Reklama

Reklama

Anna Mieszczanek: Ten świat całkowicie się rozsypał

Bałam się niepewności, tego, co teraz z nami będzie - mówi o stanie wojennym Anna Mieszczanek /Marek MICHALAK/East News /East News

- Przez pierwsze trzy dni patrzyłam na to wszystko z perspektywy Polski, nie myśląc, jakie ja poniosę konsekwencje takiego stanu rzeczy. W połowie stycznia wyrzucili mnie z pracy, bo władza wzięła się za dziennikarzy. Dla mnie stan wojenny nie trwał tyle, ile podaje się w książkach do historii. Trwał znacznie dłużej, w zasadzie przez całe lata 80. A to dlatego, że konsekwencje wprowadzenia stanu wojennego odbijały się echem jeszcze przez wiele lat po jego oficjalnym zakończeniu - mówi w rozmowie z Interią Anna Mieszczanek - autorka książki pt. "Dzień bez Teleranka. Jak się żyło w stanie wojennym".

Łukasz Piątek, Interia.pl: - Jakie emocje towarzyszyły pani 13 grudnia 1981 r.?

Anna Mieszczanek, autorka książki "Dzień bez Teleranka": - Zdziwienie. Zdziwienie, że to było możliwe. Myśmy żyli trochę w bajce, zresztą piszę o tym w książce. Niby słyszeliśmy i widzieliśmy, co się dzieje dookoła. Niby było wiadomo, że ta władza musi coś jednak zrobić, że za chwilę będzie jakaś katastrofa. Ale wszyscy mieliśmy nieprawdopodobną nadzieję, że wszystko skończy się dobrze.

- Pamiętam tamten poranek w Warszawie. Był lekki mróz, ale świeciło słońce. Wsiadłam do tramwaju, żeby dojechać do Pałacu Kultury, gdzie miał się odbyć kolejny dzień Kongresu Kultury przygotowanego niezależnie od władzy przez 40 stowarzyszeń naukowców i twórców.

Reklama

Towarzyszył pani strach?

- Bałam się niepewności, tego, co teraz z nami będzie. Kiedy dzieją się takie sytuacje, człowiek ten strach "upycha z tyłu głowy" i robi to, co ma do zrobienia. Dla mnie było ważne, żeby pojechać do Pałacu Kultury, żeby na własne oczy przekonać się, co tam się dzieje. Oczywiście widziałam już wtedy w telewizji generała, ale chyba nawet nie dosłuchałam go do końca. Strach musiał być. Choć pamiętam go jak przez mgłę.

Trzy dni przed wprowadzeniem stanu wojennego świętowała pani swoje 27. urodziny. I nagle świat się zawala...

- Tak, ten świat całkowicie się rozsypał. Przez pierwsze trzy dni patrzyłam na to wszystko z perspektywy Polski, nie myśląc, jakie ja poniosę konsekwencje takiego stanu rzeczy. W połowie stycznia wyrzucili mnie z pracy, bo władza wzięła się za dziennikarzy. Dla mnie stan wojenny nie trwał tyle, ile podaje się w książkach do historii. Trwał znacznie dłużej, w zasadzie przez całe lata 80. A to dlatego, że konsekwencje wprowadzenia stanu wojennego odbijały się echem jeszcze przez wiele lat po jego oficjalnym zakończeniu.

- Pamiętam pierwszą wiosnę 82 r. Mieliśmy wtedy z mężem ogródek. Kupiliśmy nieduży namiot foliowy. To był ten jeden jedyny raz, kiedy w swoim życiu uprawiałam paprykę i bób. To nam pozwoliło przetrwać.

Powiedziała pani, że konsekwencje wprowadzenia stanu wojennego ciągnęły się latami. Pani jeszcze w roku 1984 nosiła w torebce szczoteczkę do zębów i ciepłe skarpety na wypadek aresztowania...

- Współpracowałam z podziemną Kartą, mocno się angażowałam. Nie byłam w podziemiu od samego początku, ale miałam świadomość, co mnie czeka, jeśli przyłapią mnie z maszynopisem do kolejnego numeru czy książki albo z ulotkami. Doskonale widziałam, kto trafiał do aresztu, więc ryzyko i strach z nim związany były namacalne i bliskie.

Zawsze pani wierzyła, że to kiedyś się skończy i wróci normalność?

- Po 1984 r., kiedy zamordowano Przemyka i księdza Jerzego, przyszedł moment załamania. Nadzieja znikała. Później wielokrotnie się zastanawiałam, skąd my, Polacy, po tym przetrąceniu kręgosłupa, jakim był stan wojenny, mamy jeszcze energię, żeby kolejny raz się podnieść.

Często mówi się o tej niesamowitej więzi solidarnościowej wśród Polaków z tamtych czasów. Co się stało z Polakami przez te kilkadziesiąt lat?

- Ja zwracam uwagę na wrzesień 1986  r., który, moim zdaniem, mógł zaważyć na tym, co się z nami dzieje dzisiaj. Wówczas Lech Wałęsa "ominął" podziemną, solidarnościową strukturę, stanowiącą rodzaj władzy podziemnej Solidarności - Tymczasową Komisję Koordynacyjną - i założył Tymczasową Radę NSZZ Solidarność. To jest moment, kiedy duża grupa uczestników fali solidarnościowej poczuła się mocno odsunięta. Później przeniosło się to na Okrągły Stół, przy którym brakło wielu rozczarowanych różnymi decyzjami działaczy. Myślę, że zwyczajny ludzki zawód i bezsilność części "odrzuconych" solidarnościowców sprawiły, że ciągnie się to za nami do dzisiaj.

Jaka jest pani pierwsza myśl, kiedy pada pytanie - co pani straciła bezpowrotnie przez stan wojenny?

- Prostą ścieżkę kariery. Zawsze chciałam robić duże wywiady z ludźmi. Przez pierwsze półtora roku pracy udawało mi się. Stan wojenny sprawił, że moje marzenia zawodowe mocno wyhamowały.

Nigdy nie pomyślała sobie pani, a zwłaszcza w tych momentach najbardziej kryzysowych i beznadziejnych, że przecież o wiele łatwiej by się żyło, gdyby się z władzą bratać?

- Całkiem niedawno zdałam sobie sprawę, że dzień mojego urodzenia - 10 grudnia, pokrywa się z bardzo ważną datą - otóż 10 grudnia 1948 r., Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło Powszechną Deklarację Praw Człowieka - czyli najważniejszy dokument dotyczący praw człowieka.

- Nigdy nie pomyślałam, że skoro jest mi tak ciężko, to stanę po stronie tych silnych. Bardziej towarzyszyła mi myśl, że trzeba nauczyć się negocjować w tych trudnych warunkach.

Powiedziała pani niedawno, że pisząc tę książkę, zdała sobie sprawę z tego, że nie przerobiła w sobie stanu wojennego. Od razu nasuwa mi się pytanie: czy praca nad książką była dla pani jakąś formą terapii?

- Myślę, że to się okaże dopiero za jakiś czas.  Na tym etapie, w którym rozmawiamy, głównie czuję ciężar tego czasu.  Mam wrażenie, że na to, co może przyjść, a mam na myśli akceptację na najgłębszym, ludzkim poziomie fakt, że przecież to przetrwałam, muszę jeszcze poczekać.

- Pisząc książkę jeszcze mocniej zaczęłam zdawać sobie sprawę z tego, co myśmy przeżyli. Co zrobiono mojemu pokoleniu. Nie mówię już nawet o represjach czy czołgach na ulicach. Przecież przed tym wszystkim mieliśmy jakieś minimalne zaufanie do władzy - mimo tego, że zdawaliśmy sobie sprawę, kto tę władzę stanowi.

O jakim zaufaniu pani mówi?

- Że pewnych rzeczy obywatelom się nie robi. Ponadto, jak porównuję tamtą sytuację z tą naszą, dzisiejszą, to prawdę mówiąc robi się niewyraźnie. Można jednak wychwycić z tego jakąś mądrość - wszystko jest do przeżycia.

Ma pani na myśli teraźniejszą Polskę?

- Myślę o tym, co w ogóle dzieje się ze światem, nie tylko o Polsce. Globalnie patrząc, tracimy coraz bardziej wpływ na to, co się będzie z nami działo. Takie mam wrażenie. Coraz bardziej zanikają realne ścieżki ingerowania obywatela w różne sprawy. One owszem jeszcze są, ale stają się coraz trudniejsze, stają się zawłaszczane przez każdą władzę - nie mam na myśli tylko naszej polskiej. I to mi się wydaje niebezpieczne.


***
Zobacz także: 

Burzliwe życie księżnej Stefanii, czyli klątwa Grimaldich

Tam życie kobiety jest warte tyle, co worek jedzenia

Wzorcowa "niemiecka" wieś w Polsce. Jak dziś wygląda tu życie? 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje