Najstarsi górale pamiętają. Tak kiedyś wyglądały wakacje w Zakopanem
Wspólna łazienka, trzeszczący tapczan, kaflowy piec, święte obrazki na ścianach, zapach drewna. Gaździna z pajdą chleba i prawdziwym miodem, gazda z gorzałką. - Flaszeczka była nieodzownym elementem zapoznawania się z ceprami. Tak zawiązywały się przyjaźnie na lata - wspomina pani Ewa, mieszkanka Zakopanego. Turysta z nizin w modnym dżinsach "Odra" i ortalionie trafiał do zupełnie innego świata. Świata płynącego rytmem natury, brzmiącego gwarą i ostrym jak halny góralskim humorem.

Tekst jest częścią cyklu "Polska na własne oczy" - wakacyjnej akcji Interii, w ramach której w każdym tygodniu wakacji zabieramy Was do innego województwa. Odkrywamy to, co mniej znane, przywołujemy zapomniane historie, opisujemy ludzi i miejsca, dzięki którym dany region jest wyjątkowy. Teraz zwiedzamy najciekawsze miejsca w województwie małopolskim. Ruszaj z nami w drogę!
Już sama podróż do Zakopanego to było wyzwanie! Pociąg wypchany po brzegi, turyści ściśnięci jak sardynki, zero klimatyzacji i swojski zapach jajek na twardo. Albo ciągnąca się w nieskończoność, wijąca milionem zakrętów Zakopianka, a wczasowicze mknący ku górskiej przygodzie w fiacie 125p lub - jakby bardziej luksusowo - polonezie.
Z Krakowa jechało się kilka godzin, modląc się, aby cud techniki motoryzacyjnej nie wyzionął ducha na którymś z zakrętów lub nie zgrzał pod Obidową. Ale czy ktoś narzekał? Nie, bo wczasy w PRL-u to był luksus.
Każdy był zadowolony

Turyści spali w prywatnych kwaterach, pensjonatach i zakładowych ośrodkach wypoczynkowych. I każdy był zadowolony. - Wczasy trwały dwa tygodnie - wspomina pani Bożena, która przez ponad 50 lat wynajmowała pokoje. - Na początku zakładom pracy. Płacili za cały rok, bez względu na to, czy ktoś był czy nie. Pokoje wysprzątane czekały na turystów. Nie było luksusów, wspólna łazienka na korytarzu, ale nikomu to nie przeszkadzało. Cieszyli się, że przyjechali w góry - dodaje pani Bożena. - To byli zupełni inni turyści - wspomina z kolei pani Ewa. - Mniej wybredni, nie roszczeniowi, nawet jak im się coś nie podobało to tylko pokręcili głową, ale problemów nie robili. Bywało, że ktoś zadrę wsadził, ale wszystkie konflikty udawało się załagodzić - dodaje.
Dawne Zakopane było, tak jak turyści, zupełnie inne. Nie było miliona apartamentów czy domków do wynajęcia. W mieście pod Giewontem wynajęcie kwatery wcale nie było takie łatwe. - Na ulicy Strążyskiej na początku lat 90-tych zaledwie 10 czy 15 domów wynajmowało pokoje. Jak podjeżdżał autokar z Węgier czy Słowacji to sąsiadki dzieliły się turystami. A teraz - co dom to pokoje na wynajem - wspomina pani Ewa.
Gazda czeka z pajdą chleba

Gazdowie, mimo zadziornego charakteru, mieli zasadę - Gość w dom, Bóg w dom. Turystów częstowano oscypkiem i gorzałką a dzieciaki pajdą swojskiego chleba z prawdziwym masłem. - Przyjeżdżaliśmy zawsze do tej samej gaździny na Gubałówkę - wspomina Dorota z Warszawy. - W latach 80-tych nie było łatwo o kwaterę w Zakopanem, więc jak już się coś znalazło, to się tam wracało. Poza tym nawiązywały się przyjaźnie, znajomości a nawet romanse. Mój kolega jako nastolatek poznał na wakacjach góralkę i się zakochał, tańczyłam na ich weselu. Jej ojciec nie był zachwycony, ale w końcu go zaakceptował. Mówił: No, warszawiok z niego, ale robotny. Do owiec się nada!
Nocą wchodzili po balkonach
Była jedna kuchnia w domu a w niej rządziła gaździna. Jak turysta chciał coś ugotować czy zrobić pranie to z bombonierką przychodził i grzecznie prosił, czy może skorzystać. Górale dbali o swoich gości. - Pamiętam, że zawsze pytali, gdzie idziemy w góry i o której wrócimy - wspomina Dorota. - Jak potrzebowaliśmy czegokolwiek to szło się do gazdy. Jak zepsuł się nam samochód to gazda naprawił. A później, obowiązkowo, trzeba to było opić swojską gorzałką.

Tak rodziły się przyjaźnie między ceprami a góralami, na całe lata i na kilka pokoleń. Chociaż górale nie wszystkich ceprów lubili. - Zależy na kogo się trafiło. Ludzie ze Śląska zawsze byli super. Mieli czyściutko w pokojach, kobiety zawsze same sprzątały, nie chciały żebyśmy po nich robili porządek. Natomiast jak pewnego lata przyjechały pielęgniarki i lekarze w Warszawy to był, za przeproszeniem, burdel. Do lekarza nie podchodź, bo wielki pan doktor a do pielęgniarek faceci, po balkonach, nocą wchodzili - wspomina pani Bożena.
Dzielnicowy dołem, turyści górą
Wynajem kwater w dawnym Zakopanem nie zawsze szedł w zgodzie z ówczesnym prawem. Podatek od najmu prywatnego był wysoki, więc górale kombinowali. Na przykład zamiast pięciu pokoi na wynajem, oficjalnie zgłaszali dwa. - Był taki jeden nadgorliwy dzielnicowy, dawał w pióra, że hej - wspomina pani Ewa. - Ciągle przychodził na kontrolę, więc wpuszczaliśmy go do chałupy dolnym wejściem, a w tym czasie turyści wymykali się górą. I kazaliśmy im nie wracać co najmniej przez godzinę.
W PRL-u były tak zwane konsumy, sklepy z artykułami deficytowymi dla pracowników Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa. - W tych sklepach były rzeczy niedostępne dla zwykłego obywatela. Jak w PEWEX-ie czy Baltonie. Kosmetyki, ubrania, sprzęt AGD. Wszystko czego w normlanych sklepach nie było - opowiada pani Ewa. - Przyjeżdżała do nas przez kilka lat kierowniczka jednego z takich konsumów i bardzo się z nią zaprzyjaźniliśmy. Zawsze pytała, czy coś nam załatwić. Dzięki takim układom udawało się zdobyć deficytowy towar.
W Zakopanem żyło się po swojemu. Turyści choć na chwilę mogli zapomnieć o kolejkach, szarzyźnie i cieszyć się widokiem Tatr. - Ludzie przyjeżdżali odpocząć. Chodzili po górach a nie po Krupówkach. Zresztą na Krupówkach niewiele było, kilka knajpek, sklepików. - mówi pani Ewa, mieszkanka Zakopanego. - Pamiętam bazar pod Gubałówką, wyglądał zupełnie inaczej - wspomina Dorota z Warszawy. Nie było tej całej tandety, chińszczyzny. Straganów było dużo mniej a górale sprzedawali na nich kierpce, kożuchy, wełniane swetry, rzeźbione pamiątki. "Ceperskie" pamiątki. I oczywiście oscypki, nie zawsze "legalne" - dodaje.
Dziś cepry robią, co chcą
Relacje gazda-turysta czasem bywały szorstkie, ale zawsze z wzajemnym szacunkiem. - Dawniej ludzie trzymali się razem, było inaczej. Posiady, balangi, bawiliśmy się z turystami. Pomagaliśmy sobie, bo czasy dla wszystkich były trudne. A potem nazjeżdżało się ceprów z bardzo dużymi pieniędzmi i wszystko popsuli - podsumowuje pani Ewa. - Zaczęli budować te dziwne cuda, zmieniła się architektura miasta. Kiedyś dom na Podhalu budowało się zgodnie z wytycznymi, nie można było, ot tak, chałupy postawić. A dziś robią, co chcą.
***
O akcji "Polska na własne oczy"
Wakacje, znowu są wakacje! Polacy tłumnie ruszają na długo wyczekiwany odpoczynek, a my chcemy im w tym towarzyszyć, służyć dobrą radą, co można zobaczyć w naszym pięknym kraju. Może wspaniałe atrakcje czekają dosłownie tuż za rogiem? Cudze chwalicie, swego nie znacie - pisał poeta. I my chcemy pokazać, że faktycznie tak jest. W tym roku będziemy w warmińskich lasach, nad Łyną, w Białowieży, Ciechocinku, na Roztoczu i w wielu innych miejscach. Ruszaj z nami!