Reklama

Reklama

Islandia oczami Polki. Wie, jak podróżować niemal bezkosztowo

Kraina Ognia i Lodu łączy w sobie skrajności, które pobrzmiewają nie tylko w jej nazwie. Tu zmysły szaleją pod wpływem urzekającej przyrody, a człowiek uświadamia sobie dojmującą tęsknotę za prawdziwą wolnością. Beata Migas znalazła niekonwencjonalny sposób na dogłębne poznanie tajemnic Islandii. Autorka e-booka "Islandówki, czyli islandzkie przygody i przepisy" wraz ze swoim chłopakiem zamieszkała w "mobilnej bazie", w której przez długie tygodnie wiodła minimalistyczne życie. Dzięki sprytowi znalazła patent na niemal darmowe przeżycie w jednym z najdroższych zakątków Europy.

Islandia, jaką znają wybrańcy

W ostatnich latach podróże na Islandię stały się niemal tak popularne, jak wakacyjne wypady na południe Europy. Media społecznościowe w błyskawicznym tempie zapełniły się hipnotyzującymi zdjęciami wodospadów, źródeł geotermalnych, lodowców i zórz polarnych, dodatkowo zwiększając apetyt podróżników na Krainę Ognia i Lodu. Islandia to jednak coś więcej niż Golden Circle (Złoty Krąg), czy jego młodszy brat Silver Circle (Srebrny Krąg). Pomimo zalewu turystami oraz liczącej 5 proc. mniejszości polskiej, Islandczycy zdołali ukryć przed światem wyjątkowe miejsca, które dzielą wyłącznie z elfami.

Reklama

Tę stronę Islandii znają tylko nieliczni. Do ich grona należy reżyserka Beata Migas, która ma za sobą dwie łącznie wielomiesięczne wyprawy na Islandię. Wraz ze swoim chłopakiem zdecydowała się zamieszkać w "mobilnej bazie", czyli furgonetce własnoręcznie przystosowanej do nocowania. Zainstalowana wewnątrz samochodu drewniana konstrukcja oraz dmuchane materace plażowe na okres wielu tygodni stały się dla nich nową sypialnią. Ogromne zapasy żywności z Polski i własne miejsce noclegowe miały im zagwarantować pełną niezależność. Najpierw wyruszyli z Polski do Danii, a następnie na pokładzie promu dotarli na Islandię.

W Krainie Ognia i Lodu wspólnie doświadczali cieni i blasków życia na łonie natury. Żywili się na kempingach, pracowali w pocie czoła wraz z imigrantami z Europy Wschodniej i na własnej skórze testowali idee osławionego freeganizmu. Jednocześnie odkrywali miejsca, które nie sposób znaleźć na jakiejkolwiek mapie. Wtopili się w świat islandzkiej natury, nieskażonej jeszcze obecnością turystów.

"ISLANDÓWKI, czyli islandzkie przygody i przepisy"

Wiele tygodni spędzonych w samochodzie, wyniszczająca praca fizyczna oraz przebywanie z dala od cywilizacji było dla pary Polaków prawdziwą szkołą przetrwania. Zadziwiające przygody z tego ekstremalnego okresu życia Beata Migas spisała w e-booku "Islandówki, czyli islandzkie przygody i przepisy". E-booku, który pokazuje czytelnikom tajemne wodospady oraz źródła geotermalne, które dotychczas Islandczycy mieli na wyłączność, ale jednocześnie naświetla skomplikowane, nierzadko toksyczne relacje na linii Islandczycy - Polonia.

Czym są "Islandówki"? "Islandówki" nie są typowym e-bookiem podróżniczym. Są receptą na przysłowiowe "złamanie systemu" - życie na własnych zasadach i delektowanie się nieoczywistym podróżowaniem. Autorce udało się przecież znaleźć skuteczne metody na życie low-cost w jednym z najdroższych państw Europy. W czasach inflacji takie porady są na wagę złota.

Oprócz autentycznych opowieści, map i ciekawostek, w książce znalazły się 22 przepisy kulinarne, inspirowane islandzką kuchnią, które pozwalają doświadczyć atmosfery wyspy także za pomocą smaku.

"Islandówki, czyli islandzkie przygody i przepisy" skłaniają również do głębokiej refleksji nad współczesnym stylem życia. Antykonsumpcjonizm, wyrzeczenie się wygód czy samodzielne zdobywanie pożywienia w dzisiejszych czasach dla wielu osób brzmią niemal jak science fiction.

Przeczytaj fragment e-booka

***

Wycieczka do Hveragerði miała stanowić "highlight of the day" i rzeczywiście zasługiwała na to miano. Przemierzając trasę, z obu stron otaczała nas nieporównywalna z niczym innym zieloność. Zieloność, której intensywność wdzierała się przez okna samochodu, wywołując wrażenia niemal hipnotyczne. Bezkresne pola lawowe, pokryte mchami oraz niewysokie wzniesienia porośnięte seledynowymi trawami sprawiały, że otoczenie zdawało się wręcz pulsować życiodajną energią. W krajobrazie wyżyn i płaskowyżów odznaczały się białe punkciki, które miejscami zlewały się w całe stada lambów, czyli islandzkich owiec.

Tryb życia tych zwierząt diametralnie różni się od, chociażby hodowanych na Podhalu, owiec górskich. Pierwsze lamby trafiły do Krainy Ognia i Lodu ok. 1100 lat temu za sprawą Wikingów. Długotrwała izolacja spowodowała, że owce podobnie jak inne gatunki miejscowej fauny i flory wykształciły unikalne cechy. Po tzw. lambing season, czyli okresie narodzin jagniąt, który przypada na maj, zwierzęta są wypuszczane na wolność. W tym czasie korzystają z uroków życia z dala od zagrody. Bez jakiegokolwiek nadzoru ze strony człowieka, wędrują po najtrudniej dostępnych miejscach. Ich owcze raciczki zapędzają się w strome regiony górskie, rowy wypełnione skałami magmowymi, a nawet okolice źródeł geotermalnych. Zarówno w stadzie, jak i w rozproszeniu z łatwością można wyodrębnić rodziny lambów, składające się z mamy - lamb, taty - lamba i jednego lub dwóch małych lambików.

Niestety lato na Islandii szybko dobiega końca, a wraz z nastaniem chłodniejszej pory roku, zdobycie pożywienia staje się nie lada problemem. Pomimo niezawodnej izolacji przed zimnem i wilgocią, którą islandzkim owcom gwarantuje gruba wełna, zwierzęta mogą nie zdołać przetrwać zimy bez pomocy człowieka. Każdego roku we wrześniu w poszczególnych regionach kraju odbywa się Réttir, czyli coroczny spęd lambów. Nazwa imprezy nawiązuje do réttu - murowanej zagrody, do której pasterze zaganiają owce przed rozdzieleniem ich pomiędzy poszczególnych hodowców i skierowaniem do obejść, w których spędzą zimę. Środek lipca to idealny moment na to, aby doświadczyć towarzystwa owiec w naturze. Spotkać je można dosłownie wszędzie - również w Hveragerði i okolicy.

Zaraz po przyjeździe do tej maleńkiej mieściny, udaliśmy się do pobliskiego centrum handlowego, a dokładniej położonych przy nim kontenerów. Jako ludzie uwielbiający przełamywanie schematów zdecydowaliśmy, że nie będziemy płacić za nic, co sami jesteśmy w stanie zrobić lub zdobyć.

Wyciąganie czegokolwiek ze śmietników w Polsce naturalnie kojarzy się z brudem i dziadostwem. Nie ma to jednak nic wspólnego z ich islandzkimi odpowiednikami. Ze względu na stosunkowo niskie temperatury, panujące niemal przez cały rok, jedzenie umieszczone w kontenerach nie psuje się tak szybko. Z kolei, brak owadów takich jak muchy czy komary sprawia, że grzebanie w czystych workach o neutralnym zapachu bynajmniej nie przyprawia o mdłości. Własne zapasy żywności przywiezione z Polski plus darmowe zaopatrzenie z kontenerów to recepta na 100-procentową niezależność od islandzkich sklepów czy lokali gastronomicznych.

Przeczucia nas nie zawiodły. Wyszkolona przez Walerija w przeszukiwaniu przysklepowych pojemników, wiedziałam, na co zwrócić uwagę. Niepozorny kontener okazał się istnym El Dorado. Herbatniki w delikatnie pomiętym opakowaniu, suszone pieczywo z ziarnami, chipsy z datą ważności do wczoraj, całkiem dobrej jakości owoce i... coś, czego absolutnie nie spodziewałam się znaleźć - sportowe biustonosze w różnych rozmiarach i kolorach z oryginalnymi metkami! Od razu schowaliśmy wszystko do i tak już przepełnionego Nissana Micry, aby przypadkiem ktoś nie odkrył naszego źródła jedzenia. Zamierzaliśmy tu wrócić.

Po zapełnieniu brzuchów przyszła pora na wyprawę wzdłuż Doliny Reykjadalur, co po islandzku oznacza Dolinę Pary. Pomimo późnej pory (ok. 20:00) i faktu, że większość ludzi kierowała się raczej w stronę parkingu niż w górę rzeki, ruszyliśmy na spotkanie przygodzie. Już na samym początku, licząca 7 km trasa obfituje w niezwykłości. Większe i mniejsze jeziorka wypełnione błotnistą masą bulgocą złowrogo, przywodząc na myśl diabelskie siedlisko. Nic dziwnego, że do czasów współczesnych przetrwała masa legend, mówiących o straszliwych kreaturach, których przejawem życia w głębinach Ziemi są właśnie wrzące kipiele. Jak głoszą zachowane w islandzkim folklorze opowieści, jeziorka, których temperatury sięgają niekiedy nawet 200 ℃, stanowią portale, przez które nieopatrzni spacerowicze mogą wpaść na samo dno piekielnej otchłani. Przed dostaniem się w diabelskie sidła chronią barierki, które zainstalowano wokół najbardziej niebezpiecznych bulgotników.

Po przebyciu płaskiej polany, nad którą tu i ówdzie unoszą się gęste kłęby pary, teren staje się górzysty. Miejscami można napotkać przyprawiające o zawrót głowy przepaście. Na dobrą sprawę, nie istnieje żaden regulamin mówiący o tym, w których miejscach dozwolone jest wchodzenie do rzeki. Większość turystów stawia sobie za cel przemierzenie całej trasy, a tym samym dotarcie do najcieplejszego punktu rzeki, w którym temperatura przekracza 40 ℃ , a co za tym idzie, w wodzie kotłują się tłumy ludzi. Tymczasem temperatury umożliwiające kąpiele panują również na niższych poziomach, gdzie jedynym towarzystwem są beztrosko hasające lamby. My nie zamierzaliśmy wypluwać płuc, aby dotrzeć do najbardziej "instagramowego" miejsca i dlatego wskoczyliśmy do bocznej odnogi rzeki, mniej więcej w połowie trasy. Musieliśmy obejść się bez wygód serwowanych przez główne kąpielisko, zlokalizowane 4 km dalej, tuż obok wulkanu Grensdalur. Za pomost posłużyły nam islandzkie mchy, a za półki na ubrania - własne buty.

Kąpiel w gorącej rzece w otoczeniu nieskazitelnej przyrody to czysta poezja, stan, w którym chciałoby się trwać bez końca. Niestety nawet w tak magicznym miejscu, jak Reykjadalur, upływ czasu nie ma dla śmiertelników litości. Opuszczenie wody przy temperaturze +7 ℃ sprawia, że bajka pryska w mgnieniu oka. Jeszcze gorzej, gdy podczas ubierania jeden nieopatrzny ruch sprawia, że noga aż po udo zanurza się w przepastną pustkę zakrywaną z wierzchu przez mech.

Właśnie zamierzałam zawiązać but, kiedy poczułam, jak grunt pod moją prawą stopą niespodziewanie znika. W ciągu sekundy przez głowę przebiegło mi tysiące myśli, począwszy od wątpliwości czy wyciągając nogę z niezasznurowanym adidasem, but nie zsunie się i nie zostanie już na zawsze w czeluściach mchu, na absurdalnych wizjach podsuwanych przez islandzkie legendy o podziemnych cywilizacjach i trollach skończywszy. Pod znajdującą się pod warstwą mchów nogą nie byłam w stanie wyczuć żadnej powierzchni. Tylko niezgłębioną pustkę. Przeraziłam się, że jeśli zacznę się ruszać zbyt gwałtownie, to cała wpadnę w głąb Ziemi niczym w bagno...

***

Beata Migas - reżyser, scenarzysta i założyciel wytwórni filmowej Haddock Entertainment. W kwietniu 2022 roku miała miejsce premiera jej najnowszego filmu dokumentalnego zatytułowanego "UFO: Oni już tu są". Dokument opowiadający o zjawiskach niewyjaśnionych, które miały miejsce we wsi Wylatowo na Kujawach w latach 2000-2006 odsłonił powiązania istniejące w polskiej branży ezoterycznej.

Wydany w tym roku e-book przygodowo-kulinarny "Islandówki, czyli islandzkie przygody i przepisy" stanowi zapis autentycznych wydarzeń, które były jej udziałem podczas dwóch wielkich wypraw na Islandię. Dopełnieniem każdej historii jest dołączony do niej przepis kulinarny, inspirowany islandzką kuchnią.  

Czytaj także:

Islandia najspokojnniejszym miejscem świata. Na któym miejscu jest Polska?

Zdradziłam na wakacjach i dobrze się z tym czuję. Powinnam powiedzieć partnerowi? [LIST]

Styl.pl/materiały prasowe
Dowiedz się więcej na temat: Islandia | polonia | długa podróż | wakacje

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy