Reklama

Reklama

Wyrusza na Syberię śladami rodzinnej historii

Nie piszę, żeby się chwalić, nie piszę, żeby być popularną, tylko widzę, jak ta historia ożywa w innych i inspiruje ich do różnych rzeczy. Do nawiązania kontaktu z dziadkami, do wiary w to, że miłość, jak się nad nią popracuje, to może przetrwać całe życie – mówi autorka książki „Zielona sukienka” Małgorzata Szumska, która wyruszyła w podróż na Syberię śladami zesłania swoich dziadków.

Monika Szubrycht: Wydaje się, że większość ludzi nie wie, czego chce... Pani od dawna wiedziała, że wyruszy w podróż śladami historii swoich dziadków. Skąd bierze się takie przekonanie?

Małgorzata Szumska: - Sam pomysł wyjazdu pojawił się spontanicznie. Po roku podróżowania po Azji zastanawiałam się, gdzie pojechać na wakacje. Pomyślałam: nie mam gdzie jechać, to pojadę na Syberię. To było gdzieś we mnie, ale nie tak, że od dziecka planowałam, że jak będę miała 24 lata, to pojadę. Wyszło spontanicznie. To była taka naturalna myśl.

Reklama

- Kiedy zamykałam oczy, widziałam drogę, którą chodziła moja babcia - kilka kilometrów przez tajgę, gdzie goniły ją wilki. Gdy zobaczyłam tę wieś, nawet nie byłam zaskoczona, bo tak ją sobie wyobrażałam, tak plastycznie babcia mi ją opisywała.

Jest pani podobna do swojej babci Janki?

- Z wyglądu jestem, mimo że ja nie widzę dużego podobieństwa. Z charakteru - na pewno! Gdy słucham opowieści babci, jak szukała dziadka, jak dla niej to było takie oczywiste, że go odnajdzie, że w którymś momencie się spotkają... - miałam tak samo, jak jechałam na Syberię. W ogóle nie zastanawiałam się, co będzie, tylko wiedziałam, że jadę tam, żeby kogoś odnaleźć, znaleźć miejsca.

Żyjemy w świecie, w którym wszystko przychodzi nam łatwiej niż starszym pokoleniom. Pani dziadkowie musieli walczyć nie tylko o swoją miłość, ale przede wszystkim o życie. Czy nie jest tak, że trudności, jakie pokonujemy, łączą nas bardziej?

- Zastanawiałam się, jak to jest, że pokolenie naszych dziadków było w stanie przeżyć ze sobą całe życie, mimo że nie było łatwo. Chociażby przez takie dramaty, jak kilkuletnia rozłąka i świadomość, że być może nigdy się nie zobaczą. Mimo to babcia czekała na dziadka. Mogła zacząć nowe życie, bo dziadek dał jej pozwolenie. Powiedział: "Nie czekaj. Ja nigdy nie wrócę". Dla niej było oczywiste, że skoro jest jej mężem, to poczeka. Takie jest zadanie żony.

- Wśród znajomych mam wiele osób, które w wieku 30 lat są po rozwodzie. Wydaje mi się, że żyjemy za łatwo, że jest nam łatwiej odpuszczać pewne rzeczy. Wszystko tak szybko się zmienia, też nasze życie... Szybko się rozwieść, by znowu spotykać się z kimś innym... Tak to nieraz wygląda.

- Wierzę cały czas w taką miłość, która może przetrwać całe życie, ale wiem, że to jest strasznie ciężka praca. Wydaje mi się, że pokolenie naszych dziadków wiedziało, czym jest ciężka praca, byli silniejsi i dzięki temu potrafili pracować nad takim związkiem.

Czytałam "Zieloną sukienkę" i nabierałam pewności, że lubi pani ludzi. Czasami też miałam wrażenie, że za bardzo pani im ufa. Wystarczy wspomnieć przygodę w Karagandzie. Wpuszcza pani obcego mężczyznę do mieszkania,  z dwoma młodzieńcami wybiera się zwiedzać miasto... Z natrętem świetnie pani sobie poradziła, chłopcy okazali się niegroźni. Intuicja panią nie zawodzi?

- Jestem niepoprawnie wręcz zakochana w ludziach! Dużo osób mnie pyta, czy się nie boję. Nie, nie ma we mnie lęku, jest taka naiwna wiara, że każdy, kto pojawia się na mojej drodze, jest po coś... I nawet jeżeli ta osoba jest zboczeńcem w Kazachstanie, to też pojawiła się po coś - żeby choć troszeczkę nauczyć mnie pokory i uważności. Lekcja się nie udała, jak widać, bo następnego dnia wsiadłam do auta z kimś obcym.

- Dostałam przepiękne lekcje życia. Bardzo się po nich zmieniam, bardzo dużo czerpię od innych ludzi. Będąc na Filipinach, nauczyłam się takiego bycia "tu i teraz". Filipińczycy mają powiedzenie "ajakaw balaka", co znaczy mniej więcej to samo co "hakuna matata": "nie martw się, teraz żyjesz i jesteś zdrowa". Przejęłam to. Ten rok jest dla mnie wyjątkowy. Mam takie podejście, że żyję sobie tu i teraz, nie martwię się za bardzo, co będzie jutro.

- Tak samo jest z ludźmi. Jeżeli kogoś spotykam, to nie myślę, że ta osoba może mnie skrzywdzić, tylko zastanawiam się, czego może mnie nauczyć, co może mi dać. Wierzę, że jeśli ma mnie spotkać coś złego, to mnie spotka... gdziekolwiek! I nieważne, jak będę ostrożna. Wierzę w przeznaczenie, w karmę. Że jak daję dobro, to dobro do mnie wraca i póki co to wszystko się sprawdza. Mam dalej zamiar kochać wszystkich.

Podobno inni ludzie są lustrem, w którym możemy się przeglądać. Podróżuje pani sama, bo wtedy można bardziej poznać siebie?

- Na pewno. Byłam w Wietnamie ze znajomymi i to była jedyna moja podróż egzotyczna, gdzie pojechałam z jakąś ekipą. Było przecudownie, bardzo dobrze to wspominam, ale z Wietnamu nie mam żadnej lekcji. O każdej podróży mogłabym powiedzieć w trochę metafizyczny sposób: co czułam, jak się to odbiło na mojej osobowości... A Wietnam to były widoki, kolejne zaliczane miejsca, które mogę zaledwie "odhaczyć".

- Dla mnie na pewno samotna podróż to jest przeglądanie się w sobie samej. W każdej podróży uczę się przede wszystkim pokory. Też tego, że nie na wszystko mam wpływ. Chiny mnie tego nauczyły kiedy zgubiłam się tam na dwa tygodnie i spędziłam ten czas w pociągach, zupełnie nie ogarniając, gdzie jestem. Wyładował mi się telefon, a nie miałam ładowarki, bo wyjechałam tylko na trzy dni, a zgubiłam się na dwa tygodnie.

- Był taki moment, kiedy usiadłam w pociągu i zaczęłam płakać, bo okazało się, że jadę w złą stronę. Myślałam, że będę jechała 3 godziny, a okazało się , że podróż potrwa 26! A potem pomyślałam, że nie zmienię niczego płacząc. Płacz nie pomoże, a sprawi tylko, że będę czuć się smutna. Zaczęłam rozglądać się po pociągu, po ludziach, z którymi jechałam, i pomyślałam, jak mogę spędzić te 26 godzin... Zaczęłam się wygłupiać, uczyć tych ludzi mówić po polsku, oni mnie uczyli mówienia po chińsku. To była jedna z fajniejszych przygód. Bardzo wierzę, że dużo zależy od naszego nastawienia. Jeżeli nie mam na coś wpływu, to cieszę się z tego, co mam.

W "Zielonej sukience" opisała pani sporo sytuacji wyciskających łzy. Który moment tej wielkiej podróży był dla pani najtrudniejszy?

- Trochę o tym piszę w rozdziale o pobycie w Wilnie. To był moment absolutnej samotności. Większość czasu spędzam mimo wszystko z ludźmi, ale to się dzieje w krajach egzotycznych. Może Syberia nie jest taka egzotyczna, ale jestem tam podróżnikiem, ludzie się mną interesują. A w Wilnie było całkiem inaczej - siedziałam w restauracji, wśród tłumu turystów i nawet nie miałam kogo zagadnąć. Czułam się bardzo samotna.

- Ta myśl, że byłam tam ostatnio z babcią i z dziadkiem, i że prawdopodobnie nigdy tam z nimi już nie pojadę, bo dziadek zmarł, a babcia jest już schorowana, to były trudne momenty. Nie lubię samotności, mimo że wybieram się samotnie w podróże. Bo samotna podróż nie do końca oznacza samotność, to zależy od miejsca, w którym się jest.

- Trudna była też podróż koleją transsyberyjską, bo wtedy jeszcze nie mówiłam po rosyjsku. Bardzo chciałam w drodze porozmawiać z ludźmi, którzy mnie otaczali. Widziałam, że bije od nich fajna energia, że się śmieją, że rozmawiają, a miałam potężną blokadę językową. Nie potrafiłam jednak powiedzieć zdania po rosyjsku. I wtedy nastały 4 dni patrzenia w tajgę i myślenia... To była taka czterodniowa medytacja, zastanawianie się, po co mi to było? Dlaczego podjęłam taką decyzję? Co mnie czeka tam, na miejscu, kiedy już dojadę? Takie momenty są trudne.

W Wilnie wyglądała pani jak zwykła turystka, ale na Syberii czy w Kazachstanie była pani już podróżnikiem. Wyróżniała się pani w tłumie.

- Wilno jest bardzo turystyczne. Jest tam wielu Polaków, Rosjan, Litwinów, i oni wszyscy wyglądają tak jak ja. Ubieramy się w podobny sposób, mamy podobne rysy twarzy, nie zwracamy na siebie uwagi. W Mokruszy (miejscowości, gdzie była zesłana babcia autorki - przyp. red.), gdzie nie ma w ogóle turystów i nawet goście rzadko kiedy przyjeżdżają, ubrana w zachodnim stylu, z dużym aparatem fotograficznym, budziłam zainteresowanie.

- Tu nie chodzi nawet o potrzebę budzenia uwagi innych, ale o potrzebę kontaktu. Ludzie są bardziej otwarci w takich krajach. Wyróżniam się troszeczkę, a oni są mnie ciekawi, dzięki temu łatwiej jest mi się z nimi kontaktować.

Nie dziwię się, że w Kazachstanie stała się pani egzotycznym zjawiskiem i wszyscy panią zaczepiali...

-  Większość Kazachów ma ciemną karnację, ciemne włosy, a ja mam raczej słowiańską urodę. Nie byłam świadoma, że ludzie zwracają na mnie uwagę, dopóki nie zaczęli mnie zaczepiać,  a kierowca autobusu specjalnie dla mnie zmienił trasę jazdy. To były przyjemne doświadczenia. Zresztą dla każdej kobiety jest to miłe, jak ktoś zwraca na nią uwagę. Nie chodzi nawet o to, że jest się kimś atrakcyjnym, ale innym. To też przyciąga.

Lubię zdanie z piosenki Dylana, że kiedy się nie ma nic, nie można też niczego stracić. Chyba myśli pani podobnie, bo nie przywiązuje wagi do rzeczy.

- Tak. I taki stosunek mam też do pieniędzy. Dobrze jak są, ale nie są najważniejsze. Nauczyłam się nie przywiązywać do rzeczy, bo w podróży bardzo łatwo jest coś stracić. Na Filipinach ukradli mi portfel. Jedyne, czego żałowałam z tego portfela, to były zdjęcia mojej rodziny i moich przyjaciół. Miałam tam też liścik miłosny i inne fajne, sentymentalne rzeczy.

- Może to jest banalne, ale w życiu nie liczy się to, co mamy, ale kim jesteśmy i jak żyjemy. Najbardziej marzy mi się, żeby dorosnąć do tego, by pozbyć się większości rzeczy, które mam. Im więcej mam rzeczy i im więcej chomikuję, tym trudniej się później z nimi rozstać czy zmienić miejsce zamieszkania. Staram się już teraz nie kupować pamiątek, nie kolekcjonować książek. Jeżeli przeczytam książkę i wiem, że do niej nie wrócę, to podpisuję ją na pierwszej stronie "podaj dalej" i zostawiam w różnych miejscach - w tramwaju czy w galerii handlowej. Niech krąży, niech inni też przeczytają, może ktoś naprawdę poda dalej...

Co było dla pani największym odkryciem, a co największym rozczarowaniem podczas podróży?

- Największym wydarzeniem było spotkanie z Szurą. Był moment, kiedy zwątpiłam: zamiast szpitala, w którym pracowała babcia, odnalazłam ruiny. I nagle, kilkanaście minut później, okazało się, że nie dość, że odnalazłam dom babci, to jeszcze odnalazłam jej przyjaciółkę. Popłakałam się, bo tych emocji było tak dużo i były one tak skrajne, że najnormalniej w świecie musiałam zrobić sobie "reset"... I się popłakałam.

- Najbardziej przykre było to, że w Kazachstanie udało mi się tak niewiele. Z drugiej strony nie miałam żadnego drogowskazu. Mój dziadek zmarł parę lat temu. Wszystkie historie, jakie opisałam, pamiętam z dzieciństwa, dziadek jest w nich wyidealizowany. Podejrzewam, że gdyby rozmawiał ze mną teraz, z dorosłą wnuczką, powiedziałby mi więcej, może mocniejszych historii. - Udało mi się zostawić dokumenty w muzeum karłagu, ale to tak naprawdę jest mało. Nie pojechałam tam, gdzie dziadek był, bo byłam bardzo chora, zmęczona. A jeszcze babcia wydzwaniała i mówiła: "Wracaj, bo w Kazachstanie nic nie znajdziesz. Chcę zobaczyć zdjęcia, filmy, zadzwonić do Szury". To wszystko spowodowało, że wtedy się poddałam. W którymś momencie przebukowałam bilet, bo i fizycznie, i psychicznie nie dałam już rady.

- Później jak odpoczęłam, to pomyślałam, że mogłam zostać jeszcze dwa tygodnie i spróbować szukać. Może zostało coś po tym karłagu, może w tej kopalni? A z drugiej strony, dziadka już nie ma, mogę wrócić do Kazachstanu za kilka lat. To nie jest tak jak z babcią, dla której się spieszyłam, żeby mogła nacieszyć się informacjami, które zdobyłam. Być może wrócę tam kiedyś dla samej siebie, żeby nie mieć wyrzutów sumienia.


Jak pani babcia zareagowała na książkę? Była z pani dumna?

- Nie wiem, jak z dumą, bo babcia nigdy tego nie powiedziała wprost. Na pewno się cieszyła. Jak jej czytałam książkę jeszcze przed wydaniem, to mówiła: "Przeskocz te momenty o tobie, czytaj o mnie". Bardzo płakała, kiedy czytałam o Koniuchach. Ta historia jest dla niej ciężka. Mord na jej rodzinie, na przyjaciołach. Bardzo to przeżywa, a z drugiej strony jest dla niej i dla mnie ważne, żeby inni się o tym dowiedzieli. Uważam, że ta historia i ci ludzie zasługują na to, żeby o nich pamiętać.

- Babcia na pewno się cieszyła. Dla niej to było oczywiste - pojedziesz, znajdziesz, przywieziesz mi numer telefonu, będziemy w kontakcie z tamtymi ludźmi. Kiedy wróciłam i zachwycona mówię: "Babciu, odnalazłam!". Ona na to: "No przecież po to pojechałaś". Dzięki babci nie obrastam w piórka, tylko myślę: "OK. Zadanie wykonane". - Babcia chyba do końca nie zdaje sobie sprawę, jak jej mówię, że po jakiejś prelekcji dostaję kilkadziesiąt maili od ludzi, którzy ją pozdrawiają i mówią, że jest niesamowita. Ona na to, że przecież jej nie znają. Mówię: "Znają, bo opowiadam im twoją historię, prawie cała Polska ją zna". Cieszy mnie, że kiedy dostaję nagrodę na festiwalu, to padają słowa, że nagroda nie jest dla mnie, tylko dla babci. Zawiozłam jej mnóstwo statuetek i dyplomów, a ona pyta: "Za co to?". Nagroda podróżnicza - za twoją odwagę, za twój upór.

- Wiem, że odżyła, że się cieszy, do tego stopnia, że w tym roku udało mi się zabrać ją na Wileńszczyznę. Spotkała się ze swoimi kuzynkami. Ich pożegnania były takie wzruszające. Bo jak się trzymają dwie babuszki za rękę, całują w policzek i mówią: "To co? Pewnie ostatni raz się widzimy?" - to jest wzruszające.

Może babcia nie mówi tego, że jest dumna z pani, ale pani na pewno dumna jest z babci.

- Dla mnie to jest skarb. Z drugiej strony zdałam sobie sprawę z tego, kiedy zaczęłam rozmawiać z ludźmi, którzy mówili, że nigdy nie mieli takiego kontaktu z dziadkami. To też mi uświadomiło, że faktycznie, nie każdy tak miał. Bo dla mnie to jest oczywiste, że dziadkowie są po to, żeby cię wychować i żeby opowiedzieć ci swoją historię, żeby historia ta żyła dalej.

- Żałuję, że z dziadkiem nie zdążyłam przeżyć tego wszystkiego. Bardzo za nim tęsknię. Gdybym pisała na kartce fragmenty o nim, byłaby całkiem mokra. Pisałam nad komputerem, dał radę, chociaż nie jest wodoodporny. To były trudne momenty, ale wydaje mi się, że potrzebne. Dla mnie to było katharsis. Kilkanaście razy zabierałam się, by opisać jego śmierć. Przerywałam, chodziłam, smarkałam, płakałam, odsuwałam to na bok, też myślałam, że dla mnie to jest ważne, żeby jakoś się z tym pogodzić.

- Parę osób zapytało mnie, czy nie bałam się, bo to taki ekshibicjonizm. Ale ja nie piszę, żeby się chwalić, nie piszę, żeby być popularną, tylko widzę, jak ta historia ożywa w innych i inspiruje ich do różnych rzeczy. Do nawiązania kontaktu z dziadkami, do wiary w to, że miłość, jak się nad nią popracuje, to może przetrwać całe życie. Starszym ludziom, którzy słyszą tę historię, daję poczucie, że my młodzi o nich dbamy, że nie są na marginesie społecznym.

- Dlatego też postanowiłam napisać "Zieloną sukienkę". Same prelekcje trafiały tylko do tych, którzy przyjeżdżali na podróżnicze festiwale, a to jest jednak wąska grupa ludzi. Chciałam, żeby każdy mógł ją przeczytać i wziąć z niej coś dla siebie, może jakąś lekcję od Gosi Szumskiej?  

Rozmawiała: Monika Szubrycht

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje