Reklama

Reklama

Domy na piasku

W latach 30. XX wieku przez Stany Zjednoczone przetoczyły się setki burz pyłowych. Porywana wiatrem ziemia zasypywała domy, niszczyła zbiory, zapychała płuca, zabijała. I choć zjawisko to określa się mianem "jednej z największych katastrof naturalnych w dziejach Ameryki", nie natura tutaj zawiniła, a człowiek. O tym, co się dzieje, gdy "odwracasz ziemię do góry nogami" i jakie wnioski powinniśmy wyciągnąć z liczącej niemal 100 lat historii, opowiada Timothy Egan, autor książki "Brudne lata trzydzieste. Opowieść o wielkich burzach pyłowych", która ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne.

Aleksandra Suława: Z europejskiej perspektywy burza pyłowa to abstrakcja. Kiedy próbowałam ją sobie wyobrazić, przed oczami pojawiały mi się filmowe obrazy zasypywanej piaskiem Mongolii i Półwyspu Arabskiego. Słuszne skojarzenia?

Timothy Egan: - Nie do końca. Rozmawiałem kiedyś z ludźmi z Australii, którą również nękają burze piaskowe. Pokazałem im zdjęcia Wielkich Równin z lat 30. Patrzyli i mówili: rany boskie, co to jest?! Tego się nie da porównać.

Z braku punktów odniesienia można by też pomyśleć: burza pyłowa, a cóż to takiego? Trochę wiatru, trochę ziemi, trochę bałaganu. Posprzątamy, nic się nie stanie.

Reklama

 - To zdecydowanie nie jest "trochę pyłu, trochę wiatru". Osoby, które przeżyły burze pyłowe w latach 30. opisują je jako "najbardziej przerażającą rzecz, jaką widzieli w życiu". Rozmawiałem m.in. z mężczyzną, który w czasie II wojny światowej brał udział w lądowaniu w Normandii. Na pytanie: "kiedy bał się bardziej: w 44. roku we Francji, czy w latach 30. na Wielkich Równinach?" bez wahania odparł: "na równinach". Kiedy jesteś nastoletnim chłopcem i widzisz, jak twoi rówieśnicy duszą się od pyłu, musisz być przerażony.

W takim razie, jak wygląda burza pyłowa?

 - Kiedy rozmawiamy, u mnie, na zachodnim wybrzeżu, jest godzina dziewiąta, zaczyna się pogodny dzień. Wyobraź sobie, że nagle słońce gaśnie, a na zewnątrz robi się tak ciemno, że nie możesz zobaczyć własnej ręki - to nie jest retoryczna figura, właśnie takiego określenia używała większość moich rozmówców. Kiedy światło zniknie, wszystko zaczyna iskrzyć. Powietrze jest tak naelektryzowane, że nie możesz dotknąć kogoś, kto stoi obok ciebie, bo wiesz, że przeskoczy między wami bolesny ładunek. Boli też samo dotknięcie pyłu o skórę, masz wrażenie, jakby ktoś pocierał ciało papierem ściernym. Jeśli akurat jest to dzień, w którym nie zapadły całkowite ciemności, możesz wyjrzeć przez okno, a wtedy zobaczysz, że idzie na ciebie góra: na milę wysoka, na kilka mil szeroka masa pyłu niesionego przez wiatr.

- Hałdy ziemi zakryją maszyny rolnicze, samochody, uprawy, przez szczeliny w deskach ziemia dostanie się do domów. Będzie też w tobie: w nosie, gardle, płucach. W latach 30. młodzi, silni mężczyźni, umierali na coś, co nazywano gruźlicą pyłową, chorobę podobną do pylicy, na którą często cierpią górnicy. Znam przypadek chłopaka, który zgłosił się do lekarza, a ten po zbadaniu go powiedział: "chłopcze, ty jesteś wypełniony piaskiem". Wywołane burzami przerażenie potęgowała niewiedza. Większość farmerów z Wielkich Równin nie miała pojęcia, co się właściwie dzieje. Myśleli, że to koniec świata, albo kara boska za to, że dotąd żyli w dobrobycie.

Nie dziwię się. Dla mnie ta historia miała bardzo biblijny charakter: wędrówka ludów, poszukiwanie ziemi obiecanej, lata tłuste i lata chude, plagi, zmaganie się z żywiołem - prawie jak w Starym Testamencie.

 - Świetna obserwacja, chociaż ja starałem się opisać ją raczej jako baśń. Opartą na faktach, stuprocentowo prawdziwą baśń, która pokazuje, co się dzieje, gdy zabierasz z natury więcej, niż ona jest gotowa ci dać.

W takim razie, trzymając się baśniowej lub biblijnej retoryki, jak wyglądała ta ziemia obiecana, zanim człowiek uczynił ją sobie poddaną?

 - To były nieskończone połacie porośniętej trawą ziemi, wyglądały jak zielone morze, ciągnące się po horyzont. Na preriach mieszkali Indianie i pasły się bizony, a oba gatunki żyły w zgodzie ze sobą i z naturą. Równowaga  została zachwiana, gdy pojawili się biali osadnicy, napływający nie tylko ze Stanów, ale również z Rosji i wschodnich części Europy. Najpierw przegnali Indian, później wybili bizony, aż wreszcie przekształcili dawne pastwiska w ziemię rolną. Wysiali na niej zboże - dzięki nowym gatunkom i metodom upraw, mechanizacji oraz sprzyjającej pogodzie, bo lata 20-te okazały się wyjątkowo wilgotne, dawało obfity plon. Gwarantowane przez rząd dopłaty i popyt na międzynarodowych rynkach sprawił zaś, że można było na nim świetnie zarobić.

Pszeniczna gorączka złota?

- Inne określenie to "pszeniczna bonanza". Ludzie, którzy zaczynali życie na Wielkich Równinach od mieszkania w ziemiankach, teraz nie tylko mogli sobie pozwolić na budowę domu, ale również na zakup maszyn rolniczych, samochodów, eleganckich sprzętów. Ich żony nosiły modne ubrania, dzieci uczyły się grać na kupionych na raty pianinach, spacerowano ulicami miast, które w ciągu kilku lat wyrosły na pustkowiu. Robotnik, pracujący w fabryce Forda, zarabiał ułamek tego, co obrotny plantator pszenicy. Pewna kobieta chwaliła się, że na zbożu zarabia rocznie więcej, niż wynosi pensja prezydenta Stanów Zjednoczonych. Przez całą powojenną dekadę pola pszenicy rosły i rosły, nawet, gdy tak intensywne uprawy przestały być potrzebne. Jeśli chciałeś zarobić pieniądze, jechałeś na Wielkie Równiny uprawiać zboże, nie musiałeś nawet się tam osiedlać. Tzw. walizkowi farmerzy przyjeżdżali na sezon, mieszkali w hotelach, a po żniwach wyjeżdżali z pieniędzmi. To były naprawdę szczęśliwe lata. Wzrost, zysk, rozwój, wydawał się nieograniczony.

Tak historia, jak i baśnie uczą, że nie ma czegoś takiego jak nieograniczony wzrost.

 - Intensywna uprawa na Wielkich Równinach była jak ekologiczna bomba z opóźnionym zapłonem. Te tereny były stworzone do jednej rzeczy: do tego, by rosła na nich trawa i pasły się bizony. Orząc, farmerzy oskalpowali ziemię z darni, wyeksploatowali ją jak kopalnię odkrywkową. Później mówiono, że "odwrócili ją złą stroną do góry". Tak długo, jak równiny porastała trwa, ziemia miała się dobrze. Jej korzenie przytrzymywały ziarenka ziemi, pozwalały przechowywać wilgoć w głębszych warstwach gruntu, dawały schronienie zwierzętom. Ten kruchy ekosystem trwał.

W latach 20. chyba nikt nie znał słowa "ekosystem"...

 - Nikt też nie rozumiał, co się dzieje. Ludzie nie mogli pojąć, dlaczego ziemia, która jeszcze kilka lat temu dawała im schronienie i dostatek, teraz staje się dla nich zagrożeniem. Nie rozumieli, że popełnili błąd, który już nie raz zdarzał się ludzkości: kiedy przytrafiło im się kilka dobrych lat myśleli, że będą trwały wiecznie.

Co było pierwszym zwiastunem kryzysu?

- Trudno powiedzieć, bo zbiegło się kilka rzeczy. Z jednej strony ceny zboża zaczęły spadać. Jedynym sposobem, by utrzymać dochody na dotychczasowym, a później na pozwalającym przeżyć poziomie, było sianie jeszcze więcej i więcej, co jeszcze bardziej wyjałowiało ziemię. Potem przyszła susza, z nią robactwo, które w normalnych warunkach nie przetrwałoby wilgotnych okresów, a teraz pleniło się na potęgę. Wreszcie pojawiły się burze pyłowe. Susze na tym terenie występowały zawsze, jednak teraz pozbawiona darni ziemia mogła być swobodnie rozwiewana przez wiatr. Pierwszy czarny duster zaobserwowano w 1930 roku, a burze nękały ludzi przez całą dekadę. Do historii przeszła tzw. czarna niedziela z 1935 roku, która jak się szacuje, wywiała z Wielkich Równin 300 tysięcy ton ziemi.

"Cała dekada" to tylko dwa słowa, ale zawierają one w sobie bardzo wiele, nierzadko bardzo długich dni. Jak żyć dzień po dniu w taki miejscu?

 - Ludzie, których burze nie wygnały z Wielkich Równin, wypracowali skomplikowany system ochrony przed pyłem: uszczelniali ściany gazetami, zaklejali szpary w oknach taśmą klejącą, nad łóżkami dzieci zawieszali mokre tkaniny, na twarze zakładali maski, a żeby wyjść do wychodka, obwiązywali się w pasie sznurem, którego koniec przywiązany był do drzwi wejściowych. Bez niego mogliby nigdy nie znaleźć drogi powrotnej.

Dla mnie symbolem zaradności i desperacji zarazem była profesja "zaklinacza deszczu" - człowieka, który jeździł od miasta do miasta i oferował usługę wywoływania opadów. Ten opisywany przez ciebie był wyjątkiem, czy "zaklinacze" tworzyli w tamtym czasie osobną branżę?

 - To nie był pojedynczy przypadek, a cały koncept nie powstał w czasie burz pyłowych. Jego historia sięga początków naszej ery, kiedy to Plutarch zaobserwował, że po bitwie zwykle pada deszcz. Wywnioskował więc, że być może opady są konsekwencją wstrząsów, towarzyszących potyczce? W XIX wieku pomysł spodobał się Napoleonowi, który przed bitwami kazał ostrzeliwać niebo, by wywołać deszcz i zatopić wrogie wojska w błocie. W czasach burz pyłowych przypomniano sobie o tej koncepcji. Od wioski do wioski krążyli zaklinacze deszczu, którzy posyłali w niebo ładunki wybuchowe, a potem jechali dalej, zanim mieszkańcy zorientowali się, że padli ofiarą oszustwa.

"Grona Gniewu" Johna Steinbecka i zdjęcia Dorothei Lange - to dwa dzieła, dzięki którym w Polsce mamy pojęcie o tym, co działo się na Wielkich Równinach w latach 30. To jednak opowieści o ludziach, którzy wyjechali. Ty piszesz o tych, którzy zostali. Dlaczego ktoś chciał zostać w takim miejscu?

 - To pytanie towarzyszyło mi przez cały czas pracy nad książką. Jechałem do małego miasteczka na końcu świata, siadałem w kręgu ze staruszkami, którzy pamiętali jeszcze lata 30. i pytałem: dlaczego stąd nie wyjechaliście? Dlaczego chcieliście tu żyć?  Oni odpowiadali: bo kochaliśmy tę ziemię, bo ta ziemia przez chwilę była dla nas dobra, bo to była nasza ziemia. Ten ostatni argument jest niezwykle istotny. Trzeba pamiętać, że ci ludzie często jako pierwsi w historii swoich rodzin posiedli ziemię na własność. Kongres, chcąc zachęcić ludzi do osadnictwa na Wielkich Równinach, rozdawał ziemię za darmo. Wystarczyło tylko ją uprawiać. Oprócz argumentów pojawiało się też pytanie: "nie wyjechaliśmy, bo dokąd mielibyśmy pójść?"

Większość, jak bohaterowie "Gron gniewu", wyjeżdżała do Kalifornii.

 - I nie spotkało ich tam nic dobrego. Pisali potem do dawnych sąsiadów z Wielkich Równin listy, w których opowiadali, że nikt ich nie chce, że nazywają ich "chłopami", "Oklakami", że wyrzucają ich z domów. To potrafiło skutecznie zniechęcić do podróży.

Tło do tej opowieści stanowi Wielki Kryzys. Da się rozstrzygnąć, komu był trudniej - tym, którzy zmagali się z burzami pyłowymi, czy tym, którzy np. mieszkając w Chicago czy Nowym Jorku, przez krach na giełdzie stracili dorobek życia?

- Wszyscy wtedy przeżywali koszmar, nie było pracy, pieniędzy, ubezpieczeń społecznych, wzrósł odsetek samobójstw, a po raz pierwszy w historii Stanów Zjednoczonych spadł odsetek urodzeń. Ludzie z Wielkich Równin słali do prezydenta Roosevelta telegramy, w których pisali: nasze miasto głoduje, pomóżcie. Jednak mimo tych dramatycznych próśb, w niektórych aspektach farmerom na równinach żyło się lepiej niż ludziom w miastach. Mieli przydomowe ogródki, w których uprawiali warzywa na własne potrzeby, hodowali kury, krowy i byli w stanie przejść na wymianę bezgotówkową - kiedy lekarz przychodził do twojego dziecka, ty płaciłeś mu jajkami. W mieście coś takiego nie mogło mieć miejsca.

Roosevelt zareagował na depesze?

- Burze pyłowe były zjawiskiem, którego nie dało się ignorować. Ziemię rozwiewało po całym kraju, a eksperci jasno wskazywali, że ta sytuacja sama się nie naprawi. Najpierw chciano z powrotem oddać ziemię Indianom - może tylko oni wiedzą, jak się z nią obchodzić? Później próbowano na nowo siać trawę, jednak najbardziej spektakularną częścią projektu naprawczego była akcja sadzenia dwustu milionów drzew, które miały dawać osłonę przed zamieciami. Część z nich rośnie do dziś: jedziesz przez Wielkie Równiny rozglądasz się wokół i myślisz: kto do cholery posadził takie szpalery na prerii? Dziwaczny to widok.

A całość Wielkich Równin? Jak dzisiaj wygląda to miejsce?

 - To samotny, bolesny i przerażający region. Jedziesz drogą, mijasz hałdy piachu, aż w końcu docierasz do rozpadającego się miasteczka. Te miejsca umierają. Od czasu amerykańskiej premiery książki, czyli od 2006 roku, z mapy zniknęło ich sześć, nikt już nie chce w nich mieszkać. Trudno się zresztą dziwić - nie ma tam szkół, banków, restauracji, a ostatni mieszkańcy właśnie dożywają swoich dni. Taki obrazek każe ci myśleć, że całe osadnictwo na tym terenie było przypadkiem, że ta ziemia nie została stworzona po to, by dawać ludziom schronienie.

Ludzie z Wielkich Równin mają świadomość, że to nie wina ziemi, ale sposobu w jaki ją eksploatowano?

 - Tak, u kresu życia doskonale wiedzą, że to oni sprowokowali ten kataklizm. Mówią: poszliśmy za daleko, a natura postanowiła przypomnieć nam, gdzie nasze miejsce, upokorzyć nas i ukarać. Są więc świadomi, że popełnili błąd, ale czy wyciągnęli z niego wnioski - w tej kwestii mam poważne wątpliwości. Już w latach 40., kiedy deszcz znów zaczął regularnie padać, farmerzy wyrwali drzewa, nasadzone na polecenie Roosevelta, by na nowo uprawiać ziemię. Nasze pokolenie wcale nie jest lepsze Funkcjonujące dziś na tym terenie gospodarstwa pozyskują wodę drążąc w ziemi studnie głębinowe, sięgające aż do warstwy wodonośnej Ogallala - największego w kraju zbiornika wody podziemnej, którego zasoby aktualnie wypompowywane są wielokrotnie szybciej niż natura jest w stanie je uzupełnić. Mam wrażenie, że jeśli nic się nie zmieni, za kilkanaście lat ten teren będzie kompletnie pozbawiony wody. Nie z uwagi na naturalne procesy - dlatego, że sami ją wyssaliśmy.

Burze pyłowe z lat 30. nazywa się czasem "największą wywołaną przez człowieka katastrofą naturalną". Trafne określenie czy przesada?

 - Przy nadawaniu takich etykiet zawsze warto spojrzeć na inne przykłady z historii. W tym przypadku okazuje się, że mamy całkiem sporo kandydatów do tego niechlubnego tytułu: wycięcie lasów deszczowych, plama śmieci na Pacyfiku, zniszczenie znacznych terenów na Alasce - wszystko to klęski, do których w znacznym stopniu przyczynił się człowiek. Burze pyłowe z lat trzydziestych są po prostu rozdziałem w opowieści o tym, jak konsekwentnie niszczymy planetę.

Najnowszy rozdział to susze i pożary, które tego lata znowu pustoszyły Amerykę. W toczonych w Stanach Zjednoczonych dyskusjach o zmianach klimatycznych historia o burzach pyłowych powraca jako przestroga?

 - To jedna z najlepszych rzeczy, jaka dokonała się po premierze tej książki. Wcześniej ta historia była epizodem, w podręcznikach zajmowała jeden akapit. Dziś, gdy jedni z politycznych czy ekonomicznych względów negują zmiany klimatyczne, inni im odpowiadają: w takim razie patrz co się dzieje, gdy pozbawiasz ziemię wody, patrz co może się stać, gdy zabierasz z natury więcej, niż ona jest w stanie ci dać. Myślę jednak, że tego rodzaju ignorancja z roku na rok będzie coraz trudniejsza. Pewne obszary naszej planety już stają się miejscami niezdatnymi to życia, takimi, jakimi w wyniku działalności człowieka, stały się Wielkie Równiny. 

Zobacz również:

Wysycha jezioro Oroville w Kalifornii. Przerażający efekt suszy

Globalne badanie wpływu pożarów lasów na śmiertelność

Ile kosztuje darmowy zwrot?

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje