Reklama

Reklama

Natalia Kukulska. Nieprzepisowa kobieta, żona i matka

Natalia Kukulska: Nie mam przepisu na miłość. Dużo zależy od tego, jak jesteśmy prawdziwi w związku, który tworzymy /Karolina Wilczyńska /archiwum prywatne

- Moja mama jest dla mnie bardzo ważna, ale nie miałam okazji jej dobrze poznać. Mało pamiętam. Znam ją z opowiadań, ze wspomnień, wiele po sobie zostawiła. Poznaję ją również po tym, jakich miała przyjaciół - wyznała w rozmowie ze Styl.pl Natalia Kukulska.

Magdalena Tyrała: Jak to jest być Natalią Kukulską, którą wszyscy znają od dziecka, obserwowali na każdym etapie życia?

Natalia Kukulska: - Bardzo trudno jest mi odpowiedzieć na to pytanie, bo nie umiem się zdystansować. To jest jedyne życie jakie mam, więc staram się w tym wszystkim zachować jakąś normalność. Popularność nigdy nie była moim celem, jest raczej wynikiem tego, co robię. Rzeczywiście, od dziecka, z wielu powodów, byłam podana trochę "na tacy", jeśli chodzi o obserwowanie. Ludzie interesowali się moim życiem - najpierw w związku z tym, że byłam dzieckiem znanych rodziców, później dzieckiem, które straciło mamę. Wtedy zapewne wzbudzałam uczucie litości. Potem byłam dzieckiem śpiewającym i stałam się idolką dzieciaków, chociaż w tamtych czasach zupełnie inaczej się to odbierało. Na szczęście nie było internetu i ta popularność nie była tak obciążająca, jak obecnie. Mój wizerunek nie był eksploatowany w żaden sposób, a poza tym, jako dziecko, nie pracowałam. Po prostu nagrałam piosenki, a siłą rozpędu to wszystko gdzieś tam się dalej rozgrywało. 

Reklama

- Po latach sama wybrałam tę drogę. Pomimo tego, że wiedziałam, z jakim obciążeniem to się wiąże, postanowiłam dalej w to iść. To, co robię, jest moją wielką pasją, ale bardzo szanuję swoje życie prywatne. Jestem mamą na pełnym etacie, nie oszczędzam się w wykonywaniu codziennych czynności. Mam z kolei wiele osób wokół siebie, które pomagają mi w sprawach zawodowych - management. To mi daje olbrzymi komfort w życiu i pracy. Dzięki temu mogę zachować balans. 

- Czasami zdarza mi się czuć przemęczenie rozpoznawalnością, ale wtedy staram się wyjechać w miejsce, gdzie jestem anonimowa, czuję się bardziej swobodnie. To, jak reaguję na swoją popularność, zależy od mojej kondycji psychicznej. Jak jestem w dobrej formie, to w ogóle mi ona nie przeszkadza, jak jestem w trochę gorszej, to wolałabym się gdzieś schować i być anonimowa. Jednak nie narzekam, mam więcej powodów do radości z tego.

- Uważam, że mam szczęśliwe życie i lubię być na wyższym rejestrze działań, bo działanie mnie nakręca i powoduje, że mi się jeszcze więcej chce. W chwili, gdy za bardzo opadam, staję się może zbyt refleksyjna. Nie służy to mojej psychice. Działanie i bycie potrzebnym, wyzwania i kreatywność bardzo mi pomagają. 

Z Michałem Dąbrówką tworzysz idealny duet, zarówno w życiu, jak i na scenie oraz w studiu nagraniowym. W tym roku ze swoim mężem świętowaliście 20. rocznicę ślubu. Przepis na miłość?

- Nie mam przepisu. Jestem matką i żoną nieprzepisową. Moim zdaniem bardzo dużo zależy od szczęścia. Dużo zależy też od tego, jak jesteśmy prawdziwi w związku, który tworzymy. Ja nie jestem podręcznikowa, nie przygotowywałam się, na przykład, do bycia matką. Wszystko się działo dość intuicyjnie. Starałam się dawać z siebie jak najwięcej, z drugiej strony żywo reagowałam na to, co się dzieje. Tak samo jest w moim małżeństwie. Kiedy widzę, że coś jest nie tak, to zaczynam się po prostu zastanawiać, co może być tego powodem i rozmawiamy szczerze z Michałem, gdy mamy kryzysy, bo przecież też je miewamy. Staramy się pracować nad nimi. Połączyła nas wspólna wrażliwość i poczucie podobnej moralności, wspólnoty w niej. Mamy również muzykę i dzieci - to nas zbliża i łączy. Poza tym dzielimy podobne poczucie humoru. Lubimy siebie. Ja cały czas się śmieje z Michała dowcipów, ale też w dalszym ciągu imponuje mi, jako osoba niezwykle prawdziwa, skromna i utalentowana.

- Tych nici połączenia mamy zdecydowanie więcej. Na pewno jest nimi nasza wspólna przeszłość, nasza rodzina i wspaniałe wspomnienia, które z kolei nas ukształtowały. Wiadomo, że każdy z nas się zmienia, że związek przechodzi przez różne etapy i trzeba je brać z dobrodziejstwem inwentarza. Przecież nie co dzień są te przysłowiowe motylki w brzuchu. Wydaje mi się, że szanowanie drugiej osoby i jej potrzeb jest niezwykle ważne. Chodzi mi o rodzaj wzajemnej uczciwości, szczerości w mówieniu o swoich potrzebach. Nie wiem czy to jest przepis, ale z pewnością są to rzeczy, które dla mnie są ważnym elementem dobrej relacji.

Byłaś jedną z gwiazd tegorocznego festiwalu w Opolu, oddałaś hołd swoim rodzicom, Annie Jantar i Jarosławowi Kukulskiemu. Przeprowadziłaś wywiad ze swoją mamą. Często z nią rozmawiasz?

- Czasami myślę sobie o niej, myślę sobie do niej. Gdy byłam w ciąży z małą Anią, czyli 15 lat temu, napisałam piosenkę "Po tamtej stronie". Napisałam, że "po swojemu ciebie znam, myślę, że właśnie taka mogłabyś być jaką stworzyłam, gdy brakowało mi ciebie". Myślę, że tak dokładanie jest. Gdzieś mam jej obraz i czasem mogę się do niego odnosić. Jeśli chodzi o to, co się wydarzyło w Opolu, o tę moją z nią rozmowę, to był absolutnie mój pomysł. Bardzo się cieszę  że o to zapytałaś, bo po występie pojawiły się informacje, że dałam się na to namówić. Otóż nikt mnie do tego nie namawiał. Konrad Smuga, reżyser, zaproponował, żebyśmy zrobili ten koncert razem i ja nie chciałam wchodzić w tę propozycję schematyczne. Nie chciałam śpiewać piosenek mamy dlatego, że ja już kiedyś oddałam jej hołd muzycznie i dla mnie wielką wartością jest to, kiedy  inni dają jej piosenkom nowe interpretacje i życie.

- Chociaż to nie podoba się niektórym fanom mamy, którzy chcą, aby za każdym razem śpiewać im dokładnie tak, jak robiła to mama. Ja się z tym kompletnie nie zgadzam, bo muzyka żyje właśnie wtedy, gdy daje jej się zupełnie nowe tchnienie. Nie każdemu musi się ona podobać, ale żeby zabierać się za covery, trzeba mieć na nie nowy pomysł. Oryginał już jest i zawsze można do niego wracać. A nowa wersja może dać piosence nowe i inne życie, a przy okazji spowodować, że do twórczości mamy sięgną zupełnie inne osoby i ją odkryją, nie tylko fani.  

- Wracając do mojego wywiadu z mamą podczas koncertu w Opolu - doskonale wiedziałam, że on będzie dla niektórych kontrowersyjny, ale zdecydowanie wolę robić rzeczy kontrowersyjne niż nijakie. Takie, które wywołują emocje. 

- Ponieważ nie chciałam zaśpiewać i nie wyobrażałam sobie prowadzenia tradycyjnej konferansjerki w stylu "a przed państwem w piosence..." pomyślałam, że chciałabym stworzyć wyjątkową i bardzo intymną atmosferę. Wykorzystałam książkę Andrzeja Witko, w której autor zebrał różne wywiady mojej mamy, zarówno te radiowe, telewizyjne, jak i prasowe. Wybraliśmy fragmenty rozmów, które byłyby ciekawe, jako podprowadzenie pod piosenkę i pod jej nastrój. Postanowiłam się wcielić w mamę. Nagraliśmy rozmowę w ten sposób, że wystąpiłam w podwójnej roli. Ja, zamiast dziennikarza, zadawałam pytania, na które ona już kiedyś odpowiadała, i ja, jako moja mama, na nie odpowiadałam. Zależało mi na tej intymnej rozmowie i była dla mnie naprawdę metafizycznym przeżyciem. Wiem, że bardzo wiele osób wzruszyło to nagranie, wiem też, że niektórych skonsternowało lub nawet oburzyło. To był mój pomysł i wydaje mi się, że na takie połączenie mogłam sobie pozwolić, jako córka. To tylko konwencja. Na scenie mogą dziać się rzeczy, które są nierealne. Ten koncert był całkowicie na moich zasadach. Jestem bardzo wdzięczna reżyserowi, że uszanował moje podejście i dał mi wolną rękę. 

Wraz z Sinfonią Varsovia nagrałaś album "Czułe struny", inspirowany muzyką Fryderyka Chopina. Skąd ten pomysł? Dlaczego akurat Fryderyk Chopin?

- Sama bym się chyba nie odważyła zestawić artystycznie z Fryderykiem Chopinem, bo mówimy przecież o geniuszu, o kimś, kogo twórczość jest wręcz pomnikowa i, chociaż kocha go cały świat, jednak dla nas, Polaków, Chopin jest symbolem narodowym.

Nie bałaś się naruszyć tego pomnika? 

- Myślę, że każdy ma prawo interpretować Chopina po swojemu. Muzyka jest czymś żywym. Jest ona połączeniem dźwięków, które wywołują różne emocje. To jest język emocji. Oczywiście, Fryderyk Chopin komponował utwory instrumentalne, nie licząc kilku pieśni, głównie na fortepian, więc wiadomo, że dokładanie do nich orkiestry symfonicznej i przekształcanie w utwory, które mają tekst, jest wyjściem poza to, co on zaproponował. Jednak twórczość Fryderyka Chopina jest cały czas niezmienna. Ja nagrałam płytę, a jego muzyka nadal jest nienaruszona. Nic do niej nie dołożyłam w tej oryginalnej wersji. Mój pomysł to zupełnie nowe otwarcie i nowe spojrzenie, bardzo wielowarstwowe jednocześnie, bo we współpracy z wieloma wspaniałymi twórcami - kompozytorami, którzy zrobili aranżację oraz autorkami tekstów. 

To skąd pomysł na Chopina?

- Gdyby nie to, że dziesięć lat temu zostałam zaproszona do projektu Chopinowskiego jako wokalistka, nie wpadłabym na ten pomysł. Udział w nim okazał się dla mnie tak mocno inspirujący i ciekawy, że postanowiłam wrócić do utworów Chopina na własnych zasadach. Dużo czasu upłynęło zanim wyobraziłam sobie, jaką formę chcę temu nadać, z kim i czy na pewno chcę to zrobić. To nie była decyzja podjęta z dnia na dzień, ona we mnie dojrzewała. Gdy już dojrzała postanowiłam zaryzykować, pójść po swoje marzenie i z tego, co widzę jak płyta jest przyjęta, to mam poczucie, że się opłacało, że czasami odwaga popłaca.

Bardzo ciekawe jest to, że muzykę zaaranżowali mężczyźni, z kolei teksty napisały same kobiety. To pomieszanie pierwiastków - kobiecego i męskiego - jest zamierzone?

- To wyszło mi intuicyjnie i naturalnie. Jednak wydaje mi się też niezwykle ciekawe w kontekście naszych czasów, kiedy my, kobiety próbujemy zabrać głos i zyskać przestrzeń w różnych aspektach naszego życia społecznego, artystycznego i politycznego. Wiedziałam, że efektem tak podzielonej współpracy będzie to, że inaczej na tę muzykę spojrzą panowie, a inaczej panie, że każda z płci przerobi to przez swoją wrażliwość. 

- Cieszę się, że udało mi się zaprosić do warstwy muzycznej tego projektu Adama Sztabę, Krzysztofa Herdzina, Nikolę Kołodziejczyka, Pawła Tomaszewskiego i Jana Smoczyńskiego. Wiedziałam, że mają olbrzymią wiedzę, ogromny talent i  doświadczenie, a także wyczucie i szacunek dla pierwowzoru. Czułam się z nimi bezpiecznie dotykając Chopina muzycznie. Dla mnie oni byli gwarancją i jakości, i tego że, nie przekroczymy żadnych granic, co mogłyby zaszkodzić temu przedsięwzięciu. 

- Jeśli chodzi o panie, dla mnie zupełnie naturalnym było zaproszenie ich do napisania tekstów. Sama napisałam pięć tekstów na ten album, ale miałam poczucie, że chciałabym jeszcze czegoś innego niż moje spojrzenie i mój język. Chciałam jeszcze mieć coś, co mnie zainspiruje wokalnie, zaskoczy, da nową przestrzeń do interpretacji.

Wybrałaś do współpracy przy tekstach ciekawe muzycznie kobiety - Gabę Kulkę, Melę Koteluk, Bovską, Kayah, Natalię Grosiak...

- Tak, te artystki są mi bardzo bliskie. Ich estetyka słowa, wrażliwość, są dla mnie bardzo ciekawe i inspirujące. Wiedziałam, że stworzą teksty, które nie będą dla mnie obce, ufałam im. Dzięki temu, że są wokalistkami, posługują się słowem śpiewanym, wzięły pod uwagę wygodę układania sylab, co było naprawdę nie bez znaczenia przy tej czasem wyczynowej melodii do zaśpiewania. Każda z nich jest trochę inna i wszystkie spotkania przy tej płycie były dla mnie niezwykle twórcze, magiczne, rozwijające, takie bliskie i niesamowite jednocześnie. Przeprowadziłyśmy niezliczoną ilość rozmów telefonicznych z dziewczynami, bo pisząc tekst otwieramy się przed sobą, pojawia się niezwykła intymność. Ta twórcza praca przy albumie była dla mnie fantastycznym doświadczeniem.

Jesteś patriotką?

- Nie wiem. Pewnie powinnam od razu stanąć na baczność i powiedzieć, że oczywiście, ale to słowo jest ostatnio tak wypaczone, że bardzo pejoratywnie mi się kojarzy. Niestety, przybrało barwy, których ja nie chcę, zbyt ostre, zbyt krzykliwe. Patriotyzm kojarzy mi się z brakiem tolerancji dla inności. Szanuję naszą historię, naszych rodaków, jestem dumna z wielu wspaniałych osób, które zmieniły losy świata, a były Polakami. W tym sensie jestem patriotką. Cenię naszą kulturę, która wiele dobrych rzeczy nam przekazała, cenię wspaniałych polskich twórców, którzy są inspiracją, których czytam, oglądam, słucham. Jednak wolę być patriotką bardziej globalnie. Europejką albo osobą, która łączy się w ogóle... z człowiekiem. Dla mnie najważniejszą wartością jest człowiek i jego dobro. Pamiętam, jak byłam Ambasadorką UNICEF’u i wielu ludzi zarzucało mi, że biorę udział w akcji, która pomaga dzieciom w Angolii. Pojawiały się pytania, dlaczego nie wspieram polskich dzieci? A przecież polskim dzieciom też pomagam, uważam, że to się wcale nie wyklucza. Nie ma naszych dzieci - są dzieci.

- Pomagam dzieciom w kraju, bo jestem też ambasadorką stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce. Zresztą, nie muszę opowiadać o tym kogo i co wspieram, bo też uważam, że tak jak patriotyzm, tak i pomaganie nie musi wcale być krzykliwe i pokazywane publiczne. Jednak zabolały mnie te zarzuty i fakt, że ludzie uważają, że w pierwszej kolejności powinni być zawsze nasi, a potem dopiero inni. Ja z kolei uważam, że w pierwszej kolejności zawsze powinien być człowiek, który jest w potrzebie i to kompletnie nie ma znaczenia, z której części świata. Jeśli tylko ktoś robi coś dobrego dla innych, to już jest ekstra. Oczywiście, że oglądam się najpierw wśród najbliższych, czy ktoś nie potrzebuje pomocy, zanim zrobię sto kroków do kogoś, kto jest znacznie dalej. Nie wydaje mi się jednak, że w ten sposób powinniśmy na to patrzeć.


Słyszałam, że uważasz tę płytę za jedną z najważniejszych w swojej twórczości. Była dużym wyzwaniem?

- Była dla mnie bardzo dużym wyzwaniem artystycznym, organizacyjnym i wokalnym i czymś zupełnie innym. Ostatnio bowiem bardziej eksperymentowałam z elektroniką analogową. Gdy sama komponuję piosenki, melodie, które śpiewam, mam szansę wybrać takie dźwięki, które są dla mnie naturalne i mi leżą. Na tej płycie musiałam zaśpiewać dość linearnie, są kantyleny, które wymagają trochę innego sposobu śpiewania. Miałam już okazję dotknąć tego, kiedy śpiewałam w musicalu "Miss Sajgon" w teatrze Roma i to było dla mnie olbrzymie wyzwanie. Pamiętam jak kolega, muzyk, który ze mną grał, przyszedł na ten spektakl i stwierdził już po: "Natalia, ty właśnie takie rzeczy powinnaś śpiewać". Zanegowałam to wtedy twierdząc, że to była tylko taka przygoda, ale teraz przyznaję przed sobą, że mi się to bardzo przydało. 

- Cały czas mam lekcje śpiewu u tzw. coacha wokalnego. Najpierw była nim Irena Głowaty, nauczycielka, która wcześniej zajmowała się głównie operą. Bardzo mi pomogła, bo trafiłam do niej, gdy miałam poważne kłopoty z głosem. Ona uświadomiła mi wiele rzeczy, otworzyła różne ciekawe rejestry, których nawet u siebie nie podejrzewałam. Teraz pracuję z Kasią Rościńską. Kiedy zaczęła się pandemia, podczas lockdownu miałyśmy prawie co drugi dzień spotkania online i ćwiczyłam. Głos cały czas się zmienia. To, w czym pomaga mi Kasia, to praca nad tym, bym nie zakłócała swojego naturalnego przepływu. Przez to, że człowiek ma swoje przyzwyczajenia, naleciałości, manieryzmy, to się spina, robi różne rzeczy automatycznie, często robiąc sobie krzywdę. Staram się nad tym pracować, żeby mieć łatwość radzenia sobie z różnymi sytuacjami, a dobry warsztat w sytuacji stresu bardzo mi pomaga. Kończąc wątek tego wyzwania wokalnego, z pewnością najbardziej pomógł mi i otworzył głowę Leszek Kamiński, czyli realizator, który nagrywał płytę. Jak zaczęliśmy nagrania, powiedział mi: "Natalia, technika techniką, ale najważniejsze jest to, żebyś była prawdziwa i śpiewała emocjami, bo tylko wtedy to zadziała". Faktycznie, wyluzowałam ciało z tego bycia na baczność, z tego że to Chopin, zamknęłam oczy i po prostu starałam się śpiewać jak najprawdziwiej. Leszek tego pilnował, dlatego uważam, że ma olbrzymi wpływ na to, jak ta płyta w ogóle brzmi i też na to, jak zaśpiewałam. 

- Chyba to właśnie sprawiło, że czuję, że ten projekt jest dla mnie jednym z najważniejszych. Również nie bez znaczenia jest to poczucie odpowiedzialności, jakie czułam, gdy dotykałam w końcu nieswojej twórczości i zaangażowałam w to tylu artystów. Poważna sprawa. 

Jest to zapewne wyjątkowa dla ciebie płyta choćby z tego względu, że pracował nad nią zarówno twój mąż, ale także i syn. Jasiek, zdaje się, grał na wibrafonie i dzwonach?

- Jasio rzeczywiście zagrał na kilku instrumentach perkusyjnych klasycznych, czyli w orkiestrze i to jakiej - samej Sinfonii Varsovii. Wciągnął go do orkiestry Piotr Kostrzewa - kierownik sekcji rytmicznej, ponieważ go wypatrzył. Jasio pojawił się trochę przypadkowo, bo chciał się przyjrzeć, a przede wszystkim pomóc swojemu tacie rozłożyć perkusję. Ostatecznie zagrał z kultową orkiestrą i mówimy sobie, że to chyba najszybszy casting, jaki mógł się odbyć, bo niełatwo dostać się do tej orkiestry. Ale faktycznie świetnie sobie poradził. Ma dyplom szkoły muzycznej drugiego stopnia w klasie perkusji klasycznej, więc gra na tych różnych ciekawych instrumentach i to było dla niego duże przeżycie. Dla nas również.

Czyli syn idzie w ślady taty, a córka zdaje się w twoje. Można tak powiedzieć?

- Mój syn po prostu już wybrał. On chce zajmować się muzyką, jest muzykiem. Nawet teraz, podczas naszej rozmowy jest na dole z kolegami i nagrywają. Wczoraj mieli próby do nocy. Nocowało u nas kilka osób, dom jest cały czas pełen ludzi i muzyki. Dzisiaj od rana mają nagrania.

Jaką gra muzykę?

- Jazz. Jasio nie gra w tym składzie na perkusji. Dziś występuje w roli pianisty. On jest bardzo wszechstronny muzycznie. Komponuje, ma różne ciekawe pomysły. Nagrał ze swoim kolegą płytę alternatywną, która nosi tytuł "Majama". Uwielbiam jej słuchać, bo bardzo poprawia mi nastrój i jest oryginalna. 

Twoja córka Ania z pewnością odziedziczyła talent po tobie i swojej babci. Słyszałam ją w jednej piosence. Myślisz, że pójdzie w twoje ślady? Jak się zapatrujesz na jej ewentualną karierę muzyczną?

- Córka cały czas mówi, że nie chciałaby wiązać swojej przyszłości z muzyką. Uczęszczała do Akademii Musicalowej jakiś czas. Obecnie uczy się w szkole muzycznej drugiego stopnia w klasie rytmiki. Nagrała ostatnio piosenkę w ramach akcji społecznej "Przygotujmy lepszy świat", która propaguje zdrowe odżywianie w szkołach. Dość ciekawy temat, tym bardziej, że Ania jest kompletnie na nim zafiksowana. Robi sobie nawet sama wymyślne potrawy, wieczorem przygotowuje posiłki do szkoły, zabiera je sobie w pudełkach, jest niesamowita, dba bardzo to co je, by posiłek był zbilansowany. Ta piosenka jest raczej takim rodzajem przygody. Gdy nagrywała ten utwór, podeszła do tego bardzo na luzie. Lubi słuchać muzyki, ale ja bym nie przesądzała na tej podstawie o jej przyszłości.  

W przyszłym roku będziesz świętować jubileusz swojej pracy artystycznej. To już 35 lat. Jak to uczcisz?

- 35 lat od dziecięcego debiutu a 25 od tzw. “dorosłego". Jeśli będę w ogóle świętować, to za pewne czymś absolutnie nowym. Już zaczęłam nawet o tym myśleć i pod koniec roku jestem umówiona z muzykami na twórcze spotkania, by coś nowego powstało. 

Ważne kobiety w twoim życiu?

- Na pewno wszystkie z rodziny. Zaczynając od mojej babci Haliny, która odeszła cztery lata temu. Była kobietą, z którą miałam bliski i najdłuższy kontakt. Została ze mną po śmierci mamy, chociaż już mieszkała z nami i nam wcześniej pomagała. Dzięki niej rodzice mogli realizować się zawodowo. Po śmierci mamy w naturalny sposób poświęciła się, zrezygnowała ze swojego życia prywatnego. W zasadzie to jest niesamowite, bo jak myślę o niej i jej życiu, to mi jej bardzo szkoda. Mam wrażenie, że żadna kobieta nie powinna się aż tak poświęcać. Każda z nas powinna myśleć też o sobie, mieć swój świat, swoje potrzeby, zachować wolności dla siebie. Babcia tego nie umiała, poświęciła się dla nas totalnie. 

- Miała jednak bardzo duży wpływ na mnie. Była osobą bardzo uporządkowaną, wręcz pedantyczną o bardzo twardych zasadach moralnych. Jej myślenie było trochę mieszczańskie, w stylu "tego nie wypada", "co powiedzą inni?". Bardzo długo się przed tym buntowałam, ale teraz mogę zweryfikować to jej myślenie z życiem i z prawdą. Cieszę się, że wychowywała mnie w ten sposób. Lepiej w tę stronę niż gdybym tego fundamentu wychowania i zasad od niej nie dostała. 

- Oczywiście, moja mama jest dla mnie bardzo ważna, ale nie miałam okazji jej dobrze poznać, bo mało pamiętam. Znam ją z opowiadań, ze wspomnień, ale też wiele po sobie zostawiła. Poznaję ją również po tym, jakich miała przyjaciół. Ostatnio moja znajoma, która poznała jej przyjaciółki, powiedziała: "o twojej mamie świadczy to, jakie miała przyjaciółki, jaką miała klasę, jak o niej wspaniale mówią". Przyjaciele mamy cały czas są wobec niej lojalni i czuję, że ich relacje były ważne i bliskie. Chcę oczywiście mieć też jej żywy, prawdziwy obraz, a nie taki laurkowy, lukrowany, ale po prostu nie da się o niej dużo złego powiedzieć. To mnie bardzo cieszy. 

- Ważne są dla mnie oczywiście moje córki: Ania i Laura. Laura to taka niespodzianka w moim życiu. Jest bardzo silną osobowością. Bardzo. Chyba będzie najsilniejsza z nas wszystkich. To dobrze, bo ktoś musi mieć nad nami pieczę na starość (śmiech). Ania jest osobą fascynującą, bardzo rozsądną, bardzo piękną duchowo. Jest przede wszystkim niezwykle dojrzała, jak na swój wiek. Wie czego chce, nie idzie za tłumem, jest wyjątkową osobą. Nie wiem czy zwróciłaś uwagę, jest taki piękny utwór na tej mojej płycie, który nosi tytuł "Ktoś całkiem nowy". To jest utwór, do którego słowa napisała Gaba Kulka. Jest to " Etiuda As-dur", którą opracował Nikola Kołodziejczyk i to był jedyny tekst, którego nie tknęłam. Jak Gaba mi go oddała, to ja po prostu się wzruszyłam.

Wzięłaś w całości?

- Wzięłam w całości, bo mnie urzekł i nie umiałabym takiego tekstu napisać, choć tak bardzo go czuję. To jest utwór o relacji matki i dorastającej córki. Ona napisała to tak linearnie, musicalowo. Opowiedziała w nim o tym, jak relacja między matką a córką się zmienia na różnych etapach. Taki twój mały cień zmienia się w kogoś niezależnego, odrębnego.

- Dzisiaj szłam do przedszkola z Laurą, a ona się zatrzymała i mówi "zobacz mamo, jestem twoim takim małym cieniem". Ania też się bardzo wzrusza przy tym utworze. Śpiewam też o wymykającym się czasie, który nie pozwolił nam na spełnienie jeszcze tylu zaplanowanych rzeczy. Słowa na końcu piosenki "tylko proszę obiecaj, że powrócisz tu, znowu malutka i dasz się utulić do snu", tak mocno mnie poruszają. Myślę, że niejedna matka będzie przy tym ryczała. (śmiech)

Co najbardziej porusza twoje czułe struny?

- Moi bliscy, więzi i ważne momenty, które nas łączą, bliskość...To z pewnością dotyka moich czułych strun. Porusza mnie też muzyka i to bardzo głęboko, jest czymś tak metafizycznym, potrafi odczarować świat, zmienić na dobre, czasem dodać energii. Dotknąć w nas prawdy, jak zresztą inne sztuki. Z pewnością jestem wrażliwcem. Z jednej strony jest to moim atutem, jest mi to niezbędne, bym mogła tworzyć i wejść w inny wymiar emocjonalny i być wnikliwym obserwatorem. Z drugiej zaś łatwo mnie zranić, bardzo przeżywam to, co się dzieje, bardzo intensywnie odbieram świat. 

Twoja płyta jest swego rodzaju opowieścią o czułości.

- Dokładnie. Zaczęło się od noblowskiego wykładu Olgi Tokarczuk "Czuły narrator". Muzyka Chopina też definiuje tę czułość na różne sposoby - w warstwie muzycznej i lirycznej. Twórczość Chopina jest nieschematyczna, zaskakująca i porywająca. Ja lubię nieoczywiste połączenia. To, co się teraz jeszcze może stać w sztuce nowego, to są właśnie te nowe połączenia, również z drugim człowiekiem, bo przecież tak naprawdę wszystko już było, liczba dźwięków jest już dawno określona.

Czym dla ciebie jest czułość?

- Bardzo pięknie napisała o niej Mela Koteluk w tekście do utworu "Z wyjątkiem nas", gdzie śpiewam, że "róży nie żałuje przecież nikt, gdy płonie las, nikt z wyjątkiem nas". Mówiąc "nas" mam na myśli wszystkich wrażliwców, którzy cały czas pielęgnują w sobie tę wrażliwość na piękno. Obecnie to chyba nie zdarza się często. Drugi utwór, do którego tekst napisała Natalia Grosiak, mówi o tym, by spojrzeć z czułością na wspomnienia, bo zwykle jesteśmy dla siebie bardzo surowi, cały czas za dużo od siebie wymagamy, trudno nam żyć przeszłością, a przecież ona jest częścią nas i możemy z niej czerpać siłę. 

- Ja też pisałam o czułości w tekstach do dwóch utworów, w tytułowych "Czułych strunach", gdzie śpiewam o tym, by usłyszeć ją w sobie. Kończę słowami "Usłysz ten znajomy dźwięk", czyli głęboko w nas jest ta delikatność, do której czasem musimy dotrzeć. Czułość jest chyba w każdym z nas albo tęsknota za nią, tylko czasami nasz pancerz nas do niej nie dopuszcza. Może boimy się wystawiać ją na próbę... Drugi utwór to "Znieczulenie", gdzie śpiewam, że "zepsuł nam się świat i świętujemy znieczulenia czas". Wypaczyliśmy tę naszą rzeczywistość i staliśmy się takimi cyborgami idącymi przez życie w pędzie, patrząc egoistycznie na otaczający nas świat. W tym tekście mówię też o sobie, bo przecież jestem częścią naszego społeczeństwa, nie czuję się lepsza i wiele rzeczy chciałabym w sobie zmienić. Przede wszystkim umieć się zatrzymać, uporządkować priorytety i żyć w zgodzie z nimi - mieć czas na refleksję. Często brak na to przestrzeni w naszym życiu. Myślę, że wszyscy chodzimy jacyś tacy niedopieszczeni...

Zobacz również:



Styl.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje