Reklama

Reklama

Zabawne anegdoty sprzed lat, które spowodują, że nie powstrzymasz śmiechu

Choć kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu nie było serwisów społecznościowych, więc gdy ktoś popełnił jakąś gafę filmik z jego udziałem nie był wrzucany do internetu, ale mimo to zabawne wydarzenia przetrwały w formie wspomnień. Zapytaliśmy kilka osób o zabawne anegdoty z okresu ich dzieciństwa. Oto kilka historii, które wywołają uśmiech na twojej twarzy!

Poszukiwacze skarbów

Kto w dzieciństwie nie marzył o tym, by odkryć zaginiony skarb? Zdarzało się, że dzieciaki wraz z kolegami z podwórka przekopywały osiedlową piaskownicę i bawiły się w archeologa na łąkach za blokami licząc, że znajdą coś cennego. Również celebryci w czasach dzieciństwa bawili się w szukanie skarbów.

Cezary Pazura realizując dubbing do filmu "Tedi i poszukiwacze zaginionego miasta" wspomina swojego przyjaciela z młodych lat, Wojtka, który był zafascynowany poszukiwaniami drogocennych przedmiotów. Pewnego razu zaprezentował on kolegom mapę, na której widniały napisy w niezrozumiałym języku. Przepełniony dumą opowiedział, że udało mu się rozszyfrować tajemnicze pismo i wraz z rozemocjonowanymi przyjaciółmi ruszył wykopać skarb. Wkrótce okazało się, że jakiś czas wcześniej on sam wziął biżuterię swojej mamy i zakopał ją w określonym miejscu w lesie. Gdy wydało się, że kilka pierścionków nie wróciło do rodzinnej szkatułki, wybuchła z tego porządna afera - wspomina aktor.

Reklama

Na szczęście rodzice często starali się robić co w ich mocy, by wzmacniać w swoich pociechach tę naturę poszukiwacza skarbów. Karolina, zapytana o to, co najbardziej zapadło jej w pamięć z okresu dzieciństwa, opowiada, jak w czasie wakacji nad polskim morzem rodzice zapewniali jej rozrywkę wraz z rodzeństwem.

- Tato rysował dla nas mapę, na której zaznaczał punkty orientacyjne i miejsca, w których ukryto niespodziankę. Braliśmy grabki i łopatki i wraz z braćmi ruszaliśmy na poszukiwania. Zwykle w płytkim dole zakopane były słoiki z małymi słodkościami lub drobne prezenty. Nic tak nas nie cieszyło, jak smak odkrytego czekoladowego skarbu! Pewnego razu, gdy dotarliśmy na miejsce odkopaliśmy słoik, wewnątrz którego schowany był kawałek gazety, na której widniał odręczny napis "dzięki, było pyszne!". Wkurzeni pobiegliśmy do taty, pewni, że to on zrobił nam taki psikus, jednak był równie zaskoczony jak my. Gdy przyszła pora, żeby zbierać się do kwatery i zaczęliśmy pakować rzeczy, na dnie toreb znaleźliśmy nasze skradzione słodkości. Okazało się, że żart był pomysłem naszego "wujka", przyjaciela rodziny, a nasi rodzice nie mieli o tym zielonego pojęcia. Do dziś, jak tylko przypomni sobie nasze zaskoczone miny, ma niezły ubaw!

 

Kosmetyczka i fryzjerka

Każda mała dziewczynka lubiła się stroić. Często chcąc upodobnić się do swoich mam, sięgały po ich kosmetyki do makijażu, ubierały ich o wiele rozmiarów za duże buty na obcasie czy próbowały swoich sił w sztukach fryzjerskich, co przeważnie kończyło się krzywo przyciętą grzywką.

- Kiedyś usłyszałam, jak mama rozmawiała ze swoja koleżanką na temat brwi - opowiada Agnieszka. Żaliła się, że ze względu na nieco ciemniejszą karnację i gęste, czarne włosy jej brwi są mocno zarośnięte i co chwilę musi je regulować. Wtedy, na początku lat 90. Nastała era kiczu, wyjątkowo bezlitosna dla brwi. Mocne były  wyskubane, cienkie nitki.  Poszłam do łazienki i przeglądając się w lustrze zauważyłam, że również moje brwi są bardzo wyraziste, a przecież powinnam wyglądać, jak ówczesna idolka nastolatek, Edyta Bartosiewicz. Miałam wtedy osiem lat i szybko podjęłam decyzję, że muszę się pozbyć moich "krzaczków". Sięgnęłam po maszynkę do golenia taty i... zgoliłam brwi. Kiedy spojrzałam w lustro zaczęłam płakać - okazało się, że posiadanie gęstych brwi jest znacznie lepsze niż nie posiadanie ich w ogóle. Mama na mój widok wybuchła niekontrolowanym śmiechem, a ja przez najbliższych kilka tygodni rysowałam sobie brwi pisakiem i chodziłam do szkoły w czapce. Gdy nauczyciele kazali mi ją ściągnąć dostawałam takiej histerii, że na wszelki wypadek dawali za wygraną. Niestety, nic do nie dało i już pierwszego dnia cała szkoła wiedziała o moim pomyśle. Przyjaciele do dziś śmieją się, gdy to wspominają!

- Kiedy miałem pięć lat,  czyli w roku 1983, byłem pod ogromnym wpływem mojej starszej siostry, Weroniki - wspomina Krzysiek. Imponowała mi we wszystkim, co robiła, więc zawsze starałem się jej przypodobać i wykonywałem wszystkie jej rozkazy. Ona miała wtedy dziewięć lat i marzyła o tym, by zostać charakteryzatorką i malować aktorów do serialu jak popularna wówczas "Arabela".  Czasem zdarzało się, że podbierała kosmetyki naszej mamie (uwielbiała zwłaszcza mazać po twarzach hitem tamtych lat, czyli  tuszem maczanym w wodzie)  i ćwiczyła na mnie swoje umiejętności. Tego dnia mieliśmy iść na komunię naszego kuzyna. Wera usadziła mnie na krześle i zrobiła mi pełen makijaż - miałem jasnoniebieski cień wokół oczu (, wściekle różowe policzki, krwistoczerwone usta i pomarańczowe paznokcie, jej zdaniem miałem być "pełną elegancji Barbarą Radziwiłłówną". Przypominałem raczej klauna niż normalnego chłopca, nie mówiąc już, że absolutnie mój wygląd nie nawiązywał do postaci odgrywanej przez Annę Dymną . Pech chciał, że tego dnia wysiadł nam prodiż, a mama była odpowiedzialna za przygotowanie ciasta, więc zorientowała się dopiero 10 minut przed planowanym wyjściem. Nie wszystko udało się zmyć, więc na uroczystości wyglądałem jak ostatni pajac. Mama starała się mnie chronić przed obiektywem, jednak niestety w albumach rodzinnych wciąż zachowało się kilka niechlubnych fotografii...

Filmy odgrywane na żywo

W telewizyjnej ramówce w latach 80. I 90. nie było zbyt wielu różnorodnych filmowych propozycji. Ograniczona liczba kanałów sprawiała, że wszystkie dzieciaki oglądały te same bajki i seriale. Potem na podwórku odgrywały zabawy inspirowane historiami z "Maszyny zmian", "Gwiezdnego pirata", "WOW",  "Dwóch światów" czy "Siedmiu życzeń". - Z serialem "Siedem życzeń" wiąże się zabawna anegdotka z mojego podwórka - wspomina Alicja. - Mój młodszy brat uwielbiał go oglądać, a ja i moi koledzy postanowiliśmy wmówić mu, że to prawdziwa historia i mówiący kot Rademenes istnieje. Pewnego dnia ustawiliśmy czarnego kota mojej przyjaciółki na parapecie u mnie w domu. Mój brat był przekonany, że jest sam w mieszkaniu, tymczasem ja i grupa moich przyjaciół zaczailiśmy się w szafie. Jeden z moich kolegów, Marek, zaczął przemawiać, od czasu do czasu miałcząc. Przedstawił się jako kot - Rademenes i nakazał mojemu bratu, tak jak serialowemu Darkowi, wykonanie dla niego zadania w zamian za obietnicę spełnienia siedmiu życzeń. Biedny Mikołaj, przez kilka dni zostawiał w "ofierze" słodycze na parapecie, wierząc, że wkrótce pojawi się kot i ziszczą się jego marzenia - śmieje się Alicja. - Kiedy wreszcie przyznałam się, że zrobiłam mu kawał, obraził się na mnie. Musiałam kupić mu na przeprosiny maskotkę kota.

Każdy człowiek ma historie, do których często wraca w swoich wspomnieniach. Jeśli chcesz pochwalić się swoją opowieścią, weź udział w konkursie organizowanym przez Kinder Chocolate. Laureat najciekawszego zgłoszenia zostanie nagrodzony prawdziwą filmową adaptacją swoich przeżyć, która pojawi się na ekranach kin. Wśród nagród znajdują się także wyjątkowe fotoalbumy, w których przechowasz wszystkie, także te bardzo zabawne, wspomnienia.

Tekst powstał we współpracy z Kinder Chocolate.

 


 

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje