ciebie zaśpiewa".

To ją przekonało. Wyszła, stanęła, orkiestra przygrywa, a Basia milczy. Irenie Santor wpojono dyscyplinę, zmusiła się, zaczęła śpiewać przez łzy. Słabo jej poszło, oklaski dostała mizerne. Pomyślała: "Jak to? Przecież ludzie kochają tę piosenkę, zawsze bisowałam". Wystąpiła jeszcze raz. Przełamała się.

- Ktoś, kogo nie chcę wymieniać z imienia i nazwiska, uruchomił we mnie takie pokłady strachu, że rozleciałam się psychicznie - wyznaje. - Miałam wtedy osobiste przejścia, ale ten niepokój sięgał aż dzieciństwa. Do wojny, gdy jako dziewczynka bałam się chodzić chodnikiem, bo ten był tylko dla Niemców. Do dziś reaguję lękiem na dźwięk niemieckiej mowy. Choć pamiętam także, że pierwszą wymarzoną lalkę dostałam na gwiazdkę od niemieckiego oficera.

Tremy się nie pozbyła, towarzyszy jej przy każdym występie, ale już nie paraliżuje. Lubi recitale, bo nawet gdy na początku coś nie wyjdzie, może naprawić to następnymi utworami. - Zawód, który uprawiam, jest piekielny - podkreśla. W Mazowszu poznała swojego byłego męża Stanisława Santora, skrzypka i koncertmistrza orkiestry radiowej. - To on zaszczepił we mnie miłość do muzyki poważnej - wspomina. - Kiedyś nie miałam na nic czasu, dziś bardzo często chodzę do filharmonii i opery. Ta muzyka otwiera we mnie jakąś inną przestrzeń.

Rak to nie wyrok

Choroba była dla piosenkarki całkowitym zaskoczeniem. Zawsze czuła się zdrowa i silna. W 2000 roku zrobiła mammografię i usłyszała, że ma nowotwór.

- Natychmiast pobiegłam do Centrum Onkologii na Ursynowie, wpadłam do ponurego, opustoszałego gmachu - akurat był Wielki Czwartek - i narobiłam rabanu: "Mam zły wynik, proszę mnie natychmiast zoperować". Biopsja wykazała, że to niezłośliwy guzek. Zaopiekowała się mną doktor Monika Nagadowska, to ona zrobiła mi operację tzw. oszczędzającą, nadal mam obie piersi. Ale potem okazało się, że rak był złośliwy. Przeszłam naświetlania i drugą operację, usunięto mi węzły chłonne. Od tego czasu minęło trzynaście lat. Badam się regularnie. Jestem pod opieką doktora Wojciecha Załuckiego, świetnego specjalisty i lekarza starej daty, który nie wypuści mnie z gabinetu, zanim nie będzie pewien, że wszystko jest w porządku.

Dzięki chorobie zrozumiała, że musi nauczyć się o siebie dbać. - W piosenkach często śpiewa się o tym, że nic nie trwa wiecznie - zauważa. - Ale czy my to rozumiemy? Czy umiemy szanować każdy dzień?

W trudnych momentach pomagał jej życiowy partner Zbigniew Korpolewski. - Nie jesteśmy małżeństwem - zaznacza piosenkarka. - Małżeństwo często coś w ludziach zabija. Ci, którzy się kochają, powinni być wolni, i to się sprawdza w naszym związku. Zbyszek otoczył mnie wielką opieką. Czułą, spokojną, rzetelną. Żyjemy razem już od dwudziestu lat, jesteśmy w tym samym wieku i teraz opiekujemy się sobą nawzajem. Pracują z sobą od zawsze, bo Zbigniew Korpolewski, choć z wykształcenia prawnik, wybrał branżę rozrywkową. Był reżyserem, dyrektorem teatrów, autorem monologów scenicznych, konferansjerem.

- Dużo wyjeżdżaliśmy z koncertami za granicę - opowiada Santor. - Na początku nie bardzo się lubiliśmy. Taki był wymagający, ostry, apodyktyczny. Nawet nie wiem, kiedy zbliżyliśmy się do siebie. To nie znaczy, że teraz spijamy sobie z dzióbków. Zbyszek to silny charakter, ja też do łatwych nie należę. Jak się uprę, to długo mnie trzeba przekonywać. On to potrafi, jednak i tak często się spieramy.

- Kłócimy się, ale twórczo - mówi Zbigniew Korpolewski i zaznacza, że stal hartuje się przez uderzenia. - Irena jest osobą, z którą zawsze mam o czym rozmawiać. Interesuje się światem, dużo czyta. Zawodowo jest trudna we współpracy, wymagająca, to perfekcjonistka. Pewnie dlatego, że traktuje swoją pracę niezwykle poważnie. Ja w niej najbardziej cenię uczciwość i prawdomówność. Zawsze była wobec mnie lojalna. Ma jeszcze taką cechę, że nie potrafi przejść obojętnie obok cudzego nieszczęścia. Walczy o innych jak o siebie.

- Gdyby nie ludzie tacy jak Irena Santor, pewnie nie miałabym siły robić tego, co robię - mówi Anna Dymna. Aktorka prowadzi fundację Mimo Wszystko, jest inicjatorką Festiwalu Zaczarowanej Piosenki, w którym biorą udział dzieci niepełnosprawne.

- Pamiętam, zbliżała się dziesiąta edycja festiwalu, kiedy zwróciłam się do Ireny o pomoc. Od razu się zgodziła i odtąd nas wspiera. Pomaga i jeszcze nam dziękuje, bo to prawdziwa dama, zawsze elegancka. Nie zważa na trudy, jak trzeba, wsiada do pociągu i telepie się do Krakowa choćby z drugiego krańca Polski. Nigdy nie słyszałam, żeby mówiła, że czegoś nie może albo że brakuje jej czasu. Ma fantastyczny kontakt z naszymi podopiecznymi. Potrafi tak pochwalić, że człowiekowi skrzydła rosną. Mało jest dzisiaj autorytetów, a Irena Santor nim jest. Świetnie dogaduje się także z ludźmi dużo młodszymi od siebie.

- Panią Irenę noszę w sercu - mówi Krzysztof Cugowski, wokalista Budki Suflera, który wystąpił z nią na płycie "Duety". - I nie ma znaczenia, że jestem z innej bajki. Profesjonalistka, a przy tym ciepły, dobry, mądry człowiek. Jest kompletna.

- Ma w sobie radość życia i ciekawość świata, dlatego nigdy się nie zestarzeje - dodaje podróżniczka i pisarka, dawniej jej sąsiadka Elżbieta Dzikowska. - Bo młodość to stan umysłu, niezależny od wieku. Irena jest dzielna, bez względu na wszystko daje sobie radę. Myślę, że powiedzenie: "Co cię nie zabije, to cię wzmocni", odnosi się właśnie do niej.

Tylko się nie popłacz

- Nie miałam ochoty pojechać w tym roku do Opola na festiwal, oj, nie miałam - uśmiecha się Santor. - Nie lubię oglądać się za siebie. Po co kolejny raz śpiewać "Powrócisz tu"? Ale okazało się, że jestem coś winna tej piosence. Debiutowała nią na scenie w Opolu w 1966 roku. Dostała wtedy pierwszą nagrodę w kategorii premiery. Na tegorocznym festiwalu otrzymała kolejną, Diamentowy Mikrofon, najwyższe wyróżnienie radiowe. - Publiczność zgotowała mi owacje na stojąco.

Byłam wdzięczna, że przez tyle lat chce mnie słuchać i akceptuje taką, jaka jestem. Stałam tam, uśmiechałam się i czułam, że wzruszenie podchodzi mi do gardła. "Tylko się nie popłacz - mówiłam do siebie. - Masz śpiewać, a nie płakać".

Zaskoczyło mnie, że Irena Santor reaguje tak emocjonalnie. Wyobrażałam ją sobie jako chłodną, zdystansowaną gwiazdę, a tymczasem nie ma w niej ani cienia gwiazdorstwa. Patrząc na nią, zastanawiam się, ile trzeba przejść i doświadczyć, by odnaleźć w sobie taką równowagę i spokój. Ile dostać, ile stracić?

Magda Rozmarynowska

PANI 9/2013

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje