Reklama

Reklama

Tylko dziecko

Wiele kobiet rezygnuje z zawodowych ambicji na rzecz wychowywania dzieci. To trend na świadome rodzicielstwo czy efekt krytycznej postawy wobec własnych, niegdyś zapracowanych matek? A może kryje się za tym wybór spokojniejszego życia?

Najpierw ona poprosiła jego, aby zaczął nocować na (wygodnej skądinąd) skórzanej kanapie we wspólnym gabinecie. Tadzik spał w poprzek ich małżeńskiego łóżka, brakowało miejsca dla trzech osób. Potem zasugerowała, że on powinien przenieść swoją bieliznę z komody w sypialni do innego pokoju, bo lepiej, żeby rzeczy Tadzika były jednak pod ręką. Gwoździem do trumny ich związku był moment, w którym oznajmiła mu, że na ferie zimowe pojadą oddzielnie, bo ona chce poświęcić ten czas tylko Tadziowi. A on niech jedzie na te narty z kolegami z pracy.

Ona to Marzena, 42-letnia specjalistka kontroli jakości w koncernie farmaceutycznym. On, 44-letni Piotr, programista i informatyk w międzynarodowej firmie. Tadzik, lat dwa, jest ich jedynym synem. Zaplanowanym, i to sześć lat przed poczęciem, bo tyle w ich przypadku trwała walka o dziecko.

Reklama

- Kiedy w końcu Marzena zaszła w ciążę, zwariowaliśmy ze szczęścia. Wkrótce zrozumiałem, że między nami też wszystko się zmieni - opowiada Piotr. - Pierwszy sygnał? Żona z dnia na dzień poszła na zwolnienie lekarskie, choć wcześniej przez kilka lat nie opuściła ani jednego dnia pracy. Chodziła tam nawet, kiedy brała antybiotyki. Drugi sygnał: Marzena obłożyła się książkami o macierzyństwie, zaczytywała w blogach parentingowych, przestała śledzić inne wiadomości. Byłem pewien, że jej przejdzie, lecz po narodzinach syna przestałem rozumieć żonę.

- Przyznaję. Od ponad dwóch lat nie jestem w stanie skoncentrować się na innych sprawach, nic na to nie poradzę: wpadłam w macierzyństwo jak śliwka w kompot - rozkłada ręce Marzena.

Ale rozkłada je z zadowoleniem. Widać, że jest spełniona, promienieje radością. Nie ma świadomości, że oboje z mężem emocjonalnie są niejako poza związkiem. - Mam żal do Piotrka i niektórych znajomych, że mnie nie rozumieją i nie potrafią cieszyć się ze mną moim macierzyństwem. A ja chcę wykorzystać ten czas na maksa, przecież za parę lat Tadzik pójdzie do szkoły, oddali się ode mnie. Dlatego wzięłam urlop macierzyński, a potem wychowawczy. Planuję być z synem, dopóki nie skończy pięciu lat. Nie chcę stracić ani godziny z jego życia.

Dziecko najważniejsze

Piotr widzi tę sytuację zgoła inaczej: - Z nią nie da się porozmawiać już o niczym innym. Każdy temat, który poruszę, jej kojarzy się z wychowaniem syna. Przykłady? Proszę bardzo. Oglądamy mecz, chcę jej pokazać fajną akcję na boisku - wcześniej razem pasjonowaliśmy się piłką - a ona: "Ciekawe, czy Tadek polubi futbol...". Kiedy dostałem nowe służbowe auto, Marzena oglądała je tylko pod kątem montażu fotelika. Nie idziemy do żadnej restauracji, która nie ma pokoju zabaw dla dzieci. Codziennie analizuje, co mały powiedział czy zrobił. Dla mnie to jest już nie do zniesienia... W ciągu dwóch lat we dwoje wyszliśmy tylko raz - podkreślam: raz, na kilka godzin. Żona i tak co chwila zerkała w kinie na telefon, SMS-owała z babcią i nianią, bo obie opiekowały się w tym czasie naszym synem. Co gorsza, według Marzeny ja nie potrafię się nim należycie zająć. Mam "za duże łapy", a poza tym "brakuje mi cierpliwości" i jestem "zbyt stanowczy". Ona rozczula się nad każdym jego gestem, robi z niego mięczaka. To także wywołuje wojny w naszym związku.

Od półtora roku śpią osobno, seks przydarzył się im kilka razy. Kiedy kilka dni temu Piotr zaproponował żonie separację, ona spojrzała na niego nieprzytomnie (akurat wyciskała świeży sok z marchewki dla syna). Odpowiedziała, że wieczorem wrócą do rozmowy. Ale potem zasnęła razem z Tadziem podczas czytania. I już nie zająknęła się ani słowem na ten temat. Piotr jest zdruzgotany: wcześniej byli naprawdę dobraną parą.

- To przykład rodzicielstwa "helikopterowego", w którym rodzic wisi nad synem czy córką jak helikopter ratunkowy, zbyt silnie koncentrując się na wychowaniu dziecka, bez dania sobie i jemu szansy na jakąkolwiek wolność czy swobodę - komentuje dr Aleksandra Piotrowska, psycholog dziecięcy z Pracowni Psychologii Edukacyjnej Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego. O tym napisała także w książce "Szczęśliwe dziecko, czyli jak uniknąć najczęstszych błędów wychowawczych" (razem z Ireną Stanisławską).

Jednym z najczęstszych grzechów rodzicielskich jest właśnie - jak wynika z wieloletnich obserwacji dr Piotrowskiej - nadopiekuńczość dorosłych względem dzieci, nawet tych dorastających.

- W ostatnich latach w Polsce to zjawisko przybiera na sile, pojawia się coraz więcej takich rodziców, głównie kobiet - mówi. - Co ciekawe, w dużej mierze świetnie wykształconych, z dobrą pozycją zawodową i materialną, mieszkających w dużych miastach. Aby owe zjawisko wyjaśnić, musimy odnieść się do zmian społecznych i demograficznych. Dawniej mieliśmy w rodzinie po siedmioro dzieci, dziś jedno lub dwoje. Znacznie łatwiej skoncentrować się na wymarzonym, wyczekanym jedynaku.

Ponadto w minionym stuleciu po raz pierwszy w historii doceniliśmy globalnie okres dzieciństwa i uczyniliśmy z niego wielką wartość. To piękne, lecz doprowadzone do przesady nie służy ani rodzicom, ani dzieciom. Traktowanie syna czy córki z szacunkiem i czułością - owszem, ale już stawianie ich na piedestał i dostosowanie całego życia rodziny do potrzeb i wymagań dzieci to wielki błąd, który zemści się prędzej czy później. Na nas i na nich także.

Matki helikoptery

Tego typu matek przybywa nie tylko u nas. Amerykańscy badacze nadopiekuńczych rodziców nazywają albo helikopterowymi, albo curlingowymi (od curlingu - sportowej rozgrywki na lodzie, w której ważnym elementem jest usuwanie miotełkami wszelkich przeszkód na drodze).

W Polsce dodatkowo mierzymy się jeszcze z mitem i niemal świętym symbolem matki Polki, czyli kobiety, która poświęci życie dla dobra najbliższych i zrobi wszystko, aby należycie o nich zadbać. Być może nowy model matek helikopterów łączy się z tradycyjnym? Z badań TNS OBOP wynika, że aż dla 70 proc. polskich kobiet dobro rodziny jest ważniejsze niż własne.

Oczywiście, z reguły większość rodziców chce dla swoich dzieci jak najlepiej i marzy, aby spędzić z nimi dużo czasu. Dlaczego jednak u niektórych koncentracja na dziecku odbywa się w sposób tak natężony, a może i niezdrowy? Ostatnio naukowcy z uniwersytetu w Tennessee wykazali, że depresja i stany lękowe występujące u młodych ludzi są często efektem przesadnej opieki, którą zapewniali im bardzo przejęci rodzice (ale to już temat na inną opowieść).

- W ostatnich latach wiele matek naprawdę uwierzyło w to, że od stopnia koncentracji na dziecku zależy, czy odniesie ono w życiu sukces, czy nie. W dodatku zakładają one, że jest to równoznaczne z tym, czy będzie w przyszłości szczęśliwym człowiekiem - uważa dr Piotrowska.

Z jej obserwacji wynika, że matkami przejawiającymi tendencję do zbytniego skupienia się na potomku są często osoby spełnione zawodowo, dobrze wykształcone, które odniosły sukces. - One wyznaczają sobie i po kolei realizują życiowe cele: od zdobycia wykształcenia przez pozycję społeczną aż po określone dobra materialne. Kiedy przychodzi czas na "projekt dziecko", poświęcają mu również maksymalny czas i uwagę. Są przecież ambitnymi perfekcjonistkami.

Gwarancja spełnienia

Bogusława (60 l., okulistka, matka trójki dzieci): - Kiedy patrzę na Olę, moją najmłodszą córkę, czuję się albo jak matka supernowoczesna, która nie trafiła w swoje czasy, albo... jak matka wyrodna. I sama nie wiem, gdzie leży prawda. W każdej z trzech ciąż pracowałam do siódmego miesiąca na pełen etat. Kilka miesięcy po porodzie wracałam do pracy. Był żłobek, przedszkole. Wszystkie nasze dzieci wyrosły na porządnych ludzi, choć nie poświęcaliśmy im zbyt wiele czasu. Nie miałam sobie nigdy nic do zarzucenia. Ale patrząc na moją córkę, mam wątpliwości.

Aleksandra (33 l.), córka Bogusławy, w ciążę zaszła na ostatnim roku studiów prawniczych, tuż po ślubie. Skończyła studia z wyróżnieniem.

- A potem - opowiada Bogusława - odłożyła dyplom do szuflady, choć załatwiliśmy jej z mężem świetny start w kancelarii znajomego. Myślałam, że gdy wnuczka pójdzie do żłobka, Ola wróci na drogę kariery. Ale ona nie dość, że nigdy nie zaczęła pracować, to jeszcze zaszła w drugą, a potem trzecią ciążę. Nie pojmuję jej skupienia się na dzieciach i domu. Ja też miałam trójkę, ale jednocześnie pracowałam, rozwijałam się, nie marnowałam zdolności, no i nie byłam na garnuszku u męża. Ola obrusza się, słysząc słowa matki.

- Od początku planowaliśmy z mężem, że chcemy mieć dużą rodzinę. Dzieci, którymi zajmę się ja, a nie obcy i instytucje. Mnie wystarczy, że mam tytuł magistra prestiżowego kierunku. Może kiedyś pójdę do pracy, a może nie. Na razie najważniejszy dla mnie jest dom. Tutaj się spełniam. Szkoda, że moja mama nie ma pojęcia, jak bardzo czułam się samotna w dzieciństwie. Jej nigdy nie było. Pracowała w szpitalu i przychodni, a jeszcze przyjmowała pacjentów prywatnie. Dom był pusty, a ja wiecznie sama nasłuchiwałam kroków na schodach, czekając na czyjś powrót. Nie zafunduję tego samego moim dzieciom.

- Mama zupełnie nie rozumie moich wyborów i stylu życia. I niestety, nie szanuje ich. Może dlatego nie mam dziś z nią zbyt bliskiej więzi? Ciągle suszy mi głowę o to, abym poszła do pracy i - jak to ona mówi - "do ludzi". Ścieramy się, więc wolę się z nią nie spotykać. Nie rozumie, gdy mówię, że moje rówieśniczki są już często wypalone zawodowo, a ich związki się sypią, bo spędzają całe dnie w pracy. Nie chcę żyć tak samo jak one. Tak, ja też bywam zmęczona i sfrustrowana, ale gdy widzę uśmiechy moich dzieci, to mija.

- Ostatnio coraz częściej spotykam młode, nawet wykształcone kobiety, które nie myślą o karierze zawodowej czy dalszej edukacji, tylko poświęcają się wychowaniu dzieci oraz dbaniu o dom - zauważa Aleksandra Piotrowska z UW i tłumaczy, że w tym modelu młode kobiety zwykle już na studiach szukają partnera nie po to, by stworzyć związek, lecz żeby założyć tradycyjną rodzinę.

- Wchodzą w układ, w którym "działką" mężczyzny jest zarabianie na dom, a jej - chuchanie na domowe ognisko. Wszystko perfekcyjne, od firanek w oknach aż po wesołe, zadbane i wycałowane dzieci. Ja takich matek nawet dwadzieścia lat temu nie spotykałam tak często jak dzisiaj! One zwykle przyjaźnią się z podobnymi do siebie młodymi matkami, żyją w podobny sposób, czerpiąc frajdę i satysfakcję z wielkiej koncentracji na swojej rodzinie. W tej bliskości z dziećmi jest oczywiście wiele radości, a i one nie muszą biegać jak kiedyś z kluczem na szyi, są zadbane, zaopiekowane.

Problem może pojawić się jedynie wtedy, gdy dziecko staje się samodzielne i odchodzi. Zapewne dlatego w takich rodzinach często dzieci jest kilkoro - zanim odchowa się najmłodsze, to najstarsze już przyprowadza wnuki. Poczucie spełnienia, docenienia, a także bycia potrzebną matki mają zatem zagwarantowane na kolejne lata...

Dwójka to za mało

W jaki sposób rozpoznać, czy ktoś ma problem ze zbytnią koncentracją na dziecku? - Wystarczy zajrzeć do swojego kalendarza i przeanalizować ostatni miesiąc. A potem odpowiedzieć szczerze na pytania: jak często spotkałam się z ludźmi spoza rodziny? Kiedy rozmawiałam o czymś innym niż na tematy związane z dziećmi? Kiedy poświęciłam czas wyłącznie partnerowi? I wreszcie: kiedy zrobiłam coś tylko dla siebie? - radzi dr Piotrowska.

I ostrzega: niekiedy helikopterowe matki tak mocno skupiają się na dzieciach, że nawet nie zauważają, gdy zostają same. Często za mało uwagi poświęcają partnerowi, odsuwają się od "zazdrosnych" znajomych, gdy ci zaczynają krytykować: "Odbiło ci, świat nie kręci się wokół twojego syna".

- To groźne, gdyż z wielu badań wynika, że poziom satysfakcji z życia człowieka dojrzałego w bardzo dużym stopniu zależy od relacji pozarodzinnych! - podkreśla Piotrowska. - Nie wystarczy mieć wspaniałego partnera lub ukochane dziecko. Nie jest dobrze przechodzić przez życie w tzw. diadzie. Ile można obstawiać na wyścigach jednego konia? On się przecież zawsze może nam zerwać! Ważny jest krąg znajomych, przyjaciół, sąsiadów. Pielęgnujmy kontakty, nie ograniczajmy się do rodziny. Nie pozwólmy, aby jedna życiowa rola - w tym wypadku matki - zdominowała nasze życie. Choć oczywiście wspaniale, jeśli to ta właśnie rola jest dla nas najważniejsza i najpiękniejsza.

Psycholog i mediatorka Monika Dreger z Warszawskiej Grupy Psychologicznej wspomina parę, która trafiła do niej na terapię: - Starsza, schorowana matka dojrzałego mężczyzny zajmowała się swoim już łysiejącym synem, jakby zbliżał się do matury. Wprawdzie mieszkała w innym mieście, ale kilka razy w miesiącu przywoziła mu papier toaletowy, skarpetki, bieliznę. Uważała, że tylko ona wie dokładnie, jakich rzeczy mu trzeba, tylko ona jest w stanie o niego tak zadbać. Jego żona była tym zażenowana, a potem już tylko wściekła. Syn potrzebował terapii, by przypomnieć mamie, że ma czterdziestkę na karku i żonę od wielu lat.

- Rodzicielstwo curlingowe może nieraz trwać do końca życia - mówi dr Piotrowska. - Bywa, że to ojciec wykazuje się nadopiekuńczością, a matka jest głosem rozsądku. Zdarza się również, że oboje rodzice nadmiernie koncentrują się na dziecku. Niestety, najczęściej to matki popadają w takie skrajności, zaś ich partnerzy, jeśli nie podzielają tej "pasji", przyglądają się temu z coraz większym dystansem i z czasem urządzają sobie życie po swojemu, nawet jeśli nie dochodzi do rozwodu. A one? Niektóre nawet tego nie zauważają.

Magdalena Kuszewska

PANI 6/2017

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje