Reklama

Reklama

Podniebny spacer i suche wino, czyli pojechałam na narty do Czech. Powiem wam, czy warto

Dokąd jeździ się z Polski na narty? Na Słowację, bo blisko, do Austrii bo dobre warunki, do Włoch, Francji, Szwajcarii, bo odrobinę luksusowo. Do Czech? Do Czech wybieramy się zdecydowanie rzadziej, a szkoda. Kilkadziesiąt minut jazdy od granicy wystarczy, żeby przekonać się co tracimy, pomijając w narciarskich planach południowego sąsiada.

Czeska miłość, ślepa miłość

Najpierw będzie o miłości i stereotypach.

Żadnego narodu Polak nie upodobał sobie tak, jak Czechów i żadnej obcej ziemi tak mocno jak czeskiej nie umiłował. Każdy oczywiście kocha po swojemu, a uczucia mają różną intensywność. Są tacy, którzy do Czech czują zaledwie sympatię, dla której paliwem jest wspomnienie wieczorynek spod znaku Krecika i Rumcajsa, pejzaż niby obcy, a jednak bliski oraz język, tak uroczy dla naszego ucha. Są tacy, których miłość podszyta jest mieszanką zazdrości, bo Czesi jacyś tacy na ludzie, z dystansem, z humorem, wierzyć u nich można w co się chce, związek stworzyć z kim się chce, a u nas... U nas wiadomo, różnie bywa. Są wreszcie tacy, których nazywa się "czechofilami". Nie ma to pojęcie swojej definicji, ale z grubsza chodzi o kogoś, kto wyraża entuzjazm wobec wszystkiego co czeskie, od czekolady Studenckiej począwszy, a na noblowskiej poezji skończywszy. I jest to miłość wielka, totalna, szalona.

Reklama

Teraz będzie o statystykach, które potwierdzają stereotyp.

Z badań przeprowadzonych przez CBOS wynika, że Czesi są ulubionym sąsiadem Polaków. Sympatię dla tego narodu w 2021 deklarowało 63 proc. badanych (choć gwoli ścisłości trzeba przyznać, że konkurencja była wyrównana: Włochów lubi 62 proc. z nas, zaś Słowaków 61 proc). Wnikliwiej naszym sentymentom przyjrzał się jeden z internetowych serwisów, który zapytał swoich użytkowników, co sądzą o Czechach. "Mają śmieszny język, luz, poczucie humoru i są pragmatyczni - brzmiały najczęstsze odpowiedzi.

A na koniec będzie i o życiu, które jak to często bywa, rozmija się i ze stereotypami i statystyką.

Bo tyle Czechy i Czechów lubimy, co ich nie znamy. Na to przynajmniej wskazują internetowo-językowe poszlaki.  Najpopularniejsze, wpisywane w wyszukiwarkę hasła ze słowem "Czechy" dotyczą podstawowych informacji o południowym sąsiedzie. Dla przykładu: "czy Czechy są w Unii", "czy Czechy są w NATO", "czy w Czechach jest euro" oraz "Czechy-stolica".

Co więcej, obraz sąsiada często budowany jest w oparciu o stereotypy. Żartobliwym poparciem tej tezy mogą być językowe sucharki, w myśl których wiewiórka to po czesku "drewni kocur", parasolka "smaticku na paticku", a szekspirowskie "być albo nie być" przełożone na czeski brzmi "Bytka abo ne bytka to je zapytka". Nawiasem mówiąc Czesi nie pozostają nam dłużni. Na humorystycznych stronach można znaleźć takie "polskie" słowa jak "kaktus pochodowy" (jeż) oraz koza terenowa (kozica).

Narty po czesku

Braki w wiedzy na szczęście nadrabiamy chętnie, a okazją do tego są wyjazdy za południową granicę. Polacy znajdują się wśród narodów najczęściej odwiedzających kraj Krecika i Hrabala (w 2021 roku trzecia lokata po Niemcach i Słowakach). Największym zainteresowaniem wśród turystów cieszy się oczywiście Praga, a w dalszej kolejności miasta takie jak: Brno, Pilzno, Ołomuniec. Popularne są również zabytki architektury (głównie zamki) oraz tereny o wybitnych walorach przyrodniczych, często objęte ochroną.

Jednak i na tym polu stereotypy dają o sobie znać. O ile chętnie wędrujemy latem po czeskich górach, o tyle sporty zimowe z południowym sąsiadem kojarzą się słabo. W kategorii "blisko, ale za granicą" narciarską wyobraźnią zawładnęła Słowacja, spośród dalszych kierunków interesuje nas głównie Austria i Francja.

Słabość skojarzeń jest odwrotnie proporcjonalna do potencjału regionu. Kraj ten ma nie tylko długą i bogatą narciarską historię, ale i godnie kontynuująca ją współczesność. Żeby się o niej przekonać, wystarczy przejechać kilkadziesiąt kilometrów za polską granicę. I tam zaczyna się zimowa przygoda.

Zimowa bombonierka

Jeśli ktoś nigdy w Czechach nie był, a chciałby wyobrazić sobie graniczące z Polską górzyste rejony tego kraju, wystarczy że przywoła z pamięci obraz Dolnego Śląska. Choć przekraczamy granicę, krajobraz pozostaje ten sam - łagodny, sielski, w którym ludziom i naturze udało się odnaleźć równowagę. Jego dominantą są góry o niewysokich szczytach i łagodnych zboczach, a między wzniesieniami wiją się wąskie drogi, to skryte wśród drzew, to przecinające pustą przestrzeń. Postawione na poboczach znaki wskazują drogę do wsi i miasteczek. Te wypełnia stara, ale świetnie zachowana zabudowa, na którą składają się murowane gospodarstwa, jednorodzinne domy o prostej formie i uzdrowiskowe wille, dekoracyjne jak opakowania bombonierki. Gdyby przyjechać tu latem można by pomyśleć, że jest ładnie. Zimą, gdy ma się odrobinę szczęścia i wszystkie elementy krajobrazu przyprószy śnieg, chce się pomyśleć, że jest jak w bajce. Jak w dziecięcej książeczce ilustrowanej akwarelą.

Ten przygraniczny region jak z obrazka to Jesioniki (Jeseníky) - pasmo w Sudetach Wschodnich, łączące Polskę i Czechy. Najwyższym szczytem jest tu Pradziad o wysokości 1491 metrów, najbardziej znanym Śnieżnik (1425 m.n.p.m.), romantyczną ciekawostką fakt, że grzbietami gór biegnie granica Wielkiego Europejskiego Działu Wodnego, oddzielająca zlewiska Morza Bałtyckiego i Czarnego. Jest tu zielono - 80 proc. obszaru pokrywają lasy. Jest też unikatowo - Jesioniki to obszar chronionego krajobrazu.

Bajkowe wrażenie potęguje cisza. Miejscowości, które mija się jadąc przez przygraniczne tereny Czech, w większości są niewielkie, niektóre gminy zamieszkuje zaledwie kilkuset mieszkańców. Dla przykładu gmina Dolní Morava jest domem dla zaledwie 400 osób. To mniej więcej tyle, ile pracuje przy obsłudze mieszczącej się tutaj stacji narciarskiej i sąsiadującego z nią hotelu. Wielu dojeżdża, albo pomieszkuje sezonowo w obiektach, w których pracuje. To niezbyt zamożny region, dla którego turystyka jest jednym z głównych źródeł utrzymania.

Można założyć, że tutejsze góry od niepamiętnych czasów przyciągały tych, którzy szukali ukojenia w kontakcie z naturą. Jednak budowa turystycznej infrastruktury na dobre ruszyła w latach 70-tych, kiedy to na szczycie Králickiego Śnieżnika postawiono pierwsze schronisko, wieżę widokową, stację obserwacyjną, a wzdłuż zbocza poprowadzono pierwszy wyciąg. Z pierwotnych konstrukcji nie przetrwało niemal nic, jednak sam region jest dziś prężnie działającym "zagłębiem" narciarskim, w którym funkcjonuje dziewięć ośrodków, o różnej skali i różnej specyfice.

Regionalne foldery reklamowe w charakterystyczny dla siebie sposób lubią szafować określeniami typu "najdłuższa trasa zjazdowa w Republice Czeskiej" (ośrodek Ramzová), "najbardziej znany ośrodek" (Červenohorské sedlo), "jeden z największych" (Karlově pod Pradědem), "najwyżej położony" (Praděd). Tyle oficjalna promocja. A jak szusowanie w Czechach wygląda z perspektywy turysty?

Pojechałam na narty do Czech. Powiem wam, czy było warto

Podczas kilkudniowego pobytu u południowych sąsiadów odwiedziłam dwa ośrodki - Dolní Morava i Kouty nad Desnou (wedle folderów reklamowych pierwszy oferuje "trasy zjazdowe o wszystkich stopniach trudności", drugi zaś "jedną z najdłuższych tras zjazdowych w Republice Czeskiej").

Ja natomiast obydwa określiłabym jako miejsca "o przyjemnej skali". Wystarczająco duże, by się nie znudzić, ale zbyt małe, by zmienić się w turystyczny bazar. W obu przypadkach trasy mają łączną długość około 11 kilometrów i atuty, które często pojawiają się w charakterystyce czeskich resortów. Są to stoki szerokie, otwarte, o niewielkiej licznie zakrętów (co dla poczatkujących narciarzy jest zaletą, jednak dla bardziej zaawansowanych, poszukujących wyzwań, może stanowić mankament). Poprowadzono je tak, by przynajmniej z części można było podziwiać panoramę Sudetów. Zwłaszcza w Koutach, przy słonecznej pogodzie, widok oprószonych szczytów sprawia, że człowiek raz po raz ma ochotę na moment przerwać jazdę, by sięgnąć po telefon i zatrzymać w kadrze zimowy krajobraz. A gdy słońce już zajdzie, tak w Dolní Morava jak i w Koutach, przez kilka godzin można szusować na jednej z krótszych, oświetlonych tras.

W porównaniu do oferty austriackich, włoskich, słowackich, czy nawet polskich ośrodków, w których łączna długość tras liczy się w dziesiątkach kilometrów Czeskie "około 11 km" może wydawać się skromne. Administratorzy resortów próbują jednak redukować ten potencjalny mankament, różnicując ofertę. Tak w Dolní Morava jak i w Koutach na nartach można nie tylko jeździć, ale również biegać (w drugim z tych miejsc trasa prowadzi wokół zbiornika Dlouhé Stráně, należącym do elektrowni szczytowo-pompowej, umieszczonym na liście "siedmiu cudów Czech"). Kto zaś wolałby odpocząć od nart może przejechać się na sankach lub pomknąć bobslejem (Dolni Morava).

Mają czeskie ośrodki zalety, mają też oczywiście mankamenty. Dla mnie pierwszym jest infrastruktura - w górę stoków wywożą narciarzy dwuosobowe orczyki i czteroosobowe krzesełka. Te ostatnie pozbawione osłon, co po kilku godzinach jazdy w wilgotnej lub wietrznej aurze staje się przyczyną dyskomfortu. Drugim minusem jest baza gastronomiczna, znajdująca się w bezpośrednim sąsiedztwie stoków. W obu ośrodkach nie jest ona bogata, a sposób przyrządzania potraw w lokalach, mówiąc delikatnie - babciny, czyli miękko, tłusto, łagodnie. Niektórzy lubią, ja niekoniecznie. Na szczęście lokalne wino (ciekawostka: "suchy" to po czesku wytrawny) i ogień w kominku nie zawodzą.

Rekordowo ciepła zima - jak radzą sobie z nią Czesi?

Skoro o aurze mowa, rzecz oczywista Czesi tak samo jak inne kraje, borykają się w tym sezonie z rekordowo wysokimi temperaturami, znacznie utrudniającymi utrzymanie stoków w dobrym stanie. Z mojej kilkudniowej obserwacji wynika, że z wyzwaniem tym radzą sobie całkiem dobrze. Mimo dodatniej temperatury, mgły i mżawki, rano stoki były dobrze przygotowane, bez odgrodzonych fragmentów tras czy przebijającego przez śnieg błota bądź kamieni (co w Polsce nie jest rzadkością). Szusując na jednym ze stoków w Dolní Morava w dole można dostrzec sztuczne jezioro - woda z niego umożliwia mechaniczne naśnieżanie stoków. Ładny to widok, ale i smutna refleksja, zawierająca się w pytaniu czy za kilka dekad ta forma rekreacji nadal będzie dostępna. I na ile etyczna.

Trudny sezon to większe koszty, po części ponoszone przez właścicieli ośrodków, po części zaś przerzucane na turystów. Ile więc kosztuje dzień szusowania w Dolni Morava i Koutach? Najtańszy jednodniowy karnet kosztuje odpowiednio 700 i 950 koron (ok. 140 i 190 złotych), wypożyczenie zestawu sprzętu zaś - 540 i 300 koron (ok. 105 i 60 złotych). Dla porównania za te same bilety i usługi w mogącym pochwalić się 50 kilometrami tras ośrodku Jasna Chopok na Słowacji, zapłacimy 35 euro (164 zł) i 39 euro (183 zł). W polskim Szczyrku ( 22 km tras) zaś 174 zł i 60 zł.

Spacer w chmurach

Rekordowa ciepła zima zmusiła administratorów ośrodków narciarskich do poszerzania oferty i poszukiwania atrakcji, którymi można by zająć turystów, gdy aura nie dopisuje. Od początku sezonu pojawiają się doniesienia o kurortach, w których zamiast szusowania oferowano gościom lekcje jogi, spacery, przejażdżki rowerem elektrycznym czy relaks w saunie. W jednym z ośrodków na pozbawionym śniegu stoku postawiono dmuchany zamek dla dzieci

Czeskie ośrodki z poszukiwaniem alternatyw dla nart zdają się mieć mniejszy problem, a to z dwóch powodów.

Po pierwsze, nad dywersyfikacją atrakcji w regionie zaczęto myśleć już kilka lat temu. Przoduje na tym polu Dolní Morava, która wyspecjalizowała się w tworzeniu podniebnych konstrukcji. Na wysokości ponad 1100 metrów wytyczono (a właściwie wzniesiono) "Ścieżkę w obłokach" - przypominającą ślimaka konstrukcję, będącą połączeniem kładki i platformy widokowej. Estetyka obiektu jest dyskusyjna jednak rozciągające się z niego widoki - spektakularne.

Podniebnym fenomenem jest jednak Sky Bridge 721, noszący zaszczytne miano "najdłuższego na świecie mostu wiszącego dla pieszych". Owa rekordowa długość to, jak nazwa atrakcji wskazuje, 721 metrów. Łącząca dwa wzniesienia konstrukcja zawieszona jest na wysokości 95 metrów, a jej widok imponuje, nie tylko z odległości, ale również wtedy, gdy stanie się na jej początku, by ruszyć na spacer w chmurach. Wąska, metalowa, kratownica pod stopami, ażurowe zabezpieczenia po obu stronach i grube liny, na których podwieszono kładkę. Całość robi wrażenie obiektu filigranowego, który będzie kołysał się pod wpływem kroków i wiatru. Wystarczy jednak przejść kilka metrów, żeby przekonać się, jak mylne to założenie.  Powierzchnia pod stopami ani drgnie. Zadrżeć może za to serce ( a u tych, którzy odczuwają lęk przestrzeni również żołądek), kiedy stanąwszy na środku kładki, człowiek rozejrzy się wokół. Przy dobrej widoczności, roztacza się stamtąd niczym nieprzysłonięty widok na góry. Panorama jest tak szeroka, że przy odrobinie wyobraźni naprawdę można mieć wrażenie, że pokonawszy siły grawitacji, szybuje się w chmurach. Trzeba tylko pamiętać o sprawdzeniu pogody - wiatr na tej wysokości jest odczuwalny o wiele silniej niż na ziemi. Chłodny, potrafi skutecznie odebrać przyjemność ze spaceru.

Z kładki rozciąga się widok nie tylko na przyrodę, ale również na to co, zbudował człowiek. I właśnie te obiekty są drugim powodem, dla których czeskie ośrodki narciarskie nieco lepiej radzą sobie poszukiwaniem alternatywnych atrakcji dla turystów. Jesioniki to region o bogatej historii, której śladami są zabytki architektury. Spośród najciekawszych można wymienić: barokowy klasztor redemptorystów (Hora Matky Boží), w którym w czasach totalitarnego reżimu funkcjonował obóz internowania dla zakonników, pałac w Slezskich Rudolticach, nazywany czasem "śląskim wersalem", renesansowy pałac Velké Losiny, kojarzony z procesami czarownic oraz malowniczy kościół Marii Panny Pomocnej, położony na szczycie... wygasłego wulkanu (Uhlířský vrch, położony blisko Bruntálu, najstarszego miasta w Republice Czeskiej).

W regionie oprócz zabytków architektury są i zabytki techniki. Jeden z najciekawszych to wpisana na listę UNESCO papiernia w Wielkich Łosinach. Założona pod koniec XVI wieku manufaktura jest najstarszym w Europie wciąż działającym zakładem tego typu.

Gdzieś na styku natury, nauki i architektury można zaś umiejscowić kolejną atrakcję regionu, jaką są uzdrowiska. To właśnie na tym obszarze, w pierwszej połowie XIX wieku, Vincenz Priessnitz, samouk w zakresie medycyny naturalnej, urządził pierwszy w Europie dom kuracyjny z łaźnią, w której stosował terapie wodne. Dziś w regionie istnieje kilka uzdrowisk, w których cierpiący na choroby stawów, mogą poddawać się leczniczym zabiegom. Zdrowi zaś, mogą skorzystać z kąpieli w parku termalnym (Termální lázně Velké Losiny) lub po prostu udać na spacer, podziwiając uzdrowiskową architekturę, której nie powstydziłby się niejeden niemiecki czy austriacki kurort.

Podsumowanie. Jeszcze raz: Czy warto jechać na narty do Czech?

Najuczciwsza odpowiedź na to pytanie brzmi: zależy, czego się oczekuje. Ci, dla których istotą zimowego urlopu jest szusowanie, mogą być nieco rozczarowani. Trasy w Czechach są widokowe, szerokie, dobrze utrzymane, jednak ich liczba i różnorodność dla doświadczonych, poszukujących wyzwań narciarzy, może okazać się rozczarowująca. Tym bardziej, że za zbliżoną cenę można pojeździć w większych ośrodkach w Szczyrku czy na Słowacji.

Jest jednak niemała grupa, dla których Czechy będą idealnym wyborem. To początkujący narciarze, rodziny z dziećmi oraz ci, którzy od zimowego wyjazdu oczekują czegoś więcej niż tylko aktywności na stoku. Na dzieci i początkujących czekają przyjazne warunki do nauki lub doskonalenia umiejętności. Na wszystkich ciekawych świata zaś, region o niezwykle bogatej historii i kulturze. Dziedzictwie z jednej strony bliskim, a z drugiej wciąż czekającym na odkrycie.

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy