Reklama

Reklama

Inna droga

Trzy atrakcyjne, wykształcone dziewczyny. Jedna chciała zostać malarką, druga aktorką, trzecia polonistką. Wybrały życie w klasztorze. Za murem zostawiły narzeczonych, marzenia o miłości, karierze, dzieciach... Jak znoszą ograniczenia, rygor, tęsknotę za światem i co daje im poczucie sensu życia, mówią siostry Matylda, Agnieszka i Małgorzata.

Feministka w habicie

Na siostrę Matyldę Ozimek czekam w jej klasztorze (na prośbę przełożonej zaznacza, by nie wymieniać nazwy). - Szczęść Boże! - woła od progu. - Przepraszam, ale muszę odwołać spotkanie, bo właśnie mamy w radiu transmisję przemówienia ojca dyrektora. - Nie wiem, co powiedzieć. Siostra wybucha śmiechem. - Nabrała się pani! Proszę się nie martwić, radia nie mam czasu słuchać, a w telewizji oglądam tylko modlitwę na Anioł Pański i Dr. House'a. Pani też myślała, że jak zakonnica, to musi być bardzo poważna. A wie pani, że wiele z nas świetnie jeździ na snowboardzie?

Reklama

Twój STYL: Podobno walczy siostra o prawa kobiet?

- Tak. Pomagam w Ośrodku Pomocy Społecznej i współpracuję z organizacjami feministycznymi. Interweniuję często tam, gdzie policji się nie chce lub ktoś wstydzi się po nią dzwonić. Głównie dotyczy to przemocy domowej.

Siostra jest dosyć drobna...

- Habit to moja tarcza. Większość oprawców aspiruje do miana katolików, a już na pewno za takich się uważa. Nie tkną zakonnicy, chcą przede mną dobrze wypaść. Kilka dni temu poszłam z koleżanką z zakonu do mieszkania naszej podopiecznej. Już na klatce usłyszałam awanturę. Weszłyśmy i nagle mąż się kłania, pyta: "Kawki, herbatki". Powiedziałam: "Zabieram pana żonę. Na rozmowę o tym, jak pielęgnować ognisko domowe". On się cieszy, triumfuje. A my pojechałyśmy do ośrodka pomocy. Po drodze przekonywałam: "Zostaw go, kobieto! Nie pozwalaj, by cię bił. Znajdziesz lepszego!".

Namawiała siostra do rozwodu?

- Pan Bóg oczekuje, że wytrwamy w małżeństwie na dobre i na złe. Czyli będziemy wspierać męża, gdy straci pracę, zachoruje, będzie miał depresję - to część naszej odpowiedzialności za drugiego człowieka. Ale gdy on jest tyranem, który zagraża, trzeba ratować siebie.

To prawda, że siostra miała być aktorką?

- Na Akademię Teatralną dostałam się za pierwszym razem. Pytałam potem jednego z profesorów, dlaczego mnie przyjęli. Powiedziała: "Bo jak ty wchodzisz, to możesz nic nie mówić i nie robić, a i tak nie można przestać na ciebie patrzeć". Do dziś nie wiem, co miał na myśli. Może smutną twarz, którą mam od dziecka. W szkole nauczycielki często pytały: "w domu wszystko w porządku?".

A było w porządku?

- Było inaczej. Mama grywała w teatrach, ale miała wielkie ambicje i wciąż marzyła o filmie. Pamiętam, że często siedziała w kuchni ze spuchniętymi od płaczu oczami. Nie umiałam jej pomóc. Ojciec był lekarzem, poświęcał mi z piętnaście minut tygodniowo. Ale żalu do rodziców nie mam...

Rozmawiali z siostrą o Bogu?

- To był temat tabu. Mama pochodziła z katolickiej rodziny, ale do kościoła nie chodziła. Babcia ochrzciła mnie w tajemnicy przed ojcem, bo tata był "partyjny". Miałam chyba dziewięć lat, gdy zobaczył, jak mówię pacierz. Wściekł się, krzyczał, że "zabobonów w jego domu nie będzie". Niedługo potem poprosiłam go o wigwam. Kupił. Udawałam, że bawię się w Indiankę, a tak naprawdę kryłam się tam, żeby się pomodlić. Jako dziecko nigdy nie byłam na lekcji religii. Do 18. roku życia myślałam, że gdy ksiądz mówi: "Ewangelia według świętego Łukasza", to na czole, ustach i sercu zakreśla się kółka.

Modlitwa to był dla siostry bunt przeciw ojcu?

- Buntowałam się tradycyjnie. Słuchałam ostrej muzyki: Deep Purple, AC/DC. Przez krótki czas nosiłam glany, potem przerzuciłam się na szpilki. Zawsze naiwne było dla mnie myślenie, że Boga nie ma. Bo jak wytłumaczyć, że z komórki jajowej i plemnika rodzi się czujący, myślący człowiek? Jak wyjaśnić to wszystko, co dzieje się w mózgu? Kto wymyślił coś tak doskonałego? Dla mnie także nauka jest dowodem na istnienie Stwórcy.

Można tak myśleć, ale żeby od razu zamykać się w zakonie na resztę życia?

- Ktoś poświęca życie mężczyźnie, ktoś korporacji, ja wybrałam duchowość. Po trzecim roku, mimo że miałam za sobą dwa epizody teatralne, odeszłam ze szkoły aktorskiej. Zakochałam się w prawniku. Wyjechałam za nim do innego miasta i zdałam na prawo. Zamieszkaliśmy razem. Żyliśmy jak wszyscy młodzi: trochę imprez, kino, letnie wyjazdy do Tunezji. Zaręczyliśmy się, on otworzył kancelarię, ja mu asystowałam. Pomagaliśmy odzyskiwać długi. Pamiętam, jak pisałam pozew przeciwko żonie, której były mąż bez jej wiedzy narobił zobowiązań na sto tysięcy. Swój majątek ukrywał. Żona nie miała z czego spłacać tych długów i ja o tym wiedziałam. Brnęłam w to dalej. Bez zastanowienia. Doszłam do momentu, w którym albo mówisz sobie "koniec z tym", albo wybierasz życie bez zasad. W internecie znalazłam zakon sióstr, którym powierza się mailowo prośby o modlitwę. Nie napisałam, tylko spakowałam plecak i pojechałam do nich. Akurat były rekolekcje. To miała być tylko podróż z gatunku: "jadę odpocząć od cywilizacji, Tybet daleko, więc niech będą Tatry". Po raz pierwszy poczułam spokój, ulgę. Zostałam.

A plany? Narzeczony? Rodzice?

- Ojciec do dziś się do mnie nie odzywa. Mama uważała, że to szaleństwo. Chłopak zaczął pić, uważał, że go skompromitowałam, ale dziś ma rodzinę.

Nie miała siostra wątpliwości, czy to nie błąd?

- Miałam, jak przy każdym wyborze. Ale dziś myślę, że to był dobry wybór dla mnie.

Jak wykształcona, samodzielnie myśląca dziewczyna odnalazła się w zakonnej zasadzie posłuszeństwa?

- Zasady porządkują mi życie. Ale rzeczywiście, nie ze wszystkim się tu zgadzam. Uważam, że życie w zakonie w jakimś sensie tłumi kobiecość. Bo dlaczego nie możemy się delikatnie umalować, zadbać o paznokcie? Żeby nikomu się nie podobać? Znam siostry, które bez makijażu znalazły miłość i odeszły. Wolałabym być zakonnicą ze szminką na ustach. To przecież też byłoby świadectwo: patrzcie, jest atrakcyjna, a mimo to wybrała czystość, Boga.

Siostra nie używa kosmetyków?

- No dobrze. Mam fluid o lekkiej konsystencji, używam go na co dzień. Niewidoczny, ale rozświetla cerę. Używam kremu "Ziaja". Prowadzimy pensjonat dla katolickich rodzin, ja gotuję, piorę, tak zarabiam, ale niedużo. Odkładam na używaną komórkę, ta, którą mam, wciąż się wyłącza.

Nie pasuje siostra do konserwatywnego wizerunku Kościoła. Zgadza się siostra ze wszystkimi kościelnymi zasadami?

- Kiedyś miałam wątpliwości, co do zakazu in vitro. Ale tłumaczę to tak: dziecko jest darem od Boga. Jeśli nie zostajemy nim obdarzeni, trzeba się zastanowić, dlaczego. Może uzależniamy swoje szczęście od posiadania potomstwa? Wierzę, że zrozumienie siebie, a nie sztuczne zapłodnienie, jest pierwszym krokiem do wyjścia z niepłodności. Ale nikogo nie potępiam. Mam koleżankę, która urodziła dziecko dzięki in vitro. Czasem mnie pyta: "To co, Maciuś nie jest od Boga?". Mówię: "Jest. Bóg sobie pomyślał: OK, jesteś uparta, a ja cię kocham, więc masz, zrozumiesz potem". I taka jest moja misja, żeby ludzie myśleli o Bogu jak o przyjacielu. Tak jak ja o nim myślę.

Powołanie przyszło później

Agnieszka T. (prosi, żeby nie podawać nazwiska, bo nie chce robić nikomu przykrości), zaprasza mnie do pokoju gościnnego w swoim klasztorze. - Proszę nie mówić do mnie "siostro", należę do Zgromadzenia Życia Ukrytego. Jestem tak zwaną "skrytką". Mieszkamy we wspólnotach, składamy śluby czystości, ubóstwa i posłuszeństwa, ale nigdy nie tytułujemy się "siostro". Nasze zgromadzenie powstało w czasach prześladowań Kościoła, forma dotrwała do dziś.

Twój STYL: Chodzi pani bez habitu, na palcu nosi obrączkę. Co pani mówi, jeśli ludzie pytają o rodzinę, męża?

- Coś kręcę (śmiech). Nie mówimy ludziom, że jesteśmy zakonnicami, choć nie kłamiemy też, gdy zapytają o to wprost. Często sami znajdują wytłumaczenie. Pamiętam, jak koleżanki ze studiów na ASP prosiły: "Pokaż kiedyś tego męża". Potem żartowały: "Co, stary i brzydki?".

Jak może się ubierać zakonnica, która nie nosi habitu? Są jakieś zasady?

- Oglądałam zdjęcia "skrytek" z lat 50., widziałam spódnice nad kolana. Kiedy ja dziś wkładam do kolan, słyszę "zapomniałaś się ubrać?". Więc doszywam falbanki. Mamy się nie wyróżniać. Jednak gdy wkładamy spódnice do kostek i upinamy koki, wszyscy dziwnie patrzą. Przecieram szlaki dla dżinsów. Ubieram się w ciucholandach. Nie znam się na markach, więc czasem budzę zdziwienie. Uczę plastyki w domu dziecka. Raz jedna z dziewczyn krzyknęła: "O, ma pani sweter Kenzo!". Zapłaciłam za niego 30 złotych. Był czarny, czyli w dopuszczalnym przez zakon kolorze, choć ja w czarnym nie wyglądam zbyt pobożnie (śmiech).

No właśnie. Co, gdy interesuje się panią mężczyzna?

- Mam sporo adoratorów, czasem kuriozalnych. Ostatnio jednemu powiedziałam, że jestem zajęta. A on na to: "nie przeszkadza mi to, mam żonę". Kilka razy powiedziałam: "jestem zakonnicą". Usłyszałam: "takiej jeszcze nie miałem!".

To męczące czy miłe?

- Dla mnie jako dla kobiety miłe. Miło jest słyszeć: "nie spotkałem kogoś tak wyjątkowego jak pani".

Nigdy nie zastanawiała się pani: "Gdybym przed laty poznała kogoś, kto by mnie naprawdę zafascynował, czy byłabym w zakonie?".

- Spotykałam fascynujących mężczyzn i nadal spotykam, ale czy fascynacja to coś trwałego? To, co dla mnie najtrudniejsze, to brak dzieci. W trakcie moich dwudziestu lat w zakonie przepłakałam z tego powodu wiele nocy. I nie jestem wyjątkiem.

To jak to jest z powołaniem? Nie jest tak, że wątpliwości się rozwiewają?

- Mój związek z Bogiem nazwałabym małżeństwem z rozsądku. Ponoć takie są wyjątkowo trwałe. Wychowałam się w domu tradycyjnie katolickim, ale nie byłam pobożna, raczej zbuntowana. Dużo czytałam, ale uciekałam z lekcji. Ojciec chciał mnie wychować na porządnego człowieka. Czasem zmuszał do uczestnictwa w mszach. Mówił, że sama będę decydować, kiedy skończę 18 lat. Więc gdy te urodziny się zbliżały, myślałam: "Wyjadę z domu. Do zakonu". Nigdzie indziej by mnie nie puścił. Twierdził, że wrócę po tygodniu, więc na złość jemu chciałam zostać. Wybrałam Zgromadzenie Życia Ukrytego, bo lubiłam chodzić po górach i nie wyobrażałam sobie, by robić to w habicie. Nie wiedziałam, że odnajdę powołanie, że zostanę. Dziś jestem tu 20 lat.

Jak wyglądało oswajanie się z klasztornym życiem?

- Jedna wanna na 30 kobiet. Ale najgorzej znosiłam zamknięcie. Podczas nowicjatu można było wychodzić tylko do ogródka. Nabawiłam się z tego powodu różnych schorzeń, potrzebowałam ruchu, więc dostałam zgodę na wychodzenie na zakupy. Odwiedzałam też sklepy muzyczne. Byłam fanką Cohena, jego "Alleluja" śpiewałyśmy z koleżanką jako pieśń religijną. Na modlitwach zasypiałam w klęczniku. Mam niskie ciśnienie, nie piję kawy. Nasza Mistrzyni mówiła, żebym spróbowała modlić się na podłodze, to może nie zasnę. A koleżanka żartowała: "Śpij, to nie dla ciebie". Miałam też problem ze zrozumieniem niektórych obszarów teologii. Z Biblii najbardziej docierały do mnie przypowieści.

- Pan Bóg, niestety, nie dał mi łaski szybkiego pojmowania tych rzeczy, którą miała święta Faustyna. U mnie zrozumienie ważnych spraw szło powoli. Na rekolekcjach przed ślubami wieczystymi ksiądz zapytał, czy lubię pomagać bliźnim. Powiedziałam, zgodnie z prawdą, że nie. Usłyszałam: "Siostra chyba nie zrozumiała pytania". Odpowiedziałam: "Zrozumiałam. Nie lubię, ale jeśli trzeba, to zawsze pomagam". Był zbulwersowany, twierdził, że się nie nadaję, moja przełożona mówiła mu ze śmiechem, że taki mam charakter.

Jako zakonnica skończyła pani malarstwo na ASP. Mogła odejść, zacząć inne życie.

- Ale wtedy powoli zaczęło docierać do mnie, że mój pobyt w zgromadzeniu ma sens. Po studiach, już jako "skrytka", pracowałam w agencji reklamowej, ale nie dawało mi to spełnienia, więc zaczęłam prowadzić w naszym zgromadzeniu zajęcia plastyczne z trudną młodzieżą. Parę osób udało mi się przekonać do chodzenia do szkoły. Nie nawracałam ich, słuchałam. Wymagałam chodzenia do kościoła, mówiłam: " jak cię nudzi, to chociaż tu siedź". Ja dzięki bywaniu w kościołach byłam najlepsza z historii sztuki - barok, rokoko, romanizm miałam w jednym palcu. Wierzę, że modlitwa i skupienie, nawet jeśli ktoś odrzuca Boga, przynosi ulgę, daje szansę na lepszy kontakt ze sobą. Dziś moi podopieczni to już dorośli ludzie, wielu dzwoni, zaprasza na kawę.

Opowiada pani, co daje innym. A co zakon dał pani?

- Jezuici mówią, że osiemdziesiąt procent ludzi w zakonach to osoby niedojrzałe, które przychodzą leczyć swoje rany. Mnie nowicjat nauczył pokory kochania siebie i innych. Mój znajomy twierdzi, że Pan Bóg wybiera dla nas taką drogę, na której najlepiej się rozwiniemy. Wierzę, że taką drogą jest dla mnie życie zakonne.

Czym zajmuje się pani w zakonie?

- Robię zakupy dla całego trzydziestoosobowego klasztoru - od dźwigania mam problemy z kręgosłupem. Ale najlepiej ze wszystkich zakonnic poru szam się samochodem.

Jest pani artystką, nie myśli pani czasem, żeby zmienić wystrój tych pokoi? Wszystko tu białe albo kremowe.

- Pomalowałabym je! Kupiłabym szafki w Ikei, ale potrzebna jest zgoda ogółu, a ogół myśli, że powinno być ascetycznie albo że inaczej nie wypada. Udało mi się przeforsować inny kolor kafelków w łazience. To minus życia zakonnego, że czasem trzeba słuchać ludzi, którzy się nie znają.

W zakonie jeszcze pani kogoś szokuje ciętym językiem, czy już wszyscy się przyzwyczaili?

- Zakonnice czasem pytają: "kto cię dopuścił do ślubów?". Ale są i takie, które mnie rozumieją. Mam też sporo przyjaciół poza zakonem. Mówią, że mnie lubią, bo wolą szczerość niż grzeczność. Pan Bóg też ze mną wytrzymuje. Myślę, że musi mieć duże poczucie humoru.

Szczęście zamiast pokuty

Siostra Małgorzata Krupecka, urszulanka, polonistka, autorka książek o św. Urszuli Ledóchowskiej, redaktorka. Spotyka się ze mną w klasztorze, częstuje piernikami, tłumacząc, że "ma do nich słabość". Na stoliku stos książek.

Twój STYL: Jak siostra zaczyna dzień?

- Wstaję przed szóstą, uczestniczę we mszy świętej i wspólnej modlitwie z siostrami, a po śniadaniu włączam komputer. Sprawdzam maile, co dzieje się na świecie, i biorę się do pracy, bo w redakcjach stale gonią mnie terminy. Robię też doktorat z historii.

Jakie życie zostawiła siostra za sobą, wchodząc do zakonu?

- Miałam 25 lat, byłam wtedy doktorantką pierwszego roku polonistyki, zatrudniłam się w bibliotece. Miałam własne mieszkanie, mnóstwo znajomych, miłosnych rozczarowań nie miałam. Od razu więc obalę mit, że to ewentualność dla ludzi bez perspektyw. Jeszcze na studiach wydawało mi się, że moje życie będzie dosyć przewidywalne: praca naukowa, rodzina, dom. Pamiętam, że po pierwszym roku pracy, w wakacje, dużo się modliłam i poczułam, że moje życie powinno być bliżej Boga. Spotkałam kilka sióstr urszulanek - radosne, spełnione kobiety. Postanowiłam spróbować żyć jak one, zaczął się więc proces weryfikacji powołania. Do ślubów wieczystych musi minąć siedem, osiem lat od wstąpienia do zgromadzenia. Wystarczy, żeby nabrać pewności albo zrezygnować. Pomyślałam, że chcę wstąpić do zakonu, bo chcę od życia czegoś więcej. To jest taki moment, który można nazwać odkryciem powołania zakonnego.

Siostra mówi, że chciała czegoś więcej, jednak wielu ludziom życie klasztorne kojarzy się z brakiem wolności.

- Szkoda, że tak jest, może za mało tłumaczymy, na czym nasz styl życia polega. Życie zakonne to propozycja dla kobiet odważnych, mocnych. Nasz wybór to pójście pod prąd. Jego sens nie ogranicza się tylko do tego, ile zupy dziś wydamy biednym, ile dzieci mamy pod opieką. Nasze życie jest pewną kontrkulturą, sprzeciwem wobec tendencji, które dominują. Jeśli media próbują nas przekonać, że warunkiem spełnionego i zdrowego życia jest bogate życie erotyczne, to my ślubami czystości chcemy zwrócić uwagę, że istota szczęścia leży gdzie indziej. Jeśli ktoś sądzi, że szczęście polega na robieniu zawsze i wszędzie tego, co się chce, my ślubem posłuszeństwa demonstrujemy, że wartości są ważniejsze niż wolność absolutna.

Rodzina siostry miała problem ze zrozumieniem tej decyzji?

- Trochę sobie popłakała, ale nie było dramatu. Wychowano mnie na katoliczkę. Pamiętam, że jako mała dziewczynka biegałam rano na roraty, potem byłam w ruchu oazowym. Mieszkałam w rodzinie wielopokoleniowej, ale bez taty, który zmarł, gdy byłam mała.

Była siostra grzecznym dzieckiem?

- Nie było ze mną problemów. Lubiłam się uczyć. Gdy miałam cztery lata, pradziadek nauczył mnie czytać i pisać, więc byłam pierwszą siedmiolatką, która zapisała się do szkolnej biblioteki. W liceum chciałam być archeologiem albo dziennikarką. Do końca studiów uzbierałam trzy tysiące książek, uwielbiałam Miłosza. Żal mi było je zostawiać, ale nie mogłam przyjechać do klasztoru ciężarówką.

W trakcie nowicjatu były kryzysy?

- Są do dziś, przy porannym wstawaniu (śmiech). Ale tak poważnie, nie ma życia bez kryzysów. W życiu zakonnym jak w małżeństwie, bez rozmowy uczucia mogą wygasnąć. Dlatego codziennie sporo czasu poświęcam na życie duchowe. Żyjemy bardzo aktywnie, ale jeśli nie znajdziemy sposobu na harmonijne połączenie działania i modlitwy, wszystko może stracić sens. Ludzie często proszą o modlitwę, osobiście albo mailem. Czasem chcą po prostu porozmawiać, bo wiedzą, że siostra zawsze ich wysłucha.

Co jest dla siostry najtrudniejsze?

- Święta Urszula Ledóchowska, wyznaczając styl życia naszego zgromadzenia, napisała, żebyśmy nie wyszukiwały sobie praktyk pokutnych, tylko jako pokutę traktowały pracę i przyjmowanie z humorem tego, co przynosi dzień. To już niemało. Jeśli chcemy naszym życiem głosić, że Bóg jest dobry, to musi być po nas widać, że jesteśmy szczęśliwe. Święta Urszula była zresztą bardzo nowoczesną świętą, zaangażowaną w promocję kobiet w społeczeństwie.

Nie ma siostra czasem ochoty włożyć czegoś innego niż habit?

- Zawsze zauważę, gdy moja świecka koleżanka włoży coś nowego. Lubię oglądać na innych oryginalne ubrania. Kiedy jednak po raz pierwszy włożyłam habit, poczułam się jak we własnej skórze. I tak jest do dziś. Lubię wychodzić w habicie na ulicę.

Rozmawiała Natalia Kuc

Twój STYL, nr 4/2010

Twój Styl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy