Reklama

Reklama

W innym kraju

Trzy rzeki: Lot, Garonna i Tarn, prowadzą na południe. To wprawdzie wciąż Francja, ale jeśli dobrze się rozejrzeć, dostrzegamy, że znacznie różni się od tej znanej z północy. W wyprawie do Gaskonii pomoże nam rower, barka i.... literatura.

"Słońce, oślepiające słońce, w dole wije się Garonna. Wdechuję zapach rozgrzanych łąk i przymykam oczy, bo wypolerowany asfalt lśni jak lustro (...). Mam wrażenie, że jeszcze nigdy w życiu nie miałem wszystkiego do tego stopnia, tak absolutnie gdzieś - i pewnie dlatego jest mi tak dobrze. Czujemy, że wjechaliśmy w inny kraj, w inny klimat. Koło południa upał staje się nie do zniesienia" - pisał Andrzej Bobkowski w Szkicach piórkiem. Słynna rowerowa podróż pisarza z południa Francji do Paryża odbyła się latem 1940 roku. Od tego czasu sporo zmieniło się w okolicy - poznikali gościnni chłopi, pojawili się Arabowie, autostrady poprzecinały najbardziej poetyckie pejzaże. A jednak.

Reklama

Kiedy docieramy do środkowego biegu Garonny, "czujemy, że wjechaliśmy w inny kraj". Krajobraz zmienia się powoli, ale jest coraz cieplej. Częściej widać cyprysy, rozgrzane powietrze pachnie ziołami. Znacznie szybciej od pejzaży zmienia się francuszczyzna mieszkańców - mięknie, ale i udźwięcznia się, zwłaszcza w końcówkach, powodując od pokoleń wybuchy śmiechu mieszkańców północy. Skąd pochodził d’Artagnan - każdy pamięta. Tak - był Gaskończykiem. Dumnym, honorowym, bitnym. Nade wszystko jednak - z punktu widzenia Paryża - prowincjuszem. Mówił po gaskońsku, czyli jedną z odmian języka oc, i przywoził do XVII-wiecznego północnego miasta, jakim był Paryż, własną miarę rzeczy, która zjednywała mu tylu przyjaciół, ilu wrogów.

Jeszcze dziś w starych szkołach na prowincji spod warstw olejnych lamperii wyzierają napisy "Mówcie po francusku!", a przed każdym meczem tuluzańskiej drużyny rugby śpiewa się (w języku oc) XIV-wieczny wiersz będący nieformalnym hymnem całej Okcytanii - historycznej krainy, której częścią jest Gaskonia. O takich jak Anne-Marie mówi się tu "kasztelanka". Brzmi poważnie, ale "kasztelanem" jest tu każdy właściciel zamku. A tych - ciągle w bród. Anne-Marie ma zamek. Konkretnie - połowę zamku. Po śmierci męża odziedziczyła ją wraz z rozległymi winnicami.

Jest wieczór, właściwie noc. Późno, nawet jak na francuską kolację. Anne-Marie od dawna nie używa zamkowej kuchni. Jest za duża. Przeniosła się z gotowaniem do dawnej kuchni dla służby, w suterenie. Mimo późnej pory nie rezygnuje z popisowego dania - confit z kaczki.

- Tłusto, nawet bardzo, wiem - śmieje się. - Ale nie mam komu gotować, a lubię. A poza tym to filar tutejszej kuchni.

Kacze confit to chyba najcenniejszy aport Gaskonii do kuchni francuskiej. Tłustokruche mięso poszło stąd zresztą (via Paryż) w świat.

- Mąż polował - opowiada Anne-Marie. - Trznadle, ortolany, skowronki, dzikie gołębie - kiedyś jadaliśmy dziczyznę. Dziś już tylko drób... Mimo śmierci kasztelana nadal jednak działa niewielka gorzelnia, o którą dba miejscowa kooperatywa winiarska. - Posprzedawaliśmy większość winnic - opowiada Gaskonka - ale zostawiliśmy tyle, żeby starczyło na niewielką produkcję armaniaku - mówi. - Rodzina robi to od pokoleń. Armaniak jest wynalazkiem miejscowym. To winiak robiony wyłącznie z dziesięciu szczepów winogron. Mocny destylat, który po odpowiednim leżakowaniu przewyższa smakiem i klasą najlepsze koniaki.

- Państwo bardzo pilnuje monopolu, więc choć mając winnicę, można destylować trochę na własne potrzeby, to jednak trzeba oddawać znakomitą większość produkcji. Na szczęście jest i na to sposób - śmieje się Anne-Marie, którą rodzinny napój zdążył już rozluźnić. - Leżakujący w beczkach armaniak redukuje się, zwiększa moc, ale paruje. Te opary nazywają się "anielska część", bo tyle trunku trafia do nieba. Od pokoleń wśród okolicznych producentów parowanie znacznie przewyższa standardowe pół procent objętości rocznie. I u mnie co roku "wyparowuje" znacznie więcej armaniaku...

Następnego dnia jazda rowerem w południowym upale okazuje się wyzwaniem dla najtwardszych. Sam Bobkowski, opętany przecież cyklizmem, "robił" w tej okolicy jakieś 40 kilometrów dziennie i był tym wynikiem usatysfakcjonowany. Dzisiejsze rowery wprawdzie lepiej sobie radzą, ale skwar trudno wytrzymać. Po kilku godzinach pedałowania pojawia się jednak rozwiązanie: kanały! Biegnący na południu słynny XVII-wieczny Canal du Midi ma tu swoją kontynuację, Kanał Dwóch Mórz łączący Morze Śródziemne z Atlantykiem. Jego północna część biegnie wzdłuż Garonny i - jak nakazał Napoleon - obsadzono go drzewami. Na południu cyprysy, tutaj - platany miały dawać cień maszerującym armiom.

Ocieniona droga wzdłuż kanału ciągnie się kilometrami, upał nie jest tak dokuczliwy. Co chwila mijamy innych rowerzystów, piechurów, a nawet jeźdźców i... minikarawany objuczonych osłów. To nie wspomnienia wojenne polskiego pisarza, to Francja XXI wieku. A my znajdujemy się w samym środku pielgrzymiego szlaku do Composteli. Muszla św. Jakuba przypięta do kapelusza (dziś też do plecaka czy roweru) to od średniowiecza znak tych, którzy ruszają najważniejszą drogą pielgrzymkową Europy. Lipiec jest szczególny - święto patrona galicyjskiej Composteli wypada 25 tego miesiąca.

Na Chemin de Saint Jacques, za Pirenejami przechodzącej w Camino de Santiago - tłum. Mieszają się języki. Pewna niemiecka rodzina pokonuje trasę konno. Mąż i córki jadą wierzchem, żona prowadzi samochód do przewozu koni i dba o noclegi dla ludzi i zwierząt. Po kilku dniach zmiana i w siodle podróżuje żona. Belgowie - ojciec z synem - jadą na mułach. Przebrani w historyczne kostiumy prowadzą ze sobą parę jucznych osłów. Ich strój i sposób podróżowania nie wzbudzają zdziwienia wśród miejscowych, przez stulecia ta droga widziała w końcu różne rzeczy. Dziwią się za to sami Belgowie. Zgodnie ze zwyczajem pielgrzym do Composteli to osoba święta. Ojciec, waloński dentysta, opowiada więc, jak z pewną nieśmiałością musiał na wyraźną prośbę zainteresowanych... pobłogosławić zakonnice w mijanym klasztorze.

- Ugościły nas, nie chciały złamanego grosza, a kiedy dziękując, szykowaliśmy się do drogi, poklękały i zaczęły domagać się błogosławieństwa. Zakonnice! Czułem, że powinno być odwrotnie - mówi Belg w trekkingowym stroju spod znaku "super hi-tech". 

Garonna oddziela dwie krainy południa - Gaskonię i Langwedocję. Leżące nad rzeką Agen to właściwie miasto graniczne. I miejsce, w którym rower można zmienić na wygodniejszy środek transportu - barkę. W porcie znów mieszanina języków. Niemcy i Holendrzy na wielkich, wypielęgnowanych łodziach stoją tu w drodze na południe, do Camargue i Aigues-Mortes - portu krzyżowców nad Morzem Śródziemnym.

Przypłynęli tu ze swoich krajów dzięki systemowi kanałów. Nie było mowy o podróży lądem. Szczęśliwie nie trzeba mieć własnej barki, można ją wynająć. Nawigacja nie wymaga też żadnych uprawnień, a księga locji - opis trasy z mapami i punktami charakterystycznymi - jest maksymalnie uproszczona. Jeszcze niewielki skok ciśnienia przy wychodzeniu z portu, pierwszej śluzie (będą ich dziesiątki) i wszystko staje się proste.

Płyniemy na południe, do Tuluzy, "Rzymu katarów", jak pisał Zbigniew Herbert. Od historycznych granic hrabstwa Tuluzy dzieli nas niecały dzień drogi. Kanał płynący wzdłuż Garonny biegnie przez Moissac. Z wody niepozorne, w istocie - niezwykłe miasteczko. Zbudowane wokół benedyktyńskiego klasztoru z VII stulecia, swój złoty wiek przeżyło, kiedy opatem został przepotężny biskup Tuluzy Durand de Bredons. To z jego czasów pochodzi słynny romański tympanon klasztornego kościoła i niezwykłe rzeźbione odrzwia portalu.

Światowa ekstraklasa. Bogaty klasztor, leżący na drodze do Composteli, zawsze miał ogromne znaczenie, dziś też odwiedzają go tłumy. Nie można go przeoczyć. - Doskonale mówi pan po angielsku, monsieur - komplementuję zdziwiony pomagającego w cumowaniu kapitana portu w pobliskim Castelsarrasin.

- Jak na Anglika - odpowiada ze śmiechem. To jeden z tych Brytyjczyków, którzy napracowawszy się dość na Wyspach, postanowili "radykalnie zmienić życie" - jak mówi - i wzorem innych rodaków osiedlić się we Francji, oddając się jakiemuś nisko płatnemu, ale dającemu szczęście zajęciu. Nasz kapitan dowodzi więc niewielkim portem, jego żona przygotowuje i sprzedaje nieznane właściwie tutaj domowe chutneye i szczęśliwi grzeją się pod słońcem południa. Dojechaliśmy do Montauban i za miastem, nad brzegiem Tarnu, rozłożyliśmy się na południowy odpoczynek (...).

"Pijemy jakieś wspaniałe czerwone wino po 1 fr 50 litr. Tego nigdzie tu nie brak" - notował Bobkowski. Wina rzeczywiście nie brak i - jak wówczas - najczęściej nieskomplikowanego. Najpopularniejsze wokół Côtes-de-Gascogne rzadko pysznią się gwarantującym jakość skrótem A.O.C. Dlaczego? Alain wskazuje na tabliczkę z napisem vigneron independant (winiarz niezależny). Na niej rysunek człowieczka własnoręcznie taszczącego na ramieniu ciężką beczkę.

- To obrazek bardzo à propos - śmieje się Alain. - Prowadzę rodzinną winnicę. Szczep ten sam, ziemia ta sama, co w sąsiedztwie, ale A.O.C. nie mam. To kosztuje, a ja nie mam ochoty opłacać się kooperatywie. Żeby starać się o A.O.C., trzeba uiścić państwowy haracz, a ja nie będę płacił za nic. Pracuję sam i robię bardzo przyzwoite wino. Wiem, że nie zawojuję świata. Ale mnie wystarcza...

Dla wybrednych jest jednak ratunek - po drugiej stronie Garonny, 60 kilometrów od nas, leży słynne Cahors. To okazja spróbowania europejskiego, było nie było, szczepu Malbec w nieargentyńskiej redakcji. Leżące nad rzeką Tarn Montauban, założone przez kolejnego z hrabiów Tuluzy, miało w XIII wieku wielu katarskich mieszkańców i bardzo ucierpiało podczas krucjaty przeciw nim.

Skłonność do nieposłuszeństwa Kościołowi musiała być w mieszkańcach trwała, bo w wieku XVI wszyscy masowo przeszli tu na protestantyzm, a w czasie XVII-wiecznych wojen religijnych Montauban stało się jedną z czterech najsilniejszych twierdz hugenotów. Do miasta dostajemy się z pobliskiego Montech. Opuścić kanał i wypłynąć barką na rzekę to podczas żeglugi rzadka okazja. A Tarn to rzeka nie byle jaka. W górnym biegu żłobi wysokie wąwozy, rwie, pieni się, potężnieje, płynąc przez przełomy. Tutaj, u ujścia do Garonny, jest spokojna, ale imponująco szeroka.

Montauban przypomina Tuluzę - też jest ceglane, czerwone, pełne zalanych słońcem placów. Zresztą do samej Tuluzy już niedaleko. W konsekwencji krucjaty przeciwko katarom potężne hrabstwo zostało w XIII wieku wcielone do korony francuskiej, ale przez stulecia było państwem znacznie od niej potężniejszym. I bez wątpienia - piękniejszym. Z portu droga prowadzi do największego romańskiego kościoła na świecie - bazyliki St. Sernin - świętego Saturnina, patrona Tuluzy. To dopiero początek zwiedzania wielkiego miasta, które samo w sobie jest osobnym rozdziałem historii. Gaskonia zostaje na północy, wpłynęliśmy do Langwedocji.

Łukasz Modelski
Twój Styl 08/2011

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje