Reklama

Reklama

Dzieci odjeżdżają

Marihuana nie uzależnia. Narkomani wywodzą się z marginesu. W dobrych rodzinach nikt nie bierze. Gimnazja i licea są „czyste”. Co musi się stać, żebyś przestała w to wierzyć? Twoje dziecko musiałoby zostać narkomanem. Niech los ci lepiej tego oszczędzi. Posłuchaj trzech matek, które przeszły przez najtrudniejsze doświadczenie swojego życia. Poznaj ich dzieci, które były fajne i takie „normalne”.

Marcin ma 14 lat. Lubi zwierzęta. W szkole jest dobry z angielskiego i geografii. Chce być podróżnikiem. Z tatą budują modele okrętów. Mama kupuje mu fajne ciuchy. Matka jest z zawodu dietetykiem, ojciec specjalistą od elektroniki, trochę pracuje w Polsce, trochę w Anglii. Marcin od półtora roku pali marihuanę, bierze amfetaminę i miksy lekowe z accodinu, środków przeciwbólowych, syropu. To znaczy mówi, że... brał.

Julia ma lat 18 i pół. Robi świetne zdjęcia. Tak uważają nauczyciele w liceum artystycznym, do którego chodzi Julia. To znaczy... chodziła. Mama, korektorka, wychowuje córkę sama, rozwiodła się, ale są z mężem w dobrych stosunkach. Oboje wierzą, że Julia zaprosi ich kiedyś na wystawę swoich fotografii. Ale Julia od trzech lat bierze dożylnie amfetaminę oraz brown sugar, czyli ciężką heroinę.

Reklama

Borysowi, lat 16, w podstawówce świetnie szła biologia, więc był plan, że zostanie lekarzem. Potem plan się zmieniał: psychologia, wydział operatorski w Filmówce. Kiedy Borys poszedł do liceum, zaczął palić marihuanę, eksperymentować z mefedronem (wciąż dostępnym dopalaczem). Mama Borysa ma firmę zaopatrującą sklepy w zdrową żywność. Dlaczego jej nie tknęło, gdy Borys powiedział: "Wszyscy tak krytykują konopie indyjskie, a ty powinnaś wiedzieć, że są pożyteczne. Papier drzewny możemy przetworzyć trzy razy, konopny - aż siedem".

Czego nie widać

Mama Julii mówi: - Zróbmy dwie listy: tutaj rzeczy typowe dla buntu nastolatka, tutaj zachowania "ćpuna". Wylicza: huśtawka nastrojów, kłótliwość, dziwne ciuchy, kontrowersyjni znajomi, zamykanie się w pokoju. To samo? - Kropka w kropkę. Która matka nie uzna: tak musi być, trzeba się przemęczyć. Ja tak pomyślałam - przyznaje. Pamięta swoją reakcję na pierwszy powrót Julii z imprezy, na której był alkohol. Córka miała 15 lat. - Poczułam zapach piwa. Ona się zarzekała: mamo, nie piłam. Tak mnie to rozjuszyło, że skupiłam się na udowadnianiu jej, że czuję alkohol. I o to chodziło. Odwróciła moją uwagę od innego zapachu - marihuany.

Mama Borysa przypomina sobie, kto przyniósł do nich kadzidełka. - Śliczna ruda dziewczyna, Natalia. Starsza dwa lata od syna. Poznali się podczas wolontariatu, ona mu imponowała - opowiada. - Siedzieli z synem w jego pokoju, gadali, nie wchodziłam. Myślałam: fajna, rozruszała mi dzieciaka. Bo Borys - na ogół mrukliwy - nagle zrobił się kontaktowy. Opowiadał, co w szkole, jaki numer wykręcili facetowi od WOS-u. Śmiał się, a my razem z nim - mówi mama Borysa. Jeszcze o słodyczach. - Kupował coraz więcej batoników. Przekonywałam: zjedz jabłko. Mówił, że ma fazę na snickersy, dają energię. Odpuszczałam, ba, nawet się cieszyłam, że Borys mógł się uczyć do północy. Skąd miałam wiedzieć, że ta wydajność to efekt palenia "skunów".

Mama Marcina źle odczytała inną "poszlakę". - Przetłuszczone włosy. Myślałam: hormony, trzeba mu kupić dobry szampon. Kiedy pytałam, czy się wczoraj kąpał, mówił: jasne. Wierzyłam, to raczej normalne, że nastolatek czasem nieładnie pachnie. A Marcin się nie mył, przestało go to obchodzić. Odpuścił sobie także sprzątanie pokoju, wyprowadzanie psa, wyjścia z rodzeństwem (mamy jeszcze 5-letnie bliźniaki) na sanki, choć wcześniej robił to chętnie. W szkole na wywiadówce dostałam kartkę pełną jedynek i dwój. Pomyślałam: no tak, gimnazjum. Nauczyciele ostrzegali, że stopnie polecą w dół.

Ale pewnego dnia już nie mogłam udawać, że wszystko trzyma się w normie. Weszłam do pokoju i zobaczyłam, że Marcin patrzy jak "zamrożony" w telewizor - skończył się program w Mini mini, rybka zatrzymała się i bezsensownie machała ogonem. "Marcin, zawiesiłeś się" - powiedziałam cicho. Spojrzał nieprzytomny. Rozumiałam, co to znaczy. W mojej firmie pracowali młodzi ludzie, którym czasem przytrafiało się takie zawieszenie. Wiedziałam, że palą "zioło".

Marcin - odczepcie się wszyscy

Edyta, mama Marcina, ma 41 lat. Niewysoka, Marcinowi sięga do ucha. Spotykamy się w ośrodku dla młodocianych narkomanów na Śląsku. Poklasztorny budynek, na dole sala do terapii, stołówka, kaplica. Na górę, gdzie są pokoje, prowadzą skrzypiące schody. Około 20 podopiecznych. Porządnie ubrane, inteligentne nastolatki. Pierwsze wrażenie: kolonia dla dzieci z dobrych domów. Nic z tych rzeczy - podopieczni nie mogą stąd wychodzić, sami piorą, sprzątają. Sami się kontrolują, czy któryś nie zaćpał. Tutaj Edyta zamknęła Marcina. Wspomina: - Kiedy już wiedziałam, że to TO, jeszcze się łudziłam. A może Marcin się zakochał, a może - nawet czepiałam się tej myśli - jest gejem i nie wie, jak mi powiedzieć. I wtedy zadzwonił telefon ze szkoły: muszę przyjechać, syn pobił kolegę, chłopiec ma przetrącony nos, jest już policja - opowiada Edyta.

- Wcześniej nie był agresywny. Nawet zastanawialiśmy się z mężem, czy nie powinniśmy zapisać go na jakąś sztukę walki, żeby umiał się bronić. Jak Marcin się tłumaczył? Że nie on zaczął, tamten go obraził. Czułam, że kłamie. Okazało się, że chciał od chłopaka pieniądze. Powiedział to wieczorem, kiedy mąż huknął: "Czuj się jak na spowiedzi. Albo szlaban, nie wychodzisz z domu i żadnych kumpli!". Marcin zmiękł. Przyznał: potrzebuje kasy, żeby oddać dług. Komu? Jeszcze kombinował: koledze za bluzę, przywiózł mu z Niemiec. "Przynieś, pokaż", rozkazał mąż. Żadnej bluzy nie było, Marcin w końcu się załamał. "Za trawę", powiedział. A ja? Poczułam, jak świat zaczyna wirować. Byłam przerażona, zła - wszystko naraz. Mąż wysyczał: "Won do swojego pokoju". Był chyba równie przestraszony jak ja - mówi Edyta. Nie spała całą noc.

Co czuje matka? - Po pierwsze lęk o dziecko: czy się uzależnił, czy może umrzeć? Potem: skąd brał narkotyki, ile jest winien, gdzie się spotykał z dilerami? W końcu: dlaczego nas to spotkało? Przecież dbamy o dzieci, nie jesteśmy rodziną patologiczną, chodzimy do kościoła - wylicza Edyta. Dzień po aferze w szkole postanowiła przeprowadzić własne śledztwo. Zrobiła Marcinowi kanapki, siadła obok niego na kanapie: "Synuś, pogadajmy, co się stało?". Liczyłam, że się otworzy, a potem poczuje ulgę, że się wygadał. Usłyszałam: "Odwalcie się wszyscy!", i uciekł do pokoju. Ogarnęła mnie panika: co mam robić?! 

Pomóżcie

Mój syn bierze narkotyki, podejrzewam, że jego koledzy też. Gdzieś muszą je kupować, zgłaszam problem" - mówi Edyta w pokoju szkolnego pedagoga. Po drugiej stronie biurka zdenerwowana kobieta zaciska usta. - Uważałam, że szkoła powinna wiedzieć. I pomóc. Z czym się spotkałam? Ze ścianą - opowiada Edyta. Zaproponowano jej... przeniesienie syna do innego gimnazjum.

- Zrozumiałam to tak: to pani ma problem, nie my. Pozbędziemy się go jednym cięciem, usuniemy dziecko, niech nie "zarazi" innych. Dano mi do zrozumienia, że coś złego musi się dziać w domu, skoro syn robi TAKIE rzeczy. W szkole nie ma narkotyków, jeśli chcę powalczyć w sprawie Marcina, mogę zgłosić się do poradni - dostałam kartkę z numerem telefonu. Zapisałam się na wizytę w tej poradni. Marcina wzięłam ze sobą. Burczącego, nieobecnego - wyznaje Edyta.

Podczas spotkania psycholog wypytuje o relacje w rodzinie, jakie były problemy w dzieciństwie. Na korytarzu za ścianą drze się dziecko, para ludzi przeklina co drugie słowo. - Wyszliśmy stamtąd po godzinie, Marcin wzruszył ramionami: "Rozśmieszasz mnie. Co ta baba gada, co ona mi może kazać? Jeśli będę chciał i tak kupię sobie skuna". Tyle dobrego, że zaczęliśmy rozmawiać - wspomina Edyta. - A skuna nie kupił, bo nie miał za co. Postanowiliśmy uciąć mu pieniądze, które dostawał na pizzę, kino, gazety. Mąż wyłączył internet. Myślałam, że to zadziała - opowiada Edyta.

- Pewnego dnia, gdy wróciłam z pracy, syn znów miał przekrwione oczy, chichotał. Krzyknęłam: "Co wziąłeś!?". Wpadłam do jego pokoju, nawet nie musiałam długo szukać - w plecaku cztery opakowania po accodinie. "Kopie ostro", zarechotał Marcin, stojąc w drzwiach. Chciałam go sprać, żeby się opamiętał. Nie miałam siły. Zlękniony kot zaczął łasić się do nóg Marcina. "Wy-pier-da-laj, kicia!", wycedził mój syn, który nigdy nie przeklinał. Musiałam coś zrobić.

Oczy szeroko otwrte

"Ośrodek? Trudno się dostać, niech pani nie panikuje, trawka czy leki to jeszcze nie uzależnienie", usłyszałam w poradni, a także u kuratora - wszędzie tam, gdzie chciałam załatwić terapię dla syna - opowiada Edyta. Uparła się na zamknięte leczenie, bo widziała, że z Marcinem jest coraz gorzej. - Przestał się uczyć, godzinami siedział w pokoju, który wyglądał jak wysypisko. Był zagrożony z trzech przedmiotów. Bałam się o młodsze dzieci, Marcin zrobił się grubiański, napastliwy, maluchy zaczęły przed nim uciekać. Ale bałam się też o niego. Noce spędzałam przy komputerze, czytałam w internecie fora rodziców narkomanów. Czy to rzeczywiście już uzależnienie, a może jeszcze jest czas, żeby przeciwdziałać?

Nie miałam wątpliwości, że będę walczyć za każdą cenę. Dziesięć miesięcy temu powiedziałam do Marcina: "Chcę, żebyś pojechał do ośrodka. Musisz podpisać zgodę". Odparował: "Będziesz szczęśliwa, gdy się mnie pozbędziesz, prawda?". Mówiłam: "Zależy nam na tobie, możesz się z tego wyrwać, pomożemy ci". Chodziłam za nim kilka tygodni. Wąchałam rzeczy i włosy, powtarzałam: "Jeśli nie wyrazisz zgody, wystąpię o nakaz sądowy". Aż kiedyś usłyszałam: "Pojadę do ośrodka, jeśli kupisz mi skuter". Pojawiło się pole do negocjacji. Obiecałam: kupię. Rozmawiałam o Marcinie z sąsiadkami, koleżankami, zrobiło się głośno i on uważał, że "robię mu siarę". Chyba jeszcze go obchodziło, co myślą o nim ludzie, bo w końcu postanowił: "Jak chcesz, mogę spróbować, może dasz mi wreszcie spokój". Dziękowałam Bogu, bo cały czas się modliłam, żeby pomógł - mówi Edyta.

- W połowie kwietnia ubiegłego roku pojechaliśmy do ośrodka. Wcale nie było problemu ze znalezieniem miejsca, wystarczyło skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu. To placówka NFZ-u, bezpłatna - tłumaczy. - Straszne było rozstanie z dzieckiem nie wiadomo, na jak długo - leczenie trwa do roku. Niemal na progu człowiek, który przyjmował Marcina, zrobił mu test. Syn był czysty, pilnowałam tego. Największy szok był jeszcze przede mną - opowiada Edyta. Terapeuta poprosił Marcina na wywiad, zapytał, czy chce, żeby była przy tym mama. - Powiedział, że tak. Zapytany, co bierze, wymienił rzeczy, o których wiedziałam: trawa, leki. I to, czego nie wiedziałam: amfetamina, kilka razy heroina. Zrobiło mi się słabo. Łzy ciekły mi policzkach, trzęsły się ręce. Pomyślałam: "Boże, jak dobrze, że Marcin znalazł się w tym miejscu" - wspomina Edyta. - Gdy rozmawiamy, mija dziesiąty miesiąc kuracji. Parę razy dziennie syn przechodzi test na narkotyki. Wszystko wskazuje, że nie bierze.

Borys - taki normalny chłopak

Agnieszka, sympatyczna, ładna brunetka, to mama Borysa. Ma 44 lata. Syn jest jedynakiem. Mąż zajmuje się nadzorowaniem budów. Ona prowadzi mały biznes. - Pracujemy tyle, co przeciętni rodzice. O 17 jesteśmy w domu, weekendy mamy wolne, wyjeżdżamy zimą na narty, latem na dłuższy wypad - opowiada. Ostatnie wakacje spędzili jednak w domu. Mieszkają w szeregowcu na obrzeżach miasta na zachodzie Polski. Pokój Borysa jest na piętrze. W kącie elektryczna gitara, na półkach dużo książek. - Na książki dawaliśmy mu pieniądze ekstra, poza kieszonkowym, które wynosiło 100 złotych miesięcznie. Finansowaliśmy obiady w szkole, bilet miesięczny, angielski - wylicza Agnieszka. I jeszcze basen i koncerty, na które puszczali go w nagrodę.

- Mówił na przykład, że jako jedyny w klasie zrobił prezentację na szóstkę. Albo że polonistka chce go wystawić do olimpiady. Wszystko zmyślał, a my mu wierzyliśmy - opowiada Agnieszka. - Gdy zginęło mi z portfela sto złotych, myślałam, że znowu wydałam za dużo na prezenty, bo to było przed świętami. Borys wiedział, że noszę gotówkę w okresie dużych zakupów. Potem sobie uzmysłowiłam, że takich okoliczności, gdy nie mogłam się doliczyć stu złotych, było wiele. - opowiada Agnieszka. Borys był w pierwszej klasie ogólniaka. Zaczęli u nas bywać jego kumple w trochę dziwnych ubraniach. Ale przecież nie będziemy zabraniać synowi kontaktów z oryginałami tylko dlatego, że noszą czarne ciuchy. Bywała też Natalia. Zapalała świeczki i grała na gitarze. Czasem robiłyśmy zapiekankę. Znałam ją, znałam tych chłopaków. Myślałam też, że znam mojego syna.

To nie tak, mamo...

"Aga, twoja komórka dzwoni bez przerwy", wspólniczka odrywa Agnieszkę od rachunków, wciska jej telefon. Na wyświetlaczu "numer nieznany". - Odebrałam. Usłyszałam stopień, nazwisko i że ten człowiek dzwoni z policji. Telefon był wezwaniem na komisariat. Borys brał udział w kradzieży motocykla, znaleziono przy nim narkotyki. Moja reakcja? Ulga. Serio. Pomyślałam, że to pomyłka. Mamy popularne nazwisko, na pewno ktoś coś pokręcił. Mój syn złodziejem? Absurd! Nie wierzyłam, że to on, nawet kiedy już dojechałam na komendę. A jeśli nawet, myślałam, ktoś go wrobił - wspomina Agnieszka. Jak przez szybę słyszała słowa policjantów, zeznania Borysa, że tylko oglądał motocykl, który koledzy przyprowadzili do jego garażu (potem okazało się, że motor miał stać w nieużywanym garażu męża, kilka dni przed transportem do Niemiec). A narkotyki wcisnął mu kumpel, kiedy zobaczył policjantów.

- Chciałam wierzyć we wszystko. Jasne, syn jest niewinny. Tak, podpiszę, przypilnuję, będziemy do dyspozycji. Wyszłam z Borysem do auta i... nie wiedziałam, co powiedzieć. Uprzedził mnie: "Mama, to nie tak, wyjaśnię ci". Mówił, ja jechałam, ledwo widząc drogę. Płakałam. Czułam, że obok mnie siedzi obcy chłopak. Co mam zrobić? Na szczęście w domu był już Jacek. Borys powtórzył mu swoją wersję, mąż milczał. Kiedy syn poszedł do łazienki, mąż spojrzał mi w oczy: "Wierzysz mu?". Odpowiedziałam: "Nie". Jacek zadzwonił do koleżanki, która jest terapeutką: "Musimy zrobić mu test. Jak myślisz, na co? Marihuana, amfetamina, różne są testy".

Pojechał do apteki. A ja, siedząc w kuchni, zastanawiałam się: czy mogłam nie zauważyć? Co powiem mamie, siostrze, której córka zdała na amerykańskie studia? Sięgnęłam po pączka, wtedy stres zajadałam słodyczami. A, zapomniałam pani powiedzieć, że ważyłam prawie 90 kilogramów - mówi Agnieszka. Dziś ma chyba rozmiar 36. - Z nerwów straciłam 30 kilo - opowiada. Wraca do tamtego wieczoru. - Mąż przyjechał z testem. Coś jak test ciążowy, tylko większy. Borys spojrzał spode łba. Wziął plastikowy pojemnik, powlókł się do łazienki. A ja czekałam na wynik jak na wyrok.

Na kolanach

- Nie wolno ufać dzieciakom. Nie wolno, żeby poproszeni o próbkę moczu zostali sami w łazience, najlepiej, żeby rodzic stał obok. Są cwani, podsuwają próbkę czystą, kupioną od kolegi, to załatwia się na Facebooku w minutę. Można też zneutralizować pH, dodając kwasku cytrynowego, nic nie widać. Mogą podstawić mocz psa - wymienia Agnieszka. Oni psa nie mają. Borys nie mógł niczego podmienić, wyszedł z łazienki blady. - Nie musiałam sprawdzać, wiedziałam. Test potwierdzał: obecność THC. Co znaczyło, że w ciągu ostatnich trzech dni Borys palił marihuanę - opowiada Agnieszka. Co czuła?

- Bezsilność, żal, rezygnację, bo to znaczyło, że syn kłamał, zdradził nas. I byłam wściekła. Narkomania to coś, co nie pasuje do naszej rodziny, nie tak wychowywaliśmy dziecko. Ileż razy rozmawialiśmy o narkotykach, ile razy Borys zarzekał się: on taki głupi nie jest, nie da się wciągnąć! Dlaczego więc się dał? - Agnieszka wspomina pierwsze emocje. - Potem się przeraziłam. Może on ma problemy, których nie chce zdradzić? Coś przegapiliśmy? Nachodziły mnie najgorsze myśli: syn ma podwójne życie, a my jesteśmy złymi rodzicami - opowiada. - "Nie szalejcie z odwykiem, obserwujcie, dużo z nim gadajcie", radziła znajoma terapeutka. - Zawarliśmy umowę: co jakiś czas niezapowiedziany test, zakaz wizyt kolegów, Borys ma ograniczyć spotkania z Natalią. Zadzwoniłam do jej matki - okazało się, że wie: córka czasem popala trawkę, ale "to u małolatów normalne".

A Borys? Miałam wrażenie, że spokorniał. Śledziłam każdy jego gest, minę, Jacek odwoził go do szkoły, ja przywoziłam, czekał na korytarzu jak pierwszak - mówi Agnieszka. Naprawdę myślała, że to ma sens. Zrezygnowali z wakacji, żeby urlop spędzić w domu z synem. - Zresztą nie bardzo mieliśmy ochotę na wyjazd. Jacek i ja kłóciliśmy się prawie codziennie, wychodziły stare urazy, wyrzucaliśmy sobie wychowawcze potknięcia: trzeba było go tak nie rozpieszczać, trzeba było okazać więcej uczucia. Borys lipiec spędził ze słuchawkami na uszach, w sierpniu wybuchła kolejna bomba... Szklana lufka do palenia - nie ma wątpliwości - jakiegoś proszku. Agnieszka znalazła ją w pustej od środka nóżce fotela - odpadła, gdy odkurzała pokój syna. Co pali, co wciąga?! Przecież miał z tym skończyć!

Byłam załamana. Nie, nie damy rady, to nas przerasta... - Agnieszka ma szklane oczy, gdy to opowiada. Płakała także, kiedy pokazała fifkę Borysowi. - Wie pani, co zrobił? Ukląkł przede mną i błagał: "Mamo, już nigdy więcej, to był eksperyment, wybacz, kocham was, daj mi szansę!". Łkał, trząsł się, miał przekrwione oczy. Czy mogłam mu zaufać? Kto normalny by zaufał? Powiem pani kto: matka - mówi Agnieszka. - Borys opowiedział ze szczegółami: próbował mefedronu, podsunęli mu starzy kumple. To był krótki strzał, źle się po tym czuł, nie chciał wyrzucać fifki do śmieci, schował, zapomniał. Teraz ją zniszczy, do tego mefedronu są też sreberka, proszę - pokazał, zawołał Jacka, żeby w jego i mojej obecności je porwać, pokruszyć. Będzie czysty, chce tego... No co ja miałam powiedzieć? Podniosłam go z kolan, przytuliłam bardzo mocno. Szepnęłam mu do ucha: "Masz ostatnią szansę". Do dzisiaj syn nie zaliczył żadnej wpadki. Ja za to stałam się żandarmem - kontroluję go na każdym kroku.

Julia - nikt nie stacza się od razu

Hanka, mama Julii, wychowuje córkę sama. Ma 48 lat, ale wygląda młodziej. - Postanowiłam, że nałóg córki mnie nie zniszczy - mówi. Gdy umawiałyśmy się na wywiad, zastrzegła: - Byle nie w pobliżu Dworca Centralnego. Nienawidzę tamtego miejsca. Blisko Centralnego Julia pierwszy raz zrobiła sobie zastrzyk z amfy. Właściwie ktoś jej zrobił, bo ona bała się igieł - opowiada Hanka. Julia pół roku temu skończyła 18 lat. Ostatnie pół roku Hanka określa słowem "horror". Umierała moja córka, umierałam ja.

Mówi o Julii: - Fotografowała. Ci, co się na tym znali, mówili, że ma talent. Planowała, że wyjedzie na studia do Berlina, wysyłała zdjęcia na konkursy. Za pierwsze zarobione podczas wakacji pieniądze kupiła dobry aparat - mówi Hanka. Julia trzy lata temu dostała się do szkoły artystycznej. Zaczęła nosić luźne swetry, glany w jaskrawych kolorach. - "Odjechane klimaty", uważałam, że to norma w takim środowisku. I tylko trochę się martwiłam, bo Julka zaczęła mniej dbać o siebie... - opowiada Hanka. Pamięta, jak córka stanęła w drzwiach kuchni przed wyjściem do szkoły. - Na głowie miała jeden wielki kołtun, nie czesała się chyba dwa dni.

Dziwnych zachowań było więcej. Julia wyruszała na zajęcia rano, a docierała na 11 - a to pięć przystanków. Wchodziła do łazienki, zamykała się, mówiąc, że musi zrobić porządek z buzią, i... wychodziła po dwóch godzinach zdziwiona, że dobijam się do drzwi. Wszystko kładłam na karb wieku dojrzewania - wspomina Hanka. Kiedy córka poprosiła o zmianę zasłon w jej pokoju, nie wzbudziło to podejrzeń mamy. - Zażyczyła sobie granatowych. Dziś wiem, że ludzie, którzy biorą amfę, są jak wampiry: nie lubią światła, bolą ich oczy - mówi Hanka.

Kiedy odkryła, że córka coś bierze? - Po roku. Uważam, że to i tak szybko. Znam rodziców, którzy nie zorientowali się przez kilka lat. W przypadku Julii nie wydarzyło się nic spektakularnego. Bo nikt nie stacza się od razu... - zawiesza głos Hanka - ale zaczęłyśmy tracić kontakt. Wychowuję ją sama, byłyśmy sobie bliskie. Nagle córka przestała ze mną rozmawiać. Była związana także z moją mamą, odwiedzała ją często. Teraz babcia przestawała ją obchodzić. Julia zobojętniała. W swoim pokoju słuchała Nirvany i Amy Winehouse - opowiada Hanka. Pamięta późny wieczór dwa lata temu. Warszawa była zimna i szara.

- Wracałam z koncertu w filharmonii, na ławce spał narkoman. Wtedy coś mnie tknęło. Po powrocie do domu poszłam do Julki, zażądałam: "Podwiń rękawy, pokaż ręce". Ona odpowiedziała: "Mamo, nie chcesz, żebym to zrobiła". Nalegałam. Pokazała przedramiona - całe w krwiakach i nakłuciach.

Nie dam ci jeść

Jakie to wrażenie? Jakby ziemia usuwała się spod nóg. Byłam przerażona. Widziałam swoje dziecko w trumnie - mówi Hanka. Co zrobiła? - Zamknęłam córkę w pokoju na klucz, zapowiedziałam, że nie wyjdzie przez dwa tygodnie. Zadzwoniłam do szkoły, zapowiedziałam nieobecność, w pracy wzięłam urlop. Byłego męża poprosiłam, żeby przywoził nam jedzenie. Umówiłam wizytę domową terapeuty. Niczego mądrzejszego nie mogłam wymyślić - wyznaje. Julka siedziała w "areszcie", psycholog przychodził co trzy dni. A Hanka układała strategię. - Córka nie chciała słyszeć o odwyku w ośrodku, uważała, że sama da radę. Po kilku dniach zaczęła się trząść, myślałam, że ma grypę. Gorączka, dreszcze, nieobecne oczy. A to był głód narkotykowy, pierwszy raz coś takiego widziałam. Co miałam robić?! Dać jej "działkę"? Pozwolić cierpieć? Przecież jestem matką, kocham ją. Tuliłam to dygoczące ciało i sama chciałam umrzeć - mówi Hanka.

Gdy "grypa" ustępuje, ona łudzi się, że uzależnienie nie jest aż tak silne, że da się je wyleczyć. - Przeczytałam w internecie o spotkaniach grupy wsparcia dla rodziców w stowarzyszeniu "Powrót z U". Postanowiłam, że się tam zgłoszę. Przed wejściem do budynku czułam wstyd. Kiedy znalazłam się w sali, było tam ze 30 osób. Wszyscy z takim problemem jak mój. To mi dodało pewności siebie - wspomina Hanka. Wyszła ze spotkania podbudowana. - Pomyślałam: spróbuję wszystkiego, ale Julkę uratuję - opowiada. - Na spotkaniu od rodziców dowiedziała się, jak może postąpić z córką. - Zastosować terapię wstrząsową. Zapowiedziałam jej, że jeśli nie rzuci narkotyków, nie może liczyć na moje utrzymanie. Ma dach nad głową, ale przestaję gotować, prać, kupować cokolwiek. Zaśmiała się dziwnie i poszła do szkoły. A ja rozpoczęłam rewizję w jej pokoju. Znalazłam strzykawki, igły, sreberka do palenia. Nie było aparatu fotograficznego, lepszych ciuchów: musiała wszystko sprzedać - opowiada Hanka.

I o tym, jak dalej walczyła o córkę. - Zaciągnęłam ją na akupunkturę, potem do bioenergoterapeutki. Zmuszałam do rozmów ze mną - to trwało tygodniami. Ale Julka była bierna. Odsunęła się. A ja? Zazdrościłam koleżankom, które opowiadały o swoich fajnych córkach. Na temat własnej milczałam. Ukrywałam, co się u nas dzieje. A działo się gorzej - mówi. Julka nie przestała brać.

- Zrobiłam, co zapowiedziałam. Opróżniłam lodówkę, był tam najwyżej jogurt, którego córka nie znosiła. Jedzenie dla siebie chowałam. Gdy wyjadła ostatnie płatki do mleka, zaczęła się wściekać. Brała jogurt i rzucała we mnie, przeklinając. Czułam się podle, ale wiedziałam, że muszę być konsekwentna. Julka też była twarda - jadła bułki wyżebrane w piekarni, kanapki od znajomych. Stawałam się kimś strasznym dla dobra córki. Głodzić dziecko? Czekało mnie coś jeszcze gorszego.

Anioł i dziewczyna

W 18. urodziny Julia odebrała telefon od ojca: "Przykro mi, mała, nie dostaniesz samochodu". - Miał jej oddać swoje auto, taki był plan. Ale Julka nie zrobiła prawa jazdy. Straciła chęć do wszystkiego. Choć to zależy, co brała, bo czasami przychodziła do domu pobudzona jak po alkoholu. Nie pachniała alkoholem, tylko perfumami. Wietrzyła swój pokój bez przerwy. Bo oficjalna wersja była taka: już nic nie bierze. Wiedziałam, że kłamie, umiałam to rozpoznać po oczach: szersze albo zwężone źrenice. Krzyczałam: "okłamujesz mnie!", umawiałam detoks i groziłam: "zabiję się, jeśli nie pójdziesz". Żadnej reakcji, ściana - opowiada Hanka.

Na osiemnastkę nie kupiła jej nic. - Powiedziałam: "Jesteś teraz pełnoletnia, jeśli nie podoba ci się ten dom, możesz odejść. Powiem ci więcej, wyrzucę cię, jeśli nie przestaniesz ćpać". Każde z tych słów kosztowało mnie morze łez - Hanka kręci głową. Nie miała innego pomysłu na potrząśnięcie córką. Ten podsunęli Hance rodzice na terapii. Nie wierzyła, że można to zrobić swojemu dziecku. - Im bardziej Julka szła w zaparte, im więcej widziałam śladów na jej ciele - bo gdy spała, oglądałam pokłute ręce - tym bardziej wydawało mi się prawdopodobne: dziecko musi przeżyć szok - opowiada Hanka. I dodaje cicho: - Zrobiłam to. Pięć miesięcy temu wróciła z pracy i nie poznała domu.

- Wszystko porozwalane, powyciągane szuflady komód, pościel i ubrania na podłodze. Julka siedziała na podłodze w kuchni. Naćpana. Powiedziała: "Daj mi jakąś kasę, muszę ją mieć teraz...". I wtedy coś we mnie wstąpiło. W trzy minuty spakowałam torbę i rzuciłam nią w Julkę. Wrzasnęłam: "Masz to zamiast kasy. Idź do kolegów, nie chcę cię tu wiedzieć, zanim nie zmądrzejesz. Wynoś się!". Wybiegłam z domu i natychmiast pożałowałam tych słów. Chciałam zawrócić, ale chyba był przy mnie wtedy anioł - na parterze usłyszałam krzyk, ktoś się wywrócił. Zbiegłam, sąsiadka w ciąży leżała na podłodze. Pomogłam jej wstać, poprosiła, żebym odprowadziła ją do samochodu. Wszystko trwało może 10 minut. Gdy wróciłam do domu, Julki nie było. Upadłam na łóżko i zawyłam jak pies - opowiada Hanka. Córki nie było w domu cztery miesiące.

- Wiedziałam, gdzie jest Julia od jej koleżanek. Powiedziały, u kogo mieszka, że "na patelni" (placu przy stacji metra w centrum) kupuje towar. Raz zadzwoniłam do byłego męża. Pojechaliśmy pod dom, w którym mieszkała Julia, czekaliśmy trzy godziny. W końcu ją zobaczyłam - żywą, w ciemnych okularach. Tak za nią tęskniłam, tak chciałam, żeby wróciła. Nie wierzyłam, że w końcu zadzwoni TEN telefon. Ale to się stało - mówi Hanka. I uśmiecha się.

----------

Dzisiaj Julka, Marcin i Borys są na drodze do wyjścia z uzależnienia. Nie wiadomo, czy to się uda. Matki będą zawsze walczyć o swoje dzieci.

Hanka: - Konsekwencja nawet za cenę sprzeniewierzenia się sobie. Tylko tak można wygrać z potworem, czyli z uzależnieniem dziecka. Co powiedziałabym innym matkom? Że popalanie trawy to może być tylko eksperyment, ale nie radzę przymykać oczu. Mojej córce trawa nie smakowała, miała przykre objawy uboczne, sięgnęła po amfetaminę. A ona wciąga. Córka zadzwoniła miesiąc temu. Zapytała, czy możemy pogadać. Płakałam ze szczęścia. Dzisiaj mieszka ze mną, była na detoksie, będzie leczona metadonem. Przed nami długa walka. Gdybym mogła cofnąć czas... Nie, nie umiem sobie wyobrazić, co bym zrobiła. Kiedy to się stało, kiedy się zaczęło? I dlaczego? Nie wiem.

Edyta: - Myślę, że Marcin chciał udowodnić, że nie jest gorszy niż koledzy. Wiem, że po zapaleniu trawy czuł się jak król, dziewczyny były zachwycone. Tylko że one zdały do następnej klasy, a król został sam - mówi Edyta. Syn chce wytrwać rok w ośrodku. Uczy się w trybie indywidualnym. Może wychodzić, dostaje nieduże sumy pieniędzy. - Na fryzjera, na bilety, bo wolno mu jeździć na karate. Jestem dumna, bo wiem, że nie bierze - opowiada Edyta. Raz na dwa tygodnie może spędzić z nim dwie godziny - syn opowiada jej o sobie, pyta, co u rodzeństwa. - Właściwie nigdy nie byliśmy wobec siebie tacy otwarci. On może uważał, że rodzice go nie zrozumieją, ja zadowalałam się krótkimi odpowiedziami: "Jak w szkole? - Super". Tak nie można - mówi Edyta. Co dalej? - Już podjęliśmy decyzję. Wyjedziemy z naszego miasta, chcemy zmienić Marcinowi otoczenie. Czy pani wie, że dilerami okazali się ludzie, którzy mieszkają niedaleko nas, a nawet kłaniają mi się na ulicy?

Agnieszka: - To jest moda. Wcale nie musi chodzić o patologię - mówi. - Jedno mnie zastanowiło. Kiedy rozmawialiśmy z Borysem po tym, jak obiecał skończyć z narkotykami, usłyszeliśmy: "Skoro pytasz, dlaczego zacząłem palić trawę, powiedz, dlaczego ty pijesz wieczorem wino?". Zastanawiam się, czy sami nie dajemy dzieciom prawa do szukania środka, który pomoże przetrwać gorsze chwile, poprawić sobie nastrój. - Dziś przed praniem dokładnie przeszukuje ciuchy Borysa, kieszenie, mankiety. - Kolega syna trzymał narkotyki w naszywce kurtki odprutej z jednej strony. Teraz wyznaję zasadę: ufaj i sprawdzaj. Niech on sobie myśli, co chce. Ma żyć - mówi Agnieszka. I wierzy, że teraz już będzie dobrze.

Agnieszka Litorowicz - Siegert 

Twój Styl 4/2013




Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje