Reklama

Reklama

Cmentarzysko samochodów w podwarszawskim lesie. Słynna kolekcja Tabenckiego

W czasach świetności kolekcja samochodów zabytkowych Tadeusza Tabenckiego była jedną z najbardziej cennych w Polsce i Europie. Mieściła się ona w podwarszawskim lesie, a wokół niej do dziś krąży wiele legend. Kim był tajemniczy kolekcjoner i jakie były losy znakomitych perełek motoryzacji?

Jak to bywa w przypadku miejskich legend, również i ta kryje za sobą wiele niewiadomych i nierozwiązanych do dziś sekretów. Choć znany jest życiorys Tadeusza Tabenckiego, twórcy legendarnej kolekcji samochodów, to okoliczności jego śmierci są niewyjaśnione. Co stało się z działką ukrytą w lesie w Grodzisku Mazowieckim i samochodami, które były na niej przechowywane?

Dzieje słynnego kolekcjonera aut

Tadeusz Tabencki urodził się w 1910 roku we Lwowie. Dorastał w zamożnej rodzinie, co bezsprzecznie przyczyniło się do możliwości rozwijania jego zainteresowań techniką już od najmłodszych lat. W sferze jego pasji nie mieściły się jedynie samochody, ale również kolej. Gdy w latach 20. ubiegłego wieku jego rodzina przeniosła się do Krakowa, tam młody Tadeusz na jednej z wystaw po raz pierwszy zetknął się z modelem kolejki, co dało początek jego fascynacji. Model trafił z wystawy do domu Tabenckich. Dał on początek pięknej historii kolekcji, która z czasem poszerzała się również o prawdziwe motocykle, a finalnie o zabytkowe i pożądane przez najbardziej znanych kolekcjonerów modele zabytkowych aut.

Reklama

Tadeusz Tabencki po skończeniu szkoły wybrał się na wydział prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Już wtedy nabył swój pierwszy samochód, którym był dwuosobowy Fiat 501. W tamtych czasach była to nie lada gratka, bowiem mało który student mógł sobie pozwolić na zakup tak drogocennego wówczas auta. Swoją pasję samochodową rozwijał również jako plastyk - tworzył reklamy m.in. dla takich firm, jak Fiat czy Philips. To umożliwiło mu zakup kolejnego samochodu jeszcze przed wojną. Tym razem wybór padł na używane Bugatti T35, za które zapłacił gigantyczną sumę 5 tys. dolarów, czyli około 20 tys. zł (pensja nauczyciela wynosiła wówczas 120 zł).

Przeczytaj również: Romans i polityka w krainie wiecznej wiosny. Gorący urlop marszałka Piłsudskiego

W czasie wojny Tabencki, który świetnie władał językiem niemieckim, odkupował od Niemców uszkodzone samochody, ale również te, które były wyrejestrowane z urzędu i dawał im nowe życie. Założył też swoje przedsiębiorstwo pod nazwą "Żelazołom". Po wojnie zaczął powiększać swoją kolekcję. Skupował samochody pozostawione przez okupantów i pracował w komisji, której zadaniem było odzyskiwanie mienia rozkradzionego przez Niemców - pracował wówczas Ministerstwie Transportu. Ta posada umożliwiała mu pozyskiwanie informacji dotyczących właścicieli pożądanych przez niego modeli samochodów. Choć nie ma na to niezbitych dowodów, mówi się, że był funkcjonariuszem Urzędu Bezpieczeństwa w czasach PRL-u.

Kolekcja aut Tadeusza Tabenckiego. Zazdrościł mu cały świat

W czasach świetności jego kolekcja liczyła ok. 300 samochodów i 200 motocykli. Zawierała maszyny z całego świata: polskie samochody małolitrażowe, niemieckie limuzyny, samochody sportowe, a nawet kilka amerykańskich klasyków. Rozkwit jego dokonań łączy się z licznymi plotkami na temat tego, jak zdobywał znakomite perełki motoryzacyjne. Przykładowo Mercedes 500K, który został wyprodukowany zaledwie w kilkunastu sztukach, wykupił z rządowych garaży, a następnie wypożyczał go do filmów. 

Przeczytaj również: Zakonnica pokochała mnicha. Odeszli z Kościoła, by żyć razem

Ciekawostką wartą zapamiętania jest fakt, że w PRL-u samochody przedwojenne można było kupić stosunkowo tanio. Mało kogo było bowiem stać na "pojenie" paliwem starszych modeli samochodów, zatem właściciele po prostu chcieli się ich pozbyć, co niewątpliwie cieszyło Tabenckiego.

Początek słynnej legendy miejskiej o cmentarzysku samochodów miał miejsce w latach 60., gdy Tabencki przeniósł się z Krakowa pod Warszawę. Powodem przenosin było przede wszystkim znalezienie odpowiedniego miejsca, które byłoby niejako schronieniem dla jego coraz większej kolekcji zabytkowych samochodów. To właśnie w Grodzisku Mazowieckim zakupił dwie sąsiadujące ze sobą działki, na których znajdowały się najcenniejsze i najbardziej luksusowe auta. To właśnie tam Tabencki trzymał takie skarby motoryzacji jak Mercedes Grosser używany przez Göringa, Renault Fregata z 1952 r. należące do premiera Cyrankiewicza, Opel GT Andrzeja Jaroszewicza, Plymouth Romana Polańskiego i Porsche 911 Maryli Rodowicz. Legenda głosi, że Tadeusza Tabenckiego odwiedził nawet sam Ferry Porsche, czyli syn Ferdinanda Porsche. Kolekcjoner był sławny w swojej branży zatem nie tylko w kraju, ale i na całym świecie.

Koniec sielanki i cmentarzysko samochodów

Sielanka zaczęła się rozmywać w latach 90. ubiegłego wieku. Wówczas zbiorami zaczęli interesować się złodzieje, którzy włamywali się na posesję i powoli rozkradali jej zawartość. Złodzieje próbowali zabrać jak najwięcej aut i motocykli, a czasem wymontowywali pojedyncze części. Zaczęło się nachodzenie i groźby śmierci w kierunku Tabenckiego, który wykręcał koła z samochodów, by utrudnić rabusiom kradzieże. Później zaczął parkować je na parkingu tak, aby nie dało się ich wynieść z posesji bez uruchamiania silnika. Na drobnych złodziejaszkach się nie skończyło - wkrótce podwarszawską posesję zaczęli odwiedzać prawdziwi przestępcy, którzy skłonni byli pobić każdego, kto przeszkodzi im w łupach, a z czasem również mężczyźni, którzy chcieli rozwiązać kwestie spadkowe i przejąć kolekcję Tabenckiego.

Mężczyzna zmarł w 1996 roku - prawdopodobnie ze starości, choć jedna z legend głosi, że został zamordowany przez nieznanych sprawców. Po jego śmierci nie było chętnych do dalszego zajmowania się zabytkowymi samochodami. Jedna z teorii głosi, że jego syn nie uzyskał praw do spadku ze względu na problemy psychiczne i niechętnie interesował się losami kolekcji, inna zaś, że nie dbał o kolekcję, ponieważ był regularnie zastraszany przez złodziei, którzy nieprzerwanie sięgali po łatwy łup. Kolekcja zaczęła niszczeć i maleć. 

Ponoć w samym dniu śmierci Tabeckiego z posesji skradziono aż 12 aut. Katastrofa nabierała tempa. Sąsiedzi, którzy zgłaszali kradzieże, byli zastraszali przez przestępców, a policja umywała ręce. Pozostałe auta niszczały przez warunki atmosferyczne. Złodzieje byli wynajmowani nawet przez zagranicznych kolekcjonerów. Ich determinacja sięgała do tego stopnia, że samochody po kradzieży były rozbierane, wywożone poza granice Polski i składane dopiero na miejscu. Kilka aut odnaleziono po latach np. w Szwajcarii.

W ten sposób działki zamieniły się w swoiste cmentarzysko samochodów. Ponoć kilka eksponatów w dalszym ciągu jest dobrze ukrytych i być może nigdy nie ujrzy już światła dziennego. Ostatnie części samochodowe zostały wyniesione z działki w 2016 roku. Teraz działka jest opustoszała - jest na niej jedynie stary dom i pusty garaż.

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy