Reklama

Reklama

Dom i meble są dla mnie balastem

Mieszkała w luksusowej rezydencji w Hollywood. Z mężem scenarzystą bywała na Oscarach, pisała książki dla dzieci. Nagle zostawiła wszystko, wyjechała w podróż po świecie, która trwa ponad 20 lat. Jak żyje kobieta z majątkiem mieszczącym się w plecaku? Czy obcy mogą zastąpić bliskich? I czy tęskni za zwykłym domem? Opowiada Rita Golden Gelman, współczesna koczowniczka.

Twój STYL: Rito, naprawdę sprzedałaś swój dom w Hollywood i rozdałaś większość zbieranych przez lata przedmiotów, żeby zostać współczesną koczowniczką?

Rita Golden Gelman: Zrobiłam to! (śmiech) Czasem sama nie mogę w to uwierzyć. Miałam wtedy 48 lat i mieszkałam w Los Angeles w luksusowej rezydencji z basenem. Byłam pisarką, autorką wielu książek dla dzieci. Nieustająco bywałam na jakichś rautach z udziałem producentów filmowych i aktorów, bo mój mąż był scenarzystą. Co rok dostawaliśmy zaproszenia na ceremonię wręczenia Oscarów. Nigdy nie musiałam martwić się o pieniądze.

Reklama

Sporo osób uznałoby takie życie za bajkę. Czemu od niego uciekłaś?

- Wiem, że dla wielu ludzi takie życie to szczyt marzeń. Ja też przez wiele lat tak uważałam. Któregoś dnia jednak, na kolejnym eleganckim przyjęciu dotarło do mnie, że zaczęłam się swoim życiem nudzić. Po prostu z niego wyrosłam.

Z czego konkretnie wyrosłaś?

- Pamiętam, jak któregoś dnia weszłam do domu i nagle wszystko w nim wydało mi się za duże. Syn był na studiach, córka kończyła szkołę średnią. Pomyślałam: co ja mam robić w tych niezliczonych pokojach? Po co mi tyle drogich gadżetów, kanap, mebli, obrazów? Czy naprawdę muszę się spotykać z ludźmi, którzy przestali mnie interesować? Zaczęło do mnie docierać, że cały ten blichtr zaspokaja moją próżność, ale niekoniecznie prawdziwe potrzeby. Swojej decyzji o zerwaniu z dawnym życiem nie podjęłam jednak z dnia na dzień. Narastała we mnie prawie przez pięć lat. Impulsem do zmiany była spotkana w samolocie Hawajka, która opowiedziała mi o swoich podróżach po świecie. Słuchałam jej z takim zaangażowaniem, że w pewnej chwili się rozpłakałam.

Dlaczego?

- Dotarło do mnie, że ona opowiada o życiu, o którym ja zawsze marzyłam, ale nigdy nie miałam odwagi, by tego spróbować. A łzy wzięły się stąd, że pomyślałam wtedy: dla mnie jest już za późno. Po kilku miesiącach patrzyłam jednak na swoją sytuację inaczej. Odchowałam dzieci, spełniłam swoje obowiązki, teraz pora zrobić coś naprawdę dla siebie. I zrobiłam.

Jak zaczęła się ta rewolucja?

- Niewinnie. Od podróży na wyspy Galapagos - mąż nie chciał się przyłączyć, wybrałam się więc samotnie. Gdy tylko nie pływałam w oceanie, spędzałam całe dnie na podglądaniu albatrosów. Nawet przez chwilę nie tęskniłam za Los Angeles. Mąż myślał, że to tylko wakacje, ale dla mnie to był początek końca starego życia. Namawiałam go, żebyśmy zaczęli podróżować razem, ale zrozumiałam, że on nie ma takich potrzeb. A ja już nie mogłam żyć bez kolejnych wypadów w świat. W naturalny sposób nasze drogi się rozeszły: w końcu przeprowadziliśmy kulturalny rozwód, sprzedaliśmy dom, podzieliliśmy majątek, mąż kupił sobie nową rezydencję.

...a Ty pozbyłaś się większości tego, co miałaś, i z plecakiem ruszyłaś w świat. Skąd aż tak radykalny pomysł? Nie chciałaś zostawić sobie furtki, jakiegoś domu, do którego wrócisz, jeśli Twój plan na nowe życie nie wypali?

- Byłam już wtedy po kilku wyjazdach w świat i wiedziałam, że to jest to. Marzyłam, by zostać prawdziwą globtroterką. Postanowiłam, że wszystko, co będzie mi potrzebne w drodze, ma zmieścić się w plecaku. Miałam pieniądze na bilety i to dawało mi poczucie bezpieczeństwa. Meble i inne gadżety były tylko balastem. Nie chciałam wydawać oszczędności na kupno mieszkania, które spełniałoby jedynie rolę przechowalni. Mój nowy plan naprawdę zakładał życie w ciągłej podróży. Odtąd mój dom miał być wszędzie tam, gdzie się akurat zatrzymam.

Co na to dzieci?

- Na początku się obawiały, że ja, przyzwyczajona do wygód kobieta z Hollywood przed pięćdziesiątką, nie dam sobie rady samotnie na krańcach świata. Z czasem zaakceptowały mój wybór. Zrozumiały, że życie w jednym miejscu by mnie unieszczęśliwiło.

Nie wierzę, że taki przeskok z luksusu do życia z plecakiem był bezbolesny.

- I słusznie, bo nie był. Nie od razu zostałam rasową globtroterką. Na przykład podczas jednego z moich pierwszych wypadów, do Meksyku, swoim starym zwyczajem wynajęłam pokój w luksusowym hotelu i... poczułam się tam okropnie samotna. W takim miejscu nikt się do nikogo nie dosiądzie, bo nie wypada. Jadłam więc te wszystkie wykwintne dania samotnie, w milczeniu. Czułam się jak wyobcowana dziwaczka. Na dodatek podczas spaceru skradziono mi sporo pieniędzy, karty kredytowe i... dopiero to sprowadziło mnie na właściwą drogę. (śmiech)

Co masz na myśli? Nie wróciłaś natychmiast do Ameryki?

- Nie.

No to jestem bardzo ciekawa, co wymyśliłaś.

- Wymeldowałam się z tego drogiego hotelu i załatwiłam sobie tani nocleg u jakiegoś małżeństwa, które mieszkało za miastem. Tania kwatera okazała się prawdziwą norą. Rozchorowałam się tam, ale - o dziwo - wspominam to jako pozytywne doświadczenie. Byłam naprawdę zaskoczona, bo rodzina, u której mieszkałam, natychmiast się mną zaopiekowała. Wtedy po raz pierwszy odkryłam zasadę, której jestem wierna do dziś: jeśli zatrzymujesz się w skromnych miejscach, miejscowi szybciej traktują cię jak swoją. Tamci ludzie pomogli mi znaleźć lekarza, doglądali mnie jak członka rodziny. Gdy poczułam się lepiej, przychodzili do mnie na wielogodzinne pogawędki. Odrapane ściany przestały mi przeszkadzać, za to zaczęło mnie fascynować to, jak szybko w podróży nieznani ludzie mogą stać się sobie bliscy. To nauczyło mnie, że warto zatrzymywać się w tanich hotelach. Zazwyczaj spotykam tam ludzi, którzy na mój widok krzyczą: "Hej, skąd jesteś? Opowiedz nam, co tu robisz?". Poza tym przez takie miejsca przewija się sporo oryginałów...

"Choć mam już 76 lat, jak dotąd nie żałuję, że nigdzie się nie osiedliłam". Czytaj na następnej stronie!

Któryś utkwił Ci w pamięci?

- Niech pomyślę... może Eric? Amerykanin, przystojniak po czterdziestce. Poznałam go w Gwatemali. Zwracał na siebie uwagę, bo chodził w błękitnych koszulach i wyglądał jak Warren Beatty. Gdy się poznaliśmy, od razu zaproponował, że pokaże mi okolicę. Byłam zaskoczona, gdy o umówionej godzinie pojawił się przed hotelem w luksusowym błękitnym mercedesie. Naprawdę fajnie nam się gadało, aż do chwili, gdy Eric oznajmił, że nigdy nie wróci do Stanów, bo... jest poszukiwany za napad na bank w Teksasie. (śmiech) Więcej już go nie spotkałam. Ale większość widywanych "oryginałów" to po prostu barwni ludzie z milionem anegdot, którymi chętnie się dzielą.

Powiedziałaś, że od ponad 20 lat żyjesz w podróży. Jak długo zostajesz w jednym miejscu?

- W moich podróżach wszystko jest improwizacją. Zaczynałam od kilkumiesięcznych wojaży, które czasem zamieniały się w kilkuletnie. Tak np. wyglądała moja wyprawa na Bali. Gdy tam leciałam, nie znałam nikogo, nie wiedziałam, jak długo zostanę na tej wyspie ani nawet gdzie się zatrzymam na pierwszy nocleg. Moja wielka przygoda zaczęła się od tego, że mężczyzna, który siedział obok mnie w samolocie, zagadnął mnie o cel podróży. Powiedziałam, że jestem podróżującą pisarką i trochę antropolożką - skończyłam kiedyś ten kierunek. Zainteresowało go to, rozmawialiśmy więc dobre kilka godzin, aż w końcu wręczył mi jakąś kartkę, informując, że to kontakt do jego znajomego na Bali, "który mi pomoże". To nie był numer telefonu ani adres, tylko kartka z długim ciągiem nieznanych mi słów: I Gusti Ngurah Ketut Sankka Puri Gede Kerambitan Tabanan. Gdy spojrzałam pytająco na mojego towarzysza podróży, powiedział tylko: pokaż to taksówkarzowi. Zrobiłam tak i... bez słowa zostałam zawieziona do ogromnego pałacu. Okazało się, że mężczyzna z samolotu był bliskim przyjacielem brata króla Bali. Jego protekcja wystarczyła, by natychmiast zaoferowano mi pokój w pałacu. Wkrótce okazało się, że brat króla potrzebuje nauczycielki angielskiego dla swoich żon. Zgodziłam się i zostałam tam cztery lata. Pod moim wpływem książę kupił nawet pierwszą pałacową lodówkę. W jego domu nikt nie używał takiego sprzętu, bo potrawy gotowano tylko ze świeżych składników, a to co zostawało, od razu rozdawano biednym. Po jakimś czasie okazało się, że z lodówki korzystam głównie ja. (śmiech) Żony księcia nie zaakceptowały nowego urządzenia.

Gdzie jeszcze dotarłaś?

- Zjechałam Meksyk wzdłuż i wszerz. Przez jakiś czas mieszkałam w wiosce Zapoteków, jeździłam autostopem po osadach oddalonych od cywilizacji, wędrowałam po dawnych terytoriach Majów. Byłam też w Nowej Zelandii, Tajlandii, Tanzanii i Izraelu. I wszędzie tam poznawani ludzie zapraszali mnie do swoich domów. Mam chyba talent do skutecznego wpraszania się. Ty też zaprosiłaś mnie do siebie, gdy tylko powiedziałam, że lubię bliżej poznawać ludzi w krajach, które odwiedzam.

Jak wybierasz kolejne cele swoich podróży?

- Gdy czuję, że już wystarczająco długo jestem w jednym miejscu, i słyszę jakąś fascynującą opowieść o innym, zazwyczaj uznaję, że pewnie właśnie tam powinnam teraz jechać. Czasem do wyjazdu zachęca mnie opowieść o niezwykłej osobie, która żyje gdzieś na drugim końcu świata. Tak było z moją wyprawą na Borneo, gdzie dotarłam, by spotkać doktor Biruté Galdikas, światowej sławy specjalistkę od orangutanów. Uczyłam się o niej na studiach. Była legendą. Po kilku spotkaniach na tyle nabrała do mnie zaufania, że zabrała mnie do swojego obozu w dżungli. Pierwszego dnia jeden z "jej" orangutanów skoczył mi na plecy, złapał mój kapelusz i zniknął wśród drzew. Potem na szczęście było lepiej. Przez kilka tygodni obserwowałam orangutany niemal bez przerwy.

Nie podróżujesz jak zwykła turystka. Zawsze tak było?

- Nie, na początku wystarczało mi, że oglądałam nieznane miejsca. Z czasem zaczęłam jednak chcieć czegoś więcej. Teraz szukam okazji, żeby zrobić coś ciekawego tam, gdzie akurat jestem. W Meksyku poświęciłam np. parę miesięcy na pomoc fundacji, która chciała stworzyć dom dla dzieci ulicy. Wspomogłam ich swoim angielskim i odpornością na biurokratyczne utrudnienia. (śmiech) Nierzadko też udawało mi się wkręcić w jakieś ciekawe wyprawy, o których dowiadywałam się przypadkiem. Na przykład podczas którejś z kolejnych podróży na wyspy Galapagos - byłam tam kilka razy, to jedno z moich ulubionych miejsc na ziemi - przekonałam grupę naukowców z Niemiec, by zabrali mnie ze sobą na bezludną wyspę zamieszkaną przez legwany i lwy morskie. Turyści nie mają tam wstępu, to pilnie strzeżony rezerwat przyrody. Nawet naukowcy długo muszą się starać o specjalne pozwolenia, by się tam zatrzymać.

Co tam widziałaś?

- Za zgodą moich towarzyszy wybrałam się ze śpiworem na plażę zajmowaną przez lwy morskie i położyłam się w pobliżu stada. Co jakiś czas dyskretnie przysuwałam się trochę bliżej. Zwierzęta, o dziwo, nie zwracały na mnie uwagi. W końcu ułożyłam swój śpiwór jakiś metr od wielkiej samicy, która wylegiwała się na brzegu. Obserwowałam stado przez dzień i noc, aż w pewnej chwili poczułam się jak część tamtego dzikiego świata. Nie ograniczał mnie czas ani żadne zobowiązania. To było doświadczenie absolutnej wolności. Dla takich chwil żyję. Galapagos to było zresztą jedyne dotąd miejsce, gdzie przez chwilę miałam ochotę zapuścić korzenie. Zupełnie serio rozważałam możliwość zdobycia uprawnień lokalnego przewodnika. Ostatecznie spakowałam plecak i ruszyłam do Indonezji.

Nigdy nie jesteś zmęczona ciągłym byciem w drodze?

- Jeszcze nie, (śmiech) choć mam już 76 lat. Jak dotąd nie żałuję też, że nigdzie się nie osiedliłam. Nawet gdy jakaś podróż mnie wyczerpuje, wrażenia z nowego miejsca przywracają mi energię. A jakoś tak się zdarza, że gdziekolwiek docieram, dzieje się coś ciekawego. W Indonezji np. miejscowi, których poznałam, zaprosili mnie do udziału w ich tajnym rytuale. Po całonocnej uczcie w dżungli zostałam poczęstowana tuak, specjalnym trunkiem, który piliśmy z czaszki jakiegoś ich przodka. Wędrowała z rąk do rąk. Miałam mieszane uczucia, ale wiedziałam, że nie mogę odmówić. Wytłumaczono mi, że zostałam dopuszczona do świętej ceremonii, dzięki której "nabędę specjalnej mocy". Może dzięki niej mam wciąż siły na kolejne wyprawy. (śmiech)

Skoro cały Twój dobytek mieści się w plecaku, powiedz, co w nim masz.

- Kilka par spodni, długą spódnicę - czasem się przydaje, są miejsca, w których to strój obowiązkowy dla kobiety. Kilka ciepłych swetrów, bluz, koszulek, bieliznę, szczoteczkę do zębów, jakieś kosmetyki, środek na insekty, krem z filtrem, bo często jeżdżę w tropiki. Dobre sportowe buty, kilka notatników, wielofunkcyjny scyzoryk i lekki śpiwór. Zabieram też książki, które wymieniam potem na inne. To stary zwyczaj podróżników.

Z czego żyjesz? Pieniądze ze sprzedaży luksusowego domu wciąż pokrywają Twoje wydatki?

- Już dawno się skończyły. Nadal piszę książki dla dzieci, wydałam ich już ponad 70. Opublikowałam też autobiografię, którą przetłumaczono na kilka języków (tytuł polskiego wydania: Zawsze o tym marzyłam - red.). Z tego się utrzymuję.

Bywasz w ogóle w USA?

- Wpadam tam na kilka dni, odwiedzam dzieci, załatwiam jakieś sprawy z wydawcą. Ale wolę Nową Gwineę, Tajlandię czy Galapagos.

Jak długo będziesz koczowniczką?

- Być może kiedyś gdzieś osiądę ze względu na stan zdrowia, ale jeszcze nie teraz. Od kiedy dowiedziałam się, że Japończyk Yuichiro Miura zdobył Mont Everest, gdy skończył 75 lat, inaczej patrzę na swój wiek. Wciąż uważam, że jeszcze wszystko przede mną.

Rozmawiała Anna Jasińska

Twój STYL 04/2013

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy