Reklama

Reklama

"Ciszej, bo dziecko śpi!"

Katarzyna Kobylarczyk spisała losy kobiet, które zbudowały, wykarmiły i wychowały Nową Hutę, a potem wywalczyły jej wolność. Poniżej prezentujemy fragment książki "Kobiety Nowej Huty", który opowiada wycinek z historii Jana i Wiesławy Ciesielskich. Jan Ciesielski był przedsiębiorcą i związkowcem, organizował strajk w swoim zakładzie pracy i współtworzył Radio Wolna Polska. Po upadku protestu ukrywał się przez dwa lata. Poniższy fragment opowiedziany jest z perspektywy jego żony, Władysławy i rozpoczyna się w drugi dzień od wprowadzenia stanu wojennego.

Pierwszą rewizję w mieszkaniu Ciesielscy mają już w drugi dzień stanu wojennego, w poniedziałek. Zaraz potem następną. I następną.

Wiesia: - Ja już bardzo nerwowo reagowałam na wszystko. Z chwilą ogłoszenia stanu wojennego duże zakłady przemysłowe, w tym huta, zostały zmilitaryzowane. W telewizji i radiu wciąż powtarzali, że ci, którzy nie stosują się do poleceń sił mundurowych, wszyscy, którzy podjęli strajk, są zagrożeni poważnymi karami, z karą śmierci włącznie. Więc cały czas bałam się o Janka. Poza tym mieliśmy dużo podziemnych wydawnictw, jakichś papierów, bibuły. Siostra Janka Basia Labuda działała w KOR, więc jeszcze przed "Solidarnością" Janek miał od niej sporo ulotek. To wszystko było w domu. Więc od razu nerwy. Oni nigdy nie przychodzili pojedynczo. Wchodzili do mieszkania we trzech, w czterech, czasami w pięciu. Kiedyś aż niebiesko było na klatce schodowej. To oczywiście miało działać na naszą psychikę, miało nas zastraszyć. I myśmy się bały. Tyle że kobiety, kiedy się boją, reagują agresją. Mamy coś takiego w sobie, że jak coś złego się dzieje, to walczymy, chcemy bronić. Przecież moja córka miała wtedy sześć lat... Tego wieczoru oni przychodzą w kilku, mają nakaz rewizji. Pakują się do mieszkania, jest już po dziewiątej.

Reklama

- Tylko proszę ciszej, bo dziecko śpi - mówi Wiesia. Od razu podniesionym tonem. A oni otwierają szafki, wyciągają szuflady, pytają: co jest tu? A tutaj? A w tej szufladzie?

- Proszę ciszej, bo dziecko śpi! - złości się Wiesia. Oni pytają, a ona coraz bardziej podnosi głos, aż wreszcie jeden zwraca jej uwagę: - Proszę pani, ciszej, dziecko śpi...

Wiesława Ciesielska: - Zrobiłam im wtedy taką awanturę, że nie za bardzo mogli coś znaleźć: tu dziecko w łóżeczku, tu rozwścieczona żona... Wiele rzeczy ominęli. Pozbierałam to wszystko, pobiegłam do mamy mojej przyjaciółki, która mieszkała blok dalej. Wpadam tam do niej, a ona z marszu: "Po coś tu przyszła?!". Zaniemówiłam. Byłam w szoku, ona nigdy wcześniej tak się do mnie nie odezwała. "Przecież Janek tu jest!". Nie rozumiałam w ogóle, co ona do mnie mówi.

Nagle patrzę: jakiś facet przebiera spodnie, uśmiecha się do mnie. Myślę: no, powariowali zupełnie. Okazało się, że to naprawdę był mój mąż, ale ogolił się całkowicie i ja go nie poznałam. Nakrzyczeli na mnie, że skoro dopiero co była u mnie rewizja, to mogli przyjść tu za mną. Czym prędzej stamtąd uciekłam.

Ciesielski zaczyna się ukrywać. Zmienia mieszkania. Pierwszą noc spędza w mieszkaniu kobiety, która ma za sąsiada byłego milicjanta, wyrzucono go z MO za próbę zorganizowania związku zawodowego. Były milicjant wie o Janku i modli się - przed obrazem Matki Boskiej - żeby przypadkiem Janka nie złapali, bo nikt nie uwierzy, że to nie on doniósł. Potem Janek i Staszek Handzlik dostają klucze od mieszkania koleżanki Wiesi. Koleżanka mieszka z mamą, jej mąż jest za granicą, stan wojenny i zamknięte granice uniemożliwiają mu powrót. Ciesielski i Handzlik mieszkają tam trzy dni. Jeden z nich zostawia pod poduszką złożoną w kostkę piżamę, zapomina zabrać. Później, po powrocie męża, będzie z tego niezła afera.

(Takich afer będzie w Nowej Hucie więcej. Będą też prawdziwe dramaty. W czasie stanu wojennego ukrywa się wielu działaczy "Solidarności", niektórzy miesiącami nie wracają do domu. Nie wszystkie małżeństwa to wytrzymują. Niektóre się rozpadają. Bywa, że żony przestają czekać na powrót mężów. Bywa też, że mężowie nie chcą już wracać).

Jan Ciesielski ukrywa się przez półtora roku, do kwietnia 1983 roku. Wiesia Ciesielska na niego czeka. W tym czasie pracuje. Jest zastępczynią kierownika w domu towarowym z artykułami AGD przy Rondzie Mogilskim. Raz na jakiś czas do sklepu wchodzi mężczyzna albo kobieta, patrzy na Wiesię, podnosi z półki jakiś garnek i wsuwa pod niego kartkę papieru. To list od Janka - w ten sposób utrzymują kontakt. Esbecja domaga się od kierownika, żeby położył temu kres: wyznaczył Ciesielskiej stanowisko pracy, na którym nie będzie mogła swobodnie chodzić po sklepie. Kierownik jest jednak porządnym człowiekiem, kategorycznie odmawia. Wiesia to jego zastępczyni, nie może siedzieć w jednym miejscu.

Pewnego dnia Ciesielska wraca z pracy, tramwaj sunie w stronę Nowej Huty. Ciemno, zimno, siódma wieczorem. Nagle tramwaj zwalnia: przystanek na żądanie. Wszyscy pasażerowie wiedzą - w tym miejscu, w Krakowie przy ulicy Mogilskiej, nie ma żadnych domów, bloków, tutaj są tylko koszary ZOMO, milicja, esbecja. Drzwi się otwierają, wsiada facet. Wszyscy patrzą na niego z niechęcią, zjeżeni.

- Jak Boga kocham, ja tu nie pracuję! - zaklina się facet. - Mnie przesłuchiwali! Wiesia ma kolejne rewizje. Jednego dnia esbecy wchodzą do mieszkania, chcą przeszukać łóżko córki. W łóżku są schowane ulotki. Córka przypadkiem na nich siada.

- Zejdź - mówi milicjant.

- Jeszcze czego, dziecko mi pan będzie przesadzał! - wścieka się Wiesia. I woła do córki: - Siedź!

Milicjant odpuszcza, idzie dalej.

- Co jest w tej szufladzie?

- Moja bielizna! - warczy Wiesia. - Nie wstyd panu grzebać w mojej bieliźnie?

- A w tej szufladzie?

- Bielizna męża, jak pan chce, to niech se pan grzebie!

Wiesia: - Ja się jeszcze teraz denerwuję, jak to mówię. Te rewizje były różne. Ja się nie spotkałam z chamem, chociaż chamy też się zdarzały. Myśmy, kobiety, wymieniały się między sobą doświadczeniami: Halinka Nowakowa, Janeczka Handzlik, Ewa Gil... Janeczka na przykład nie pozwalała im palić papierosów w mieszkaniu. Musieli wychodzić na klatkę schodową. Akurat podczas rewizji przyszedł do nich Edek Nowak i wpadł w kocioł, zatrzymali go. Siedział w kuchni i czekał, aż skończą, więc sobie zapalił. Jakiś esbek podszedł do Janeczki i pyta: "Czemu on może palić, a my nie?". A Janeczka: "To proste: on jest moim gościem, a wy nie".

Esbecy mówią potem do Gila, Handzlika, Nowaka: "Z wami to jeszcze można jakoś wytrzymać, ale z tymi waszymi żonami to oj, ciężko".

Ciesielscy mają jeszcze inne problemy. Czekają na mieszkanie. Od pięciu lat żyją na trzech pokojach z dzieckiem, rodzicami Wiesi, siostrą i jej mężem. W 1975 roku Janek złożył podanie o przydział, jest szósty na liście. Teraz, gdy wybuchają strajki, władze chcą ułagodzić robotników: wcześniej dawały po dwa, trzy mieszkania na wydział, teraz nagle - 12. Jedno jest dla Ciesielskich. Janek z początku waha się, czy je brać. Jak to będzie wyglądało? Co ludzie powiedzą? Ale Wiesia jest kategoryczna, grozi, że dłużej już nie wytrzyma.

- Mieliśmy to mieszkanie dostać 8 stycznia 1982 roku. Janek, już ukrywając się, podpisał mi zaświadczenie, że mam w jego imieniu załatwiać wszystkie formalności związane z odbiorem mieszkania. 8 stycznia idzie do spółdzielni.

- No jak to, pani nic nie wie? - dziwi się urzędniczka. - Dziś wydajemy klucze! Niech pani idzie, obejrzy mieszkanie, wróci, podpisze protokół zdawczo‑odbiorczy i już!

Wiesława Ciesielska: - Biegłam z tej spółdzielni przez cztery osiedla i płakałam, płakałam, płakałam jak zwariowana. Poprosiłam siostrę, żeby poszła ze mną, bo sama nie byłam w stanie. Weszłyśmy na górę. Byłam taka szczęśliwa! Nogi miałam jak z waty, cała byłam roztrzęsiona i taka szczęśliwa, że mam to mieszkanie, że bezpieka nic nie wie o moim mieszkaniu! A potem wyjrzałam przez okno. Pod blokiem stał pomarańczowy fiat, w środku siedziało czterech facetów. Wtedy już wiedziałam, że mi to mieszkanie zabiorą. Wróciłam do spółdzielni, mówię, że chcę podpisać protokół, że się ze wszystkim zgadzam... 

Prezes już czeka na nią w gabinecie.

- Pani Ciesielska? Proszę oddać klucze.

- Z jakiego powodu?

- Bo to nie jest mieszkanie pani, tylko pani męża.

- Ale ja mam zaświadczenie...

- To proszę mi dać.

- Nie, teraz to już nie dam, bo mi podrzecie.

Wiesława Ciesielska: - Poszłam stamtąd prosto na Mogilską, na komendę. Nerwy tak mnie pchały. Ja w stanie wojennym w styczniu schudłam 10 kilo. Nie jadłam nic. Cały czas myślałam o tym, że mój mąż może dostać wyrok śmierci. Przecież spacyfikowali hutę, to już było po rozbiciu huty. Kiedy szturmowali kombinat, byłam akurat u lekarza. Miałam taką starszą lekarkę, Sybiraczkę, nazywała się Waligórska. Ona tylko na mnie popatrzyła i powiedziała: "Wszystko wiem, wszystko rozumiem, mąż tam jest", i dała mi zwolnienie lekarskie. W takim byłam stanie. Na Mogilską doszłam oczywiście na piechotę. Byłam tak zdenerwowana, że nawet nie wiem, kiedy tam weszłam.

- Pani w jakiej sprawie? - pyta portier.

- Ja w sprawie mojego męża!

- A mąż poszukiwany? Ukrywa się?

- Nie wiem - kłamie Wiesia. - Według mnie to wy go gdzieś trzymacie!

Wiesława Ciesielska: - Cały czas buzowała we mnie agresja. To wynikało tylko z nerwów, ze zdenerwowania. Wcale nie z jakiegoś bohaterstwa. Ja po prostu byłam zdenerwowana. Czeka na portierni komendy godzinę. Drugą. Trzecią. Wreszcie schodzi jakiś facet, zaczyna do niej mówić tonem łagodnym.

- Wie pani co, mówi, takie ładne mieszkanie, szkoda by było... Niech się mąż ujawni, bo znów nie dostaniecie. A może by mnie pani do niego zaprowadziła? Ja z nim tylko porozmawiam. Opaskę na oczy mi pani założy...

- Nie wiem, gdzie jest mąż - idzie w zaparte Wiesia. - Mam zaświadczenie. I obiecuję, że jak mi nie dacie tego mieszkania, to wezmę dziecko i wyskoczę stąd, z waszego budynku, bo ja już tego nie wytrzymam!

Wraca z Mogilskiej z niczym, ale ktoś doradza jej mecenasa, który specjalizuje się w prawie mieszkaniowym. Mecenas pisze pismo, nie bierze ani grosza. W międzyczasie o mieszkaniu Ciesielskich mówią już księża na kazaniach i Wolna Europa. Wreszcie władze kapitulują, spółdzielnia każe Wiesi wprowadzić się w ciągu trzech dni. W mieszkaniu są gołe ściany i podłogi, beton.

- Teściowa mówiła, że ja diabłu wyrwałam to mieszkanie - kończy Wiesia. - Nie wiem jak, nie wiem kiedy, ludzie mnie tam przeprowadzili. Nie wyobraża sobie pani, jak wielką pomoc wtedy dostałam. Ktoś zdobył płytki, ktoś powiesił szafki. Ale ludzie tak wtedy reagowali. To była ta prawdziwa solidarność. Kolega męża z huty przynosił mi jego pensję ze specjalnego funduszu, który założyli, żeby wspierać rodziny tych, którzy byli internowani albo się ukrywali.

Fragment pochodzi z książki "Kobiety Nowej Huty" autorstwa Katarzyny Kobylarczyk, która ukazała sie nakładem wyd. Mando


Fragment książki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama