Reklama

Reklama

Kyle MacLachlan: Agent Cooper to ja

W ostatnim odcinku kultowego serialu „Twin Peaks” Laura Palmer powiedziała do Dale’a Coopera: „Spotkamy się za 25 lat”. I tak też się stało. Kyle MacLachlan właśnie wrócił na mały ekran w swojej najbardziej znanej roli.

Ten serial zrewolucjonizował telewizję. Był niepokojący, momentami surrealistyczny, mieszający jawę ze snem - kompletnie inny niż to, co można było wtedy zobaczyć na małym ekranie.

8 kwietnia 1990 roku, w dniu premiery pierwszego odcinka "Miasteczka Twin Peaks", przed telewizorami zasiadły 34 miliony osób i śledziły poczynania agenta FBI Dale’a Coopera. "Kto zabił Laurę Palmer?" - na to pytanie każdy chciał znać odpowiedź.

Kiedy Paul McCartney grał koncert z okazji urodzin królowej Elżbiety II, ta przed końcem występu podeszła do niego i - przepraszając - oświadczyła, że musi wyjść, bo zaraz zaczyna się emisja serialu. Prezydent ZSRR Michaił Gorbaczow zadzwonił nawet do Białego Domu do prezydenta Stanów Zjednoczonych George’a H.W. Busha i błagał go, żeby zmusił producentów do uchylenia rąbka tajemnicy. Bezskutecznie, nikt oprócz reżysera Davida Lyncha i scenarzysty Marka Frosta nie wiedział, kto zamordował śliczną nastolatkę.

Reklama

Jakie to uczucie wrócić do świata "Twin Peaks" po tylu latach?

Kyle MacLachlan: - Bardzo przyjemne, bo agent Cooper to mój ulubiony bohater. Gdyby nie on, być może wcale nie zrobiłbym tzw. kariery? Na moim nagrobku obok imienia i nazwiska powinno być wyryte "Znany przede wszystkim jako Dale Cooper" (śmiech). Jednak nigdy nie podejrzewałem, że ten powrót może się wydarzyć. Byłem wściekły na Davida, kiedy zrezygnował z reżyserowania ostatnich odcinków drugiej serii, oglądalność spadła, a produkcję zdjęto z anteny. Ta złość z czasem mi przeszła i chociaż nie pracowaliśmy już razem nad żadnym projektem, to od czasu do czasu spotykaliśmy się towarzysko. Zapytałem go kilka razy, czy nie myśli o "Twin Peaks" z nostalgią, ale on tylko machał ręką, jakby chciał odgonić natarczywą muchę (śmiech). Jednak gdy kilka lat temu zadzwonił do mnie i powiedział, że ma dla mnie pewną propozycję, gdzieś z tyłu głowy pojawił się cień nadziei: czyżby Cooper miał wrócić?

I wrócił. Ale trzeci sezon serialu nie jest wycieczką sentymentalną. Pojawili się nowi bohaterowie, akcja zaskakuje.

- Kiedy David dawał mi scenariusz, od razu oświadczył: "Powrotu do starego »Twin Peaks« nie ma, robimy coś nowego". Oczywiście najłatwiej byłoby nakręcić zwykłą kontynuację, starzy fani zapewne byliby zachwyceni, ale czy to miałoby sens? Myślę, że David robiąc serial, nie zastanawiał się, jaka będzie reakcja publiczności. Nakręcił coś, co sam chciałby zobaczyć.

A ty nie zastanawiałeś się, jaki będzie oddźwięk? Gdy w zeszłym roku na antenę wróciło uwielbiane w latach 90. "Z archiwum X", serial okazał się klapą.

- Zaufałem Davidowi bezgranicznie. Wiedziałem, że jeśli zdecydował się wrócić do "Twin Peaks", to znaczy, że ma coś istotnego do powiedzenia. I od razu zgodziłem się zagrać Coopera, bez zadawania żadnych pytań. Byłem wzruszony, że napisał dla mnie tak dużą, dobrą, ale również bardzo wymagającą rolę. A może musiał to zrobić, bo wiedział, że utknął ze mną na dobre? W końcu agent Cooper to ja (śmiech).

Tym razem wcielasz się w kilka postaci.

- Tak, jest jeszcze do szpiku kości zepsuty sobowtór Coopera. Funkcjonuje jak maszyna i zabija bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia. Całkowite przeciwieństwo Coopera, którego widzowie pokochali za to, że był trochę ekscentryczny, ale urzekająco chłopięcy, ciepły i szczery. To również moje przeciwieństwo, bo uważam, że prywatnie jestem całkiem sympatycznym facetem (śmiech). Nigdy wcześniej nie grałem tak negatywnego bohatera, więc stanąłem przed sporym wyzwaniem. Na początku nie do końca wiedziałem, jak się do tego zabrać. Ale David dał mi czas na poszukiwania, pozwolił oswoić się z rolą.

Na planie spotkałeś się z wieloma dawno niewidzianymi kolegami po fachu.

- A z częścią nie mogłem się spotkać, bo już ich z nami nie ma... To w brutalny sposób uświadamia upływ czasu. Jedną z osób, których zabrakło, jest David Bowie. Zetknięcie się z nim było niesamowitym przeżyciem. Gdy włożyłem czarny garnitur i czarny krawat agenta Coopera, przez chwilę poczułem się, jakbym nigdy ich nie zdejmował. A z drugiej strony jestem już innym człowiekiem, mam nadzieję, że trochę mądrzejszym. I nieskromnie powiem, że lepszym aktorem, bo ten bagaż doświadczeń widać na ekranie. Cooper też jest teraz kimś innym.

Powiedz mi, tak szczerze, rzeczywiście rozumiesz, o co w tym wszystkim chodzi? Bo widzowie czują się pogubieni...

- David uwielbia opowiadać historie w surrealistyczny sposób, ale zapewniam cię, że to wszystko ma głęboki sens. Poczekaj do ostatniego odcinka, wtedy zrozumiesz, o czym mówię (śmiech). Oglądanie tego serialu wymaga od widza sporego zaangażowania, po każdym odcinku trzeba odetchnąć i przemyśleć wszystko, co się widziało. To nie jest łatwa, lekka i przyjemna produkcja. Ale chyba nikt czegoś takiego od Davida Lyncha nie oczekiwał?

Nikt się też nie spodziewał, że Lynch w ogóle coś jeszcze nakręci. Od premiery jego ostatniego filmu "Inland Empire" minęła ponad dekada, a on zapowiedział wtedy, że rezygnuje z kina.

- Myślę, że był po prostu bardzo zmęczony i potrzebował czasu, żeby odpocząć. A może kino przestało go interesować i teraz skupi się na telewizji?

Czyli będzie kolejny sezon "Twin Peaks"?

- Tego nie powiedziałem (śmiech).

Dzisiaj seriale są zupełnie inne niż w latach 90. i świetnych produkcji jest sporo. Myślisz, że "Twin Peaks" może wywołać równie duże emocje co kiedyś?

- Taka sytuacja już się nie powtórzy. Wtedy to była prawdziwa rewolucja. Razem z Davidem i całą ekipą czuliśmy się jak anarchiści - wprowadzaliśmy do ugrzecznionej telewizji coś kompletnie innego, nowatorskiego, ekscentrycznego. Coś, co bardziej przypominało film kinowy niż operę mydlaną. Od tamtej pory telewizja już nigdy nie była taka sama. David wyważył drzwi dla innych twórców, bo udowodnił szefom stacji telewizyjnych, że coś, co jest kompletnie odjechane, może odnieść komercyjny sukces i zarobić pieniądze. Myślę, że bez "Twin Peaks" nie byłoby na przykład "Rodziny Soprano".

David zmienił się jako reżyser?

- Przed naszym spotkaniem byłem w Muzeum Van Gogha, oglądałem tam zarówno jego wczesne prace, jak i te ostatnie. Jest między nimi duża różnica, ale czy późniejsze dzieła są lepsze od pierwszych? Nie sądzę, po prostu widać ewolucję malarza jako człowieka. I tak samo jest w przypadku Davida. Całe życie poszukuje swojego artystycznego głosu.

Kiedy spotkaliście się po raz pierwszy?

- Rok po ukończeniu przeze mnie studiów pracowałem w teatrze w Seattle. Usłyszałem, że odbywa się casting do filmu na podstawie powieści "Diuna" Franka Herberta. Nie rozważałem robienia kariery w kinie, swoją przyszłość widziałem na scenie, ale to była moja ukochana książka. Nie miałem wyjścia, musiałem iść. Umówiłem się z agentką, przeczytałem kilka scen przed kamerą, a ona wysłała nagranie Davidowi. Kilka dni później dostałem telefon z zaproszeniem do Los Angeles. Spotkałem się z Davidem i przez pół godziny rozmawialiśmy o wszystkim poza filmem. O literaturze, o czerwonym winie. Potem wręczył mi scenariusz i powiedział, żebym nauczył się kilku scen. I tak to się zaczęło.

"Diuna" nie spotkała się z uznaniem krytyków. Podobnie jak "Showgirls" Paula Verhoevena, który został okrzyknięty jednym z najgorszych filmów lat 90. Jak sobie radziłeś z porażkami?

- Mam dobrego psychologa (śmiech). Kiedy pracowaliśmy nad "Showgirls", wszyscy byliśmy przekonani, że robimy coś fajnego. Gotowa, zmontowana wersja niekoniecznie pokrywała się z naszymi wyobrażeniami. Ale cieszę się, że film zyskał drugie życie - jest tak zły, że kolejne pokolenia wciąż go oglądają (śmiech). "Diunę" też wspominam z sentymentem, bo dzięki niej poznałem Davida, który potem zaangażował mnie do "Blue Velvet", ta produkcja odniosła spory sukces. Najważniejsze to spotkać na swojej drodze odpowiednich ludzi. Ja miałem do nich szczęście.

Iga Nyc

PANI 8/2017

Tekst pochodzi z magazynu

PANI

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje