Reklama

Reklama

Aneta Kręglicka: Miss Świata zostałam trochę przez przypadek

- Szczerze, nie marzyłam o udziale w tym konkursie. W ogóle nie mieściło się to w sferze moich planów zawodowych. Od zawsze chciałam pracować dla siebie, być przedsiębiorcą i mieć własny biznes, więc miss zostałam trochę przez przypadek - tłumaczy Aneta Kręglicka, Miss Świata z 1989 roku w rozmowie ze Styl.pl.

Magdalena Tyrała: W lipcu 1989 zdobyła pani tytuł Miss Polonia, we wrześniu - I wicemiss Miss International w Tokio, z kolei 22 listopada 1989 roku została pani wybrana na Miss Świata na gali finałowej organizowanej w Hongkongu. Jak wspomina pani ten dzień?

Aneta Kręglicka: - Dziś podchodzę do tego z wielkim sentymentem. Ale przez długie lata walczyłam z etykietą miss. Wiele osób wciąż sądzi, że jeśli ktoś startuje w konkursie piękności, to jest zwyczajnie próżny. Mnie to nie dotyczyło. Nigdy nie byłam próżna.

Reklama

Być może faktycznie kiedyś w ten sposób się one kojarzyły, ale pani wpłynęła na zmianę tego myślenia.

- Być może, ale nie zmienia to faktu, że musiałam sobie z tym poradzić. Szczerze, nie marzyłam o udziale w konkursie. W ogóle nie mieściło się to w sferze moich planów zawodowych. Od zawsze chciałam pracować dla siebie, być przedsiębiorcą i mieć własny biznes, więc miss zostałam trochę przez przypadek.

- Oczywiście, ta historia dała mi dużo dobrych doświadczeń, które doceniam z perspektywy lat. To była ogromna przygoda, możliwość poznania świata, ludzi, ale przede wszystkim sprawdzenia siebie, poznania swoich prawdziwych mocnych stron. To dało mi też poczucie własnej wartości i pomogło podjąć decyzję o założeniu własnej firmy, a byłam przecież dziewczyną, która dopiero co skończyła studia.

Co pani poczuła, gdy usłyszała werdykt?

- Poczułam dumę. Jadąc na ten konkurs byłam już po Miss International, podczas którego zajęłam II miejsce i to był jedyny taki wysoki tytuł w historii Miss Polonia. To mi wystarczało. Na konkurs Miss Świata wcale nie planowałam pojechać. Bardzo prosiłam biuro Miss Polonia, by wysłało zamiast mnie Agnieszkę Angelo, bo z Japonii wróciłam po sześciu tygodniach i po pięciu dniach miałam znów jechać do Hongkongu. Fakt, że zdobyłam drugie miejsce w Tokio, absolutnie mnie satysfakcjonował.

- Okazało się jednak, że sama Julia Morley (organizatorka konkursu Miss Świata - przyp. red.) zażądała moich najnowszych zdjęć z Japonii i po ich obejrzeniu postawiła warunek, że to ja mam się stawić w Hongkongu.

A co poczuła pani poza dumą?

- Chyba to, że wykonałam jakiś plan, nawet nie własny, ale że sprostałam całej tej przygodzie. Cieszyło mnie to, że jestem wyróżnioną Polką, z akcentem na Polkę.

Czytałam, że wówczas pierwszy raz w historii konkursu jurorzy zagłosowali jednomyślnie, w stu procentach za pani kandydaturą.

- Przed finałem Miss Świata były dwa istotne wydarzenia. Pierwszym były obrady jury, gdzie uczestniczki rozmawiały indywidualnie z każdym jurorem i wówczas od trzech jurorów usłyszałam, że jestem ich faworytką. Drugim było "family party", czyli wspólny obiad, podczas którego spotkała się cała grupa uczestniczek plus reżyserzy, tancerze, choreografowie z jurorami włącznie. Po tymże obiedzie w holu spotkała mnie dwójka jurorów i powiedzieli mi: "Miss Polski, trzymaj się jutro". To był dla mnie sygnał, że z wszystkich 90 pań ci jurorzy zapamiętali właśnie mnie, mimo że nie miałam na sobie szarfy z nazwą mojego kraju. W związku z tym następnego dnia miałam nadzieję, że może znajdę się w pierwszej dziesiątce i pomyślałam, że to fajnie, że nie zdyskredytuje to mojego drugiego miejsca w Miss International.

Stało się jednak zupełnie inaczej.

- Tak. Najpierw wywołano mnie jako miss kontynentów. Później wszystko tak zaskakująco szybko się potoczyło - pan Morley ogłosił, że Miss Świata 1989 roku została Miss Polski. Byłam bardzo zaskoczona. Musiałam się mocno sprężyć i zorientować, co mam robić, bo nie uważałam na próbach. Na szczęście przez całe studia tańczyłam w zespole tańca współczesnego, dzięki temu miałam świadomość sceny, mam też niezły słuch muzyczny i to mi pomogło opanować sytuację.

A co było chwilę później?

- Ogromne szczęście poczułam dopiero na backstage’u, w chwili, gdy wszystkie dziewczyny się na mnie rzuciły z gratulacjami i tę niewiarygodnie cenną koronę prawie zrzuciły mi z głowy. To był niezwykle miły moment.

Jak wyglądał powrót do Polski?

- Pierwsza podróż Miss Świata odbywa się zawsze w towarzystwie organizatora, czyli pani Morley. Nie przyjechałam do Polski następnego dnia, tylko po prawie miesiącu, by w Polsce mieli czas na organizację mojego przywitania.

- Po powrocie byłam bardzo zdziwiona, że moi rodacy tak bardzo to przeżywają i z taką wrażliwością o tym mówią. Nawet pomyślałam, że wszyscy tu powariowali, że nie zrobiłam nic nadzwyczajnego, by wzbudzać aż takie zainteresowanie. Natomiast po czasie trochę mnie to wszystko zaczęło krępować, a nawet deprymować.

Jaka była Aneta Kręglicka, zanim została Miss Świata?

- Wydaje mi się, ale to moja subiektywna ocena, że prawie w ogóle się nie zmieniłam i pewnie dlatego ten tytuł trochę mnie uwierał. Nie lubię popularności.

Wiele kobiet nigdy nie usłyszy, że są najpiękniejszymi kobietami nawet od swoich partnerów, a pani usłyszała to od świata. Naprawdę nie zrobiło to na pani wrażenia?

-  Oczywiście, że zrobiło, ale ja zawsze miałam duże pokłady zdrowego rozsądku i wiedziałam, że na pewno nie jestem najpiękniejsza, tylko że wzięłam zwyczajnie udział w konkursie, przy którym zebrało się jury, które doceniło - taką zawsze miałam nadzieję - nie tylko moje atuty fizyczne.

- To, co naprawdę mnie cieszyło po uzyskaniu tego wyróżnienia, to tytuły w prasie: "The beauty and the brain". I to było dla mnie największym smaczkiem całej tej przygody. Często po wywiadach słyszałam, że bardzo miło się ze mną rozmawia, że jestem bardzo świadoma, zaskoczenie budziła też znajomość dwóch języków obcych. Myślę, że byłam bardzo rozsądna i dojrzała, jak na swój wiek.

Miała pani wówczas 24 lata.

- Tak, w połowie tego szalonego roku obroniłam pracę magisterską. Na obronie zapowiedzieli się wszyscy najważniejsi, czyli rektor, dziekan i promotor. Ale dałam radę, studia ukończyłam z wyróżnieniem.

- To, że jeździłam za granicę, było dla mnie ogromną wartością tego konkursu. Pojawiałam się we wszystkich amerykańskich śniadaniówkach i wieczornych talk show w Nowym Jorku i we Włoszech i dobrze sobie radziłam w tych sytuacjach. To była dla mnie próba tego, kim jestem, co potrafię i co mogę.

- Zaskoczona była sama Julia Morley. Już od samego początku zaczęła wypuszczać mnie na głęboką wodę. Nigdy nie potrzebowałam tłumaczy, całej rzeszy opiekunek, a to się rzadko wśród miss zdarzało. Niejednokrotnie na jakichś imprezach charytatywnych, gdzie siedziałam przy prezydialnym stole - a moja rola miała sprowadzać się tylko do skłonu, gdy mnie przedstawiano - nagle okazywało się, że mam coś powiedzieć tym ludziom bez żadnego przygotowania. Nigdy w życiu wcześniej tego nie robiłam, a jednak znajdowałam w sobie odwagę i każdorazowo udawało mi się sprostać sytuacji.

- Z jednej strony motywował mnie mój potencjał, którego nigdy wcześniej w sobie nie odnalazłam, a z drugiej strony miłe przyjęcia i satysfakcja, że daję radę.

- Wciąż jednak miałam duży dystans do tytułu Miss Świata. Oczywiście, trochę się z tego cieszyłam, ale tylko do pewnego momentu.

Jakiego konkretnie?

- Gdy się okazało, że jestem tak popularna, że nie mogę spokojnie przejść ulicą. Wtedy poza Opolem, Sopotem i konkursem Miss Polonia nie było w telewizji bardziej spektakularnych widowisk, więc stałam się bohaterką medialną.

I tak miała pani szczęście, bo nie było wtedy także tabloidów.

- Miałam ogromne szczęście, bo nawet nie chcę sobie tego wyobrażać, jak by to mogło wtedy wyglądać. Mimo wszystko byłam wszędzie zapraszana. I na uroczystości "Solidarności", i na uroczystości państwowe, na imprezy branży aktorskiej. Zawsze czułam się w tych sytuacjach nie do końca na miejscu. W pewnym momencie zaczęło mi to nawet przeszkadzać.

W 1989 roku w Polsce rodziła się demokracja. Dla wielu osób pani zwycięstwo było symbolem wkroczenia Polski w wolny świat. Czym dla pani jest wolność?

- Jest podstawą mojego istnienia. Jestem organicznie niezależna. Całe życie czuję ogromną potrzebę niezależności w pracy, w związku, wśród ludzi, mam potrzebę bycia sobą i nie ulegania wpływom ani presji. Oczywiście podlegam pewnym normom, bo mój kręgosłup moralny jest prosty. Chciałabym tę drogę swojego życia przejść do końca, jako przyzwoity człowiek. Przez tę dużą potrzebę wolności nigdy dla nikogo nie pracowałam, nie byłam też w żadnej strukturze.

-  Dla indywidualistów wolność jest szczególną wartością. Moja wolność jest dla mnie ważna, ale jest możliwa tylko wtedy, gdy żyję w wolnym kraju, gdzie przestrzega się praw demokracji, a ludzi się szanuje. Czy to jest człowiek takiej orientacji czy innej, czy ma taki czy inny kolor skóry, czy ma też takie same czy inne poglądy lub wyznanie. Wszyscy mamy te same prawa. Tolerancja jest wynikiem mądrości, dojrzałości i przyzwoitości każdego pojedynczego człowieka i całego społeczeństwa, a my miewamy z tym spory kłopot.

Ciężko musi się pani żyć obecnie w naszym kraju.

- Owszem i nie mam wewnętrznej zgody na to, co się tu dzieje. Nie zgadzam się przede wszystkim na to, że nie szanuje się innego zadania. Mogę mieć skrajnie różne poglądy od mojego adwersarza, jednak muszę go umieć wysłuchać, próbować przekonać, zachowując kulturę i odpowiedni poziom dyskursu. Jeśli mój rozmówca jest cyniczny i arogancki, przebiegły i nieuczciwy w stosunku do mnie, z góry jestem na przegranej pozycji, bo nie potrafię wykorzystywać tych samych narzędzi. Dziś w Polsce wiele osób, na wysokich stanowiskach, szczególnie w polityce, niestety, popularyzuje bardzo negatywną postawę.

- A jeśli nie ma wzorców, autorytetów na górze, nie ma ich na niższych poziomach. Bardzo mnie to martwi.

Miała pani tyle możliwości, by wyjechać w tamtym czasie z Polski, dlaczego nie skorzystała pani z okazji?

- To były zupełnie inne czasy, a ja zawsze widziałam siebie w biznesie. Propozycje, które otrzymywałam za granicą były związane z modelingiem, a ja go nie czułam od samego początku. Mimo wszystko pojechałam do Nowego Jorku, zmusiłam się, by tam żyć przez osiem miesięcy. Miałam jednak poczucie, że tracę czas. W Polsce przed wyjazdem założyłam fundację, zaczęłam myśleć o swoich zawodowych planach. Gdy patrzę na to z dzisiejszej perspektywy, myślę sobie, że nic by się nie stało, gdybym pobyła tam dwa czy trzy lata. Może wtedy skończyłabym Uniwersytet Columbia, bo takie miałam początkowo plany. Ale chyba nie ma sensu teraz gdybać.

- Nie poszłam też nigdy pracować do żadnej struktury, od początku tworzyłam swoją firmę. Z kolei dzisiaj mojemu synowi, który również chce być przedsiębiorą i ma nawet taką samą ideę - radzę, by po studiach poszedł do pracy w firmie, by zdobył pierwsze doświadczenie w strukturze. Szybciej niż ja zyska wiedzę, której potrzebuje, by potem próbować działać indywidualnie.

- Myślę też, że wielu swoich predyspozycji jeszcze nie wykorzystałam. Może dlatego cały czas próbuję robić nowe rzeczy. Wciąż mam dużo energii. W mediach mam wizerunek stonowanej pani, jednak tak na co dzień jestem bardzo dynamiczna, mam spory temperament i jeśli coś robię, to na ogół kilka rzeczy na raz. Mamy nawet taką rodzinną anegdotę: gdy przyjechała do nas moja ciotka z Ameryki i zastała mnie właśnie w takiej sytuacji, spojrzała na mnie i powiedziała: "Aneta, wystarczy, że na ciebie tylko patrzę, a już czuję się zmęczona". Lubię pracować.

Namawiano panią również na karierę polityczną - z propozycją wystąpił Jan Krzysztof Bielecki z Unii Wolności, a potem również Donald Tusk. Odrzuciła je pani.

 - Jestem osobą, która może robić tylko te rzeczy, do których jest przekonana. Polityka nigdy nie była mi po drodze. Polityka powinna być misją. Wielu polityków oczywiście o tym zapomina. Dla mnie polityk musi być człowiekiem wielkich kompromisów. A ja niestety jestem mało kompromisowa w sprawach dla mnie oczywistych i mój charakter by mi tu przeszkadzał. Poza tym jest to praca, która jest obciążona opinią publiczną, rozgrywkami międzypartyjnymi. Z drugiej strony jestem typem wzorowego pracownika, więc pewnie byłabym też wzorowym politykiem, jeśli tylko mogłabym pracować w sprzyjającej atmosferze, robiąc swoje dla dobra ogółu, ale z pewnością nie w dzisiejszych czasach.

- Byłam bardzo zaszczycona obiema propozycjami, tym bardziej, że byłam bardzo młodą osobą. To nie były czasy, gdzie oferowało się takie funkcje celebrytom, tylko obaj panowie doceniali moją działalność, bo już wtedy od kilku lat prowadziłam fundację, miałam już bardzo dobrze prosperującą firmę - widzieli, że mam poukładane w głowie. Myślę, że nie zależało im, by wynosić Miss Świata na sztandary swoich partii, tylko raczej mieli przeczucie, że mogłabym się sprawdzić w takiej roli. Niemniej jednak ja bym się w niej zupełnie nie odnalazła.

Szybko odrzuciła pani także karierę w modelingu i show-biznesie, by założyć własną firmę. Chyba rzadko kobiety z takim tytułem rezygnują z tego całego splendoru. Uważa pani, że za urodą powinien iść intelekt. Zrobiła pani studia doktoranckie, by to udowodnić?

- Nie, za tym stała silna potrzeba rozwijania się. Ja te studia rozpoczęłam w wieku 42 lat. Lubię się uczyć. Był taki moment w moim życiu, że zawodowo miałam wszystko poukładane i czegoś mi brakowało. Moja koleżanka robiła właśnie doktorat i pomyślałam, dlaczego nie spróbować.

Na kierunku ekonomia na SGH.

- Tak. Ukończyłam trzyletnie studia doktoranckie - Unia europejska , Stosunki międzynarodowe.

A czym zajmuje się pani obecnie.

- Dzisiaj prowadzę działalność consultingową w zakresie komunikacji marek. Czasami użyczam też swojego wizerunku innym markom, współtworząc kampanię. Od kilku sezonów próbuję także swoich sił, jako projektant. Robię to wyłącznie intuicyjnie, ale projektuję samodzielnie i w zgodzie z własną estetyką i stylem. Bardzo ciekawią mnie takie projekty. Mam dwa koniki: modę i wnętrza, to są obszary, w których chciałabym się jeszcze rozwijać. Kiedyś projektowałam meble. Jestem też współwłaścicielem studia filmowego oraz mam inne aktywności zawodowe, które są mniej spektakularne, ale dają mi poczucie bezpieczeństwa.

Niedawno uruchomiła pani swój Instagram, a wcześniej była pani niechętna. Co zmieniło pani zdanie.

- Pracując dla rożnych marek, często byłam nagabywana, co z moim Instagramem. Przez dłuższy czas szukałam pomysłu, jak niedosłownie dokumentować swoje życie. Mój Instagram, to wizerunkowa kreacja, kolaże zdjęć z dziedzin, które mnie interesują; moda, wnętrza, uroda, trochę wspomnień i współczesnej aktywności. Mało tam prywatności, a jeśli jest pokazywana, to incydentalnie. Wydaje mi się, że sprostałam zadaniu i stworzyłam nieco inny profil. Często otrzymuje wiadomości od moich obserwatorów, że bardzo podoba im się ta formuła. Dbam też o to, aby rósł organicznie, bez promocji i specjalnych trików. Nie zależy mi na milionowej rzeczy followersów. Szczerze, taka popularność nawet by mnie zaniepokoiła.

Jak pani o siebie dba? Dużo wcześniej niż nastąpiła na to moda, kreowała pani zdrowy styl życia.

- Myślę, że byłam prekursorką określeń "zdrowy styl życia" i "sportowanie się". Swego czasu organizowałam duże imprezy sportowe, m.in. biegi, turnieje tenisowe, koszykówki, imprezy hipiczne, popularyzowałam aktywność fizyczną i zdrowie. A co robię teraz? Przede wszystkim żyję higienicznie, czyli śpię osiem godzin, jem zdrowo, ale nie stosuję głodówek, bo jedzenie traktuję w kategorii wielkiej przyjemności. Co drugi dzień trenuję - ćwiczę na siłowni, biegam i wykonuję serię ćwiczeń w domu. Poza tym, jak wcześniej wspomniałam, jestem bardzo szybka i chyba taka kombinacja powoduje, że czuję się dobrze i wyglądam, jak wyglądam.

A jaką stosuje pani dietę?

- Dieta u mnie, to przede wszystkim warzywa, owoce, ryby, jajka, kasze. Bardzo rzadko jem węglowodany i nabiał, bo źle się po nich czuję. Zaczynam dzień od wody z cytryną, a w ciągu dnia piję ją na gorąco albo z miętą. Od jesieni do wiosny piję zioła. Soki, tylko z marchewki i burka. Kawa tylko czarna. Uwielbiam słodkie i serwuję sobie od czasu do czasu dyspensę, wtedy albo piekę albo pędzę do dobrej cukierni na kawę i ciacho.

A kosmetyki?

- Jeśli chodzi o cerę, oczywiście stosuję codzienną pielęgnację, peelingi i odpowiednie kremy. Z kolei ciało masuję szczotką i wałkiem. Korzystam z zabiegów mezoterapii mikroigłowej, laserów czy mikrodermabrazji. Słyszałam niedawno o nowej metodzie, która polega na masażu twarzy od wewnątrz. Jest to zdaje się forma jogi twarzy. Może ją wypróbuję. Zawsze szukam metod naturalnie powstrzymujących proces starzenia się skóry. Ale ten proces jest nieunikniony, tego oczywiście jestem świadoma.

Czym jest dla pani kobiecość?

- To są atuty, które każda z nas ma. Niektóre kobiety są specjalistkami w wykorzystywaniu ich w różnych sytuacjach zawodowych i życiowych. Osobiście nie korzystam ze swojej atrakcyjności, która też kojarzy mi się z kobiecością, w celach stricte zawodowych. W takich sytuacjach zawsze jestem merytoryczna.

- Ważne jest jednak, że współcześnie zmienia się rola kobiety. Jesteśmy mądre, silne, profesjonalne, bronimy swojego miejsca i statusu w domu i życiu zawodowym, oczekujemy też, aby otoczenie - szczególnie męskie - traktowało nas poważnie i po partnersku. Nie jest jeszcze idealnie, ale jest już co raz lepiej.

Co kobiecie daje siłę?

- Mnie moja dojrzałość. Niedawno uświadomiłam sobie, że psychicznie to jest mój najlepszy czas, Owszem, wolałabym mieć 20 lat mniej, ale mieć tę moc, co teraz. A to przecież niemożliwe. Wybieram więc siebie dzisiejszą. Myślę, że jestem ciekawsza też dla innych. Słyszę to na poziomie prywatnym, zawodowym, wśród mężczyzn, od moich bliskich kobiet. Moje doświadczenia są moją wielką siłą. One dają mi poczucie wartości i pewność siebie, nie mające związku z pychą. Dziś, gdy przeczytam komentarz, że jestem brzydka, stara, zmarszczona albo że się zoperowałam, to mnie już w ogóle nie dotyka. 20 lat temu może zastanawiałabym się, dlaczego ludzie tak o mnie mówią, a dziś wiem, że tylko po to, by zrobić mi przykrość. Na co dzień nie doświadczam jednak dużego hejtu.

Na czym buduje pani zatem poczucie własnej wartości?

- Fakt, że pochodzę z bardzo rodzinnego i kochającego się domu z wartościami miał na moje poczucie własnej wartości największy wpływ.

Tak, ale to pani dostała. A na czym sama obudowuje pani swoją wartość?

-  Na pewno wykształcenie miało w tej sferze dla mnie duże znaczenie. Zawsze dążyłam do tego, by się kształcić i rozwijać. Później założyłam własną firmę i dało mi to duże poczucie odpowiedzialności, także za innych, których w tym przypadku zatrudniałam. Później to poczucie własnej wartości budowały moje kolejne doświadczenia w życiu osobistym, jak i zawodowym, pokonywanie własnych słabości, rozwiązywanie problemów, robienie kolejnych projektów i satysfakcja z ich powodzenia, że moja praca jest naprawdę doceniana. Budowała mnie również konfrontacja z mężczyznami, to, jacy mężczyźni się mną interesują, jakimi mężczyznami ja się interesuję. Jaką siłę oni zauważają we mnie. Nigdy nie przyciągałam lowelasów, nie otrzymywałam też głupich propozycji. Zawsze miałam związki partnerskie. Zresztą "partnerstwo", to dla mnie bardzo ważne słowo w życiu i w pracy.

- Poza tym kolejne doświadczenia sprawiały, że utwierdzałam się w przekonaniu, że nie zmienię swojego charakteru. Takie zdarzenia, jak zdobycie tytułu Miss Świata, otrzymywanie propozycji politycznych czy propozycje od dużych firm do współpracy, robiły na mnie wrażenie i na pewno dowartościowywały mnie. Nigdy jednak nie uderzyła mi z tego powodu do głowy woda sodowa. Mam silny charakter i jestem świadoma siebie. To stanowi moją wartość.

Jest pani ikoną stylu, sama projektuje pani ubrania, buty. Jaki jest styl Anety Kręglickiej?

- Jestem, co znowu wynika z mojego charakteru, totalną indywidualistką i bardzo nie lubię wyglądać, jak inni. Nie jestem też kontrowersyjna, ekscentryczna. Powściągliwość w sposobie bycia, życia i stylu jest mi najbliższa. 

- Moim stylem jest z pewnością nowoczesna klasyka. To prostota w dobrym gatunku, w dobrej jakości. Klasyka z ciekawym detalem, który sprawia, że jest ona nowoczesna i nienudna. Ten mój styl jest bardzo dookreślony, dbam o to, by pozostać prawdziwą. Wydaje mi się, że te wszystkie propozycje współpracy, kontrakty reklamowe, które wciąż dostaję od firm, dostaję tylko dlatego, że doceniony jest mój niezmienny i konkretny wizerunek.

Jest pani także muzą Macieja Zienia, z którym od lat się przyjaźnicie. On jest z kolei znany z podkreślania kobiecości i zmysłowości.

- Maciej z pewnością umie ubrać kobietę i sprawić, że czuje się piękna. Pewnie właśnie dlatego ma rzeszę klientek i wcale nie są to wyłącznie znane panie. Często są to bizneswoman, które uwielbiają jego kreacje, bo czują się w nich wyjątkowo. A każda kobieta od czasu do czasu lubi się tak poczuć. Dla mnie takim momentem zawsze jest bal TVN-u, podczas którego zarówno kobiety, jak i mężczyźni wyglądają zjawiskowo.

- Ubolewam nad tym, że mamy w Polsce kilku tak znakomitych polskich projektantów, których marki znane są w całym kraju, natomiast brakuje siły marketingowej, by przebić się poza jego granice. Nie ma inwestorów, ani pomysłu na to, jak wspomóc te marki. Obecnie budżety, które kiedyś wspierały pokazy mody, przesuwane są na jakieś postaci z Instagrama. Przykro mi z tego powodu, bo moda jest sztuką i tym ludziom odbiera się możliwość tworzenia. Apeluję zatem do firm, które sponsorują influencerki, by wsparli działania ludzi, za którymi stoi konkretna wartość, praca i talent i jeśli to konieczne dla ich produktów, z nimi budowali silną grupę followersów.

Jaką rolę odgrywają kobiety w pani życiu?

- Bardzo dużą. W naszym domu zdecydowaną większość stanowiły kobiety. Oczywiście, najważniejszą kobieta w moim życiu obecnie jest moja mama, ale cała rodzina zawsze gromadziła się wokół jej rodziców. Atmosferę budowali moi dziadkowie. To w ich domu uczyłam się najważniejszych wartości, tradycji, szacunku i obowiązków.

Dużo kobiecych wzorców.

- Babcia i trzy córki. One na mnie z pewnością wpłynęły, ukształtowały mnie. Kobiety są dla mnie bardzo ważne w życiu i potrzebuję mieć z nimi głębokie relacje, jednak nie mniej ważni są dla mnie mężczyźni. Tymi najważniejszymi byli mój tata i dziadek ze strony mamy. Dzięki nim już na starcie miałam poczucie własnej wartości, ale i dużą wrażliwość. Tata dał mi silny charakter. Tata był moją ostoją zdrowego rozsądku.

Jest pani w związku małżeńskim ponad 20 lat, a jest pani także kobietą, która może wszystko, jednak trzyma się tej miłości konsekwentnie. Jaką ma pani receptę na udaną relację z mężczyzną?

- Nie mam żadnej recepty, bo to są indywidualne relacje. Jednak uważam, że tym, co w związku jest ważne, to poczucie własnej wartości obu stron. My z moim mężem bardzo różnimy się od siebie w wielu kwestiach, ale jest pewien fundament, który stanowią wspólne wartości, jakie wyznajemy i które są dla nas ważne. Wartością samą w sobie jest dla nas nasza rodzina, dzieci, sposób w jaki się do siebie odnosimy, szacunek - także na zewnątrz związku. Czy jesteśmy pomocni innym, jak podchodzimy, do pracy, do swoich obowiązków. To stanowi tę naszą wspólną i zgodną część. Jeśli partnerzy potrafią utrzymać autonomię, żyjąc w zbiorze wspólnych wartości, to jest szansa na utrzymanie związku. Aha, i poczucie humoru. W moim domu jest sporo śmiechu, mam wybitne dowcipnego i kreatywnego męża. Sama też staram się mu nie ustępować. Ale już nic więcej na ten temat nie powiem, bo to moja prywatna część życia. A o uczuciach nie rozmawiam publicznie.

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy