Reklama

Reklama

Niech mama już idzie

Ta więź nie jest oczywista. Bo z synową lub zięciem można być w zgodzie tylko... pod warunkiem. Warunki teściowej? Żeby młodzi nie byli pazerni: „mamo, daj”, „mamo, kup”. Żeby nie traktowali jak darmowej niani. Żeby rozumieli, że dzisiaj kobieta 60 plus ma swoje sprawy i nie musi się poświęcać. A w zamian? Trzeba pomagać bezinteresownie. Nie wtrącać się. Zaakceptować, że dziś małżeństwo wygląda inaczej niż za moich czasów. To trudne. Współczesne teściowe opowiadają o życiu na czynnym wulkanie.

Anna, 68 lat, emerytowana farmaceutka, wdowa

Już ponad rok jestem na emeryturze, ale jeszcze nie miałam wolnego tygodnia. Od kiedy synowa wróciła do pracy, zajmuję się wnukiem dziewięć godzin dziennie. Za darmo oczywiście, myśli pani, że wzięłabym od dzieci pieniądze? Emerytury dostaję 1700 złotych, ale mam też oszczędności, więc jakoś sobie radzę. I jeszcze staram się pomóc. Młodzi na dorobku, z kredytami i dwuletnim dzieckiem. Nieduży dom chcą budować pod miastem.

Zjawiam się u nich codziennie o 7.45, żeby zostać z wnuczkiem. Nigdy nie przychodzę wcześniej - za bardzo się wtedy denerwuję. Synowa biega po domu i wrzeszczy, bo wiecznie jest spóźniona. Krzyczy na mojego biednego Damiana, że jej nie pomaga, za mało zarabia. A sama? Siedzi w banku za cztery tysiące. Jeśli jej nie wystarcza, niech postara się o awans. Bo Damian, proszę mi wierzyć, "robi bokami". Czym dokładnie się zajmuje, nie umiem wytłumaczyć. Różnymi projektami, promocjami, jest wolnym strzelcem. Całymi dniami przesiaduje z laptopem w kawiarniach przy placu Zbawiciela. I myśli, główkuje, aż jest od tego blady.

Reklama

W zeszłym roku podpisał umowę na sprzedaż pomysłu biznesowego. Za 65 tysięcy. Niestety, trafił na oszustów, którzy mu nie zapłacili. Był więc telefon: "Mamo, pożycz dwa tysiące, tylko na miesiąc". Zlikwidowałam lokatę i pożyczyłam. Nie oddał, pomyślałam: "nie musi, w końcu to moje dziecko".

Opowiem o sierpniowym poniedziałku z zeszłego roku. Gdy weszłam do ich łazienki, zobaczyłam w wannie namoczoną stertę ubrań. "Pralka nam wysiadła, nie da się naprawić, będziemy prać ręcznie", usłyszałam od syna. Oszczędności? Nie mieli. Kredyt? Brak zdolności, bo wzięli jeden na mieszkanie, drugi na samochód i niedawno pożyczkę na ekspres do kawy oraz dwa tablety. Po co im tyle komputerów? Nie wiem, trudno mi zrozumieć dzisiejszych trzydziestokilkulatków. Miałam odłożone pieniądze na nową pompę do studni na działce. Co tam, dałam synowi kartę i powiedziałam: "jedź do sklepu". I tylko o jedno mam żal, że nie kupił pralki z promocji, takiej do tysiąca złotych. Wybrał wersję z programem na roztocza i praniem koronek. Zapłacił 1699 zł, tyle, co cała moja emerytura. "Bo tanie pralki się psują", mówił. Nic nie powiedziałam. Dlaczego?

Czasem sobie wyrzucam, że nie byłam wystarczająco dobrą matką, i myślę, że teraz powinnam się zrehabilitować. Prowadziłam aptekę, więc Damian jako dziecko biegał z kluczem na szyi. Moczył się do dziewiątego roku życia, w szkole miał kłopoty z koncentracją. Może dlatego, że jego ojciec był wymagający, potrafił zdzielić go pasem? Powinnam była coś z tym zrobić, ale nie zrobiłam. Z drugiej strony starałam się. Syn był zadbany, oprany, wieczorami gotowałam mu dwudaniowe obiady. W liceum, na studiach wciąż zakochiwał w dziewczynach, które go nie chciały. Kiedyś w magazynie psychologicznym przeczytałam, że to może być wina matki...

Dlatego, gdy jako 26-latek przedstawił mi Beatę, przyszłą synową, ucieszyłam się, bo zobaczyłam, że jest dla niej ważny. "Jeśli będzie potrafił ułożyć sobie z nią życie, to znaczy, że jednak dobrze go wychowałam", myślałam. Polubiłam Beatę. Była bezpośrednia, zabawna. Jeszcze przed ślubem zapytała, czy nie mogliby z Michałem wprowadzić się do mieszkania po mojej matce, które wynajmowałam za dwa tysiące miesięcznie. Ale to było moje zabezpieczenie na starość. Zaproponowałam, że je sprzedam i dostaną siedemdziesiąt procent kwoty, jaką za nie wezmę. Resztę wpłacę na lokatę. Damian był zły. "Byłem ulubieńcem babci. To mieszkanie mi się należy", mówił.

Biłam się z myślami, czy dobrze robię, ale koleżanki przekonywały: "Myśl o sobie!". To, co im dałam, nie starczyło na zakup dwóch pokoi. Przeze mnie wzięli kredyt, ale cóż.

Opowiem pani o wnuku, jest śliczny - blondynek z loczkami. Kiedy wychodzę, zawsze płacze "baba, ostań". Nic dziwnego, zżył się ze mną. Karmię go, bawię się z nim, usypiam, zmieniam pieluchy, chodzę na spacery i gdy trzeba do lekarza. Tylko czasem synowa mi zarzuca, że wymyślam za mało kreatywne zabawy, i wzdycha, bo koleżanka ma nianię, która mówi do dziecka po angielsku. Ja znam raptem kilka zwrotów, więc odpada. Przykro jest mi niemal zawsze, gdy od nich wychodzę. Bo Damian i Beata wpadają do domu, przepraszają za spóźnienie i mówią: "dziękujemy, to do zobaczenia". Rzadko zaproponują kawę albo żebym z nimi zjadła.

Gdy Jaś skończył osiem miesięcy, Beata postanowiła, że wróci do banku. Ja jeszcze pracowałam w aptece, życie zawodowe sprawiało, że nie czułam się taka stara, niepotrzebna. Miałam powód, żeby ładnie się ubrać, umalować. Ale Damiana i Beaty nie było stać na nianię, nie chcieli oddać syna do żłobka, a jej rodzice mieszkają daleko. "Mamo, myślisz o emeryturze?", zapytał kiedyś syn. Myślałam, ale powiem pani szczerze, plany z emeryturą wiązałam ogromne. Spać do dziewiątej, przeczytać książki Alice Munro, odmalować domek na działce i odwiedzić siostrę w Norwegii. Teraz bilety bywają tanie, więc mogłabym polecieć do niej do Bergen, pomieszkać trochę, zobaczyć fiordy i zorzę polarną. Bo świata nie zdążyłam zwiedzić. Nie miałam czasu na podróże, nie było za co. Byłam tylko w NRD i Bułgarii. A na Zachodzie w Fatimie i Santiago de Compostela. Pojechałam, gdy mój mąż zachorował na raka.

Syn z żoną przekonali mnie jednak, że mój wiek to najlepszy czas, by poświęcić się rodzinie. Zgodziłam się. Kocham wnuczka nad życie, co innego mogłabym zrobić? "Mama też może na nas liczyć", zapewniła synowa i zaproponowała, że na stare lata udostępnią mi w ich nowym domu strych, tam zrobią mi pokój. Tylko niby jak ja, niedołężna, miałabym na ten strych wchodzić? No i przecież tego domu w ogóle jeszcze nie ma. Ale synowa słynie z prezentów, z których nie mogę skorzystać. We wrześniu, gdy Damian dostał wreszcie przelew, zaproponowała, żebym pojechała z nimi w góry, choć wiedziała, że w tym czasie chodzę na rehabilitację.

Weekendy niby mam wolne, ale prawie zawsze syn dzwoni z prośbą: "Mamo, zrób nam na przyszły tydzień potrawkę z indyka i może jeszcze gołąbki". Godzę się, zależy mi, żeby zdrowo jedli. "Och, dziękuję - mówi synowa, gdy przywożę im siatkę pełną wiktuałów. "Bo te obiady w biurze, to wie mama... konserwanty i glutaminian sodu".

Mogę być z panią szczera? Ona nie powinna tyle jeść. Eksponuje dekoltami wielki biust, ale powinna spojrzeć na swój brzuch i pupę. Poćwiczyć. Nigdy jej jednak nie docięłam. Ale to są drobiazgi, bo miesiąc temu odebrałam telefon od Damiana. "Mamo, mamy kłopot. Był u nas komornik, chodzi o stary dług. Komornik straszył, że wyniesie nam meble. Kwota z odsetkami: 49 tysięcy. Nic się nie martw, sam się z tym uporam". Ale jak? Pieniędzy nie mają. A ja? Ja... mam lokatę.

Któregoś dnia bawiłam się z wnuczkiem i ktoś zadzwonił do drzwi. Komornik. Mówił, że to nie przelewki i jeśli syn nie zapłaci, następnym razem będą wynosić rzeczy. "I co zrobisz? - pytałam Damiana. - Mamo, nie będziemy nikomu otwierać. - Wtedy wejdą z policją!". Kilka nocy nie spałam. Koleżanka postawiła mi karty. Pierwsza? Odwrócony głupiec. "To wskazuje, że jesteś bezmyślna. Nie pożyczaj, oni na tobie żerują", powiedziała koleżanka. Karty kartami, ale syna ratować trzeba. Przelałam 49 tysięcy na konto komornika, niewiele mi już zostało. Dziękowali, zaprosili do restauracji. Ale ja bym wolała, żeby powiedzieli, że oddadzą chociaż jedną trzecią, w ratach. Niedawno, gdy potknęłam się w korytarzu o zabawkę, od Beaty usłyszałam: "Oj, no tak, tłoczymy się we trójkę na sześćdziesięciu metrach. Mama szczęściara ma dwa pokoje tylko dla siebie".

Myśli pani, że ona poluje na moje mieszkanie? Liczy, że je sprzedam i kupię dwadzieścia metrów, a resztę pieniędzy oddam im? Nie, na pewno nie, to moja rodzina, tylko oni mi zostali. I siostra, ale ona jest w Norwegii. Kilka dni temu napisała: "Przyjedź. Mam na oku faceta dla ciebie". Pomyślałam: "Może za rok, gdy Jaś pójdzie do przedszkola. Jeśli będzie mnie stać na tę podróż".

Barbara, 65 lat, właścicielka spa, po rozwodzie drugi raz wyszła za mąż

Mam zasadę. Zajmuję się swoimi sprawami i nie wtrącam w życie dzieci. No, chyba że dzieje się coś złego i trzeba im pomóc. Jak wtedy, gdy synowa rodziła dziesięć godzin, a ja zdenerwowana czekałam na korytarzu. Syn co jakiś czas wychodził z porodówki przerażony: "Główka nie schodzi do kanału rodnego", "Ance skoczyło ciśnienie, krew trysnęła nosem". "Dlaczego nie robią cesarki?!", krzyknęłam. Była niedziela, nie mieli w szpitalu anestezjologa. Nie wiem, co by było, w jakim stanie urodziłby się wnuk, gdybym nie dodzwoniła się do koleżanki, której szefowa jest córką ordynatora. Godzinę później zjawił się anestezjolog, cięli. Państwowy szpital w dużym mieście...

Zajmowałam się synową przez kilka dni po porodzie. Podawałam wnuczka do karmienia, pomagałam ściągać pokarm, zmieniałam jej podkłady, myłam. Matka Anki zmarła dziesięć lat wcześniej, musiałam ją zastąpić. I chciałam.

Synową polubiłam od razu. Drobna blondynka, inteligentna, kierowała działem sprzedaży w międzynarodowej firmie. Tak jak ja fascynowała się filmami o... wampirach. Gdy weszła do naszej rodziny, zyskałam sojusznika, który mnie z powodu moich zainteresowań nie wyśmiewał. Zawsze marzyłam o córce i teraz w jakimś sensie ją mam. Pamiętam, że w dniu, w którym się zaręczyli, pobiegłam na strych i wyjęłam z pudła małą, oryginalną torebkę Chanel, którą w latach 80. przywiozła mi ciotka z Paryża. "Nie miałam śmiałości jej nosić, teraz jest twoja", powiedziałam. Anka się wzruszyła.

Zaprzyjaźniłyśmy się. Dawałam jej karnety na zabiegi w moim spa, ona pokazała strony internetowe polskich projektantów, którzy szyją świetne i nie tak drogie płaszcze. Mówiłam jej, jak upiec kaczkę, ona uczyła robić curry. Zaprosiła mnie do grona znajomych na Facebooku i często publicznie żartowałyśmy na różne tematy. Nigdy nie rozumiałam koleżanek, które mówiły: "Zobaczysz, jak to jest mieć synową, stracisz swojego Pawełka". "Przecież Paweł nie jest dzidziusiem, to 35-latek! Jest samodzielny, od kiedy skończył studia", mówiłam.

Ale zaczęłam się bać o jedno: mój syn to hulaka. Długo nie potrafił ułożyć sobie życia. Miał różne dziewczyny, jednak szybko się nimi nudził i zawsze sam przyjeżdżał na święta. Martwiłam się, żeby nie skrzywdził Ani, nie porzucił. Bałam się też, żeby nie okazał taki jak jego ojciec.

Co mogę powiedzieć o związku z Romanem, moim pierwszym mężem? Nie pracowałam, wychowywałam syna, a mąż wydzielał mi pieniądze. Odeszłam, kiedy odkryłam, że kochanka urodziła mu dziecko. Przetrwałam dzięki pomocy znajomych, którzy najpierw pożyczali mi pieniądze, a potem załatwili pracę. Dlatego choć kocham syna nad życie, po narodzinach wnuka powtarzałam Ani: "Pamiętaj, by nie porzucać pracy i mieć własne konto".

Paweł zmienił się przy żonie i dziecku. Stał się mniej nerwowy, zaczął biegać, odkładać pieniądze. Byłam wdzięczna Ance, że trzyma go z daleka od picia, nie zgadza się na wypady do baru z kolegami. Starałam się rozumieć dzieci. Nie wtrącałam się, gdy chcieli dać synowi na imię Gordon, mówiłam "hm, oryginalnie..." i cieszyłam się, gdy ostatecznie zdecydowali, że będzie Franek. Kiedy z rocznym dzieckiem postanowili lecieć na trzy tygodnie do Tajlandii, upewniłam się tylko, że wybiorą lepszy hotel i wyspę, na której są lekarze. Kiedy stwierdzili, że nie będą jeść glutenu, bo im szkodzi, z ohydnego ciasta z mąki ryżowej i tapioki lepiłam im pierogi. Nic nie mówiłam, kiedy widziałam, że pies śpi w ich pościeli, a dziecku pozwalają na wszystko. Nie obraziłam się, gdy postanowili spędzić Wielkanoc w Turcji i po prostu powiedzieli: "nie będzie nas na święta". "To ich życie", myślałam i zajmowałam się swoim. Miałam już drugiego męża, prowadziłam spa z koleżanką, nie musiałam wieszać się na dzieciach.

Nie dałam się też wciągnąć w rolę kucharki czy opiekunki do wnuka. "Mamo, zostaniesz z Franiem w ten weekend? - potrafili zapytać w czwartek. - Ale ja mam już plany mówiłam. - Dlaczego nie ustaliliście tego ze mną wcześniej?". Piętnaście lat żyłam w fatalnym związku z pierwszym mężem, kolejne dziesięć byłam sama i ledwo radziłam sobie finansowo, więc teraz, gdy los się do mnie uśmiechnął, zamierzałam to wykorzystać. Dbać o związek, wyjeżdżać na weekendy, regularnie ćwiczyć, nie opuszczać zajęć z angielskiego. Dosyć poświęceń, frustracji, bycia nieszczęśliwą.

"Chętnie zajmę się Franiem, ale musicie to ze mną skonsultować przynajmniej tydzień wcześniej", mówiłam. Jednak, gdy w rodzinie wybuchł pożar, wtedy go gasiłam. Jak kilka miesięcy temu, gdy Anka zadzwoniła roztrzęsiona: "Boję się, że Paweł ma romans. Znowu w weekend gdzieś wyjeżdża, znalazłam SMS-y od dziewczyny z jego pracy". Gdyby oni się już nie kochali, często kłócili, gdyby była między nimi niechęć, walka... Ale widywałam ich często i byłam pewna, że są dobrze dobrani. Żartowali, przytulali się, on często cmokał ją w policzek. Tamta kobieta była dla niego pewnie odskocznią. Zadzwoniłam do syna, poprosiłam, żeby przyjechał.

- Paweł, nie zniszcz dzieciństwa syna, tak jak ojciec zniszczył twoje - mówiłam. - Ale to tylko koleżanka, kocham Ankę, kocham synka, nigdy bym ich nie skrzywdził - mówił i... płakał. Dokładnie tak jego ojciec, który ze łzami w oczach przysięgał, że jest mi wierny. "A co, jeśli tamta kobieta się na niego uparła?", myślałam. Wróciły do mnie wspomnienia. Ból, żal, rozpacz, które czułam, gdy się dowiedziałam, że mąż ma inną. Choć przepraszał, chciał zostać ze mną, już nie mogłam na niego patrzeć. Co miałam zrobić? Czekać, aż z miłostki syna rozwinie się dramat? Zadzwoniłam do synowej: "Podaj mi nazwisko osoby, która do niego pisała". 

Znalazłam ją przez Facebook, zobaczyłam, jak wygląda. Ordynarna, chamska twarz. Następnego dnia czekałam na nią przed firmą. Przedstawiłam się i poprosiłam, żebyśmy chwilę porozmawiały. To trwało może dwie minuty. Mówiłam tylko ja. Ona najpierw kpiąco się uśmiechała, potem zaczęły trząść jej się ręce. Co jej powiedziałam? Wolałabym zostawić to dla siebie... Ale byłam pewna, że da spokój moim bliskim. Godzinę później syn zadzwonił z pretensjami: "Czyś ty zwariowała?! Szantażujesz moje koleżanki z pracy?! Wyrzucą mnie przez ciebie!". Ale ja wiedziałam, że nic takiego się nie stanie.

Wieczorem zadzwoniłam do Anki: "Kryzys zażegnany". Rzeczywiście mój syn coraz więcej czasu zaczął spędzać w domu, na tydzień wyjechali. Niedawno poradziłam synowej: "Powinnaś częściej zostawiać dziecko z tatą i wychodzić wieczorem na wino z koleżankami". Kobiety muszą trzymać się razem.

Halina, 62 lata, emerytowana nauczycielka, mężatka

Córka ma drugiego męża, ale ja zięcia mam jednego. Maćka, za którego moja Monika wyszła, gdy jeszcze studiowała w Olsztynie. Wspaniały chłopak. Ładny, miły, dobry, pracowity, uczynny - mogłabym tak wymieniać godzinami. "Mamo, nie przepadałaś za nim, gdy byliśmy razem - wytyka mi córka. - Mówiłaś, że się do niczego nie nadaje". Ale to nieprawda. Pracował w firmie budowlanej mojego męża, w dziale zamówień. Dobrze się spisywał. Na imieniny przynosił mi wielkie bukiety róż. W weekendy, po obiedzie u nas, pytał, czy może nam w czymś pomóc. Skosić trawę przed domem, zgrabić liście.

Przeżyliśmy bardzo z mężem ten listopadowy dzień, pięć lat temu, kiedy Monika oznajmiła: "Przyjęłam pracę w Warszawie". Dobrze płatny etat w dziale marketingu francuskiej firmy kosmetycznej. Nie dało się jej zatrzymać. Gdy mocowali walizki na dachu swojego opla, płakałam. Ale z córką nadal byłyśmy przyjaciółkami. Zawsze mogłam do niej zadzwonić, pogadać i wyżalić się po kłótni z ojcem. Liczyć, że do niego zadzwoni i weźmie moją stronę. Dopóki była żoną Maćka, wszystko szło dobrze. Pamiętała, by choć raz w miesiącu odwiedzić rodziców, ceniła wartości. W ich mieszkaniu wisiał obraz Jana Pawła II, bo Maciek jest religijny. Inaczej niż ja, ale w dniu, w którym córka powiedziała: "Rozwodzę się, już go nie kocham", obiecałam Bogu, że oddam wszystko, byle tylko zmieniła zdanie. Przysięgłam, że pójdę do Częstochowy, byleby tylko się nie rozwodziła. Że całą emeryturę położę na tacy, a złote pierścionki po matce oddam biednym. Ale wszystko na nic, bo ona się uparła. "Kocham innego", powtarzała, a Maciek straszył, że odbierze sobie życie.

Wypiłam wtedy tyle neospasminy, że aż mnie mdliło. Na szczęście nie mieli dzieci, bo Marta nie chciała. Najważniejsza była dla niej praca, kariera. Nie poznawałam własnej córki. Nowego faceta przedstawiła mi zaraz po rozwodzie. Powiem tak: dawno temu przyrzekłam sobie, że nie pozwolę, aby moja córka spędziła życie z nieudacznikiem, który nie dość, że będzie mało zarabiał, to jeszcze będzie miał dwie lewe ręce. Taki właśnie jest jej nowy mąż, muzyk. Córka twierdzi, że to dobry gitarzysta, ale nigdy nie widziałam go w telewizji ani nie słyszałam, żeby grał z kimś znanym. Zarabia nieregularnie, więc wprowadził się do mieszkania Moniki, które ona kupiła na kredyt. A ponoć jest z bogatej rolniczej rodziny.

Jego siostrze rodzice wybudowali dom, a jemu? Nic. Na pierwsze spotkanie przywiózł mi jedną małą różę, która się nawet nie rozwinęła. Machnęłam na to ręką, ale poradziłam mu: "Idź do sądu, walcz z rodziną o pieniądze", usłyszałam: "Proszę się nie wtrącać w moje sprawy". Tak się odezwać do starszej kobiety? "Nie mów tak do mojej matki", powiedziała Monika i zaczęli się kłócić. "Ten związek nie potrwa długo - powiedziałam z ulgą mężowi. - Nie wtrącaj się, to jej życie" - odburknął. Jak zwykle, kiedy w rodzinie był problem, wycofywał się. A ja planowałam pogodzić córkę z Maćkiem.

Miałam nadzieję, że na Wigilię przyjedzie sama, więc zaproszę jej byłego męża. Kolejnego dnia odwiedzą ich przyjaciół ze szkoły, przykładne małżeństwo, rodziców czwórki dzieci. Sądziłam, że Monika przypomni sobie, skąd pochodzi, że jej uczucia odżyją. Jednak dzień przed świętami zjawiła się z tamtym. "Jestem w ciąży, wkrótce się pobieramy", mówiła rozpromieniona. Uściskałam ją, ale chwilę później zamknęłam się w kuchni i zadzwoniłam do Maćka. Płakałam. Aż mi żyłka w oku pękła. Na szczęście wesele było skromne, tylko obiad dla najbliższych. I dobrze, nie zniosłabym wiejskich zabaw, którą urządziłaby jego rodzina.

Teściowie Moniki? Dobrzy ludzie, tylko że prości. Jego matka do restauracji, w której jako przystawkę podano krewetki, wniosła kiełbasę własnej roboty. Nawet smaczną, ale powiedziałam jej wprost: "Dodałaś za dużo czosnku. Wszystkim się po niej odbijało". Po trzech miodowych miesiącach córka zaczęła skarżyć się na męża. Gdy się pokłócili, opowiadała mi, że ją lekceważy, że znów zapomniał opłacić rachunki na czas, za dużo pije, spóźnił się na kolację, na którą umówili się w mieście, nie umie gotować. Jednak szybko się godzili.

Ona mu wybaczała, ale ja nie potrafiłam, zostawałam z niechęcią. Kiedy odwiedzałam ich mieszkanie, serce mi pękało. Bo mimo że przestronne, ładnie urządzone, słyszałam, jak on mówił do Moniki: "Zrób na kolację tę swoją tartę z boczkiem i gruszkami". Ona w ciąży, a on siedział z piwem przed komputerem, na uszach miał słuchawki, twierdził, że montuje piosenki. Niewiele robił w domu. Nie chciał położyć płytek na balkonie. Jednak kiedy zwracałam mu uwagę, ona skakała mi do oczu: "Mój mąż jest muzykiem, więc musi dbać o dłonie, do napraw wzywamy majstra". Niby mieli wspólny samochód, ale to on nim jeździł na nagrania, Monika wsiadała do metra. "Tak wolę, bo omijam korki", wyjaśniała. Na wszystko miała wytłumaczenie.

Nawet na to, że gdy do nas przyjeżdżali, zaledwie co trzy miesiące, on tylko jadł i leżał na tarasie. "Cały tydzień koncertował", mówiła. Któregoś razu, gdy zobaczyłam, jak zięć przymierza się do kolejnego kawałka pieczeni, podniosłam brytfannę ze stołu i powiedziałam: "To ma starczyć nam na jutro, dziś dokładek nie ma". "Zachowałaś się jak zołza", skwitował mój mąż, ale on zawsze bronił facetów. Po tym incydencie zięć na jakiś czas przestał przyjeżdżać. Cieszyłam się, bo mogłam powiedzieć córce, co o nim myślę. Pije za dużo piwa, nie ma stałej pracy, omotał ją i ma lewicowe poglądy.

Ale do Moniki nic nie trafiało. Łagodna, głupiutka jak jej ojciec, który wszystkim wierzył i każdemu pożyczał pieniądze. Młoda, więc nie widziała tego co ja, doświadczona przez życie.Gdy urodziła się Julcia, oszalałam. Kupiłam wózek, huśtawkę na baterie, leżak bujany, wszystko bym dla niej zrobiła. Na początku często przyjeżdżaliśmy do Warszawy z mężem. Raz nawet wpadłam z myślą, że zostanę miesiąc, by pomóc Monice przy dziecku, ogarnąć mieszkanie, przypilnować jej męża, by się angażował. Ale strasznie się kłóciłam z zięciem.

O co? Bo źle przewijał małą, tak od niechcenia. Bo nie wyniósł wieczorem śmieci, choć dwa razy go o to prosiłam. Był do niczego. "Co z ciebie za ojciec?!", wrzasnęłam, gdy Julcia zapłakała, kiedy wziął ją na ręce. "Albo ona tu zostanie, albo ja", powiedział Monice w trzecim tygodniu mojego pobytu. "Mamo, czas, żebyś wróciła do Olsztyna", usłyszałam od własnej córki. Przysięgłam sobie, że już nigdy w życiu się do jej męża nie odezwę. I trwam w tym postanowieniu, nawet gdy wpadają na święta. Żal mi tylko Julci, bo gdyby nie te niesnaski, częściej by do mnie przyjeżdżała nad jeziora. A tak zostaje wieś, gdzie atrakcje to kurniki i chlewy.

Ostatnio, gdy Monika i jej mąż jechali do Berlina, wywalczyłam, żeby podrzucili mi wnuczkę. Bawiłyśmy się, gotowałam jej pyszności. Któregoś dnia pokazała mi barbie w sukni ślubnej i powiedziała: "Też będę miała taki welon". A ja jej na to: "Zakochuj się, ale za mąż nie wychodź. I dodałam: Bo jeszcze, nie daj Boże, trafisz na kogoś takiego jak twój tata".

Rena, 66 lat, emerytowana internistka, wdowa

Inaczej wyobrażałam sobie przyszłą żonę syna, nie tak widziałam swoją starość. Po śmierci męża zostałam sama w naszym wielkim domu pod Wrocławiem. Nie sprzedałam go, bo myślałam: "Michał kiedyś zamieszka tu z rodziną". Córka już nie, bo żyje w Monachium, świetnie jej się powodzi, jest żoną niemieckiego lekarza. A u mnie 240 metrów do sprzątnięcia, ogrzania, co jakiś czas remont. Rzadko mogłam wyjechać choćby nad polskie morze, bo dom pochłaniał mnóstwo pieniędzy.

"Najważniejsze, że syn nie będzie musiał brać kredytów na trzydzieści lat, bo zamieszka w domu, który kiedyś odziedziczy", tak myślałam. Czy porozmawiałam z nim kiedyś na ten temat? Nie. Wydawało mi się, że robię mu przysługę, prezent. Ale pojawiła się Marta i namieszała. Myślę, że była do mnie od początku negatywnie nastawiona, uwierzyła w stereotyp złej teściowej. Może była też zazdrosna o moją relację z Michałem. Czuła się zagrożona.

Bo świetnie się rozumieliśmy? Bo widziała, że czasem kupowałam mu na oko marynarki albo spodnie i zawsze pasowały? Bo mieliśmy zwyczaj pisania do siebie SMS-ów zaraz po przebudzeniu i przed pójściem spać po to, by być pewnym, że u drugiej osoby wszystko w porządku? Gdy się spotykałyśmy, lubiła wtrącać anegdoty o czyjejś toksycznej lub nadopiekuńczej matce. Wiem, że to była aluzja do mnie, a ponieważ mam temperament, nie pozostawałam dłużna. Zachwycałam się byłą dziewczyną syna albo synową koleżanki. "Dostała awans, była na Zanzibarze, schudła", opowiadałam.

Nie mogłam się opanować, więc wbijałam szpile, które podsycały niechęć. Na drugi dzień żałowałam. Powtarzałam Marcie: "Zamieszkacie tu, a ja do niczego nie będę się wtrącać, zrobicie sobie osobną kuchnię i wejście". Ona: "Bardzo dziękujemy, ale wolimy mieszkać w centrum". Syn nic nie mówił, pewnie chciał mieć spokój, więc nie mogę mieć o to do niego pretensji. Ale nie mogłam znieść jego obojętności, więc gdy wręczyłam mu zapasowe klucze od domu, powiedziałam: "Gdy umrę, nie będziecie musieli wzywać ślusarza". Zbladł. Zaproponował wtedy: "Mamo, sprzedajmy dom i kupmy obok siebie dwa mieszkania. - Chcecie mnie wcisnąć do klatki?! Ja tu mam swój ogród!", powiedziałam.

Tydzień się do nich nie odzywałam, aż syn przyjechał wystraszony, że coś mi się stało. Cieszyłam się, że możemy pogadać i pośmiać się tylko we dwoje.

Marta... Próbowałam się zaprzyjaźnić, naprawdę. Chociaż gdy ją zobaczyłam po raz pierwszy, zdziwiłam się, że syn wybrał niską dziewczynę. Atrakcyjna kobieta jest wysoka. Jak moja córka i poprzednia dziewczyna Michała - Renata, która ubierała się po parysku. Cała na czarno lub na szaro, a do tego naszyjnik z pereł, kobaltowe buty albo torebka w kolorze fuksji.

Marta? Najczęściej chodzi w dżinsach albo workowatych sukienkach, a do tego wkłada kolorowe rajstopy. Do ślubu wybrała sukienkę do kolan i czerwone conversy. W kościele stałam skonfundowana. "Bo ona fotografuje, robi biżuterię, jest kreatywna i wyraża to sobą", tłumaczył ją Michał. Fakt, że ubiera się w coś dziwnego, nie robi z niej jeszcze artystki tak uważam. Ale próbowałam mieć dobre relacje z Martą. Najczęściej wieczorem, gdy rozluźniłam się kieliszkiem nalewki, dzwoniłam, żeby miło porozmawiać. Cokolwiek jednak powiedziała, czułam, że jest znudzona. "No tak, tak", powtarzała w kółko, a ja słyszałam jak uderza w klawisze komputera.

Przestałam więc dzwonić, ona też tego nie robiła. Kontaktowałam się z synem, ale czasem wieczorem, gdy rozmawialiśmy, słyszałam: "Michał, choć pomóc mi w kuchni!". W moje imieniny złożył mi życzenia od nich obojga, Marta nie podeszła do telefonu. Traktowała mnie jak zło konieczne. Za to jej matka, księgowa, była w ich domu przyjmowana jak królowa. I to mnie bolało. Mnie prawie nie odwiedzali, a gdy do nich wpadałam, dostawałam kawę i ciasto. Kiedy ona przyjeżdżała z Wałbrzycha, tego samego dnia zabierali ją do drogiej restauracji. "Bo ona bywa u nich rzadziej", mówiły mi koleżanki. No może...

Mnie też zapraszali na kolacje do knajpy, ale odmawiałam, bo spotkania z Martą były jak teatr jednego aktora - ciągle gadała i wszyscy mieli słuchać. Szczytem bezczelności było to, jak potraktowali mnie rok po ślubie. Na rocznicę podarowałam im leczniczą pościel z wełny australijskiej owcy, merynosa. Zapłaciłam za nią 1080 złotych. Sama chciałabym taką mieć, ale mnie na to nie stać. Wykosztowałam się, jednak pomyślałam: "Misiek będzie zdrowszy, a przy okazji Marta skorzysta". Gdy odwiedziłam ich miesiąc później, byłam zdziwiona, bo nie wspomnieli ani słowem o prezencie. Gryzło mnie to. Pod pretekstem zobaczenia nowej tapety zajrzałam do sypialni. Pościeli z merynosa nie było.

- Nie podoba się wam? - zapytałam. - Mamo, jest w pawlaczu, oszczędzamy ją, była taka droga - mówił syn. Spojrzałam na Martę, przygryzała policzek, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Powiedziałam: "Mogę ją zobaczyć, bo widziałam tylko zapakowaną". Przyznali, że nie mają. Oddali matce Marty. "No tak", powiedziałam i wyszłam. Mogli oddać ją mnie.

Tego dnia syn dzwonił kilka razy, ale odrzucałam jego połączenia. Czułam się dotknięta, nie było o czym gadać. Kilka tygodni później Michał przysłał wiadomość: "Z okazji moich trzydziestych piątych urodzin i trzydziestych urodzin Marty zapraszamy na weekendową imprezę rodzinną w Karpaczu". Zaprosili mnie, moją córkę z rodziną, siostry Marty z mężami i matkę. Odpisałam: "Przepraszam, mam w tym czasie remont". "Mamo, bez ciebie to nie ma sensu", przeczytałam.

Nie byłam w nastroju. Nie chodziło już nawet o pościel, ale o całokształt. Zbywanie mnie, unikanie, budowanie we mnie poczucia, że wszystko robię źle. Ale zadzwoniła córka: "Dlaczego wszystko komplikujesz, oni wynajęli już dom, robisz przykrość Michałowi!". Ja?! Wszystko na mnie! Córka nalegała, no i prosił mnie też jej mąż Hans, mówił, że się stęsknił za nami. On ma klasę, zawsze go lubiłam. W końcu powiedziałam zięciowi: "Dobrze, pojadę, zrobię to dla ciebie".

Na miejscu pierwsza przywitała się ze mną synowa, powiedziała: "Dobrze, że mama jest". I żadnego przepraszam, porozmawiajmy o naszej relacji. Dlatego wieczór spędziłam głównie z córką, Hansem i wnuczkami, a od jej rodziny trzymałam się z daleka. Oni też nawet do mnie nie podeszli, a czasem miałam wrażenie, że się ze mnie śmieją. Dlatego powiedziałam córce: "Macie duży dom, powinnam do was na dłużej przyjechać. - Ale... to może tak za rok, mamuś. Teraz mamy spory remont".

Dziwne, wcześniej o tym nie wspomniała. Ale tak bywa, poświęcamy się dla dzieci, a potem one traktują nas tak, jakbyśmy były dla nich nikim.

Natalia Kuc

TWÓJ STYL 2/2015




Twój Styl
Dowiedz się więcej na temat: teściowa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy