Reklama

Reklama

Dagmara Bożek: W polarniczkach płonie prawdziwa pasja

- Jeśli ktoś interesuje się nauką, patrzy na obszar polarny jak na obiekt zainteresowania. Ma też prawdopodobnie większą wrażliwość na przyrodę. Z rozmów, które prowadziłam z polskimi polarniczkami, oprócz pracy w terenie, przebijają właśnie opowieści o zachwycających krajobrazach - mówi Dagmara Bożek, polarniczka i autorka książki „Polarniczki. Zdobywczynie podbiegunowego świata”.

Sara Przepióra, Interia.pl: Arktyka i Antarktyka odkrywane były głównie przez mężczyzn. Wyprawy, na których pojawiały się kobiety, opisywano jako nienaturalne. Dlaczego?

Dagmara Bożek: - Przez długi czas twierdzono, że kobiety nie nadają się na trudy wypraw polarnych, głównie ze względu na mniejszą siłę fizyczną. Utwierdzono je w tym przekonaniu,  m.in. podczas przygotowań do słynnej wyprawy Ernesta Shackeltona na biegun południowy. Dowódca podobno sam ogłosił, że uczestnicy nie wrócą już z powrotem. Mimo tego na wyprawę zgłosiło się wielu śmiałków. Wśród ochotników nie zabrakło odważnych kobiet, które chciały spróbować swoich sił u boku Shackeltona. Odrzucono je ze względu na płeć. Tłumaczono, że nie podołają fizycznie w wyprawie polarnej, która kojarzyła się z czymś trudnym i wymagającym.

Reklama

- W wyprawach polarnych podkreślano też aspekt moralny. Obecność kobiet na wyprawach miała rozpraszać mężczyzn i dezorganizować grupę. W polskich wyprawach polarnych, oprócz argumentu braku wystarczającej tężyzny fizycznej, pojawiał się też czynnik psychologiczny. Nie wierzono w to, że kobiety będą sobie dobrze radzić w warunkach długiej izolacji. Wielu badaczy, w tym Jan Terelak, pionier psychologii polarnej na gruncie polskim i współpracownik Wojskowego Instytutu Medycyny Lotniczej w Warszawie, wskazywali na element dotyczący napięcia seksualnego u mężczyzn, który wywoływany jest obecnością kobiet w stacji badawczej. Używano też argumentu, że paniom "nie wypada" uczestniczyć w wyprawach polarnych, popierając go społecznymi i kulturowymi przekonaniami. Starano się podejść do tego zjawiska wieloaspektowo, wskazując na społeczne role kobiet - matek i żon, które mogłyby stać na przeszkodzie długich i wymagających wyjazdów. Nie zwracano natomiast uwagi na ich merytoryczne przygotowanie i naukowy dorobek.

"Są dziedziny, które nigdy nie będą dla kobiet. Kobieta nie może zostać papieżem, prezydentem czy pojechać do Antarktyki" - takie przekonanie Harry Darlington miał o aspirujących polarniczkach. A jednak kobietom udało się przebić przez szklany sufit.

- Zawdzięczają to upartemu dążeniu do rozwoju zainteresowań naukowych. To przede wszystkim kobiety, które były badaczkami, jako pierwsze brały udział w wyprawach polarnych. Miały odpowiednie wykształcenie, kwalifikacje, ale też ambicje. Sukcesywnie zdobywały tereny, które wcześniej były zupełnie niedostępne dla kobiet. Udowodniły, że mogą pracować naukowo w regionach polarnych ramię w ramię z mężczyznami.

Mimo tego do tej pory nikt nie opisał ich historii.

- Dlatego zdecydowałam się napisać tę książkę. Czytając literaturę na temat wypraw polarnych zauważyłam, że w brakuje w niej historii polskich polarniczek. Zdarza się, że pojawiają się kobiece nazwiska w opisach ekspedycji polarnych, ale nie zgłębiono do tej pory tego tematu. A polarniczek w 100 letniej historii polskiego polarnictwa nie brakuje. To wyjątkowe, barwne postacie, wyróżniające się silnym charakterem.

Jak postrzegano polskie naukowczynie jako uczestniczki wypraw?

- W polskich ekspedycjach polarnych brały udział ekspertki w swoich dziedzinach. Nie były przypadkowymi pasażerkami, podróżującymi na odległe krańce świata w charakterze towarzystwa dla męża, który przewodził wyprawom lub był kapitanem statku. Jedne z pierwszych Polek na obszarach polarnych, Zofia Michalska z Uniwersytetu Warszawskiego oraz Anna Siedlecka z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, rzeczywiście dotarły tam w asyście mężczyzn. Pani Zofia była geografem, ale pracowała również jako asystentka profesora Stefana Różyckiego. Pani Anna popłynęła ze swoim mężem, Stanisławem, który, tak jak ona, zajmował się geologią. Nie wyobrażano sobie wtedy, żeby kobiety same wybrały się na ekspedycję polarną. Nie mogły być samodzielnymi badaczkami. Historia zna wiele takich przypadków również poza dziedzinami badań polarnych.

- Z czasem coraz więcej Polek zasilało grupy polarników podczas letnich wypraw. Problem wciąż stanowiły jednak ekspedycje całoroczne, uchodzące za najbardziej wymagające. Kobiety musiały poczekać 30 lat na pierwsze zimowanie.

Podobne zakazy obowiązywały też na stacjach badawczych innych państw?

- Niedopuszczanie kobiet do uczestnictwa w wyprawach polarnych było trendem w wielu państwach. Nie uznawano ich za równorzędne partnerki w badaniach polarnych. W pierwszej polskiej wyprawie na Antarktydę Wschodnią, w latach 50., brali udział państwo Centkiewiczowie. Przebywali w Oazie Bungera, gdzie znajduje się obecnie nieczynna polska stacja badawcza imienia Antoniego Bolesława Dobrowolskiego. Alina Centkiewiczowa formalnie nie była uczestnikiem ekspedycji. Pojechała tam jako stypendystka Ministerstwa Kultury. Mimo to Rosjanie, ale i kierownik polskiej grupy, nie wyrazili zgody, żeby przebywała w oazie z pozostałymi uczestnikami wyprawy - właśnie ze względu na płeć. Nie miała też pozwolenia na wzięcie udziału w ceremonii przekazania stacji radzieckiej Polakom.

- Pod koniec lat 70. pani profesor Maria Agata Olech, jedyna wtedy w Polsce lichenolog polarna, czyli specjalistka od porostów, również planowała wyprawę do Oazy Bungera. Polska Akademia Nauk wydała zgodę na wyjazd. Na drodze badaczki stanęli po raz kolejny Rosjanie, którzy współorganizowali z Polakami wyprawę na Antarktydę Wschodnią. Nie wyrazili zgody, żeby pojawiła się tam kobieta. Do dzisiaj w stacjach rosyjskich i ukraińskich, zlokalizowanych na Wyspie Króla Jerzego, zimujące kobiety są rzadkością.

To ważne, żeby podczas zimowych wypraw w grupie uczestników było więcej kobiet?

- Gdy kobiety zaczęły zimować, środowisko naukowe, związane z polarnictwem, zaczęło zastanawiać się, ile uczestniczek powinno brać udział w wyprawie, żeby grupa dobrze funkcjonowała i sprawnie realizowała zadania. Dochodzono do wniosku, że nawet niewielka reprezentacja kobiet może być dla nich świetnym wsparciem. Posiadając swoją małą reprezentację w większej grupie mężczyzn, czują się bezpieczniej i swobodniej. Ponadto obecność większej liczby kobiet na stacji w długofalowych obserwacjach daje dobre rezultaty. Nawet jeśli za sobą nie przepadają, są dla siebie mentalnym wsparciem.

Jak na tle innych państw wypadała Polska, jeśli chodzi o liczbę kobiet biorących udział w ekspedycjach polarnych?

- Nie odstawała znacznie od innych krajów. Kobiety zaczęły piastować wyższe stanowiska w ekspedycjach polarnych na przełomie lat 70 i 80. Polka objęła po raz pierwszy kierownictwo nad wyprawą w latach 90. Była to Maria Agata Olech. Emancypacja polarniczek nie trwała długo, ponieważ obszary arktyczne i antarktyczne są regionami badań międzynarodowych, a interakcje z innymi kulturami pomagają w przełamywaniu schematów.

Jak przebiegało pierwsze kierownictwo Polki nad ekspedycją zimową?

- Pani Olech trafiła na trudny okres wypraw polarnych i czas przełomu politycznego w Polsce. Zakończył się ustrój komunistyczny, ustępując miejsca kapitalizmowi. Zmiany czekały również wiele dziedzin naukowych. Pojawił się nawet pomysł, dość nieszczęsny zresztą, zamknięcia stacji Arctowskiego, znajdującej się na Wyspie Króla Jerzego. Wyprawa, na którą pojechała pani profesor, była niedofinansowana, a do tego miała mniejszą załogę niż zazwyczaj. Maria Agata Olech dostała nawet ustne wezwanie do opuszczenia stacji i powrotu do Polski. Sprzeciwiła się jednak, bo wiedziała, że pozostawienie stacji spowoduje jej bezpowrotne utracenie.


- Pani Olech była jedyną kobietą w grupie zimującej, więc nie mogła liczyć na wsparcie innych badaczek. W trakcie pobytu na stacji Arctowskiego mówiono jej, że zajmuje się rzeczami, które nie przystoją kobiecie. Nie tylko pełniła funkcje kierownicze, ale nie stroniła też od męskich zajęć. Miała doświadczenie nawet we wspinaczce wysokogórskiej. Koledzy z wyprawy wcale nie wyróżniali się swoim zachowaniem wobec badaczki. To mieszkańcy sąsiednich stacji znajdujących się na Wyspie Króla Jerzego nie mogli zaakceptować jej dowództwa. Gdy stacja brazylijska wywoływała polską, zawsze prosiła o rozmowę z kierownikiem. Zakładali, że słysząc głos kobiety, mają do czynienia z czyjąś żoną. Nie wyobrażali sobie, żeby kobieta mogła przebywać na stacji w innej roli. Kierownictwo Polki na całorocznej wyprawie było w tamtym czasie ewenementem na skalę całej wyspy.

Ilona Wiśniewska, reporterka pisząca o życiu na Spitsbergenie, powiedziała w waszej rozmowie, że w Arktyce każda z nas może na nowo wyznaczyć swoje ramy kobiecości. Jak można to interpretować?

- Ilona potrafi świetnie uchwycić czynnik ludzki w tym surowym, arktycznym krajobrazie. Człowiek staje tam twarzą w twarz ze swoją cielesnością. Poza regionami polarnymi funkcjonujemy we własnym dziennym rytmie - budzimy się, myjemy, malujemy i zakładamy najlepsze ubrania. Postrzegamy siebie przez pryzmat osób, które na nas patrzą. Praca w obszarach polarnych, charakteryzujących się surowymi warunkami atmosferycznymi, sprawia, że nie odczuwamy potrzeby upiększania się w ten sam sposób. Ubieramy się bardziej funkcjonalnie, a dbanie o ciało ograniczamy do podstawowej pielęgnacji. W reportażu "Białe. Zimna wyspa Spitsbergen"Ilona opisuje, jak patrzy na swoje odbicie w lustrze po zakończeniu nocy polarnej. Miesiącami widziała się w sztucznym świetle. Wreszcie pojawiło się słońce, a wraz z nim twarz nabrała wyrazu. Widać każdą zmarszczkę, siwe włosy i niedoskonałości. Ludzka fizjologia uwydatnia się pod wpływem światła naturalnego. Jakby człowiek witał się na nowo z samym sobą.

Ludziom, którzy nigdy nie byli w obszarach polarnych, trudno wyobrazić sobie, jak wygląda codzienne życie w stacji badawczej. Czy podczas rozmów z polarniczkami zapamiętała pani szczególnie jakąś historię, która obrazuje funkcjonowanie kobiet w warunkach podbiegunowych?

- Profesor Anna Kołakowska, która była pierwszą kobietą zimującą wśród polskich wypraw, wybrała się wraz z mężem na dwie ekspedycje antarktycznee. Oboje są naukowcami i wspólnie pracowali podczas wyprawy. Wiem z doświadczenia, że na stacji każdy ma oddzielny pokój, ale toaleta jest wspólna. To właśnie historie związane z korzystaniem z łazienki najlepiej obrazują, jak trudno było funkcjonować w regionie polarnym. Pani Anna codziennie czekała cierpliwie, aż wszyscy się umyją, żeby w spokoju skorzystać z toalety. Profesor Maria Agata Olech, opowiadając o pobycie na indyjskiej stacji polarnej, wspomniała, że tylko raz dziennie mogła korzystać z łazienki i toalety. Przy tak trudnych warunkach atmosferycznych i niełatwej pracy, ograniczanie podstawowych ludzkich potrzeb jest kuriozalne.

Maria Agata Olech zmagała się też z poważnym urazem. Jak radziła sobie ze złamaną nogą podczas wyprawy?

- Pracowała o kulach w terenie przez dwa miesiące, niosąc przy tym pełny ekwipunek na plecach, który nie należał do najlżejszych. Pani Profesor mimo tego wciąż powtarza, że gdyby miała możliwość, wróciłaby do stacji Arctowskiego.

Co ją tak przyciąga do Antarktyki?

- Całokształt: przyroda, niepowtarzalny klimat i niezwykłe wspomnienia z poprzednich wyjazdów.  Jeśli ktoś interesuje się nauką,  patrzy na obszar polarny jak na obiekt zainteresowania. Ma też prawdopodobnie większą wrażliwość na przyrodę. Z rozmów, które prowadziłam z polskimi polarniczkami, oprócz pracy w terenie, przebijają właśnie opowieści o zachwycających krajobrazach. Nikt tak pięknie nie mówi o florze antarktycznej, jak Irena Giełwanowska, botanik z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego. Opisywała preparaty z taką namiętnością przybliżającą je do baśniowych roślin. Polarnicy to ludzie, którzy poświęcili lata pracy zawodowej w ekstremalnych, podbiegunowych warunkach i wciąż płonie w nich pasja do pracy naukowej.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje