Reklama

Reklama

Depresja: Nasza nowa twarz

"Bo Burnham: Inside" jest filmem, na którym można płakać ze śmiechu, ale gdy się skończy, widz będzie czuł głęboki smutek. To obraz o tym, jak wygląda nasz współczesny świat, przefiltrowany przez depresję.

Depresja - słowo odmieniane przez wszystkie możliwe przypadki. Powinno być najmodniejszym słowem roku, też dzięki pandemii, która wyciągnęła trupy z szafy i stworzyła nowe. Depresję mają biedni i bogaci, sławni i zwyczajni, ładni i brzydcy. A jeśli jej nie mają, to pewnie już są po, albo wszystko przed nimi. "Oczywiście, że mam depresję, przecież jestem inteligenta" - mówi tytułowa bohaterka serialu "Olive Kitteridge" (w tej roli zawsze świetna Frances McDormand).

Seriale zresztą są lustrzanym odbiciem rzeczywistości, przynajmniej te ambitne, poruszają więc tematy, które są najbardziej aktualne. Dużo ich powstaje właśnie o niemocy, jest w czym wybierać, można więc szukać bohaterów, z którymi łatwo się identyfikować. "Bo Burnham: Inside" idzie o krok dalej.

Reklama

Choć porusza temat depresji, nie jest dramatem, lecz musicalem jednego aktora, który pięknie wyśpiewuje swoje historie, żonglując ironią, sarkazmem, poczuciem humory i groteską. I czasem tylko pokazuje małe odpryski ciemności, których nikt by nie zniósł i nie chciał oglądać, w końcu od Bo się wymaga. Jest wybitnym standuperem, więc daje radę, a jakże! Ma zapewnić rozrywkę i basta.

Piosenka, w której pozuje na idealną bohaterkę Instagrama wyciska łzy. Śmiechu, rzecz jasna. Pozostałe utwory mówią o relacjach międzyludzkich, samoświadomości, miejscu w jakim jesteśmy - czyli bardziej o życiu online niż realu.

Można się pośmiać przy erotycznej piosence, gdzie dwoje zakochanych przesyła sobie emotikonki budujące seksualne napięcie, dopóki człowiek sobie nie uświadomi, że cała ta namiętność jest żenująca, że przecież o wiele lepiej byłoby kochać się dosłownie, nie ze smartfonem. Albo przy krótkim utworze, gdzie Bo ubrany w karykaturalny strój, nawiązujący do stylizacji Eltona Johna, gra na pianinie, śpiewając tylko dwa słowa: "Jeff Bezos". 

Tak, to oda na cześć twórcy i właściciela Amazona, który dokładnie rok temu zdetronizował Billa Gatesa, stając się najbogatszym człowiekiem na świecie.

O każdej z piosenek można by napisać osobny tekst, analizując jej zawartość, każda jest niczym kapelusz, w którego zamiast królika wyciągasz problem. Mało prawdopodobne, by któryś z nich nie dotyczył ciebie. Burnham dobrze zna ludzką psychikę, zdążył wszak poznać siebie - miał na to pięć lat, gdy zaczął się leczyć, bo depresja doprowadziła go do takiego stanu, że na scenie dostawał ataków paniki. Tabletki pomogły, terapia pomogła, ale rysa została. Widzom trudno uwierzyć, że ktoś, kto zarabia na życie rozśmieszając innych, jest aż tak bezgranicznie smutny, więc zwyczajnie mu nie wierzą.

Nie chcę zdradzać sceny finałowej, chcę, żeby jak najwięcej ludzi obejrzało ten film. Powiedzieć, że jest wybitny, to nic nie powiedzieć. Depresja jest naszym wirusem. Całkiem możliwe, że pogłębia ją wszystko to, co odciąga od prostego życia. Mamy więcej, więc nasz mózg dostaje mniej - dotyku, bliskości, czasu.

Nie pamiętam, kiedy usłyszałam od kogokolwiek z moich znajomych - dzieci czy dorosłych - zdanie: "Nudzi mi się". Nuda już nie występuje. Zabrano nam ją, bo za dużo mamy wszystkiego, z czego można korzystać i większość z nas nie wyrabia na zakrętach.

Nie wiem, ile jest Bo Burnhama w "Bo Burnham: Inside". Nie wiem czy chciałabym wiedzieć. Wierzę mu, podziwiając jednocześnie za to, że ból i cierpienie potrafi opakować niczym cukierka, w kolorowy papierek. Jest słodko. Jest przerażająco smutno.  

Czytaj także:

Czego wstydzą się kobiety?

Seksualność Polaków. Jak pokonać lęki i uprzedzenia?

Ryszard Lasota z "Sanatorium miłości" będzie ojcem? 

Zobacz także:

Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy