Reklama

Reklama

Barbie: Lalka, której nikt nie chciał

Ruth Handler podczas 35. urodzin Barbie, fot. Robert Clark /East News

Ruth Handler potrafiła sprzedać dosłownie wszystko. W 1959 roku przyjechała do Nowego Jorku na krajowe Targi Zabawek przekonana, że lalka, którą stworzyła, podbije świat. Jednak od siedmiu lat musiała walczyć z krytykantami. Ta lalka to zupełnie nietrafiony pomysł - mówili. Mimo wszystko do tej pory Barbie jest najsłynniejszą lalką na świecie.

Przeczytaj fragment książki "Barbie i Ruth":

Jako czterdziestotrzyletnia wiceprezes Mattel Inc. Ruth stworzyła w 1944 roku raczkujący biznes, który z czasem przekształcił się w trzecią największą firmę produkującą zabawki w Ameryce. Mattel Inc., z siedzibą w Hawthorne na obrzeżach Los Angeles, był wart 14 milionów dolarów. Ruth - drobna, niewysoka kobieta, "petarda" z uśmiechem na ustach i porywczym temperamentem - w ciągu czterech lat potroiła wielkość firmy. Z pomocą męża Elliota, który był głównym projektantem zabawek, udało jej się wygryźć największych rywali na rynku - Louis Marx and Company oraz Kenner Products. Obroty Mattela niedługo przewyższą obroty obu tych firm.

Reklama

Lalka na targach

Ruth udała się prosto do hotelu New Yorker, gdzie jedna z sal została zmieniona w przestrzeń ekspozycyjną. Targi cieszyły się tak wielką popularnością wśród wystawców, że stanowiska z zabawkami opanowały również hotele, które sąsiadowały z głównym holem New Yorkera. Łóżka, krzesła i stoły zostały wywiezione, by zrobić miejsce na rozbudowane wystawy, takie jak ta promująca lalkę Ruth.

Ruth chciała wyglądać wyjątkowo modnie, więc wybrała ubranie, które podkreślałoby jej wąską talię oraz pełny biust. Przechadzając się tam i z powrotem pomiędzy stanowiskami, oceniała krytycznym okiem i poprawiała każdą trzydziestocentymetrową ekspozycję - w pełni świadoma, ile od niej zależy. Złożyła ogromne zamówienie u swoich japońskich wytwórców - 20 tysięcy lalek tygodniowo, do których potrzebne było 40 tysięcy elementów ubrań zaprojektowanych tak, by idealnie otulały drobną, choć wyjątkowo zmysłową figurę zabawki. Chociaż koszt umieszczenia oraz ściągnięcia takiej ilości inwentarzu ze sklepowych półek nie był jedyną kwestią, która zaprzątała myśli kobiety.

Ruth martwiła się również o swoją wiarygodność. Założyła tę firmę, a mężczyźni w tej przesiąkniętej testosteronem branży obdarzyli ją kredytem zaufania ze względu na jej wrodzony talent do prowadzenia biznesu. Jednak jeszcze nigdy nie wymyśliła i nie zaprojektowała żadnej zabawki. Poza tym wykazywała czasami wręcz irracjonalny optymizm, który napędza przywódców i nie zostawia zbyt wiele miejsca na porażkę. I chociaż firmowi projektanci wielokrotnie powtarzali, że sprawienie, aby ta lalka odniosła rynkowy sukces, graniczyło z cudem, ona i tak zrealizowała do końca swój projekt.

To nie było bawidełko

Ruth zapalała jednego papierosa od drugiego. Wyszczekiwała polecenia okraszone wyrazami, które nie przystoją damie i wycierała najmniejsze drobinki kurzu. Jej zuchwałe zachowanie skrywało inny, znacznie bardziej osobisty powód, dla którego ta konkretna zabawka była dla niej taka ważna. W oczach Ruth ta drobna lalka była czymś więcej niż tylko kolejnym bawidełkiem. Była zdeterminowana, by przekonać nabywców, że owa plastikowa zabawka zajmie bardzo istotne miejsce w życiu każdej małej dziewczynki. (...)

Przed Targami Zabawek media kompletnie ignorowały lalkę Ruth. Zważywszy, że wyobraźnię Amerykanów zdominował wtedy podbój kosmosu, "New York Timesa" interesowała głównie dwuetapowa, stucentymetrowa plastikowa rakieta, która potrafiła wystrzelić na wysokość 60 metrów. Miniaturową atrapę zaprojektował sam Jack Ryan - były inżynier pracujący przy tworzeniu pocisków rakietowych Sparrow dla Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych - po tym, jak Mattel wywabił go z jego poprzedniej posady w firmie Raytheon. Firma Ruth mogła się pochwalić wszelkimi przywilejami, jakie zapewniała współpraca z poważną firmą produkującą samoloty - posiadała własny wydział nauki i rozwoju oraz dwudziestu dyplomowanych inżynierów dysponujących pokaźnym budżetem, który umożliwiał wymyślenie kolejnego hitu w świecie zabawek dla dzieci. Skrupulatnie wyselekcjonowani ze względu na ich niezwykłą kreatywność oraz nieposkromionego ducha rywalizacji, szybko dorobili się ksywy "grupa innowatorów". Oczekiwało się po nich, że myślami będą o dobrych kilka lat do przodu, rozwiązując w ten sposób problem ewentualnej konkurencji.

Taka zabawkowa rakieta trafiała do grupy dziesięciu inżynierów przemysłowych, którzy mieli za zadanie stworzyć plan produkcji. Ruth tłumaczyła w jednym z wywiadów, że każda nowa zabawka wymagała przygotowania około stu zestawień kosztów, zanim rozpoczął się etap projektowania. Jako założycielka firmy mocno wierzyła w systemy zarządzania i produkcji, które wypracowała. Fabryki Mattela były znacznie bardziej zmechanizowane niż te, którymi mogła pochwalić się konkurencja. Koszty także prezentowały się zgoła inaczej. Jak zwykle balansując na granicy zuchwalstwa, Ruth chwaliła się w "New York Timesie": Z naszym systemem spokojnie moglibyśmy produkować prawdziwe samoloty i rakiety. Jednak zamiast tego - napędzana geniuszem Elliota - Ruth zaopatrywała powojenny rynek w zabawki dla dzieci, których wtedy tak brakowało.

Ta utalentowana para szybko zapracowała na reputację twórców sprytnych i niedrogich zabawek, zbijających kapitał na kulturze popularnej. W obawie przed kradzieżą pomysłów Ruth nie ujawniała żadnych informacji na temat planowanych nowości, które miały swoją premierę dopiero na Targach Zabawek. Decydowała się również na projekty, które ciężko było skopiować, ale jednocześnie łatwo zastrzec prawami autorskimi. W 1959 roku salony wystawowe Mattela opanowały już hotel, w którym Ruth czekała na kupców. Podczas gdy w przedsionkach i korytarzach setki mniejszych firm próbowały przekonać potencjalnych nabywców, by rzucili okiem na ich nowe projekty, Mattel umawiało się z klientami na indywidualne prezentacje - dokładnie wyreżyserowane i odpowiednio dramatyczne. Kupcy reprezentujący większe marki potrafili obracać do góry nogami swoje plakietki, żeby zmylić agresywnych nawoływaczy, ale jeśli w grę wchodziła firma Mattel - sami wyszukiwali ich przedstawicieli. Poprawiając gęste brązowe włosy, które ułożyła w elegancką falę opadającą na jej szerokie czoło, Ruth wypatrywała tego jednego, jedynego człowieka, który mógł wszystko zmienić.

Czekając na tego jedynego

Wśród tysięcy zarejestrowanych nabywców, którzy pojawili się na Targach Zabawek, nikt nie był równie ważny i wpływowy jak Lou Kieso, reprezentujący największego amerykańskiego detalistę - Sears, Roebuck. Jego opinia potrafiła zadecydować o piorunującym sukcesie bądź sromotnej porażce danej zabawki na rynku. Zamówienie złożone przez tego mężczyznę oznaczało miejsce na półkach sklepowych w całym kraju oraz reklamę w rozchwytywanym świątecznym katalogu Searsa. Kieso był już przychylny firmie Mattel w przeszłości, więc Ruth tym bardziej zależało na tym, by jej najnowsze "dziecko" trafiło tam, gdzie jego miejsce - do popularnych sklepów sieci Sears.

Na tamten moment Sears budował duże markety na przedmieściach Ameryki już od ponad dziesięciu lat. Amerykanie wyciągali z portfeli karty kredytowe Searsa, kiedy tylko mieli ochotę nabyć nowe ubrania, zabawki czy urządzenia - wraz z towarzyszącymi im umowami serwisowymi. Niektórzy mieszkali nawet w domach Searsa, poskładanych z zestawów, które można było zamówić drogą pocztową do 1940 roku.

W pokoju, w którym czekała Ruth, ciężkie hotelowe zasłony zostały zasunięte, umożliwiając kontrolowane podświetlenie każdej ekspozycji. Najbardziej spektakularna z nich przedstawiała białą, krętą klatkę schodową i pojedynczą, trzydziestocentymetrową lalkę stojącą na przedostatnim schodku od góry. Miała ona na sobie śnieżnobiałą suknię ślubną z rozkloszowaną spódnicą, która omiatała schody. Jej gładką twarz i blond włosy okalał maleńki, choć wyjątkowo realistyczny welon, a w ruchomych rękach lalki znajdywał się stosunkowo duży bukiet kwiatów. Wydawała się chodzić na palcach, choć przez każdą z jej stóp przechodził niewidoczny pręt, który mocował ją do podłoża. Ślubną lalkę otaczało jeszcze dwadzieścia jeden innych figurek - każda o takiej samej twarzy i proporcjach, choć różniące się kolorem włosów i ubiorem. Tematyczne ekspozycje prezentowały między innymi lalkę typu Plantation Belle ubraną w letnią sukienkę w paski oraz pasujący kapelusz oraz lalkę w prostym czarno-białym, pasiastym stroju kąpielowym, wyposażoną dodatkowo w małe okulary przeciwsłoneczne, złote okrągłe kolczyki oraz buty z odkrytymi palcami. Blondynek było dwa razy więcej niż brunetek.(...)

Następczyni tekturowych wycinanek

Na początku lat 50. w sklepach można było znaleźć różne papierowe lalki - najpopularniejsze były zwierzęta, dzieci, bobasy, całe rodziny oraz postaci z bajek i legend. Ruth jednak zauważyła, że mając tak szeroki wybór, dziewczynki skupiały się głównie na jednym rodzaju lalek - dorosłych kobietach. (...)

Ruth fascynował sposób, w jaki córka i jej koleżanki trzymały tekturowe kobiety niczym kukiełki i prowadziły długie dyskusje na temat dorosłego życia - a przynajmniej tego, jak sobie to życie wyobrażały. Z czasem zauważyła, że personifikowały się z lalkami, widząc same siebie w rolach, które przypisywały zabawkom. Naśladowały również sposób, w jaki dorośli prowadzą rozmowy.

Tekturowe wycinanki miały jedną ważną zaletę ­ wymienną garderobę, ale ubrania mocowało się przy pomocy mało efektywnych zakładek, a efekt końcowy pozostawiał wiele do życzenia. Przy czym same lalki były płaskie i jednowymiarowe, nie ułatwiając zadania dziecięcej wyobraźni.

Ruth zastanawiała się, o ile szczęśliwsze byłyby małe dziewczynki na całym świecie, gdyby zamiast marnych papierowych lalek miały do dyspozycji pełnowymiarowe lalki przedstawiające dorosłe kobiety. Lata później zwierzała się dziennikarzom: Wiedziałam, że jeśli tylko udałoby nam się wykorzystać ten rodzaj zabawy i stworzyć trójwymiarowe lalki, dokonalibyśmy czegoś naprawdę wyjątkowego. Wyobrażała sobie miniaturową kobietę ze sztucznego tworzywa, ubraną w realistycznie wyglądające ubrania, może nawet z odrobiną makijażu i pomalowanymi paznokciami.(...)

Ruth i Elliot rozważali możliwość poszerzenia swojej oferty o lalki, ale zależało im na tym, aby znaleźć dla siebie jakąś unikalną niszę. Nigdy nie wchodziliśmy w żaden biznes w taki sam sposób, jak robiły to inne firmy. Nigdy nie wzorowaliśmy się na innych - wspominała potem Ruth. Jednak kiedy przedstawiła swój pomysł na "dorosłą" lalkę Elliotowi, ten nie przyjął go z entuzjazmem. I choć zazwyczaj wspierał żonę we wszystkim, co postanowiła, tym razem tłumaczył: Ruth, żadna matka nie kupi swojej córce lalki, która ma biust. Zdaniem dobrej znajomej, Fern Field, Ruth była załamana jego reakcją. Reszta całkowicie męskiej załogi Mattela poparła zdanie Elliota. Nie mieli nic przeciwko zabawkowym pistoletom i rakietom, instrumentom muzycznym i innym typowym zabawkom dla dzieci, ale lalka, którą opisała im Ruth, nie mieściła im się głowach. Powtarzali jej, że matki będą przerażone na myśl o lalce, która wygląda seksownie. Wymarzona lalka Ruth miała zdecydowanie zbyt kobiece kształty. Rodzice podnieśliby raban. Chłopcy i dziewczynki nie tylko bawili się odmiennymi zabawkami - wyrastali również na mężczyzn i kobiety, którzy tworzyli odmienne zabawki.

Tłumaczyli jej również, że wyprodukowanie tak niewielkiej, a zarazem bardzo szczegółowej plastikowej lalki jest niewykonalne. Poza tym nawet jeśli udałoby im się tego jakoś dokonać, koszty produkcji przewyższałyby ewentualne dochody ze sprzedaży. Ruth chciała mieć realistyczne ubrania - z zamkami, zaszewkami oraz wykończonymi rąbkami. Chciała, by jej lalki miały eyeliner na oczach, róż na policzkach oraz kolorowy lakier na paznokciach. Koszty skonstruowania form i potrzebnej maszynerii - nie wspominając już o powojennych stawkach - czyniły z wizji Ruth wyjątkowo drogi eksperyment. Dlaczego po prostu nie zostanie przy zarządzaniu i marketingu? - projektanci szeptali pod nosami.

Jednak nic tak nie motywowało Ruth, jak stwierdzenie, że czegoś nie da się zrobić. Wycofała się o krok, a powstały impas ciągnął się do czasu, aż Barbara stała się nastolatką - wciąż bawiącą się papierowymi lalkami. Wtedy, w 1956 roku, na rodzinnych wakacjach w Europie Ruth znalazła dokładnie to, czego potrzebowała, by sprawić, że projektanci zmienią zdanie.

Lilli z Lucerny

Handlerowie zaplanowali sześciotygodniową wycieczkę po Europie, trwającą od połowy lipca do początku września. Razem z dwójką swoich dzieci popłynęli w rejs na pokładzie Queen Mary z Nowego Jorku do Anglii. Tam zatrzymali się na tydzień w Londynie, po czym pojechali prosto do Paryża. Stamtąd prywatny samochód wywiózł ich aż w Alpy Szwajcarskie, do hotelu Grand National w Lucernie, położonego bezpośrednio nad brzegiem Jeziora Czterech Kantonów. Pierwszego dnia wyjechali kolejką na szczyt góry Pilatus, po czym wybrali się na rasową wycieczkę po Alpach, odwiedzając nawet lodowiec będący źródłem rzek Ren i Rodan. Zanim wyruszyli do Wenecji, zrobili sobie wolny dzień, by na spokojnie zwiedzić malownicze szwajcarskie miasteczko i przy okazji zrobić zakupy. Kiedy tak spacerowali po wybrukowanych uliczkach, natknęli się na sklep z zabawkami - najpewniej należący do Franza Carla Webera, słynnego wytwórcy zabawek. Syn Ruth, Ken, który miał wtedy 12 lat, chciał z miejsca wejść do środka, ale jego matka i piętnastoletnia siostra zamarły przed wystawą sklepową. Tuż obok klasycznych drewnianych lalek zobaczyły twardą, plastikową. Lalka ta nazywała się Lilli.

Lalki Lilli miały nieproporcjonalnie wydłużone kończyny, przywodząc na myśl trójwymiarową wersję postaci znanych z komiksów, i były ubrane w przepiękne kostiumy. Jedna miała na sobie kombinezon narciarski, inna typowo europejski strój. Ruth i Barbara jeszcze nigdy nie widziały takich lalek, więc Ruth zaproponowała, że kupi córce pokazowy egzemplarz, który będzie mogła wystawić sobie w pokoju, jako że już od jakiegoś czasu dziewczyna nie bawiła się lalkami. Barbara była wniebowzięta, choć miała trudności z wyborem pomiędzy tak odmiennymi strojami. Ruth chciała kupić osobno same ubrania, ale poinformowano ją, że nie ma takiej możliwości. Jeśli kupujący chciał mieć do dyspozycji inny kostium, musiał kupić go razem z lalką.(...)

Plastikowe lalki Lilli mierzyły niecałe trzydzieści centymetrów, a każda z nich miała tę samą twarz dorosłej kobiety - z wąskimi brwiami w kształcie litery V, oczami patrzącymi na bok oraz prowokacyjnie wydętymi czerwonymi ustami. Miały także długie zgrabne nogi, imponujący biust oraz wąskie talie.(...)

Lilli przybrała formę lalki zaledwie cztery lata przed podróżą Ruth do Europy - wtedy też jej twórca, rysownik Reinhard Beuthien, nawiązał współpracę z projektantem Maxem Weissbrodtem. To właśnie ta dwójka dostrzegła w niej ogromny potencjał i uwolniła Lilli z kart komisu, przekształcając ją w zmysłową, trójwymiarową zabawkę. Weissbrodt pracował dla hamburskiej firmy O & M Hausser, która od 1904 roku słynęła ze swoich odlewanych figurek wykonanych z oryginalnej firmowej mieszanki materiałów zwanej Elastolin, a do lat 50. mogła się już pochwalić sporymi innowacjami w pracy z plastikiem. Lilli - ze swoimi długimi nogami zakończonymi odlewanym czarnym bucikiem - niewiele brakowało do prostytutki, a należy pamiętać, że w Hamburgu było to zajęcie zgodne z prawem, dopuszczane i aprobowane przez rząd.

Lalki Lilli były sprzedawane w sklepach z tytoniem, barach i sex shopach. Mężczyźni kupowali lalki Lilli jako prezent z podtekstem z okazji wieczoru kawalerskiego, stawiali je na desce rozdzielczej samochodu, zawieszali na lusterkach lub obdarowywali nimi swoje dziewczyny, robiąc z nich sugestywne pamiątki. Lilli była również narzędziem marketingowym dla gazety "Bild". Z czasem ta nietypowa lalka - z dedykowaną garderobą i wachlarzem akcesoriów - stała się również zabawką dla dzieci. Jednak Ruth nie wiedziała nic na temat przeszłości Lilli i nie miało to dla niej najmniejszego znaczenia. Nareszcie miała przed sobą wzór lalki, która podbije świat. Powróciwszy do Kalifornii ze zdobyczą w ręku, z miejsca zabrała się do pracy.

Jack Ryan, szef zespołu badawczego i projektowego w Mattel, miał właśnie lecieć do Japonii, pracować nad kolejnym projektem. Ruth wcisnęła mu lalkę Lilli do walizki. Kiedy już tam będziesz - powiedziała - sprawdź, czy zdołasz znaleźć kogoś, kto byłby w stanie wyprodukować lalkę tej wielkości. Wyrzeźbimy własną twarz i ciało i zaprojektujemy kolekcję ubrań, ale sprawdź, czy zdołasz znaleźć jakiegoś producenta.(...)

Zbyt przypominała prostytutkę

Kiedy Jack Ryan i Frank Nakamura - młody projektant produktu, którego Ryan zabrał ze sobą do Japonii - pokazali Lilli tamtejszym wytwórcom, ci byli zniesmaczeni. Stwierdzili, że wygląda na zołzę przez te cienkie, ostre brwi i mocno wymalowane oczy - Nakamura wyjaśnił potem autorowi M.G. Lordowi. W końcu Ryan trafił na Kokusai Boeki - małą firmę, która zajmowała się dystrybucją zabawek oraz innych produktów na terenie Japonii. Ich sprzęt do formowania rotacyjnego, wykorzystywany do produkcji niskonakładowych lalek, pozostawiał wiele do życzenia, poza tym byli przyzwyczajeni do pracowania z twardym plastikiem.(...)

W Stanach Ruth rozpoczęła poszukiwania lepszego plastiku i wkrótce dowiedziała się o istnieniu plastycznej formy polichlorku winylu, inaczej zwanej PCW. W 1926 roku Waldo Semon - naukowiec zajmujący się chemią organiczną w firmie B. F. Goodrich - próbował połączyć gumę z metalem. Eksperymentując z polichlorkiem winylu, odkrył, że jest w stanie zamienić go w galaretowaty plastik, powszechnie znany jako winyl. Przetestował swoje nowe odkrycie, tworząc przy jego pomocy piłki golfowe oraz obcasy. Z czasem Semon odkrył, że winyl był tani, wytrzymały, ognioodporny oraz łatwy do formowania, jednak dopiero pod koniec lat 30. ta plastyfikowana forma PCW została wprowadzona do powszechnego użytku - najpierw przy produkcji rur i uszczelek. Dopiero II wojna światowa doprowadziła do potężnego wzrostu popytu za sprawą finansowanych przez wojsko fabryk PCW, które produkowały specjalistyczny drut pokryty winylem, używany na okrętach amerykańskiej marynarki wojennej. Pod koniec wojny B. F. Goodrich zdominowało rynek, produkując rocznie ponad 4,5 miliona kilogramów PCW. Polichlorek winylu miał bardzo szerokie zastosowanie - oprócz rur, produkowano przy jego pomocy takie rzeczy jak piłki plażowe, elastyczne zabawki, gruszki medyczne, miękkie butelki, poduszki wypełnione powietrzem czy tapicerowane kanapy.(...)

Podczas gdy zespół z Japonii pracował nad udoskonaleniem procesu formowania, do siedziby Mattela wysłane zostały proste odlewy z galwanicznych form wtryskowych - do akceptacji. Zdaniem firmy lalka zbyt bardzo przypominała prostytutkę, została więc poddana przeróbce. Mattel zatrudniło Buda Westmore’a - makijażystę z wieloletnim stażem, który pracował przy wielu produkcjach filmowych oraz na planie programu telewizyjnego Alfred Hitchcock Presents - by zajął się twarzą lalki. Wdowi szpic (Przedłużenie owłosienia skóry głowy w linii środkowej w kształcie litery "V" - tłum.) Lilli przywodził na myśl kształt serca i akcentował jej wysokie czoło. Zmieniono jej linię włosów na bardziej klasyczną. Projektanci stonowali przesadnie wydęte usta Lilli, choć nadal były one jaskrawo czerwone. Jej ostre, wygięte w łuk brwi przybrały bardziej naturalny kształt, rysy twarzy stały się nieco bardziej obłe, a włosy zostały tak przytwierdzone, by można je było czesać i układać. Zmiany były subtelne, ale Ruth i tak mocno na nie nalegała. W efekcie końcowym Lilli i jej nową siostrę nadal łączyło niezaprzeczalne podobieństwo - wprowadzone zmiany dostrzegała głównie jej nowa twórczyni.

Każda modernizacja formy wymagała przynajmniej sześciu próbnych odlewów. Bariery językowa i kulturowa prowadziły do błędów i nieporozumień. Japończycy nie podzielali gustu Amerykanów i mieli odmienne standardy jakości, a ich fabryka były dosyć prymitywna. Mattel stwierdziło, że lalki z pierwszej dostawy miały zbyt skośne oczy. Potem do piersi lalki dorobiono sutki, pomimo wyraźnych próśb Jacka Ryana, by pozostały gładkie. W końcu mężczyzna darował sobie słowa i przeszedł do czynów. Wyciągnąłem swój mały zaufany szwajcarski pilnik - jak cytuje go Forever Barbie - i ostrożnie, acz dokładnie spiłowałem jej sutki.


Nie Barbara, nie Babs...

Ruth traktowała tę nową lalkę jak swoje dziecko i już na wczesnym etapie prac projektowych nazwała ją na cześć swojej córki - "Barbara". Początkowo chciała użyć ksywki córki, czyli "Babs", ale nazwa była zastrzeżona prawami autorskimi, podobnie jak "Barbara". Za to "Barbie" było wolne, więc na tym stanęło. Pochłonięta produkcją lalki, Ruth zwracała się czasami do córki per "Barbie" - było to przejęzyczenie, które mocno drażniło nastoletnią Barbarę.(...)

Mając do dyspozycji pokaźną kolekcję lalek Lilli i dedykowanych jej strojów, Ruth zaczęła szukać własnego projektanta ubrań. Elliot zasugerował, by zadzwoniła do Chouinard School of Art w Los Angeles. Tam znaleźli Charlotte Buettenback Johnson - amerykańską projektantkę mody, która pracowała w nowojorskiej branży odzieżowej, od kiedy skończyła 17 lat. Rozwiedziona i bezdzietna, przeprowadziła się do Kalifornii, gdzie założyła własną firmę zajmującą się projektowaniem i szyciem ubrań dla dzieci. Prowadziła również zajęcia z projektowania mody w Chouinard. Ruth zaproponowała jej stanowisko prywatnego projektanta ubrań dla nowej lalki, tłumacząc jej: "Chodzi mi o amerykańskie ubrania, które pasowałyby do scenariuszy typowych dla nastolatek. Mam na myśli takie stroje jak suknie na studniówkę, suknie ślubne czy sukienki na rozmowę kwalifikacyjną. Chcę, żeby Barbie mogła ubrać się zarówno bardzo elegancko, jak i całkiem luźno". Ruth postanowiła, że wymienne ubrania będą istotnym czynnikiem zwiększającym wartość Barbie jako zabawki. Ubrania były również potencjalnie najbardziej opłacalną częścią projektu - pod względem stricte finansowym.(...)

Urodzona rok później niż Ruth i wychowana w Omaha, Johnson była nieustępliwa. Podobnie jak swoja pracodawczyni, miała silne opinie na temat mody i projektowania, co dobrze się sprawdzało w jej nowej pracy. Mieszkając w Tokio w sławnym Imperial Hotel -zaprojektowanym przez samego Franka Lloyda Wrighta - stawiała bezlitosne wymogi japońskiemu projektantowi oraz dwóm szwaczkom, z którymi spotykała się sześć dni w tygodniu. Przekonała handlarzy tekstyliami, by wytwarzali materiały zgodnie z jej preferencjami, w małych - a przez to kosztownych - partiach. Nalegała, by bielizna była wykonana z trykotu w pastelowych kolorach. Jej wczesne projekty zawierały dwa staniki bez ramiączek, jedną półhalkę, jedną kwiecistą halkę oraz pas do pończoch. Żaden szczegół nie umknął jej uwadze.

Ruth podkreślała, że to właśnie detale zadecydują o niepowtarzalności Barbie, a także o jej rynkowym sukcesie. Wierzyła, że matki i córki docenią wysiłek, jaki został włożony w produkcję ubrań dla lalki. Lata później Ruth stwierdzi, że konkurencji tak naprawdę nigdy nie udało się skopiować Barbie, ponieważ nie przywiązywała aż takiej wagi do jakości wykonania. (...)

Pięknie prezentująca się w swoim pierwszym stroju - czarno-białym kostiumie kąpielowym w "zebrę" - nowa lalka zdawała się błagać o kolejne elementy garderoby. W tym celu Johnson blisko współpracowała z Ruth - by stworzyć idealne ubrania na miarę marzeń i potrzeb amerykańskich dziewcząt w latach 50. Poza suknią ślubną, która miała stać się częścią spektakularnej ekspozycji na Targach Zabawek, Barbie posiadała strój, w którym mogła kibicować podczas meczu piłki nożnej, zagrać w tenisa i zatańczyć jako balerina. Miała również do dyspozycji peniuar z bufkami oraz suknię balową z bielutką narzutką ze sztucznego futra. Telewizyjne show Donny Reed miało swoją premierę zeszłej jesieni. Nowa lalka Ruth będzie karmiła się fantazjami dziewcząt, które - podobnie jak Reed - widziały się jako szczęśliwe mężatki i matki.

Przygotowanie Barbie do sprzedaży zajęło Ruth trzy lata, po czym z miejsca zatraciła się w marketingu. Entuzjazm Ruth był tak zaraźliwy, że wkrótce wszyscy uwierzyliśmy w jej nowe dzieło - stwierdził jeden z przedstawicieli handlowych, który był obecny na Targu Zabawek w 1959 roku. Lalka całkowicie odbiegała od wszystkiego, co do tej pory znaliśmy, ale logika Ruth była dla nas sensowna. Uważaliśmy, że dzieci, które lubią bawić się papierowymi lalkami, będą zachwycone Barbie. Mattel nazwało lalkę "Barbie - Nastoletnia Modelka", próbując odwrócić uwagę od jej seksualności i wykorzystać fakt, że wiele dziewczynek chciało być równie pięknych i zadbanych jak modelka. Jednak żadna ilość materiałów reklamowych nie była w stanie ukryć proporcji Barbie, oszacowanych jako 99-48-84 w przypadku dorosłej kobiety. (...)

To było jej marzenie

Stojąc pośród ekspozycji Barbie na Targach Zabawek, Ruth emanowała charakterystyczną pewnością siebie. Jedną z moich silnych stron jest fakt, że naprawdę wierzę w swoje przekonania i mam odwagę o nie walczyć - zdradziła dziennikarzowi. Potrafię być bardzo przekonująca i skutecznie pomagam innym otworzyć oczy. Jednak jej brawura malała z każdym potencjalnym kupcem, który pobieżnie oglądał ekspozycje i znikał, pozostawiając po sobie raptem kilka zamówień - lub w ogóle ich nie składając. Przeważającą reakcją na Barbie była niechęć - wspomina przedstawiciel handlowy Mattela. Męscy kupcy uważali, że postradaliśmy zmysły z tymi piersiami, a był to zdominowany przez mężczyzn rynek. W momencie, kiedy do zadymionego pokoju wszedł Lou Kieso, kupiec reprezentujący sieć Sears, Ruth nie wiedziała już, czego ma się spodziewać.

Ruth przywitała Kieso swoim najbardziej olśniewającym uśmiechem, podając mu rękę i patrząc mu prosto w oczy. Oprowadzając go po pokoju, nie omieszkała wspomnieć o profesjonalnych badaniach rynku, jakie Mattel przeprowadził z myślą o lalce, oraz o reklamach telewizyjnych, które firma miała już w planach. Nie zrobiło to dużego wrażenia na Kieso. Kiedy Ruth zaproponowała, żeby zabrał pokazowy egzemplarz lalki do siedziby Searsa w Chicago, odmówił. Wyszedł, nie złożywszy żadnego zamówienia, podobnie jak połowa nabywców, którzy przewinęli się przez ekspozycję Barbie.

Ruth zdała sobie sprawę, że jej plan produkcji był skazany na porażkę. Zgodnie z listą zamówień w ciągu następnych sześciu miesięcy Mattel powinno wyprodukować 20 tysięcy lalek tygodniowo, co zdawało się być rozsądną kalkulacją ze względu na umiejscowienie fabryk. Planowała również sprzedać trzy lub cztery kostiumy na jedną lalkę. Inicjalnie zależało jej na tym, by uniknąć opóźnień w kompletowaniu inwentarza, ale teraz Ruth musiała się zmierzyć z wizją całych magazynów pełnych niesprzedanych produktów. Spanikowana zadzwoniła do Japonii i nakazała obciąć produkcję o 40 procent.

Tamtej nocy, w swoim pokoju w hotelu New Yorker, Ruth wybuchła płaczem. Była bardzo zdenerwowana - wspominał Elliot. Nie wierzyłem, że Barbie odniesie sukces, ale ona była tego pewna. To było jej marzenie. Włożyła tyle wysiłku w zrealizowanie tego projektu. Ruth nie była typem kobiety, która często płakała, ale jeśli już poddawała się emocjom, to dlatego, że miała wielkie serce - stwierdził, wskazując na własne. Barbie była dla niej niczym dzieło sztuki, które kryło w sobie kawałek jej duszy.

Tylko Elliot mógł zrozumieć, ile Barbie tak naprawdę znaczyła dla Ruth. Choć nigdy nie wierzył w niezwykły potencjał rynkowy lalki, rozumiał, dlaczego Ruth była odmiennego zdania. Emanując niepodważalną pewnością siebie, Ruth do znudzenia powtarzała wszystkim niedowiarkom, że małe dziewczynki marzą tylko o tym, aby być dużymi dziewczynkami. Była pełna pasji i nieustępliwa, ponieważ nie mówiła o jakichś tam małych dziewczynkach. Ruth mówiła o jednej konkretnej małej dziewczynce - tej, która zanim wyszła za mąż za Elliota, znana była jako Ruthie Mosko.

Fragment książki "Barbie i Ruth" Robin Gerber. Wydawnictwo Kobiece. Premiera: marzec 2017 r.

Chociaż Ruth Handler rządziła imperium zabawek, jej życie nie przypominało sielanki z domku dla lalki, którą stworzyła... Robin Gerber, bazując na tekstach źródłowych, wywiadach i niedostępnych wcześniej materiałach odkrywa fascynującą historię twórczyni kultowej lalki Barbie, wizjonerki, mistrzyni sprzedaży i marketingu, pasjonatki i pracoholiczki, kobiety, która dzięki niesamowitej przedsiębiorczości i intuicji w czasach bezwzględnej dominacji mężczyzn w biznesie stworzyła potęgę, jaką była firma Mattel, a potem przyczyniła się do jej upadku. Nigdy się jednak nie poddała.

Skróty i śródtytuły pochodzą od redakcji.

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

https://allegro.pl/kategoria/zabawki-11818

Styl.pl/materiały prasowe

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy