Reklama

Reklama

Anna Lewandowska: Trzeba czasem odpiąć wrotki

Wpisz do wyszukiwarki jej nazwisko, a znajdziesz 10,4 miliona wyników. Anna Lewandowska to fenomen popularności. Prowadzi sławny blog, uczy fittnesu, propaguje dobrą dietę, radzi matkom w ciąży, wydaje książki... I to nie koniec. Co robić, by mieć miliony lajków? Jak być żoną sławnego piłkarza i pozostać sobą? Pyta Jacek Szmidt.

Twój STYL: Kiedy ostatnio płakałaś? Pytam, bo znamy cię jako zawsze uśmiechniętą, pozytywną, niemal nierealną.

Anna Lewandowska: - Płakałam w życiu z różnych powodów, ze szczęścia też, ale ostatnio ze zmęczenia. Niedawno przyjechałam do Warszawy niewyspana, po kilku trudnych nocach. Klara ma dwa lata, ale często się budzi. Przyszłam do biura i nagle pojawiło się tysiąc pytań od moich współpracowników. Potem zadzwonił Robert z hotelu. Był na zgrupowaniu kadry, pytał, czy do niego przyjadę, bo rzadko się ostatnio widywaliśmy ze względu na wyjazdy. Nie mogłam wstać i wyjść. Czułam, że wszystko mi się wymyka. Popłakałam się na środku biura.

Reklama

I to mówi osoba, która kiedyś deklarowała: wyeliminowałam słowo "zmęczenie" z mojego słownika.

- To było dawniej. Nie można być ciągle w formie, mając małe dziecko i firmy, w których pracuje 150 osób. Zawsze byłam Zosią Samosią, lubię dopilnować sama ważnych rzeczy, być na rekrutacjach, pojechać na spotkania z kupcami. Robert mówi: "Ania, stop, zatrzymaj się". Ale zauważył, że już nie próbuję osobiście pilnować wszystkiego.

Oboje sprawiacie wrażenie perfekcjonistów. Dyscyplina, samokontrola... Skąd to masz?

- Sport mnie wychował. Jako dziecko zaczęłam trenować karate. Mój mistrz w pewnym momencie stał się dla mnie drugim ojcem, bo rodzice się rozstali. W karate kluczem jest dyscyplina i szacunek, wyraża go symboliczny ukłon na początku i na końcu walki. Nawet jak przeciwniczka złamała mi nos, z szacunkiem składałam jej ukłon, dziękując za walkę. To we mnie zostało.

Nos wygląda symetrycznie.

- W środku jest gorzej.

Sensei kazał robić pompki, gdy spóźniłaś się na trening?

- Tak, na pięściach.

Jak widać, pomogło, bo nastolatka na złość rodzicom mogła się zepsuć.

- Taka "święta" nie byłam. Potrafiłam w złości wykopać drzwi z framugi. I zdarzało mi się pyskować, był to okres buntu. Brat szedł do pokoju i malował sobie w ciszy, ja krzyczałam. A sport wziął mnie za chabety, zrozumiałam, że jeśli się nie ogarnę, nic ze mnie nie będzie. No i mama dała mi wtedy dużo akceptacji i cierpliwości. Jestem jej wdzięczna.

Odejście ojca sprawia czasem, że dziewczyna przestaje ufać mężczyznom.

- Rozsypał się mój świat. Na szczęście w domu nigdy nie mówiło się źle o tacie. Zostały mi wspomnienia, jak zabierał mnie na plan filmowy, poznawałam aktorów, reżyserów. Ale tak, pewien opór był. Kiedyś Robert zaprosił mnie do kina, przytulił i mówi: "Ania, jesteś strasznie zdystansowana". I miał rację, wtedy trudno mi było wyobrazić sobie naszą przyszłość. Kiedyś jednak pokazałam mamie zdjęcie Roberta, zauważyła, że ma szczery, piękny uśmiech i dobrze mu z oczu patrzy. To mnie ośmieliło. Nikt nie pamięta, że byliśmy wtedy prawie  bez grosza.

Trudno uwierzyć.

- Na początku mieszkaliśmy z Robertem na Wrzecionie, w małym mieszkanku. Miałam 800 złotych stypendium sportowego, on trochę więcej. Składaliśmy się na jedzenie, bo inaczej nie starczyłoby nam na życie. Uwielbialiśmy serki homogenizowane. Pamiętam, kiedyś Robert uszkodził miskę olejową w swoim fiacie i rozpaczał, że musi na naprawę wydać tysiąc złotych. A gdy dostał premię w klubie Znicz Pruszków, przyszedł dumny i powiedział, że polecimy do Egiptu. Ja na to, że nie polecę, bo mnie nie stać, a dołożyć sobie do wakacji nie pozwolę.

A potem, jak w piosence, państwo pojechali windą do nieba, z przesiadką w Dortmundzie.

- Kiedy Robertowi zaproponowano kontrakt w Borussi i usłyszałam: "Jedźmy do Dortmundu", poszłam po radę do mamy. Zapytała: "Jak ty to sobie wyobrażasz? Rzucisz wszystko, zostawisz swoje karate dla chłopaka? Nie jesteście nawet narzeczonymi". A to był dla mnie temat tabu, nigdy z Robertem o pierścionku nie rozmawiałam. Powiedziałam tylko: "Ja go kocham".

Dla matek zawsze będziemy dziećmi.

- I zawsze będą się o nas martwić. Ludzie myślą, że jestem w czepku urodzona i wszystko mi się udaje, a tak nie jest. W karate osiągnęłam sukces, bo gdy inni mieli jeden trening dziennie, ja dwa. Chorowałam na astmę, wchodziłam na matę i ech, ech... Koledzy mówili: "Anka, nie startuj, bo się udusisz". Pomyśl, co czuła wtedy mama. Chciałam być w kadrze, więc nie było mowy o lekach na astmę. Zmieniłam dietę, zaczęłam się zdrowiej odżywiać. I chyba dzięki uporowi zwalczyłam chorobę. Mówię o tym, bo to może być otuchą dla dziewczyn, które są w trudnej sytuacji i brak im wiary w siebie.

I pewnie będzie, bo jesteś popularną osobą, masz miliony fanów, na każdy twój wpis internetowy reaguje kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Jak to tłumaczysz, bo nie każdy lubi młodych, ładnych i bogatych.

- A jednak wszyscy potrzebują optymizmu i pozytywnej energii. Ja ją mam i uważam, że dobra energia do nas wraca. Gdy przenieśliśmy się z Robertem do Monachium, bardzo pragnęliśmy mieć dziecko. Życie napisało inny scenariusz, poważnie zachorowałam. Leki które brałam, robiły spustoszenie w organizmie. Lekarze mówili, że plany posiadania malucha musimy odłożyć. Reagowałam po swojemu: uciekałam, zamykałam się w sobie, szłam na trening i siedziałam w sali trzy godziny, żeby zagłuszyć myśli. To był najtrudniejszy moment w życiu.

A Robert?

- Robert to czuł, wiedział, co przeżywam. Mówił "Ania, nie uciekaj". Nie mógł się skupić na boisku. Ukrywaliśmy przyczyny, a media go wtedy nie oszczędzały. W końcu wyszłam z choroby. To był czas, gdy bardzo zwolniłam, analizowałam wszystko, myślałam o tacie.

Spotkałaś się z ojcem?

- Tak, w zeszłym roku, jak Klara była malutka. Chciałam, by poznała dziadka.

Mówisz: "Ubieram się dla mojego męża" albo "Podporządkowałam kalendarz rozgrywkom Roberta". Czy wasz związek jest partnerski?

- Gdy ma się doświadczenie niepełnej rodziny, to potem ta twoja staje się największą wartością. Dlatego ja dla męża mogę zrobić dużo. Gdyby mi dzisiaj powiedział, żebym zrezygnowała z kariery, zrobiłabym to...

A jak on okazuje miłość?

- Byciem obok, gestami, symbolami. Przychodzę, a dom jest cały w kwiatach i wszędzie poprzyklejane są karteczki z sentencjami dla mnie. Często też bierze Klarę na ręce i mówi: "Chodź, pójdziemy do mamusi i powiemy, jak ją kochamy". Miłość to jedno, ale my jesteśmy przyjaciółmi. Wiem, że nikt nie rozumie Roberta tak jak ja. Zawsze powtarza, że nauczyłam go ciepła, okazywania uczuć. A on mi przypomina, że czasem trzeba się zatrzymać, być tu i teraz, nie pędzić. Uzupełniamy się.

Opowiadasz o mentalnej opiece nad Robertem, trosce o jego kondycję, a zdarza się, że przed meczem wybucha awantura i mąż obrażony śpi w drugim pokoju?

- W drugim pokoju to... nie. Ale bywa, że się kłócimy, jak to w rodzinie, ja czasem potrafię być zadziorą. Następnego dnia Robert strzela bramkę, jest w dobrym humorze, pyta, czy dam mu buziaka, a ja mówię: "Nic nie słyszę". Ale męczymy się, gdy się do siebie nie odzywamy. Zazwyczaj po 15 minutach już panuje zgoda.

O co kłótnie? 

- O to, że za dużo chcę robić i jestem w gorącej wodzie kąpana. Robert zawsze wtedy mówi: "Poczekaj, zatrzymaj się".

Te płatki owsiane na wodzie, które podajesz mężowi na śniadanie, są smaczne?

- Bardzo smaczne, mogą być też na mleku roślinnym, z miodem, z owocami... Ale to nie jest dyktat. Czasem wstajemy, Klarusia nas budzi, Robert ją ubiera, zmienia pampersa, ja pytam, co kto chce na śniadanie. Klara woła "jajajaja", a mój mąż: "Ja dzisiaj białkowo-tłuszczowo".

Czyli jak?

- Na przykład jajka na boczku. Nie chodzi o ortodoksję, tylko o równowagę. Zależy, co jadł na kolację, czy wczoraj grał mecz, czy nie. Zdarza się i tatar na śniadanie, gdy np. brakuje żelaza.

Robert to akceptuje?

- Tak, idziemy ze znajomymi na kolację, wszyscy zachwycają się menu "O, jakie ciekawe jedzenie!", a Robert: "Za dużo sosów, trochę przekombinowane". I zamawia rybę na parze posypaną pieprzem. Proste dania są najlepsze. Człowiek potrafi pozbyć się nawyków. Kubki smakowe przestawiają się w dziesięć dni.

Jak wygląda napastnik, gdy wraca  do domu po ostrym meczu?

- Z reguły już ze stadionu dzwoni do mnie, wie, że usłyszy prawdę, czy poszło mu dobrze, czy nie. Gdy mecz jest w Monachium, zawsze kibicuję Robertowi na stadionie, często z Klarą.

Znasz się?

- Przecież jestem po AWF-ie. I wiem, że on nigdy nie jest zadowolony. Strzeli dwie bramki, a mówi: "Kurde, szkoda że hattricka nie miałem". Mówię: "Lewy, wyluzuj, dzięki tobie wygraliście". Rozumiem go, podobnie miałam w karate. Jeśli osiądziesz na laurach, jutro już nie wstaniesz.

A skopane nogi okładasz lodem?

- Nie, Robert ma najlepszych fizjoterapeutów. Ale gdy widzę, jak go szarpią na boisku, zaciskam pięści i gdybym mogła, pobiegłabym pokazywać żółte kartki. Zdarza się, że następnego dnia po meczu mamy gdzieś wyjść, a Robert siedzi i mówi: "Nie chce mi się, nie mam siły". Wtedy wygłupiamy się z Klarcią, żeby rozweselić tatę, wtedy się "regeneruje".

Twój mąż był przy porodzie?

- Gdyby go nie było, chyba nie dałabym rady urodzić tak, jak chciałam, czyli naturalnie. Potem "kangurował" Klarcię, bo ja niemal odpłynęłam z tego świata. Był wtedy po kontuzji, miał "otejpowany" (zaklejony plastrami) bark i plecy, i tak unieruchomiony przytulał naszego malucha. To był moment, który dodatkowo nas połączył, bo możesz sobie wyobrażać wojownika, a tu taka czułość.

Dom jest na tyle duży, że Robert może w nocy nie słyszeć płaczu dziecka?

- Nie, pokoik Klary jest obok naszego. Czasem, gdy mała budziła się przy swoich skokach rozwojowych, mówiłam: "Robert, idź do drugiego pokoju". Ale on nie lubi spać osobno, w grę wchodziły tylko korki do uszu. Robert przywiązuje dużą wagę do dobrego snu, zaklejamy diody w sprzęcie, zaciemniamy pokój, olejek lawendowy... To pomaga się regenerować.

O matko!

- Wiem, jestem szczególarą, ale to się kiedyś skończy. Nie będzie reżimu sportowego, będzie można odpiąć wrotki. Otylia Jędrzejczak mówiła mi, że po zakończeniu startów rok nie weszła do basenu.

Zdarza się, że pan Lewandowski mówił: "Śpij, ja dziś dyżuruję przy dziecku"?

- Gdy wyjeżdżam, Klara zostaje z tatą i fajnie sobie radzą, ostatnio pojechali nawet wspólnie na trening golfowy.

Jak często wtedy dzwonisz?

- Staram się nie dzwonić, proszę Roberta o wysyłanie zdjęć, to pomaga mi przetrwać rozłąkę. Czy ufam? Taaak. Robert nauczył małą pływać. Klara ma dwa lata, a już w rękawkach wskakuje do basenu. Robert, syn nauczyciela WF-u, uważa, że jeśli dzieci nie lubią ruchu, jest w tym wina rodziców. Jego punktem honoru stało się, by Klara kochała sport.

A mówili, że zatrudniacie sztab niań.

- Mamy dwie babcie i nianię w razie potrzeby. Gdybym czytała i martwiła się tym, co o nas piszą, pewnie bym zwariowała.

Jesteś odporna na internetowe plotki?

- Można przyzwyczaić się do wszystkiego, ale nie na wszystko musimy się godzić. Fani są ciekawi, chcą wiedzieć, jak żyjesz, co robisz. Trzeba to rozumieć. Ale jest granica między życiem prywatnym i publicznym, świat, który musi być tylko twój. Pamiętam moment po mundialu, gdy dostawaliśmy groźby w internecie, które dotyczyły całej naszej rodziny.

Wtedy zawiadamia się policję, zatrudnia ochronę.

- Przez Instagram trudno znaleźć hejtera, ale nikt nie jest bezkarny. Zgłosiliśmy dwie sprawy policji. Przykre jest też nadużywanie naszego wizerunku. Widzieliśmy ostatnio "informacje", że się rozwodzimy, a nawet że Robert nie żyje. Ciężko coś takiego skomentować.

Miałaś taki moment, że stan waszego konta cię... oszołomił?

- Pieniądze to trudny temat, wzbudza dużo emocji. Myślę, że tam, gdzie jest szacunek dla ludzi i ich pracy, nie ma potrzeby zajmowania się cudzymi pieniędzmi.

A zdarzyło ci się ostatnio uznać, że coś jest za drogie i nie kupić?

- Oczywiście, zawsze patrzę na cenę, nawet w sieciówkach. Wczoraj na sesji zapytałam, ile kosztuje naszyjnik, który mi się spodobał. Usłyszałam "niedużo". Ale ile "niedużo": 50 złotych czy 500?! Kiedy byliśmy jeszcze w Poznaniu, miałam babskie marzenie: "Robert, jak ja bym chciała mieć taką markową torebkę". Ale od razu powiedziałam: "Kupimy za jakiś czas". Potem, już w Monachium, koleżanki miały po kilka torebek, pytały, dlaczego ja nie mam, przecież zarabiam. Wyjaśniłam, że mamy umowę z mężem. Ale gdy ją w końcu miałam, jeszcze długo, gdy szłam na spotkania, zostawiałam torbę w aucie. Robert nie mógł zrozumieć: "Dlaczego to robisz, przecież na nią zarobiłaś?".

Czy to w porządku, że piłkarz zarabia tyle co tysiąc lekarzy?

- Świat nie jest urządzony sprawiedliwie. Są sprawy, które rządzą naszymi umysłami: sztuka, sport, dlatego obraz może kosztować kilka milionów, a sportowiec tyle zarabiać, jeśli jest dobry, a ludzie chcą go oglądać. Piłka nożna jest najpopularniejszym sportem, stoją za tym kluby, kibice, duże firmy. Decyduje rynek... Uczeni, mędrcy niestety nie pobudzają tak naszej wyobraźni. Był okres, gdy ja próbowałam w pracy przyjąć pozycję eksperta: "Badania  mówią, że...". Przecież mam dwa dyplomy, robię trzeci, zdobyłam ponad 50 certyfikatów. Znam się na dietetyce, ale ludzie nie chcieli mojego wymądrzania się. Wiarygodna jestem jako Ania, mistrzyni karate.

Czy sytuacja, gdy ma się dużo, stwarza zobowiązanie, by się dzielić? Do majętnych osób płyną setki próśb o pomoc.

- Tak, nawet tysiące. Mailowo, na Instagramie, przez naszych pracowników. Są sytuacje dramatyczne. Niedawno w ramach mojego cyklu w TVN Sztuka walki pojechałam do Domu Samotnej Matki. Historie kobiet, które tam spotkałam, były takie, że z płaczem zadzwoniłam do Roberta. Potem jedna z nich powiedziała mi: "Dzięki naszemu spotkaniu jestem inną osobą. Już nie dam sobie wmówić, że jestem śmieciem". Często przekazujemy z Robertem pieniądze takim ośrodkom albo szpitalom. Nikt o tym  nie wie, nie mamy potrzeby opowiadać.

Wszystkim pomóc nie można. Kto zarządza waszą "ścianą płaczu"?

- My sami. Czasem prośby trafiają przez naszych współpracowników. Niektóre nietypowe. Na przykład pisze pan, który przegrał wszystko w kasynie, prosi Roberta, żeby mu pożyczył, on się na pewno odegra i odda.

Doświadczeni mówią, że pomaganie trzeba zorganizować, żeby nie marnować pieniędzy. Fundacja Lewandowskich?

- Kiedyś z pewnością, jest taki projekt. Ale to wymaga naszego zaangażowania. Jeśli nie włożymy w to czasu i serca, nie uda się zrobić tego tak dobrze, jak byśmy chcieli. Nie ma sensu mieć fundacji i w niej nie pracować. Dlatego trzeba poczekać.

Zdarzyło ci się zauważyć, że w związku ze swoim sukcesem zmieniasz się na gorsze? Stajesz się dumna, zarozumiała?

- Zmieniam się chyba na lepsze. Może wyjdę na mało skromną, ale skorzystam tu z mojej pewności siebie. Wiem, nad czym muszę pracować. Kiedyś byłam pyskata i uważałam, że tylko ja mam rację. Uczę się słuchać innych, jestem spokojniejsza. Najbardziej zmieniło mnie macierzyństwo. Dzieci zmieniają wszystko.

A jakiej cechy powinnaś się pozbyć, by być szczęśliwsza?

- Braku cierpliwości. Wciąż jestem w gorącej wodzie kąpana. I chciałabym czasem żyć chwilą, odpiąć wrotki. Zatrzymać się, nie nadużywać telefonu, bo nawet Klara tego nie lubi, woła "Mama, nie!". A telefon jest moim centrum dowodzenia, mieszkam za granicą, prowadzę firmę na odległość. Chciałabym też nie przejmować się tym, jak mnie oceniają inni. Bo raz wyglądam lepiej, raz gorzej. Przez to, że brałam leki, mam problem z układem limfatycznym. No i mam cellulit...

A teraz wyobraźmy sobie panią Lewandowską 40 plus.

- Jestem mamuśką gromadki podchowanych dzieci. Mamy już czas na podróż dookoła świata. Gdybyś mnie zapytał, czy gotowa jestem w tej chwili pojechać z plecakiem do dżungli, to tak! Idziemy boso gdzieś, gdzie nikt nas nie zna, pijemy wino, tańczymy...

Z tym chłodnym Lewandowskim?

- Nie znasz Lewego. On był głównym wodzirejem naszego ślubu, parodiował Michaela Jacksona. A ostatnio, na imprezie z drużyną po Pucharze Niemiec, wziął mikrofon, zaczął śpiewać, Niemcy podchodzili zdziwieni: wow! Bo u nich musi być ordnung. Uwielbiam takiego Roberta, uwielbiam.

Gdy wielcy sportowcy kończą karierę, największym problemem staje się... zarządzanie pustką.

- Jesteśmy sportowcami i wiemy, jakie to trudne. Ale obiecuję, że w naszej sytuacji pustki nie będzie. Po to wymyślam kolejne cele, otwieram firmy, żeby kiedyś nie był to "project by Ann", tylko projekt Lewandowskich. Po to jest się razem.

Twój STYL 8/2019


Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy